1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Monika Brodka: To tu, to tam

Monika Brodka: To tu, to tam

fot. Adam Pluciński/MOVE
fot. Adam Pluciński/MOVE
Świat to za mało – stwierdzi kiedyś zapewne. Z Twardorzeczki leciutko przeskoczyła do Warszawy, teraz oddałaby nawet Saską Kępę za Nowy Jork.

A kierunków do obrania jest wiele. I naprawdę na nią akurat wszędzie czekają! Monika Brodka nową płytę „Clashes” wydaje w ramach kontraktu z zagraniczną wytwórnią PLAY IT AGAIN SAM  (wydającą m.in.: Róisín Murphy, Editors, Agnes Obel, Soap & Skin, Balthazar). Wejście albumu na rynek 13 maja (2016) oznacza autentycznie jego międzynarodową premierę.  Tego samego dnia album ukaże się w Polsce, Europie, Ameryce... Wszędzie!

Cztery lata temu, kiedy rozmawiałem z panią, miałem wrażenie, że rozmawiam z dziewczyną. Teraz z kobietą?

Nie wiem. Nie siedzę w domu na kanapie i nie zastanawiam się, czy jestem dziewczyną, czy kobietą, po prostu trwam. Zresztą nigdy nie czułam, że jestem jakąś bardzo kobiecą kobietą. Dużo mam w sobie męskiej stanowczości.

Sądząc po czasie, jaki upłynął od ostatniej płyty, to bardziej pani żyje, niż tworzy?

Tak, staram się w tym wszystkim jeszcze żyć. Ostatnie kilka lat to intensywne podróże, bo bardzo tego potrzebowałam.

I co te podróże miały dać albo przynieść?

Po pierwsze, odskocznię od bycia w Polsce i mieszkania w Warszawie. Po drugie, chciałam pobyć dłużej w Nowym Jorku.

Nowy Jork bo?

Kocham to miasto. Nowy Jork jest dla mnie miastem, które odzwierciedla tę pogoń za…

Jaskrawą tymczasowością?

Można tak powiedzieć. Ale z drugiej strony to miejsce, w którym w ogóle nie potrzebuję telefonu, samo miasto daje mi ten rodzaj kopa. Jest jak żywy telefon z tysiącami aplikacji, zdjęciami, lajkami. Poza tym można tam być zupełnie anonimową pestką słonecznika. Ono też bardzo dużo energii wysysa, ale mam wrażenie, że jak przyjeżdża się tam bez oczekiwań…

Nie chce się go „zdobyć”?

Tak. Że ono ma zapewnić pracę, karierę, miłość, to można z niego bardzo dużo wyciągnąć.

Mogłaby pani wyprowadzić się z Polski i tam mieszkać?

Kiedyś miałam dużą potrzebę dookreślenia, że gdzieś jest „moje miejsce”, że tu „zapuszczam korzenie i chcę żyć do końca życia”. A od kilku lat wolę pomieszkiwanie tu i tam.

Góralka lubi koczownicze życie?

Trochę tak. Ale nadal Warszawę traktuję jako swoją bazę, do której wracam, choćby po roku.

O czym jest nowa płyta?

Nie wiem, to chyba zadanie dziennikarzy, żeby powiedzieć, o czym ona jest. Ja ją tylko tworzę.

Nie jest pani „naczyniem”, do którego same się wlewają anonimowe treści, a my je teraz zinterpretujemy. Jaką emocję pani chciała przekazać?

Na pewno wiele emocji przekazałam nieświadomie. One się ze mnie wylewały, trudno jest mi je nazwać. Bardzo zależało mi, żeby już w samych kompozycjach była zawarta historia i tajemnica.

Dla mnie to tęsknota za ostatecznym zespoleniem się.

Ze światem czy z…

Nie, z jakimś jednym, konkretnym, z nim. Wniknąć, zniknąć, połknąć, być w nim.

Teksty na tej płycie są dużo bardziej i dużo bliżej człowieka, jego emocji niż na poprzedniej. Poprzednia była mocniej zawieszona w jakimś abstrakcyjnym świecie fantazji i wymyślonych historii, byli bożkowie wudu, dużo plemienno-hipnotycznych wizji…

New Age po prostu.

Tak. Tym razem jednak te emocje, które człowiekiem targają, wzięły górę, choć nadal podane w bardzo abstrakcyjnym wydaniu. Stało się tak, że tę płytę skomponowałam sama i napisałam do niej teksty, na czym bardzo mi zależało. Zupełnie tego nie planowałam. Myślałam, że tak jak w przypadku „Grandy” łatwiej będzie mi tworzyć z kimś. I nagle od wieczornego podgrywania sobie na gitarze i rejestrowania prostych pomysłów na dyktafonie doszłam do pisania, aranżowania, robienia orkiestracji dla części zespołu, czego nie robiłam nigdy wcześniej.

Wracam z pytaniem o emocje, jakie chciała pani wzbudzić.

Czuję, że ta płyta jest dosyć smutna, melancholijna, niekoniecznie chciałam zdołować mojego słuchacza, ale czułam, że dużo łatwiej przychodziło mi pisać właśnie takie piosenki. W liryczności tych utworów czułam siebie.

Płyta jest dosyć mroczna. Pani ma naturę bardziej radosną czy mroczną?

Raczej szklanka do połowy pusta.

Ale rozpacz, jakiś przedsionek rozpaczy chociaż? Pogodna rozpacz?

Duży pesymizm, brak satysfakcji, małymi rzeczami trudno mi się autentycznie cieszyć. Mam cały czas chęć, żeby było jeszcze mocniej, więcej, lepiej. Nazywam to ambicją, ale może to jest po prostu pewien rodzaj niezadowolenia? Ale nie czuję, żeby to było dla mnie w jakikolwiek sposób niebezpieczne.

Że się pani osunie w jakąś otchłań?

Tak. Myślę, że po prostu nie jestem z natury człowiekiem, który myśli sobie: „O, jak jest świetnie!”, raczej zauważam mankamenty. Co jest dla otoczenia dosyć męczące. Mojej menedżerce ciężko zaakceptować, że ja nigdy nie mogę być z czegoś zadowolona. Pod tym kątem jesteśmy przeciwieństwami. Ona świetnie uzupełnia tę moją szklankę.

Ale potrafi pani skakać z radości?

Tak, potrafię. Kiedy uda mi się osiągnąć coś zawodowo, do czego długo dążyłam, o czym marzyłam.

Ostatnio co to było?

Kontrakt z zagraniczną wytwórnią. Kiedy ta propozycja przyszła, skakałam. Później okazało się, że wiąże się to z tysiącem skomplikowanych rzeczy, które były dosyć męczące i stresujące.

Chce być pani gwiazdą światową?

Nie nazwałabym tego tak.

A jak?

Chciałabym mieć w muzyce taką swobodę, jaką mam w podróżach, że mogę pomieszkać kilka miesięcy w innym kraju. Chciałam bardzo, żeby moja muzyka też razem ze mną po tych krajach podróżowała, żeby była muzyką międzynarodową. Ale nigdy nie zależało mi, żeby być gwiazdą pokroju Rihanny, Adele czy Beyoncé. Przecież nagrałam płytę skrajnie niekomercyjną.

Ale przerwa między płytami podobna jak u Adele.

No tak, tylko u niej były z tego dzieci.

Nutka żalu w głosie?

Po prostu. Ona jakoś ten czas spożytkowała w inny sposób, a ja na podróżach i pracy nad płytą. Trochę najeżam się, jak słyszę takie podejście, że w Polsce jest mi jakoś niewygodnie i chcę zrobić światową karierę. Nie! Po prostu bardzo trudno jest polskiemu artyście wyjść na świat. Oprócz zespołów metalowych rzadko komu się to udaje. Więc czułam satysfakcję, że ktoś z wytwórni zagranicznej mnie zauważył. I ciężko na to pracowałam. Jeździłam na bardzo wiele koncertów za granicę, które nie przynosiły mi żadnego zarobku, wręcz zainwestowałam sporo swoich pieniędzy. Nie mam ambicji, żeby zrobić szybką i intensywną karierę, zresztą widzę, że to dzieje się tak naprawdę bardzo małymi krokami.

No, taka młoda to pani już nie jest, trzeba się spieszyć. 29 lat to poważny wiek.

Jeszcze nie mam trzydziestki. Myślę, że nie jest tak źle.

Pierwotną inspiracją do tej płyty była pierwsza muzyka, z którą się pani spotkała, czyli liturgiczna. Dlaczego ją pani zapamiętała? Bo była jedyna?

Pierwsza. Na prawdziwe koncerty zaczęłam chodzić dopiero w wieku 13 lat, a msza to też w pewnym sensie koncert, jakiś rodzaj spektaklu.

Mieliście dobrego organistę?

Nie sądzę, myślę, że był dosyć przeciętny.

Chór? Anielski?

Zupełnie nie.

A pani śpiewała?

Śpiewałam razem z tłumem, chociaż chodziłam na jakieś zajęcia scholi. Organista i jego organy są wysoko, na chórze. Nigdy nie widzimy postaci organisty, tylko słyszymy muzykę. Jest w tym pewna tajemnica, a i kościół ma też bardzo specyficzną akustykę, to razem tworzy mistyczny, rytualny klimat.

Pani jest chyba dosyć indyferentna religijnie.

To znaczy?

Jeżeli interesuje panią jakaś metafizyczna siła, to raczej nie widzi jej pani w Kościele, instytucji, ma pani do niej negatywny stosunek, przynajmniej do polskiego Kościoła. Więc właściwie dlaczego muzyka religijna? Tylko dlatego, że to było pierwsze doświadczenie muzyczne?

Tak.

Żadnej metafizyki w tym nie ma?

Jest. W samym brzmieniu organów w tym miejscu, w tym, jak ono wygląda, w pewnych prawach fizyki zastosowanych przy budowie organów, w rozmieszczeniu ich rur – to jest oszałamiający i masywny, dający się odczuć głęboko w trzewiach instrument. Cieszę się, że jeden z pierwszych, jakie usłyszałam. Oprócz tych góralskich, używanych przez mojego tatę. A czy one były w kościele, czy nie, jest dla mnie rzeczą drugorzędną.

U pani nastoletniej wisiały jakieś plakaty w pokoju?

Pewnie jakichś boysbandów. Ale pierwszą kasetą, którą sobie kupiłam, była kaseta Beatlesów, bo dla mnie muzyka popowa zawsze wybrzmiewała po angielsku.

Pani wykonuje jakiś zawód czy po prostu żyje w ten sposób, że od czasu do czasu coś napisze, skomponuje, potem nagra, zagra na koncercie?

Wykonuję zawód piosenkarki. Od niedawna też kompozytorki. W Stanach to się chyba nazywa singer­--songwriter. Ludzie mnie poznali jako osobę śpiewającą cudze utwory. I trochę czasu mi zajęło, żebym – skoro już ktoś polubił mój głos i chce mnie dalej słuchać – potrafiła wyrazić siebie swoimi piosenkami. Długo dojrzewałam do tego, że sama chcę, sama mam pomysł, sama potrafię.

Bo nieśmiałość, bo sama nie wiedziałam?

Długo dojrzewałam, bo mój start był wczesny i niespodziewany.

Wsiadła pani w autobus, przyjechała na nagrania „Idola”.

To była kwestia kilku miesięcy, a potem życie za mnie decydowało. Ale przeszkadzało mi, że moją przygodę z show-biznesem zaczęłam bardziej od bycia „znaną twarzą”, a nie od pokazania czegoś swojego, że zaczynałam od śpiewania cudzych piosenek. Byłam wrzucona do wora z ludźmi, którzy, miałam poczucie, nie robią w życiu nic wartościowego, a mają tylko znaną twarz, i to zaczęło mi przeszkadzać. Nie chciałam być identyfikowana z tą grupą. Czułam, że do niej nie przynależę.

Aż tak szalenie poważnie pani siebie traktuje?

Tak, i to, co robię, też traktuję bardzo poważnie. Uznałam, że wyłącznie konsekwentnymi działaniami jestem w stanie to wyobrażenie na mój temat zmienić. Stwierdziłam, że zrobienie czegoś wartościowego muzycznie jest drogą do tego, żeby z tego worka wyskoczyć. Dlatego była „Granda”. Od tego zaczęłam. I moja konsekwencja mnie z tego worka wyrzuciła.

Pani woli koncerty czy studio nagraniowe?

Koncerty. Wiele wspominam bardzo mocno, ale chciałabym być przygotowana na każdą okoliczność, żeby dać z siebie wszystko, a koncerty są nieprzewidywalne.

Ma pani naturę prymuski?

Nie. To jest bardziej chęć kontroli, żeby ludziom dać coś, czego jestem pewna i świadoma.

Z tego, jak pani o tym opowiada, wnioskuję, że scena nie jest dla pani narkotykiem.

Nie.

A co jest?

Na pewno nie jestem typem nieśmiałej, skrytej osoby, która dopiero na scenie się otwiera. Oglądałam ostatnio dokument o Janis Joplin, która na każdym kroku powtarzała to, jak była zakompleksiona, zahukana i ona bez tej sceny nie byłaby w stanie przeżyć. To chyba nie ja.

Co jest więc pani narkotykiem?

Dosyć trzeźwo patrzę na swoje życie i na świat. Czymś, co napędza mnie do działania, jest to, że mogę pozwalać sobie na coraz więcej zawodowo.

To „energetyk”, nie narkotyk, w którym się pani zapomni.

Ja się nie zapominam.

Ze strachu?

Nie wiem. Do narkotyków nigdy mnie nie ciągnęło. Strach przed utratą kontroli i świadomości, przy pewnej nieprzewidywanej reakcji organizmu, która może się pojawić, mnie blokował. Z alkoholem jest podobnie.

Smutnieje pani, jak wypije?

Różnie, czasami upijam się na wesoło, czasami upijam się na smutno, ale na smutno bardzo nie lubię.

Bo?

To nieprzyjemne uczucie.

Smutek potrafi być przyjemny.

Może ja mam w sobie za dużo tego smutku, żeby jeszcze go potęgować? Lubię smutek, ale w trzeźwym wydaniu. Po alkoholu on potrafi się nieprzyjemnie wyolbrzymić, wszystko jest dużo bardziej dramatyczne, niż jest.

I w tym niealkoholowym smutku co pani lubi?

Jego molową melodię, molową harmonię. Smutek jest też pewnym stanem świadomości, więc czymś fajnym.

Może jest prawidłowym widzeniem rzeczy i świata?

Też. Bo mimo wielu podróży do Stanów nie potrafię przejąć ich optymizmu, który jest taki wyuczony. Sztuczne bycie pozytywnym nie do końca mi wychodzi. Dla nich smutek jest słabością. Ja go tak nie traktuję. We mnie jest tyle samo radości, ile smutku. Jest mi on potrzebny, gdy komponuję  w naszych warunkach klimatycznych.

W naszym klimacie komponowanie jest trudniejsze?

Nie, jest łatwiejsze, ciekawsze. Zupełnie inna jest muzyka z Kalifornii, gdzie przez cały rok w zasadzie jest lato.

Chopin na pewno nie napisałby tam żadnego nokturnu.

Na pewno nie.

Rodzice nie martwią się, że uprawia pani taki niepoważny zawód?

Dlaczego niepoważny? Jest bardzo poważny, a oni widzą mnie szczęśliwą, zadowoloną z tego, co robię. Na pewno jestem dla nich powodem do dumy.

Ale też strachu, bo kariera w tym zawodzie może być rzeczą dosyć ulotną.

Tylko ja już od 12 lat się tym zajmuję, więc myślę, że ten strach zostawili gdzieś w tyle. On był, kiedy 16-latka przeprowadziła się do Warszawy. Teraz bardziej się boją, czy kiedyś założę rodzinę, czy będą mieli wnuki…

A będą mieli wnuki, chce pani mieć dzieci?

Myślę, że tak, kiedyś.

Myśli pani, że jest niezwykła?

Nie wiem. A pan myśli, że jestem niezwykła?

Za mało o pani wiem, dlatego pytam osobę, która w tej sprawie jest najlepiej poinformowana.

Myślę, że mam dosyć niezwykłe życie i bardzo je lubię.

Dlatego jest ono niezwykłe, bo pani jest niezwykła?

Chciałabym tak myśleć, ale… Tak naprawdę na to, w jakim jestem miejscu i czym się zajmuję, i w jakim momencie życia jestem, złożyło się bardzo dużo rzeczy. Szczęście, praca, którą przez te wszystkie lata wykonałam, a przede wszystkim ludzie, którymi się otaczam.

Moje pytanie było też o to, czy pani się czuła zawsze inna.

W pewnym sensie tak, ale też nigdy moi rodzice tej inności nie próbowali ze mnie wyłuskać.

Patrzę na pani rękę, na tatuaże, wyglądają bardziej na „porysowane” niż wytatuowane. Ta niedbałość artystyczna tych tatuaży jest celowa?

Nie nazwałabym ich niedbałymi. Może nie są typowe. Jeden jest pamiątką po „Grandzie” i tym, co znalazło się na okładce, a sowa jest dla towarzystwa dla jelenia. Ten jest rysunkiem Basquiata, który znalazłam w jednej z jego książek.

Dlaczego pani się tatuuje?

Bo lubię tatuaże.

Za co?

Podobnie jak ubraniami wyrażam w ten sposób jakiś swój indywidualizm, coś, co określam później jako swój gust, co estetycznie mi odpowiada. Nigdy tatuażu nie traktowałam jako czegoś, nad czym trzeba bardzo długo myśleć i zastanawiać się, że jest na całe życie. Na przykład ten tatuaż powstał na plaży w Meksyku dwa lata temu. Został zrobiony przez pewnego włóczykija z Kanady, którego poznałam na plaży w Meksyku. W ten sposób zarabiał na życie i podróże.

Czaszka.

Na nowej płycie jest piosenka „Santa Muerte”, która nawiązuje do czczenia śmierci w zupełnie inny niż polski sposób. My mamy silną traumę związaną ze śmiercią, to jest coś, czego bardzo się boimy, takie traktowanie śmierci jest szalenie depresyjne, dołujące. A kult Santa Muerte jest zupełnie inny.

Mężczyznom podobają się te tatuaże?

Tak. Myślę, że gdybym przy tak zwariowanym życiu i zawodzie, który uprawiam, spotykała się z kimś, kto nie jest w stanie przejść obojętnie obok tej drobnej rzeczy i zaakceptować jej, to byłoby w tym coś naprawdę dziwnego.

Generalnie spokój to nie jest to, czego pani szuka?

Przeciwnie. W pewnych sferach mojego życia szukam.

Gdzie?

W moim prywatnym życiu lubię mieć taki balans pomiędzy niepewnością mojego zawodu i pewnością świata osobistego. Dużo podróżuję, zdarza mi się budzić w jakimś hotelu i przez pierwsze pięć sekund mieć wrażenie, że jestem u siebie w domu. Dopiero potem otwieram oczy i myślę sobie: „O, Wrocław”. Ale pierwsze pięć sekund to spokój.

 

MONIKA BRODKA  rocznik 1987. Zadebiutowała w programie „Idol”, w 2004 roku wydała płytę „Album”, dwa lata później – drugą, „Moje piosenki”, a w 2010 roku –„Grandę”. Otrzymała Paszport „Polityki”, kilka Fryderyków i tytuł Kobiety Dekady.

 

Tekst pochodzi ze "Zwierciadła" 6/2016.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Celebruj relacje

Dobre relacje dają życiową siłę. (Fot. iStock)
Dobre relacje dają życiową siłę. (Fot. iStock)
Szukając pozytywnych cech innych osób, ważnych aspektów swoich relacji i własnych działań, a następnie celebrując je wedle uznania, pobudzasz wydzielanie dopaminy - hormonu szczęści.

Relacje to skomplikowane sprawy, które nierzadko są źródłem różnego rodzaju zaburzeń lękowych. Z kolei życie w lęku utrudnia nam kontakty z ludźmi. Obawy, czy jesteś dostatecznie dobrym partnerem albo przyjacielem, strach przed porzuceniem i lęk wywołany nieustannym analizowaniem każdej sytuacji uniemożliwiają ci spokój i radość z przyjemnych chwil spędzanych z bliskimi.

Przyjaźnie. Związki. Rodzic. Dziecko. Kolega z pracy. Każdy z nas nawiązuje bardzo wiele różnych relacji. Możesz określić, w jakim kierunku pójdą i czy będą się wiązać z lękiem. Jest na to dość przyjemny sposób: wyszukiwanie drobnych rzeczy, które chcesz celebrować każdego dnia.

Chodzi o punkt widzenia. Ludzie mają tendencję do skupiania się na negatywach, co w naturalny sposób wzbudza lęk. Szukając negatywnych cech w ludziach i w naszych relacjach z nimi – często w sposób nieuświadomiony – widzimy głównie problemy. Komplikacje zdarzają się w każdym związku, ale jeśli koncentrujemy się głównie na nich, czujemy coraz większy strach i zdenerwowanie.

Gdy przeniesiemy uwagę na pozytywne aspekty relacji, mamy szansę na zupełnie inne doświadczenia. Aby jednak ta metoda była skuteczna, trzeba nie tylko dostrzegać pozytywy, ale wręcz je celebrować. To proste. Myśl o pozytywnych stronach twojego związku, a następnie rób drobne rzeczy, które to uczczą.

Na przykład:

  • Kup sobie lub komuś, kogo znasz kawę i wypijcie ją razem, delektując się jej smakiem.
  • Stwórz własną playlistę, którą udostępnisz znajomemu lub członkowi rodziny. Baw się, dodając nowe piosenki i dzieląc się reakcjami.
  • Znajdź znajomego, który będzie chodził z tobą na spacery. Ciesz się dawką ruchu i miłym towarzystwem.
  • Dodaj własne pomysły – pomyśl o prostych, ale atrakcyjnych sposobach na uczczenie pozytywnych aspektów twoich relacji.
  • Czy celebrowanie naprawdę pomaga zapanować nad lękiem? Odpowiedź brzmi: tak. Celebrowanie stymuluje mózg. Szukając pozytywnych cech innych osób, ważnych aspektów swoich relacji i własnych działań, a następnie celebrując je wedle uznania, pobudzasz wydzielanie dopaminy. To mechanizm nagrody w postaci dobrego samopoczucia. Twój mózg łączy relację z przyjemnością, jaką sobie z tej okazji fundujesz (przy czym nie muszą to być huczne obchody) i wydziela dopaminę, która odpowiada za uczucie zadowolenia i redukuje lęk. Zmiana nastawienia, celowe dostrzeganie i celebrowanie pozytywów pobudza wydzielanie hormonu szczęścia i zmniejsza niepokój.

Serdeczność wraca

Nieważne, czy chodzi o przyjaźń, miłość czy relacje zawodowe. Gdy dwoje ludzi dostrzega dobro w sobie i w partnerze, ich relacja jest silna i satysfakcjonująca. Oczywiście nie jest całkowicie wolna od problemów, ale potrafimy się wspierać i koncentrować na pozytywach, nawet podczas konfliktu. Kluczem jest nasze poczucie własnej wartości oraz przekonanie o wartości drugiej osoby.

Mówiliśmy już, że możesz wzmocnić poczucie własnej wartości dzięki „serdecznym afirmacjom”. Z kolei ciepłe myślenie o partnerze, przyjacielu czy innych ludziach w twoim życiu ma kilka skutków. Po pierwsze, zaczynasz inaczej postrzegać daną osobę, akceptując ją w całości, bez skupiania się na wadach. To uczy cierpliwości i zrozumienia dla innych. Eliminuje też lęk, ponieważ nie koncentrujesz się na problemach – ani własnych, ani cudzych. Osłabienie lęku wynika również z zaakceptowania wartości twojego przyjaciela lub partnera. Jeśli dostrzegasz wartość w sobie i innych pomimo ich słabości, łatwiej jest ci nawiązywać relacje. W miarę jak utrwalasz pozytywną perspektywę, twój lęk w naturalny sposób zanika.

Możesz wykorzystać serdeczne afirmacje także wobec innych, podobnie jak wykorzystujesz je w stosunku do siebie. Pozytywne stwierdzenia mogą dotyczyć ciebie, osób w twoim życiu i reszty świata. Możesz je zapisać i schować w łatwo dostępnym miejscu. Niektórzy trzymają listę w samochodzie i zerkają na nią, stojąc na światłach, inni przechowują ją w miejscu, w którym spędzają najwięcej czasu w ciągu dnia. Listę możesz stworzyć również w telefonie. Najważniejsze, abyś mógł z niej korzystać codziennie.

W tworzeniu listy pomogą ci poniższe przykładowe afirmacje. Możesz je przeformułować tak, żeby pasowały zarówno do innych osób, jak i do ciebie.

  • Oby mój partner/przyjaciel czuł się komfortowo, odpoczywając ze mną.
  • Oby dostrzegał, jak jest dla mnie ważny.
  • Oby pozbył się wszystkich zmartwień.
  • Oby pozbył się lęku przed oceną. O
  • Obyś potrafił spojrzeć na siebie i innych z ciepłem i sympatią, czując spokój zamiast lęku.

Fragment książki „Jak żyć bez lęku. 101 sposobów, aby uwolnić się od niepokoju, fobii, ataków paniki.” Książka prezentuje plan, który pomoże Ci uwolnić się od pułapki, jaką jest życie w ciągłym napięciu. Pracując nad kontrolowaniem swoich obaw i poprawą jakości życia, pamiętaj, aby żyć chwila za chwilą. Żyć spokojnie, „po kawałku”, to jeden z najlepszych sposobów na pokonanie lęku.

  1. Psychologia

Odchodzę… i co dalej? W jaki sposób kończymy relacje?

Rozstanie to przeżycie traumatyczne. Otwiera całą przestrzeń do spekulacji, co by było gdyby, do oskarżania siebie, partnera. Czasami ciągnie się latami, uniemożliwiając ludziom rozpoczęcie sensownego życia. (fot. iStock)
Rozstanie to przeżycie traumatyczne. Otwiera całą przestrzeń do spekulacji, co by było gdyby, do oskarżania siebie, partnera. Czasami ciągnie się latami, uniemożliwiając ludziom rozpoczęcie sensownego życia. (fot. iStock)
Koniec w relacjach z ludźmi jest zawsze trudniejszy niż początek. Na liście najbardziej stresujących wydarzeń w naszym życiu rozwód zajmuje drugie miejsce po śmierci współmałżonka. A zwolnienie z pracy trzecie. Tym większą więc sztuką jest odejść bez strat po obu stronach. Tylko czy to w ogóle możliwe?

Sposób, w jaki się rozstajemy, więcej mówi o nas niż to, jak rozpoczynamy znajomość albo pracę. Wszyscy to wiemy. Jednak gdy przychodzi się rozstać, puszczają wszelkie hamulce. Jeszcze niedawno kochający się ludzie skaczą sobie do oczu, a dotąd zadowoleni pracownicy nasyłają na pracodawcę kontrole, idą „na chorobowe”, kopiują i wynoszą z firmy bazy danych. Mało kto traktuje rozstanie jako krok naprzód, jako zmianę, dzięki której można się rozwinąć i czegoś nauczyć.

Końca wojny nie widać

Ewa (nauczycielka, lat 35) i Piotr (handlowiec, lat 32) rozstają się już cztery lata. Od momentu, kiedy Ewa złożyła pozew o rozwód, odbyło się pięć rozpraw (nie licząc pojednawczej) i jak na razie nie ma finału. Ewa żąda rozwodu z orzeczeniem o winie męża.

Ewa: – Zdradzał mnie przez całe trzy lata, kiedy byliśmy razem, o czym dowiedziałam się oczywiście ostatnia. Niech się przyzna, że to on rozwalił nasz związek. A Piotr przyznać się do winy nie zamierza. Owszem, zdradził, ale to był według niego tylko incydent, za który zresztą żonę przeprosił.

Piotr: – Nie można karać na tysiąc sposobów za jeden czyn. Ewa wyrzuciła mnie z domu, zażądała rozwodu i odszkodowania, nie dopuszcza mnie do córki. A niech powie, dlaczego ją zdradziłem! Sama się o to prosiła!

Ewa: – On ma argument – zdradziłem, bo nie chciałaś ze mną spać. A to nie tak. Bardzo źle znosiłam ciążę, przez cztery miesiące musiałam leżeć plackiem, wymiotowałam. Po urodzeniu Gabrysi przeszłam depresję poporodową. A on wtedy spotykał się z tamtą kobietą!

Każde z nich robi wszystko, żeby dowieść, że racja jest po jego stronie. Niczym innym teraz nie żyją. Zbierają przeciwko sobie dowody, namawiają świadków do zeznań, utrudniają sobie nawzajem życie. I on, i ona doskonale wiedzą, jak najmocniej dopiec drugiemu – posługując się dzieckiem. Dosłownie wydzierają sobie Gabrysię (ma pięć lat) z rąk. Któregoś dnia Piotr odebrał ją z przedszkola i nie chciał oddać Ewie. Wezwała policję. Teraz wnioskuje o ograniczenie ojcu praw rodzicielskich. A na wszelki wypadek nie posyła córki do przedszkola, małą opiekują się dziadkowie. Ewa jest skrajnie wyczerpana, od wielu miesięcy na lekach antydepresyjnych. Piotr nie jest już z tą trzecią, zmienia partnerki, z nikim nie chce się wiązać. Liczy na to, że ułoży sobie nowe życie, gdy zakończy stare. Ale końca wojny nie widać.

Zostańmy przyjaciółmi!

Kinga (42 lata, anglistka) i Sławek (również 42, politolog i informatyk) od dwóch lat są po rozwodzie. Poznali się na drugim roku studiów. On wywiesił kartkę, że poszukuje tłumaczki dla zespołu, którego koncert przygotowywał, ona zaoferowała pomoc. Wybuchła wielka miłość. Ewa rozpoczęła nawet drugie studia na naukach politycznych, żeby mogli być jak najbliżej. Szybko wspólnie zamieszkali. Na ostatnim roku wzięli ślub, dwa lata potem zostali rodzicami Kuby. Razem pracowali (założyli firmę informatyczną), robili zakupy, gotowali, sprzątali, odpoczywali. Znajomi mówili o nich: „Ci do siebie przyklejeni”.

Coraz lepiej im się powodziło, firma się rozrastała. Trzy lata temu zatrudnili kilkoro nowych pracowników, w tym kolegę Sławka z liceum. Niedługo potem, po raz pierwszy w czasie 19 lat znajomości, wyjechali oddzielnie: on w interesach do Krakowa, ona, razem z kilkoma pracownikami firmy, na branżowe targi do Poznania.

Kinga: – Do dzisiaj nie wiem, jak to się stało. Po prostu zakochałam się i już. W Jacku. Serce zabiło mi mocniej, jak tylko zobaczyłam go po raz pierwszy. Ale nową miłość dopuściłam do głosu dopiero na tym wyjeździe. Może dlatego, że nie było obok mnie Sławka. Potem sprawy potoczyły się błyskawicznie. On wyprowadził się z domu, wniósł pozew o rozwód. Nie było orzekania o winie, podziału majątku przed sądem i walki o syna.

Sławek: – Wszystko uzgodniliśmy. Dom jest dla Kingi i syna, dla mnie konto i samochód. Niedawno zresztą kupiłem obok ich domu działkę, będę się budował. Firmę nadal prowadzimy razem.

Kinga: – Dla dobra syna bardzo zabiegałam o to, abyśmy pozostali przyjaciółmi. I chyba się udało. Mamy już swoje nowe związki, często spotykamy się całymi rodzinami, nasze dzieci się lubią. Ostatnio byliśmy wszyscy razem na wakacjach.

Ponieważ brzmi to tak pięknie, że aż nieprawdziwie, usiłowałam dowiedzieć się, jak w tym czworokącie czują się nowi partnerzy Kingi i Sławka. Odmówili rozmowy.

Pani już tu nie pracuje

Krystyna w ubiegłym roku obchodziła 55. urodziny i 35-lecie pracy w pewnej znanej firmie. Przeszła drogę od sekretarki do dyrektorki administracyjnej. Przeżyła ośmiu prezesów, kilkunastu kierowników. Przez wszystkich chwalona jako sumienna, pracowita, oddana firmie. Nie zdziwiła się więc, gdy jej bezpośredni przełożony oznajmił: „Ubierz się elegancko i 10 maja jedź do centrali”. Pewnie dadzą mi nagrodę, pomyślała, bo 10 maja firma miała świętować jubileusz. W przeddzień Krystyna poszła do fryzjera i kosmetyczki. Tamto majowe popołudnie pamięta do dziś. Wyciągnęła z szafy markową garsonkę, szpilki, założyła sznur pereł. – I jeszcze wróciłam po aparat, żeby jakiś ślad po tej uroczystości został. Spodziewałam się nagrody, bo to była okrągła rocznica, a firma miała się czym chwalić. Wchodzę uśmiechnięta do biura prezesa, a on bez żadnych wstępów wręcza mi zwolnienie. I podniesionym tonem mówi: „Od jutra już tu pani nie pracuje”. Po czym przez pół godziny perorował, jakim to on był dobrym szefem, co on to dla firmy zrobił, jak długo tolerował ludzi ze „starego rozdania”, czyli między innymi mnie. Gdy otworzyłam usta, żeby powiedzieć, co o tym myślę, przerwał mi: „Rozmowę uważam za zakończoną”. Co miałam robić, uniosłam się honorem i podpisałam.

Okazało się, że na jej miejsce zatrudniono młodą dziewczynę, jak się plotkuje, kochankę prezesa. Zmieniono tylko nazwę jej stanowiska. Krystyna wniosła sprawę do sądu. Wie, że ma małe szanse na wygraną, bo wypowiedzenie przecież podpisała. Walczy tylko o swoją godność.

Pomocne lektury: Jakub Jabłoński „Rozwód. Jak go przeżyć?”, W.A.B. 2008; Marshall B. Rosenberg „Rozwiązywanie konfliktów poprzez porozumienie bez przemocy”, Jacek Santorski & Co 2008; Martin E.P. Seligman „Prawdziwe szczęście”, Media Rodzina 2008; Maciej Bennewicz „Coaching, czyli restauracja osobowości”, G&J 2008.

  1. Psychologia

Mindfulness na trudne czasy. Rozmowa z Zuzanną Ziomecką, trenerką uważności

Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce
Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce "Wyspa spokoju. Jak mindfulness pomaga w trudnych sytuacjach" trenerka Zuzanna Ziomecka. (Fot. Michał Wargin)
Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z naszego życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W dzisiejszych czasach to rzecz bezcenna. Zuzanna Ziomecka tłumaczy, jak praktyka mindfulness może pomóc również w podejmowaniu trudnych decyzji.

W swojej najnowszej książce piszesz, że paradoksalnie praktyka mindfulness przygotowała cię na falę niespodziewanych zdarzeń: nagłą utratę pracy i śmierć ukochanej babci. Sądzisz, że bez tego nie dałabyś sobie wtedy rady?
Nie wiem, czy nie dałabym sobie rady, ale na pewno dałabym sobie radę gorzej. Mindfulness pomaga, bo buduje mentalną formę. Tak samo jak budujemy kondycję fizyczną po to, by kiedy ucieknie nam autobus, móc go szybciej dogonić, zamiast zaczynać ćwiczyć dopiero na przystanku, gdy on już odjeżdża. Z mindfulness jest bardzo podobnie. To praktyka, która wzmacnia odporność psychiczną i zapobiega temu, by rozmaite życiowe problemy wzbudzały w nas bardzo destrukcyjną reakcję.

Ja doświadczyłam tego podczas masażu dźwiękiem. Wprowadził mnie w stan tak wielkiego spokoju, że wszystko, co potem spadło na mnie w ciągu dnia, przyjmowałam z anielską cierpliwością, a zwykle takie sytuacje wytrącały mnie z równowagi. Mindfulness powoduje, że w ogóle nie dochodzi do wzburzenia czy po prostu powrót do równowagi jest szybszy?
To zależy. Reakcja stresowa zwykle dodaje nam dużo energii do działania – walki lub ucieczki – ale żeby to zrobić, musimy ją skądś zabrać. Ośrodek, który ponosi podczas stresu największą stratę, to nowoczesna część mózgu zwana korą przedczołową. W stresie tracimy dostęp do tego obszaru, a to on jest odpowiedzialny za nasze najważniejsze kompetencje, wiedzę i umiejętności. W nim mieści się pamięć, zdolność do sprawnego komunikowania, umiejętność analizy, kreatywność, uczenie się, empatia... I nagle ciach, stres nam to zabiera. Utrzymanie dobrej „formy uważnościowej” poprzez regularną praktykę powoduje, że ta reakcja odpala się rzadziej albo w mniejszej skali, czyli nie tracimy rozumu w obliczu stresu. Są jednak takie sytuacje losowe, których nie sposób nie przeżywać. Gdy dzieje się coś, co przewraca nasze życie do góry nogami, jak śmierć kogoś bliskiego, choroba czy choćby właśnie utrata pracy – na to nie ma magicznego pstryczka.

Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W takim stanie nie reagujemy automatycznie, czyli nie wchodzimy w utrate koleiny, które sprawiają, że zachowujemy się tak, że później żałujemy. A stres albo nie pojawia się wcale, albo pojawia się, ale jesteśmy w stanie go lepiej opanować.

Opowiedz o swojej osobistej historii z mindfulness. Jak rozumiem, wszystko zaczęło się w 2013 roku, a czynnikiem zapalnym był artykuł w „Przekroju”, który wtedy prowadziłaś, na temat tego, jak radzą sobie ze stresem wizjonerzy z Doliny Krzemowej.
Nasz artykuł w „Przekroju” był pierwszym dużym tekstem w ogólnokrajowych mediach na temat mindfulness. Napisała go dziennikarka z działu nauki, która była bardzo zainteresowana tym, w jaki sposób ćwiczenia mentalne wpływają na organizację i strukturę mózgu. Faktycznie wtedy najgłośniej i najczęściej mówili o tym przedsiębiorcy z Doliny Krzemowej, którzy pracowali nad ważnymi innowacjami pod ogromną presją czasu. Śledziłam ich poczynania i odwoływania do praktyki uważności od jakiegoś czasu w magazynach, którymi byłam wtedy zafascynowana, jak „Wired” czy „Fast Company”. To były pisma, które traktowały przedsiębiorców i start-uperów niczym gwiazdy rocka. A hasło „mindfulness” przewijało się nagminnie. Intrygowało mnie więc od dawna, ale dopiero tekst w „Przekroju” pomógł mi lepiej zrozumieć, czym owo mindfulness jest. Poza inspiracją czerpaną od innych, bardzo lubię rozumieć, jak coś działa. To mi daje dużą motywację. Dlatego moja książka jest pełna wyjaśnień naukowych oraz historii praktyków.

Mamy masę dowodów na to, że dzięki praktykowaniu uważności ciało migdałowate w mózgu zmniejsza swoją objętość i staje się mniej reaktywne na zdarzenia stresowe. Mamy też dowody na to, że praktycy mindfulness podejmują bardziej świadome i lepszej jakości decyzje. Mamy nawet dowody na to, że lepiej radzą sobie z konfliktami w rodzinie, związkach czy pracy. Tych badań jest ponad sześć i pół tysiąca. W książce zebrałam 12 historii z życia różnych osób pokazujących, że to nie są wnioski oderwane od rzeczywistości, tylko prawdziwe zmiany, których można doświadczyć w życiu codziennym i w trudnych momentach.

Czyli nie bez powodu panuje opinia, że medytacja, a zwłaszcza medytacja mindfulness, która wydaje się najłatwiejsza „w obsłudze”, jest dziś lekarstwem na wszystkie bolączki.
Nie jest! Nie! Mindfulness nie rozwiązuje żadnego problemu, ale w obliczu każdego pomoże ci lepiej poradzić sobie z sobą. Problem nie zniknie, ale ty będziesz silniejsza, bardziej opanowana, mądrzejsza. W tym sensie jest pomocny we wszystkich trudnych i zwykłych okolicznościach, bo daje kontakt ze sobą, pokazuje wyraźnie, co się dzieje i pozwala działać świadomie i rozsądnie, zamiast impulsywnie i odruchowo.

Najbardziej ze wszystkich korzyści, o których piszesz, zainteresowała mnie pomoc w podejmowaniu decyzji. Jest kilka powodów, dla których bywa to dla nas trudne. Po pierwsze, nie wiemy, jakie będą ich skutki, więc wyrzucamy sobie po czasie, że podjęliśmy złą decyzję, że mogliśmy kogoś spytać albo że za szybko zareagowaliśmy. Mindfulness sprawia, że podejmujemy lepsze decyzje czy że nie mamy do siebie potem o nie pretensji?
Magia tkwi w samym procesie, bo na to mamy wpływ. Możemy pracować nad uważnym podejmowaniem decyzji, co jest trochę inną rzeczą niż jej konsekwencje. To, co się wydarzy potem, zależy od wielu czynników, nie do końca takich, które kontrolujemy.

Jak w tym procesie może nam pomóc uważność?
Może nam dać przekonanie, że nie pominęliśmy niczego ważnego w rozważaniach, nie zachowaliśmy się pochopnie i że decyzja, którą podjęliśmy, nie jest oderwana od tego, kim jesteśmy i do czego zmierzamy w życiu. To są najważniejsze kwestie, które warto wziąć po uwagę przy dokonywaniu trudnych wyborów. I one nie są dla nas dostępne, gdy włącza się napięcie i poczucie presji czasu, które odbierają nam cierpliwość. Mamy wtedy potrzebę, by działać szybko. Dlaczego? By rozładować nagromadzoną w ciele energię, którą stres nam dostarcza. Dlatego tak trudno jest słuchać innych oraz siebie, gdy jesteśmy zdenerwowani. Trudno się skupić, zdystansować, pomyśleć, bo ciało przede wszystkim łaknie działania. Jakiegokolwiek działania.

Regularna praktyka uważności przywraca cierpliwość – pozwala spokojnie się zastanowić, dać sobie czas i przestrzeń na to, by obejrzeć sprawę z różnych stron. Te różne strony to na przykład sprawdzenie, jak ludzie, którym ufam, a którzy nie są dokładnie tacy jak ja, widzą tę sprawę. Nasze postrzeganie rzeczywistości jest biologicznie dość wąskie i ograniczone. Dlatego im więcej mądrych i zaufanych osób powie nam, jak one to widzą, tym szerszy obraz zobaczymy.

Druga rzecz, która jest bardzo wartościowa, to słuchanie trzewi albo inaczej: brzucha, albo jeszcze inaczej: intuicji, które ja rozumiem jako dostęp do naszych wcześniejszych doświadczeń. Wszystkie są zapisane w specjalnym „katalogu”, do którego nie mamy świadomego dostępu. Jest tylko jedno połączenie z nim i ten kabelek biegnie do ciała, nie do świadomego umysłu. Kiedy w tym katalogu dochodzi do rozpoznania pozytywnego wzorca np. „O, to jest podobne do fajnej sytuacji, której kiedyś doświadczyłam”, to ciało reaguje radością na wybór, który przypomina tamten z przeszłości. W drugą stronę to działa tak samo – jeśli podobny wybór w przeszłości skończył się dla nas źle, to ciało będzie mówiło: „Nie, nie tędy droga”. Intuicja jest bardzo pomocnym źródłem informacji.Kłopot w tym, że nie działa, kiedy mamy do czynienia z sytuacją, z którą nie mamy wcześniejszych doświadczeń. Wtedy nie pojawiają się sygnały od intuicji, tylko zwykłe lęki czy pragnienia, które nie zawsze są dobrymi doradcami. Uważność pomaga zatrzymać się i zauważyć takie sygnały z ciała oraz stwarza sposobność, by odczytać, co mogą oznaczać.

Ostatnia rzecz, jaką daje mindfulness, to przestrzeń do przemyśleń bardziej osobistych. Związanych z tym, co ja chcę osiągnąć w życiu, kim chcę być i jakie są moje wartości. Bo dokładnie ten sam wybór u kogoś innego może skutkować odwrotną decyzją niż u mnie, i nadal być dobrym wyborem. Każdy z nas trochę inaczej nawiguje przez życie i do czegoś innego zmierza. Kiedy to wszystko rozpatrzymy, to właściwie nie będziemy musieli podejmować już żadnej decyzji. Ona sama się podejmuje, bo wszystko stanie się jasne. To piękny moment. I okazuje się, że najlepsze, co musisz zrobić, by wybrać właściwie dla siebie, to posiedzieć w ciszy.

Zachęcasz też do poszukania zdania, które określa naszą misję, czegoś w rodzaju życiowego motta, do którego możemy się odwołać w trakcie podejmowania decyzji.
Nie nazwałabym tego mottem, bo to słowo kojarzy mi się z cytatem z kalendarza ściennego czy ze szkolnego zeszytu. Długo zresztą szukałam słowa, by określić, co mam na myśli. Po angielsku jest idealne – purpose, które można przetłumaczyć jako powołanie lub sens twojego życia. I faktycznie jest tak, że jeśli mamy ułożone, odkryte i zdefiniowane, do czego w życiu dążymy, to trudne decyzje stają się o wiele łatwiejsze do podjęcia.

Jednym z przekleństw naszych czasów jest mnogość wyboru. Mamy tyle możliwości. Możemy mieszkać praktycznie w każdym miejscu na świecie, robić wszystko, o czym marzymy, bo stosunkowo łatwo jest się przebranżowić. Do tego jest tyle mężczyzn i kobiet, z którymi moglibyśmy być, tyle przepisów na to, co moglibyśmy ugotować... Jeżeli nie mamy swojego azymutu, swojej gwiazdy północnej, według której nawigujemy w życiu, to zaczynamy hasać od Sasa do Lasa. Być może ostatecznie wylądujemy w fajnym miejscu i z fajną osobą, a może nie. Bez znalezienia swojego sensu w życiu, oddajemy wszystko w ręce losu.

W pandemii musimy podjąć mnóstwo decyzji, które kiedyś wydawały się proste. Dokąd pojechać z dziećmi na wakacje? Czy odwiedzić rodziców? Dziś nie wiemy, czy to bezpieczne dla nich i dla nas. Żyjemy w trudnych czasach i do tego dochodzą jeszcze trudne okoliczności. Jak sobie z tym radzić?
Ostatni rozdział mojej książki jest chyba dla mnie najważniejszy, bo traktuje o trudnościach, na które nie mamy wpływu; o problemach, których naszymi decyzjami czy zachowaniami nie jesteśmy w stanie rozwiązać. Pandemia jest dobrym przykładem.

Jedną z najgłębszych zmian, jakie mindfulness oferuje praktykom, jest umiejętność bycia w niepewności. Jakie to teraz ważne, prawda? Nigdy nie byliśmy w obliczu tak wielkiego znaku zapytania jak teraz, gdy niepokój jest ukryty pod właściwie każdą decyzją. Zgoda na „nie wiem” powoduje, że jesteśmy w stanie znaleźć spokój mimo niepewności. Może się wydawać, że jedno wyklucza drugie, bo niepokój i trudne emocje, jak strach, gniew czy smutek, mają tendencję do dominowania naszego doświadczenia. Nie lubimy ich, powodują cierpienie i bardzo trudno z nimi funkcjonować. Praktyka mindfulness sprawia, że te stany stają się mniej bolesne. One cały czas są, ale obok nich jest też spokój, opanowanie i świadomość, że to minie. Bo główna obserwacja na temat tego, jaka jest rzeczywistość, jest właśnie taka: wszystko jest ulotne, zmienne. Myśl, którą mam i która w tej chwili wydaje się taka pilna, też zniknie. I to samo dotyczy emocji. Nawet te najbardziej bolesne też w końcu znikają. Ta świadomość daje siłę i odwagę, by je znosić, bez histerycznej próby pozbycia się ich natychmiast. Uważność pomaga dźwigać, jest dodatkową parą rąk, które cię podtrzymują, gdy jest ci źle i czujesz, że już nie dajesz rady.

Kiedy patrzysz się na siebie sprzed dziesięciu lat i na siebie teraz – jaką największą zmianę dostrzegasz?
Jest jedna rzecz, która wychodzi na prowadzenie, rzecz z poziomu meta. Ja kiedyś byłam pusherką, czyli osobą, która ciągle popycha rzeczy do przodu. Miałam poczucie, że muszę ciągle wymuszać na rzeczywistości wysłuchanie mnie albo wzięcie pod uwagę mojej perspektywy. Więc wywierałam nacisk: na ludzi, na szklane sufity, na rozmaite ściany i mury. Dzięki mindfulness zauważyłam, że ta tendencja, która – jak uważałam – służyła mi zawodowo, stała się moją cechą charakteru. Często narzucałam swoją wolę, a nawet wymuszałam różne rzeczy – w moich relacjach z partnerem, z dziećmi, ale też z rzeczywistością. Bo kiedy sobie coś wymyśliłam, to za wszelką cenę chciałam to zrealizować. Nie zwracałam uwagi na to, czy to jest potrzebne, czy ktoś jest tym w ogóle zainteresowany. Zrobiłam w życiu tyle rzeczy, których nikt nie potrzebował, tylko dlatego, że mi się podobały! Wiele razy waliłam głową w mur, nie widząc, że obok są drzwi. Teraz działam inaczej. Staram się wkładać energię w rzeczy, które są potrzebne, i słuchać tego, co do mnie wraca. To bardzo wiele zmienia. Dziś często dostaję informację zwrotną: „To było dla mnie ważne, coś mi dało”. Czuję się w lepszym kontakcie z rzeczywistością i ludźmi wokół mnie. I napędza mnie nadzieja, że robię rzeczy, które są nie tylko dobre dla mnie, ale też dla świata.

Nie jesteś już pusherem, a kim?
Tancerką. Nawet moja działalność gospodarcza tak się nazywa. „Zuzanna Ziomecka tańczy”.

Zuzanna Ziomecka, dziennikarka i trenerka specjalizująca się w rozwoju zdolności przywódczych. Jest wiceprezesem Polskiego Instytutu Mindfulness oraz dyrektorem w WellCome Institute, gdzie tworzy autorskie programy rozwojowe dla międzynarodowych firm. Wcześniej prowadziła i redagowała takie projekty, jak „Aktivist”, „Gaga” czy „Przekrój”.

  1. Psychologia

Porozmawiajmy o zachwycie – karty emocji Katarzyny Miller

Zachwyt to podziw lub uznanie, wyrażone zwykle gestem, słowem, westchnieniem, mimiką, a czasem i całą postawą. Jest też mocno związany z oddziaływaniem na nasze zmysły. (Fot. iStock)
Zachwyt to podziw lub uznanie, wyrażone zwykle gestem, słowem, westchnieniem, mimiką, a czasem i całą postawą. Jest też mocno związany z oddziaływaniem na nasze zmysły. (Fot. iStock)
Wyrywają się z naszych ust, a nawet wprost z serc, kiedy odurza nas jakiś widok, zapach, dźwięk lub dotyk. Bo zachwyt ma wiele wspólnego ze zmysłami, z ich budzeniem, ale i traceniem. A nie każdy jest na to gotowy. Pora na kolejną kartę emocji Katarzyny Miller i Joanny Olekszyk.

Zachwyt…

…to podziw lub uznanie, wyrażone zwykle gestem, słowem, westchnieniem, mimiką, a czasem i całą postawą. Mówi się przecież o mdleniu z zachwytu, o byciu posągiem zachwytu czy cielęcym zachwycie. Zachwyt wprawia nas więc w stan odurzenia, oczarowania kimś lub czymś do tego stopnia, że tracimy przytomność, rozum czy możliwość ruchu – zastygamy oniemiali, zaskoczeni, a nawet wstrząśnięci tym, że coś może na nas tak silnie pozytywnie oddziaływać. Zachwyt jest mocno związany z oddziaływaniem na nasze zmysły – kiedy jesteśmy w stanie zachwytu, są one wytężone do granic możliwości i w pełni zaspokojone. Zachwyt jest emanacją radości i przyjemności, ale też ma w sobie chęć podporządkowania się temu, co nas zachwyca, oddania się temu kompletnie we władanie, a nawet uznania swojej mniejszości wobec obiektu wzbudzającego w nas to uczucie.

Po co nam to uczucie?

Ukazuje nam bogactwo i piękno otaczającego świata, ale też naszego świata wewnętrznego. Pokazuje, że coś może spełniać wszystkie nasze wymagania zarówno estetyczne, jak i intelektualne, poruszać każdy z naszych zmysłów. Duża w tym rola naszej woli – zachwyt pojawia się bowiem wtedy, gdy to my uznamy coś za idealne, mamy więc moc, by samemu się wprawiać w ten stan.

Zadania

  • Przypomnij sobie, co ostatnio wprawiło cię w największy zachwyt albo co zwykle cię w niego wprawia? Sztuka? Muzyka? Przyroda? A może ktoś? Zastanów się, co sprawia, że się czymś zachwycasz. Czy zawsze jest to ten sam element?
  • Jak zwykle wyraża się twój zachwyt? Poprzez wow? Okrzyk? A może przymknięcie oczu i głębokie westchnienie? Czy to uczucie jest tak silne, że tobą włada, czy może jest intensywne, ale na tyle, by cały czas być go świadomym?
  • Czy łatwo się czymś zachwycasz? Czy jesteś w stanie wzniecić w sobie to uczucie w obliczu elementów swojego codziennego życia: zachowania bliskiej ci osoby, krajobrazu mijanego w drodze do pracy, smacznego obiadu? Jeśli nie, spróbuj…

Więcej w zestawie z książeczką: „Poznaj siebie. Karty emocji”, Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk, wyd. Zwierciadło, do kupienia na sklep.zwierciadlo.pl.

  1. Kultura

Malta Festival Poznań powraca. "Będzie kolorowo i nostalgicznie"

W ramach tegorocznej edycji Festiwalu Malta Poznań na plenerowej scenie wystąpi m.in. Karolina Czarnecka z dziewczęcym chórem Skowronki. (Fot. Dawid Grzelak/materiały prasowe)
W ramach tegorocznej edycji Festiwalu Malta Poznań na plenerowej scenie wystąpi m.in. Karolina Czarnecka z dziewczęcym chórem Skowronki. (Fot. Dawid Grzelak/materiały prasowe)
Festiwal Malta wraca do korzeni. W tym roku między 18 a 29 czerwca Poznań ponownie zmieni się w plenerową scenę zasilaną energią widzów i zaproszonych artystów i artystek – cyrkowców, tancerzy, performerek, muzyków. Tegoroczne hasło brzmi „Powrót na ziemię / Back to the Ground”.

Festiwal Malta zaprasza w czerwcu do parku Wieniawskiego w Poznaniu. 31. edycja odbędzie się w terminie 18-29.06.2021 pod hasłem „Powrót na ziemię / Back to the Ground”. Powraca teatr plenerowy i Generator Malta, który przygląda się społecznym kontekstom ziemi. Nowym nurtem programowym jest „Portret”, który w tym roku będzie poświęcony szwajcarskiemu reżyserowi Milo Rau. W programie m.in. konferencja o wizji teatru jako przestrzeni oporu wobec kapitalizmu, jako praktyki solidarnościowej i emancypacyjnej, spotkania publicystyczno-literackie „Ruchy oporu” oraz przegląd spektakli wyprodukowanych przez Komunę Warszawa.

31. edycja Festiwalu Malta Poznań odbędzie się w terminie 18-29.06.2021 pod hasłem „Powrót na ziemię / Back to the Ground”.31. edycja Festiwalu Malta Poznań odbędzie się w terminie 18-29.06.2021 pod hasłem „Powrót na ziemię / Back to the Ground”.

Festiwal Malta powstał w 1991 roku, gdy po dekadach komunizmu wolność odżywała i nabierała nowych znaczeń. Sztuka stawała się przestrzenią wolnej ekspresji i wspólnego świętowania. Maltańskie projekty, pokazywane najpierw nad Jeziorem Maltańskim, a później na ulicach, placach i skwerach całego miasta, były dostępne dla każdego widza.

Pandemia na nowo wyzwoliła potrzebę wspólnego świętowania i celebrowania bycia razem. Z wirtualnych przestrzeni powróćmy na ziemię, odzyskajmy grunt pod nogami. Będzie kolorowo i nostalgicznie - na Maltę powrócą siedzenie na trawie, piknikowanie, a także żonglerka, pantomima, klaunada i akrobacje. Szaleństwo znów przejmie kontrolę nad miastem. Zaplanowano też poranny rozruch na trawie, aby zadbać o ciała, o których istnieniu zapomnieliśmy w czasie pandemii. W ramach rozgrzewek cyrkowych będzie można nauczyć się podstaw akrobatyki, operowania frisbee czy hula-hoop. Taneczne rozgrzewki poprowadzą uznani artyści i artystki tańca współczesnego - będzie to ostatnia odsłona działań ekipy Starego Browaru Nowego Tańca na Malcie.

Na plenerowej scenie będzie można zobaczyć wyprodukowane przez Komunę Warszawa spektakle w reż. Agnieszki Smoczyńskiej, Cezarego Tomaszewskiego, Agnieszki Jakimiak i Anny Smolar oraz „Morderstwo (w) Utopii” Grzegorza Laszuka w Teatrze Polskim. W programie muzycznym prezentacja trzech europejskich scen: Berlina (Laura Lee & the Jettes), Poznania (Izzy and the Black Trees, Shyness!), Kijowa (Gurt O, Ofliyan), koncert Karoliny Czarneckiej z dziewczęcym chórem Skowronki, występ Meli Koteluk i Bartka Wąsika z poezją K. K. Baczyńskiego oraz finałowy koncert odwołujący się do tradycji polskich orkiestr jazzowych międzywojnia Jazz Band Młynarski-Masecki.

Mela Koteluk i Bartek Wąsik zaprezentują poezję K. K. Baczyńskiego. (Fot. Ksawery Zamoyski/materiały prasowe)Mela Koteluk i Bartek Wąsik zaprezentują poezję K. K. Baczyńskiego. (Fot. Ksawery Zamoyski/materiały prasowe)

Na scenie muzycznej zagrają przedstawiciele trzech europejskich scen. Poznań reprezentować będą zespoły Izzy and the Black Trees (na zdjęciu) oraz Shyness!. (Fot. materiały prasowe)Na scenie muzycznej zagrają przedstawiciele trzech europejskich scen. Poznań reprezentować będą zespoły Izzy and the Black Trees (na zdjęciu) oraz Shyness!. (Fot. materiały prasowe)

„Portret” to nowy, międzynarodowy nurt kuratorski Malty, w tym roku wokół twórczości szwajcarskiego reżysera Milo Rau, który jest dyrektorem teatru w Gandawie, NT Gent. Krytycy nazywają go „najambitniejszym” artystą naszych czasów. Teatr Milo Raua jest jednocześnie teatrem wspólnotowym, solidarnościowym, działającym na rzecz dobra wspólnego i symbolicznego Innego, a także teatrem kontrowersji, emocji i artystycznego ryzyka. W spektaklach przywołuje przede wszystkim historyczne i współczesne konflikty, zbrodnie, niesprawiedliwości, rozprawia się ze współczesnymi tabu. Reżyser wykorzystuje materiały archiwalne, stara się poznać jak najwięcej punktów widzenia: powołuje świadków, oddaje głos ofiarom albo ich bliskim, a także ekspertom. Aktorzy i aktorki (profesjonalni i nieprofesjonalni, pochodzący z różnych środowisk i kultur, mówiący różnymi językami) uczestniczą w poszukiwaniach, zbierają informacje, są zawsze współtwórcami scenariusza spektaklu. Na Malcie zaprezentowany będzie głośny spektakl o pierwszym w Belgii morderstwie na tle homofobicznym.

Wyjątkowym wydarzeniem będzie premiera koncertu Projekt Krynicki, który tworzy trzech wybitnych i uznanych kompozytorów – Paweł Mykietyn, Alek Nowak i Paweł Szymański. Każdy z nich przygotowuje muzykę do wierszy Ryszarda Krynickiego – prawykonanie utworów usłyszymy 24 czerwca na Międzynarodowych Targach Poznańskich. Jedną z kompozycji wykona Sinfonia Varsovia pod batutą Bassema Akiki.

Festiwal ogłosił również dwa konkursy dla środowisk artystycznych – Chodźmy w plener / Let’s hit the outdoors na działania plenerowe – od krótkich form teatralnych i muzycznych po formy nowocyrkowe oraz nabór Zaklepane / Ground Rules na projekty artystyczne do Generatora Malta skupione wokół społecznych kontekstów ziemi. Jury wyłoniło łącznie 17 projektów, które zobaczymy na festiwalu.

Malta zaprezentuje twórców, zespoły teatralne i instytucje kultury z Poznania i Polski. W programie premiera widowiska Teatru Biuro Podróży „Eurydyka”, spektaklu o Grzegorzu Ciechowskim „Kombinat” Teatru Muzycznego, spektaklu Polskiego Teatru Tańca z Moniką Błaszczak i performansu „Cienie. Eurydyka mówi” w wykonaniu Kamili Baar wyprodukowanego przez Fundację Teatru Śląskiego.

W programie m.in. premiera performansu „Cienie. Eurydyka mówi” w wykonaniu Kamili Baar wyprodukowanego przez Fundację Teatru Śląskiego. (Fot. Fundacja Teatru Śląskiego)W programie m.in. premiera performansu „Cienie. Eurydyka mówi” w wykonaniu Kamili Baar wyprodukowanego przez Fundację Teatru Śląskiego. (Fot. Fundacja Teatru Śląskiego)

Widzowie obejrzą również spektakl „Morderstwo (w) Utopii” w reżyserii Grzegorza Laszuka. (Fot. Pat Mic/materiały prasowe)Widzowie obejrzą również spektakl „Morderstwo (w) Utopii” w reżyserii Grzegorza Laszuka. (Fot. Pat Mic/materiały prasowe)

To dopiero początek ogłoszeń – całość programu zostanie opublikowana na konferencji prasowej pod koniec maja. W programie m.in. teatr w przestrzeni publicznej, teatr krytyczny i teatr familijny, koncerty na świeżym powietrzu, działania dla dzieci, joga na trawie, taneczne rozgrzewki, premiery sztuki zaangażowanej, koncert finałowy, instalacje i interwencje artystyczne, warsztaty, spotkania i debaty. „Wciąż jesteśmy w sytuacji pandemii. Wierzymy, że odpowiedni dystans, przestrzeganie reżimu sanitarnego pozwolą nam oglądać sztukę na żywo. Zapiszcie daty w kalendarzu 18-29.06.2021 – do zobaczenia na Malcie!” - informują organizatorzy Festiwalu.