W maju 2027 roku Metropolitan Museum of Art otworzy wystawę poświęconą w całości jednemu projektantowi. To zaszczyt, jaki dotąd spotkał tylko dwoje żyjących twórców – Yvesa Saint Laurent w 1983 roku i Rei Kawakubo w 2017. Trzecim będzie John Galliano, człowiek, którego branża pożegnała w 72 godziny po tym, jak pijany w paryskim barze chwalił Hitlera i mówił parze nieznajomych, że ich przodkowie powinni byli zginąć w komorach gazowych.Między tymi dwoma faktami rozgrywa się jedna z najbardziej niewygodnych historii współczesnej mody – a sama instytucja zdaje się to rozumieć: w komunikacie zapowiadającym wystawę „John Galliano: Horizons” Met zastrzega, że obok twórczych osiągnięć zajmie się też zachowaniem, które nieodwracalnie zmieniło jego karierę.
Galliano urodził się 28 listopada 1960 roku w Gibraltarze, jako syn hydraulika i Andaluzyjki, tancerki flamenco o wyjątkowym wyczuciu estetyki. Na Central Saint Martins marzył o karierze ilustratora – to nauczyciele skierowali go w stronę projektowania. W 1984 roku pokazał kolekcję dyplomową „Les Incroyables”, inspirowaną rewolucją francuską – Joan Burstein, właścicielka butiku Browns, kupiła ją w całości, zanim pokaz się skończył.
Dalej było gorzej, zanim zrobiło się spektakularnie. W 1990 roku Galliano ogłosił bankructwo i przez jakiś czas sypiał w Paryżu na podłodze u koleżanki. Przełom przyszedł w 1993 roku, gdy André Leon Talley wyprosił od São Schlumberger jej pałacyk na pokaz, a Anna Wintour załatwiła mu 50 000 dolarów kredytu. Za te pieniądze i 17 stylizacji z tej samej czarnej krepy powstał pokaz, który wielu do dziś nazywa najważniejszym w historii współczesnej mody – supermodelki, w tym Kate Moss i Naomi Campbell, pracowały tamtego wieczoru za darmo. Dwa lata później Bernard Arnault mianował go szefem kreatywnym Givenchy, pierwszym Brytyjczykiem na czele francuskiej haute couture, a w 1996 roku przeniósł do Diora.
Siedemdziesiąt dwie godziny, które zmazały piętnaście lat
Początki w Diorze budziły niepokój – zwłaszcza kolekcja czerpiąca z estetyki paryskich bezdomnych, gdy witryny przy Avenue Montaigne wciąż serwowały mieszczańską elegancję. – Poczekaj. Zobaczysz. Wszystko się ułoży – miał odpowiadać niewzruszony Arnault dziennikarce The New York Times, Cathy Horyn. I miał rację: torebka saddle zbudowała spójny wizerunek marki, a Galliano dostarczał pokazy klasy wyjątkowej. Ale przy tempie ponad 30 kolekcji rocznie nawet najbardziej stabilna osobowość traci grunt pod nogami. W 2007 roku zmarł Steven Robinson, szef jego studia.
– Zostałem bez żadnej ochrony, mój organizm uzależnił się od tabletek nasennych, valium i alkoholu – mówił Galliano na własnym procesie w 2011 roku.
24 lutego 2011 roku w barze La Perle na paryskim Marais pijany Galliano znieważył parę nieznajomych. Nazajutrz Dior go zawiesił, a gdy The Sun opublikował nagranie zajścia, dom mody ruszył z procedurą zwolnienia. We wrześniu 2011 roku sąd uznał go za winnego publicznych zniewag na tle rasowym i skazał na 6000 euro grzywny w zawieszeniu. Na wyrok nie przyszedł – przebywał już w ośrodku odwykowym w Arizonie.
Belgijski czyściec
Rehabilitacja zaczęła się niemal na próbę: w 2013 roku Galliano odbył dyskretną rezydencję w studiu Oscara de la Renty. Zdał ten egzamin – rok później Renzo Rosso, szef grupy OTB, oddał mu stery Maison Margiela. „John Galliano to jeden z największych, bezspornych talentów wszech czasów” – napisał w oświadczeniu.
Zderzenie było karkołomne: teatralny przepych Galliano kontra Margielowska anonimowość i idea mody bez widocznego autora.
A jednak z tego napięcia wyrosło coś niezwykłego – przez 10 lat obroty domu wzrosły ze 100 milionów euro rocznie do blisko 500 milionów, przy wzroście rzędu 23–25% rocznie. Punktem kulminacyjnym był styczniowy pokaz Artisanal 2024 pod mostem Aleksandra III, inspirowany fotografią Brassaïego. Pod koniec tego roku Galliano ogłosił na Instagramie odejście z domu, dodając, że jest trzeźwy od 14 lat.
Kto zadecydował, że John Galliano odpokutował już wystarczająco?
Być może Galliano stwierdził, że belgijska pustelnia to wystarczające zadośćuczynienie, a jego grzechy uległy przedawnieniu po piętnastu latach, bo zaczął czym prędzej ustawiać się na nowo w centrum uwagi świata mody – i to na dwa fronty. Pierwszy zaczyna się od fundacji kulturalnej Marty Ortegi Pérez, szefowej Inditeksu – to na organizowanym przez nią wernisażu wystawy fotograficznej w Galicji Galliano poznał przyszłą partnerkę biznesową. Wiosną 2025 roku pojechał do Arteixo, by w ramach wewnętrznego cyklu Zara Talks wygłosić pracownikom marki wykład o swojej karierze. Rok później, w marcu 2026 roku, hiszpański gigant ogłosił z nim dwuletnią współpracę – Galliano ma „re-autoryzować” archiwalne wzory Zary. (Samo słowo „archiwum” wywołało w branży więcej dyskusji niż sama nominacja. To termin zarezerwowany dotąd dla domów pokroju Diora, Chanel czy Balenciagi – repozytoriów, które badają historycy mody, a wystawiają muzea. Czy 50 lat produkowania szybkich, tanich wersji luksusowych trendów też można tak nazwać, czy to wciąż tylko magazyn?).
To jednak front łatwiejszy i mniej ryzykowny. Drugi – ten prawdziwie doniosły – rozgrywa się w salach muzealnych, a stoi za nim ta sama osoba, która od przeszło trzech dekad pozostaje najbardziej konsekwentną sojuszniczką Galliano w branży: Anna Wintour, członkini rady Metropolitan Museum, która kiedyś wyciągnęła go z opałów finansowych skromnym kredytem na 50 tysięcy dolarów, a teraz muzealną retrospektywą chce ucementować jego dziedzictwo. Droga do „Horizons” nie była prosta. Wystawę planowano już na 2024 rok, ale Met odłożył ją po atakach z 7 października w Izraelu. Zanim ostatecznie ogłoszono termin, Galliano, Wintour i główny kurator Costume Institute, Andrew Bolton, spotkali się z nowojorskimi rabinami i przedstawicielami społeczności żydowskiej, by wysondować, jak zareagowaliby na taką wystawę. Odpowiedź musiała być wystarczająco uspokajająca, skoro „Horizons” w końcu ogłoszono – z zastrzeżeniem, że muzeum zajmie się nie tylko twórczością Galliano, ale i zachowaniem, które ją przyćmiło.
Nie wszyscy są skłonni się z tym pogodzić. Dana Thomas, biografka projektanta, w eseju dla The New York Times nazwała decyzję Metu fatalnym błędem, argumentując, że paryski wybuch z 2011 roku nie był odosobnionym incydentem, a kulminacją wieloletniego wzorca okrucieństwa wobec pracowników i obcych.
Z drugiej strony – Kevin Macdonald, reżyser dokumentu „High & Low: John Galliano” z 2024 roku, przytoczył w rozmowie z Fashionista.com słowa pewnego rabina, z którym rozmawiał przy okazji montażu filmu: „Jaki jest sens religii, jeśli nie wierzysz, że ludzie mogą się zmienić?”. To pytanie ma już swoją odpowiedź wśród ludzi, którzy Galliano znają osobiście – tylko nie jest ona jednomyślna: Naomi Campbell i Kate Moss dawno wybrały lojalność, a Philippe Virgitti, jeden z dwojga znieważonych tamtej fatalnej w skutkach nocy, nie wybaczył do dziś.
Dla młodszego pokolenia, które pokazy Galliano zna z niskiej jakości nagrań na YouTubie, to i tak coraz bardziej odległa historia – dla nich liczy się „Homeless Chic” z 1999 roku, nie proces sprzed 15 lat. Może dlatego pytanie, czy talent unieważnia winę, brzmi dziś dla nich zupełnie inaczej niż dla tych, którzy jego upadek oglądali na żywo.