1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Serial nagłośnił problem zatrucia ołowiem. Czy dziś nadal mamy się czego bać?

Serial nagłośnił problem zatrucia ołowiem. Czy dziś nadal mamy się czego bać?

Kadr z serialu „Ołowiane dzieci” (Fot. materiały prasowe Netflix)
Kadr z serialu „Ołowiane dzieci” (Fot. materiały prasowe Netflix)

Odsłuchaj artykuł

Joanna Derda - Serial nagłośnił problem zatrucia ołowiem. Czy dziś nadal mamy się czego bać?

00:00 17:07
15s
0,5 x
15s
Obraz działa silniej niż słowo. I choć twórcy serialu „Ołowiane dzieci” zastrzegają, że to nie jest dokument, wiele osób wiedzę o ołowicy będzie pewnie czerpać właśnie stąd. Wyjaśniamy, co jest prawdą, co fikcją i czy także dziś grozi nam zatrucie metalami ciężkimi.

Spis treści:

  1. Zatrucie ołowiem – jakie są objawy i skutki dla zdrowia?
  2. Gdzie występuje ołów? Najczęstsze źródła narażenia
  3. Rtęć w rybach – które gatunki są bezpieczne, a których lepiej unikać?
  4. Kadm – gdzie występuje i jak wpływa na organizm?
  5. Metale ciężkie w kosmetykach – ołów, rtęć, kadm i arsen
  6. Badanie na metale ciężkie – kiedy warto je wykonać?

Tekst pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 05/26.

Zatrucie ołowiem – jakie są objawy i skutki dla zdrowia?

Serialowy przekaz jest jasny: huta truje, ale kiedy oddalimy się od niebezpiecznego sąsiedztwa, ryzyko znika. Czy rzeczywiście? – No niezupełnie – mówi dr Eryk Matuszkiewicz, toksykolog z Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. – To nie koniec problemu, bo ołów w organizmie zostanie, choć będzie powoli się z niego uwalniał. Narządy miąższowe, jak wątroba, śledziona czy nerki, pozbędą się go w ciągu raczej tygodni niż miesięcy, ale z kości ołów może się uwalniać nawet przez kilkunaście lat. Po około 10 latach następuje eliminacja połowiczna, czyli zmniejszenie poziomu o 50 procent, stężenia będą coraz mniejsze, ale będą. Można dojść do zera, ale to trwa.

Serial opowiada głównie o dzieciach, czy oznacza to, że dorośli nie są zagrożeni? – Jedni i drudzy będą chorować – tłumaczy dr Matuszkiewicz – ale nie tak samo. Wspólny mianownik to anemia. Dzieci dodatkowo będą mieć objawy ze strony centralnego układu nerwowego, mózgu, czyli będą się gorzej rozwijały, pojawią się problemy z nauką, zapamiętywaniem, koncentracją. Dorośli odczują objawy ze strony obwodowego układu nerwowego, czyli bóle, mrowienie, pieczenie, uczucie gorąca w obrębie kończyn.

Pytanie, czy wraz z usuwaniem ołowiu z organizmu zaburzenia będą ustępować. Małgorzata Dobosz, specjalistka laboratoryjnej toksykologii medycznej, Kierownik Pracowni Toksykologii w ALAB laboratoria, twierdzi, że nie wszystkie. Jak choćby uszkodzenia nerek.

– Nefropatia powstająca w wyniku narażenia na ołów jest nieodwracalna i prowadzi do stwardnienia naczyń, atrofii kłębuszków nerkowych i zwłóknienia śródmiąższowego nerek, może to skutkować niewydolnością nerek i rozwojem nadciśnienia nerkopochodnego. Długotrwała ekspozycja na ołów wiąże się także ze zwiększonym ryzykiem nadciśnienia tętniczego, chorób sercowo-naczyniowych oraz udarów, może trwale uszkodzić szpik kostny. Przewlekłe narażanie dziecka nawet na niskie dawki ołowiu może wywołać trwałe skutki dla jego układu nerwowego, takie jak zaburzenie funkcji poznawczych czy umiejętności skupiania uwagi.

Wykazano, że deficyty neurologiczne związane z narażeniem na ołów utrzymują się do późnego dzieciństwa i dorosłości.

Dr Matuszkiewicz tłumaczy, że problemem jest diagnoza. Bo ta rzadko jest oczywista. Kiedy w końcu dojdzie się do przyczyny i zastosuje leczenie, czyli terapię chelatową, jest szansa na wyzerowanie poziomu ołowiu w organizmie i powrót do zdrowia. – Oczywiście zależy, z jakiego poziomu startujemy i jak nasilone były objawy – zastrzega lekarz – ale szansa na odwrócenie jest.

Gdzie występuje ołów? Najczęstsze źródła narażenia

Czy w tej chwili w Polsce istnieje zagrożenie ołowicą? Raczej nie wydarzy się już nic takiego jak pokazana w serialu tragedia, inny mamy poziom wiedzy, wyższą świadomość zagrożeń.

– Jednak trzeba pamiętać, że emisja ołowiu czy kadmu pochodzi głównie z hutnictwa żelaza, stali, miedzi oraz produkcji baterii. Polska jest jednym z większych emiterów tego typu zanieczyszczeń w Europie. Choć od 1980 roku ilość emitowanego do atmosfery ołowiu sukcesywnie spada – mówi Małgorzata Dobosz.

Dr Matuszkiewicz dodaje: – Są grupy mocniej narażone, to ludzie pracujący w przemyśle hutniczym, galwanicznym, ale też rzemieślnicy zajmujący się wytwarzaniem witraży czy grawerstwem. Niebezpieczeństwo jest wszędzie tam, gdzie możemy wejść w kontakt z tym metalem. Mieliśmy też, rzadko, ale jednak, pacjentów zajmujących się amatorsko strzelectwem. Na strzelnicy sportowej korzystali z naboi, do których produkcji używa się ołowiu, strzelali latami, kilka razy w tygodniu i w końcu zaczęło to dawać objawy. Pamiętajmy jednak, że medycyna pracy, która zajmuje się zagrożeniami zawodowymi, jest wyczulona, dokładna, pracownicy z grup ryzyka są badani, a jeśli coś się dzieje, odsuwani ze stanowiska pracy. Bo najważniejsze jest przerwanie ekspozycji.

– Rzeczywiście alarmujące wartości stężeń wynikających z narażenia środowiskowego obserwujemy rzadko. Tych wynikających z zagrożeń stanowiskowych, czyli związanych z miejscem pracy, jest zdecydowanie więcej – potwierdza Małgorzata Dobosz. – Dlatego badania przesiewowe są bardzo ważne, pozwalają identyfikować i eliminować źródła ołowiu.

A te mogą się kryć w nieoczywistych miejscach. W Polsce w 2005 roku zabroniono stosowania farb ołowiowych (ołów pełnił w nich różne funkcje, był pigmentem, przyspieszał schnięcie, stanowił składnik powłoki antykorozyjnej), jednak wcześniej używano ich bez ograniczeń.

– Farbami tymi malowano zabawki i meble, m.in. dziecięce łóżeczka – mówi Małgorzata Dobosz – a także ściany, okna, drzwi, parapety. Dziś, kiedy przystępujemy do renowacji starych dworków czy domków na wsi, powinniśmy brać to pod uwagę. Zanieczyszczona ołowiem może być ceramika, a konkretnie szkliwo używane do wykończenia naczyń, zwłaszcza w tradycyjnym garncarstwie, wyrobach rzemieślniczych niskiej jakości i starych naczyniach sprzed lat 70.-80. XX wieku. Ołów był dodawany, aby szkliwo miało niższą temperaturę topnienia, było bardziej błyszczące i intensywne kolorystycznie. Największe ryzyko występuje, gdy w naczyniach ołowiowych podgrzewa się potrawy lub przechowuje się kwaśne produkty jak soki, pomidory, ocet czy alkohol – a o to w polskiej kuchni nietrudno.

Problemem mogą być także stare instalacje hydrauliczne. Dawniej rury miedziane łączono lutami cynowo-ołowiowymi. – Nowoczesne normy budowlane zakazują stosowania ołowiu, problem nadal dotyczy jednak wielu budynków z lat 1920-1970 – tłumaczy Małgorzata Dobosz. – Warto zaznaczyć, że zgodnie z nową unijną dyrektywą dopuszczalne stężenie ołowiu w wodzie pitnej zostanie obniżone z 10 µg/l do 5 µg/l, a nowe limity mają obowiązywać w pełni do 2028 roku. Jakość wód pitnych badają stacje sanitarno-epidemiologiczne i one alarmują w razie skażenia.

Jeszcze niedawno w powszechnym użyciu była benzyna ołowiowa (zakazano jej w roku 2005), a ludzie cieszyli się ogródkami działkowymi ulokowanymi często przy ruchliwych ulicach i hodowanymi w nich – systematycznie zatruwanymi – warzywami. Teraz benzyna jest bezpieczniejsza, jednak gleba jeszcze przez dziesięciolecia pozostanie skażona.

Rtęć w rybach – które gatunki są bezpieczne, a których lepiej unikać?

Ołów to jeden z metali ciężkich, ale przecież niejedyny. Innym, o którym od czasu do czasu głośno, jest rtęć. – Ludzie dzwonią: zbił się termometr, co teraz? – mówi dr Matuszkiewicz. – Co prawda coraz mniej jest takich termometrów, ale jeszcze się zdarza, wypadła rtęć, panika. Zawsze uspokajamy, bo właściwie nie ma powodów do niepokoju. Toksyczne są opary rtęci. A ponieważ temperatura parowania rtęci to kilkaset stopni Celsjusza, więc w warunkach pokojowych nic nam nie grozi.

Zbieramy rtęciowe kuleczki do słoika, zawozimy do punktu utylizacji odpadów, wietrzymy pomieszczenie i zapominamy o sprawie.

Nawet gdyby ktoś jakąś połknął, to nie wejdzie ona w reakcje z płynami ustrojowymi, przepasażuje się przez przewód pokarmowy i zostanie wydalona. Nie ma znaczenia też rtęć ze szczepionek, ten nieszczęsny tiomersal, którym niepotrzebnie się straszy. Tiomersal, konserwant w szczepionkach, jest połączeniem organicznym rtęci, etylortęcią, a ta nie kumuluje się w organizmie, w ciągu około 30 dni stężenie jej spada o 50 procent, potem znowu i szybko dochodzimy do zera. Groźniejsza jest metylortęć, która wolno się usuwa, ale tu jej nie ma. Rtęć rtęci nierówna, rodzaj związku wpływa na szybkość eliminacji. Teraz zresztą możemy wybrać szczepionki, które są pozbawione tego konserwantu.

A co z dietą? Czy tu nie kryją się zagrożenia? Choćby takie: lekarze i dietetycy namawiają, by jeść ryby, przede wszystkim ryby morskie, źródło nienasyconych kwasów tłuszczowych. Ale możemy też napotkać ostrzeżenia: morza i oceany są zatrute, w rybach kumulują się metale ciężkie! Jak sobie z tą sprzecznością radzić?

– Mniej bezpieczne są ryby drapieżne – mówi dr Eryk Matuszkiewicz – te, które zjadają inne ryby, bo tu zachodzi zjawisko bioakumulacji, czyli niżej znajdujący się w łańcuchu pokarmowym organizm ma niższe stężenie toksyn niż organizm wyżej, a człowiek na końcu zjada to wszystko.

Jednak nie oznacza to, że powinniśmy z ryb rezygnować. Jest symulacja pokazująca, ile ryb musielibyśmy jeść, żeby stężenie metali ciężkich stało się dla nas niebezpieczne. Otóż… dziewięć kilogramów w ciągu tygodnia. To się raczej nie zdarza, więc sięgajmy po ryby, to ważny składnik urozmaiconej diety.

Małgorzata Dobosz uściśla: – Z ryb bogatych w kwasy omega-3 polecana jest szczególnie makrela. Ma stosunkowo niską bioakumulację metali ciężkich, jest bezpieczniejsza niż tuńczyk czy miecznik. Z kolei ostrygi czy małże jako organizmy filtrujące wykazują bardzo wysoką zdolność do bioakumulacji metali ciężkich ze środowiska wodnego. Mayo Clinic rekomenduje kobietom w ciąży – możemy więc założyć, że jest to najbardziej bezpieczny wybór – spożywanie łososi, anchois, śledzi, sardynek, pstrągów i makreli. Inne bezpieczne opcje to: krewetki, tilapia, dorsz, sum.

Kadm – gdzie występuje i jak wpływa na organizm?

Kolejny metal ciężki, który może wnikać do organizmu, to kadm. – Japończycy jako pierwsi opisali objawy choroby itai itai, będącej wynikiem zatrucia kadmem, przez kilkadziesiąt lat uwalnianym przez kopalnię do rzeki, która nawadniała pola ryżowe. Ludzie pili skażoną wodę i jedli skażony ryż – mówi dr Eryk Matuszkiewicz. – Choroba ta charakteryzuje się zaburzeniami wzrostu i deformacjami układu szkieletowego. Przy czym, jak zawsze, podstawowa jest kwestia ilości spożywanego kadmu i długości ekspozycji, bo jeśli sytuacja jest jednorazowa – czasem słyszymy na przykład o skażeniu jakiejś partii warzyw – praktycznie nie ma to znaczenia. Groźna jest długotrwała ekspozycja.

Małgorzata Dobosz tłumaczy, że kadm dostaje się do środowiska wraz ze ściekami, a także z zanieczyszczeniami pochodzącymi ze stosowania nawozów sztucznych. Skażenie wody do picia może pochodzić z rur ocynkowanych, spawów i niektórych metalowych elementów uzbrojenia przewodów.

– Ale za najpoważniejsze źródło narażenia człowieka na kadm uważa się palenie papierosów – mówi. – Stężenia kadmu we krwi i nerkach są stale wyższe u palaczy niż u osób niepalących. Kadm ma zdolności kumulowania się w organizmie, głównie w nerkach i wątrobie, okres połowicznego rozpadu to około 15 lat.

Małgorzata Dobosz przywołuje inny serial, „Toksyczne miasto”, opowiadający dramatyczną historię położonego w środkowej Anglii górniczego miasta Corby. – W latach 90. doszło tam do poważnych zaniedbań, toksyczne odpady z rekultywacji huty stali sprawiły, że dzieci rodziły się z wadami wrodzonymi. Eksperci winią w pierwszej kolejności kadm, ale też związki chromu, cynku, dioksyny i pierścieniowe wodorowęglany aromatyczne.

Metale ciężkie w kosmetykach – ołów, rtęć, kadm i arsen

Mniej oczywiste źródła metali ciężkich to… kosmetyki. I wcale nie musi chodzić o zamierzchłą przeszłość, kiedy to używano do wybielania cery arszeniku czy ołowiu. – Dziś ołów, rtęć, kadm, arsen, nikiel mogą pojawić się w kosmetykach jako śladowe zanieczyszczenia surowców mineralnych – mówi Małgorzata Dobosz. – Są rozporządzenia zakazujące stosowania metali ciężkich jako składników, jednak dopuszczają śladowe ilości wynikające z zanieczyszczeń, o ile sam produkt jest bezpieczny.

Jednak z raportu WHO z 2021 roku wynika, że i dziś można kupić wybielające kremy czy mydła zawierające nieorganiczne sole rtęci. Produktów takich używa się na całym świecie, choć szczególnie w krajach Afryki i Azji Południowo-Wschodniej. Sole rtęci po wchłonięciu mogą spowodować poważne uszkodzenia nerek i układu nerwowego.

W jednym z odcinków serialu „The Pitt” (akcja dzieje się na oddziale ratunkowym szpitala w Pittsburghu) influencerka kosmetyczna cierpi na poważne zatrucie rtęcią, wywołane importowanym kremem rozjaśniającym skórę.

Z kolei ołów stanowi składnik tradycyjnych w pewnych regionach kosmetyków do makijażu. Pakistanki używają surmy, znanej również jako kohl, nie zdając sobie sprawy z tego, że czarny eyeliner może zawierać ołów. – Surma, ruda wydobywana i mielona na proszek, była stosowana od wieków jako kosmetyk i środek odstraszający zło – mówi Małgorzata Dobosz. – Produkcja nie jest regulowana, a zawartość ołowiu bywa zróżnicowana, od 16 do 70 procent. Wiele kobiet nakłada surmę na twarze niemowląt, nie wiedząc o jej toksycznym wpływie na każdy układ małego organizmu. Tradycyjny indyjski proszek, sindoor, znajdujący się w kosmetykach, często zawiera niebezpieczne poziomy ołowiu, dodawanego dla wzmocnienia koloru. Wiele próbek przekracza dopuszczalne limity FDA (20 ppm), osiągając nawet ponad 300 000 ppm.

Badanie na metale ciężkie – kiedy warto je wykonać?

Na drodze rozwoju przemysłu i technologii popełniliśmy sporo błędów, część wynikała z niewiedzy, z braku świadomości, część z chciwości. Dziś nie sprawimy, że nagle środowisko stanie się krystalicznie czyste, a wszelkie skażenia znikną. Mamy jednak ustalone normy, by ewentualne zagrożenia trzymać w ryzach. I by to, co dostarczamy organizmowi, nie szkodziło, by toksyny się nie kumulowały.

Czy powinniśmy to sprawdzać? Raz na jakiś czas robić badania na obecność metali ciężkich? – Jeśli nie ma wyraźnych wskazań, że takie zagrożenie wchodzi w grę, zastanawiałbym się, czy ma to sens – mówi dr Matuszkiewicz. – Oczywiście zawsze kiedy pojawiają się nowe niepokojące i trudne do wytłumaczenia objawy, a badania profilaktyczne ich nie tłumaczą, można o tym pomyśleć. Na razie jednak nie ma konsensusu w środowisku medycznym, jak często i w jakich sytuacjach to robić. – Stężenie ołowiu we krwi żylnej jest najlepszym biomarkerem ryzyka – dodaje Małgorzata Dobosz. – Mniej diagnostyczne jest oznaczenie stężenia tego pierwiastka w moczu. Badania w takich matrycach jak włosy czy paznokcie mają znaczenie retrospektywne, czyli pokazują stan z przeszłości.

Ale spokojnie! Jeśli nie mieszkamy w pobliżu zakładów przemysłowych, zdrowo żyjemy i stosujemy odpowiednią dietę, to nawet gdybyśmy w jedzeniu przyjęli jakieś ilości metali ciężkich, i tak korzyści z diety będą większe niż zagrożenie. Organizm sobie z tymi ilościami metali ciężkich poradzi. Jest jeden warunek: wydolne nerki. A kiedy są wydolne? Kiedy się odpowiednio nawadniamy. Czyli pijemy dwa litry płynów dziennie. Wtedy filtracja nerkowa ma miejsce i nie kumulujemy metali ciężkich w organizmie.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE