Lalkomania sięgnęła zenitu. Teraz gdy możemy oglądać dwie nowe ekranizacje, dyskusje widzów przybrały na sile. Dwa tygodnie po premierze serialu Netflixa, do kin wszedł film Macieja Kawalskiego i od tego momentu widać, jak układają się głosy widzów. Wiadomo, komu do gustu bardziej przypadł serial, a komu film.
Serial w reżyserii Pawła Maślony zadebiutował na platformie Netflix 16 września. Blisko trzy tygodnie później wiemy już, że mocno podzielił odbiorców. Zdecydowanie chętniej komplementują go młodsze generacje widzów, przyzwyczajone do reinterpretacji klasycznych dzieł i chętnie szukające nowych kluczy odbiorczych. Zetki i milenialsi są więc netflixowej „Lalce” bardziej przychylni niż ich rodzice i dziadkowie.
Po premierze filmu Kawalskiego wiadomo już, że dzieło kinowe odpowiada na potrzeby wielbicieli wiernych adaptacji. Co prawda film również rezygnuje z wielu wątków, jak słynny proces o lalkę, wycina niektóre postaci, ale nie modyfikuje treści książki. Jest spójny z przebiegiem fabularnym powieści Bolesława Prusa.
W serialu zaszło tak wiele zmian, że niektórzy wręcz oburzają się na tytuł. Uznają, że to nie jest ekranizacja „Lalki”. Mówią o tym sami twórcy i potwierdza to plansza z napisami informująca, że serial powstał na motywach powieści Bolesława Prusa. Nie jest jego wierną ekranizacją.
fot. materiały prasowe
Czytaj także: Obejrzałam „Lalkę” Netflixa. Bolesław Prus mocno by się zdziwił [RECENZJA]
Dla Prusa, pisarza pozytywistycznego, ważne było realistyczne opowiedzenie o życiu współczesnego mu społeczeństwa. Widownia wychowana na ekranizacji Wojciecha Jerzego Hasa z 1968 roku i serialu Ryszarda Bera z 1977 roku niechętnie spogląda na duże ingerencje w tekst autora. Dlatego też film Kawalskiego przywitała z otwartymi ramionami, ponieważ odpowiada on na jej oczekiwania. Wierny literackiemu oryginałowi, wyrywa się na wolność od czasu do czasu, ale daje to, czego pragnęli czytelnicy Prusa – nowe spojrzenie na dobrze znaną lekturę.
Oglądając film w sali kinowej dostrzegłam, że z dużym zainteresowaniem oglądała go widownia dojrzała, czyli głównie przedstawiciele pokolenia baby boomers, urodzonego po II wojnie światowej.
Przed seansem obserwowałam grupki osób w wieku dojrzałym dyskutujące o znanych ekranizacjach polskiej literatury. Widzowie zastanawiali się, czy film wzbudzi takie same emocje jak ćwierć wieku wcześniej „W pustyni i w puszczy” oraz jeszcze wcześniej „Pan Tadeusz” Andrzeja Wajdy.
fot. materiały prasowe
Podczas seansu dominowali dorośli widzowie. Głównie emeryci oraz zetki i milenialsi. Przy zakupie biletu dowiedziałam się, że dla młodzieży szkolnej przewidziane są oddzielne seanse i już w dniu premiery było na nie duże zapotrzebowanie.
W wielu przypadkach, szkoły średnie planują przyjście ze wszystkimi klasami, co oznacza wiele seansów i wysoką frekwencję.
fot. materiały prasowe
Czytaj także: Byłam na „Lalce” i zapewniam: kto nie pójdzie, pożałuje. Wokulski i Izabela rozpaczliwie szukają, ale nie siebie
Nie jest to żadna niespodzianka, że producenci filmowi decydując się na ekranizację znanego dzieła literackiego znajdującego się na liście lektur szkolnych, liczą na to, że szkoły przyjdą obejrzeć film. Netflix ze względu na inny sposób dystrybucji, nie musiał skupiać się na widowni szkolnej dlatego stworzył serial skierowany głównie do dorosłej widowni. Materiały promocyjne, które platforma wypuściła przed premierą wyraźnie korespondowały z językiem zetek, zatem ten odbiorca wydaje się najbardziej interesujący dla platformy.
Sposób komunikacji Netflixa wzbudził wiele kontrowersji. Nie wszystkim przypadły do gustu żartobliwe nawiązania do „Lalki” wykorzystujące współczesny slang internetowy. „Daddy issues”, „klasyczny toy boy” i „golddiggerka” to tylko kilka przykładów języka użytego w promocji.
O ile Marcin Dorociński, odtwórca filmowej roli Stanisława Wokulskiego wprost pogratulował obsadzie Netflixa, o tyle nie wszyscy jego koledzy z filmu, podzielają entuzjazm aktora. Marek Kondrat, czyli filmowy Rzecki wprost powiedział, że obejrzał tylko jeden odcinek i „to wszystko, co może zrobić dla tego serialu”. Łatwo domyślić się, że nie jest entuzjastą projektu Maślony.
Podczas seansu kinowego dojrzali widzowie wyrażali głośny zachwyt występami gwiazd polskiego kina. Ilekroć na ekranie pojawiał się Andrzej Seweryn jako Łęcki, Marek Kondrat w roli Rzeckiego, albo Maja Komorowska jako prezesowa Zasławska, po sali szedł głos zachwytu.
Widać więc, że obsadzenie filmu najbardziej cenionymi aktorami i aktorkami, okazało się strzałem w dziesiątkę. Dla młodej widowni może to być decyzja zbyt zachowawcza, chociaż obsadowo film Kawalskiego spisał się znakomicie, ale nie tak zaskakująco jak serial Maślony.
fot. materiały prasowe
Czytaj także: Wróciłam do starych „Lalek” i radzę to każdemu. Braunek i Tyszkiewicz to dwie pięknie różne Izabele
Być może to zbyt prosta interpretacja, ale w tym momencie serial Netflixa kupił młodszą widownię, a film Kawalskiego głównie starszą. Często przedstawiciele pokolenia baby boomers dyplomatycznie odpowiadają, że w serialu zachwyciły ich jedynie kostiumy Doroty Roqueplo.
Sandra Drzymalska, Tomasz Schuchard i Dariusz Chojnacki wcielili się w zupełnie nowe, odważne role, dla których punktem wyjścia byli bohaterowie Prusa. Z kolei Marcin Dorociński, Kamila Urzędowska i Marek Kondrat oddali hołd temu, jak postrzegał współczesnych autor powieści „Lalka”.
Niewątpliwie potrzebowaliśmy tej ogólnonarodowej dyskusji o fenomenie powieści, która po blisko 140 latach od premiery wciąż budzi żywe emocje.
fot. materiały prasowe
Serial Netflixa znalazł się na światowej liście najpopularniejszych produkcji platformy, a film Kawalskiego po weekendzie otwarcia obejrzało 620 tysięcy widzów. Wygląda na to, że w tym starciu nikt nie przegrał.