1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. 15 lat temu wierzyła w pozytywną seksualność. Dziś Marta Niedźwiecka patrzy na OnlyFans i mówi: „Te wszystkie założenia możemy kotu pod ogon wsadzić”

15 lat temu wierzyła w pozytywną seksualność. Dziś Marta Niedźwiecka patrzy na OnlyFans i mówi: „Te wszystkie założenia możemy kotu pod ogon wsadzić”

Dodaj w Google
Dodaj w Google
(Ilustracja: Magdalena Pankiewicz)
(Ilustracja: Magdalena Pankiewicz)
Czy wyrażanie się przez swoją seksualność może iść w parze z zarabianiem na niej? A może te dwie rzeczy się jednak wykluczają? Psycholożkę i sex coach Martę Niedźwiecką pytamy o kontrowersje wokół popularnej platformy OnlyFans.

Spis treści:

  1. Pozytywna seksualność poniosła porażkę? Marta Niedźwiecka: „I to druzgocącą!”
  2. OnlyFans a emancypacja kobiet. „To odtwarza nierówności społeczne, a nie emancypuje”
  3. OnlyFans i zarabianie na intymności. Gdzie przebiega granica?
  4. Czy pracę seksualną należy normalizować? Marta Niedźwiecka: „Trzeba pytać, kto na tym najbardziej korzysta”

  • Marta Niedźwiecka przez lata była jedną ze zwolenniczek pozytywnej seksualności. Dziś na pytanie, czy ta idea poniosła porażkę, odpowiada bez wahania: „I to druzgocącą!”
  • Psycholożka i sex coach przygląda się fenomenowi OnlyFans i pyta, czy zarabianie na własnej seksualności rzeczywiście może być formą emancypacji. Jej zdaniem platforma przede wszystkim „odtwarza nierówności społeczne, a nie emancypuje”.
  • Niedźwiecka mówi też o tym, jak łatwy dostęp do pornografii zmienia przeżywanie seksualności i relacji oraz dlaczego szczególnie interesujący jest pod tym względem paradoks pokolenia Z.
  • W rozmowie pojawiają się Kim Kardashian i Madonna, ale także pytanie znacznie szersze: kto naprawdę zarabia na seksualności kobiet i gdzie kończy się wolny wybór, a zaczyna uprzedmiotowienie?

Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 08/2026.

Pozytywna seksualność poniosła porażkę? Marta Niedźwiecka: „I to druzgocącą!”

Joanna Olekszyk: Ten temat chodzi za mną od dłuższego czasu. Widzę, że staje się atrakcyjny dla twórców filmowych – jest obecny w trzecim sezonie „Euforii” czy w skądinąd bardzo dobrym serialu „Margo jest spłukana” – ale przede wszystkim staje się atrakcyjny dla młodych dziewczyn, ku oburzeniu ich bliskich i społeczeństwa. Rewolucja obyczajowa zatoczyła koło?

Marta Niedźwiecka: Raczej możemy powiedzieć, że zjada własny ogon. Też to obserwuję i nie uważam, że postawy sportretowane w trzecim sezonie „Euforii” to przesada i ludzie tak nie robią. Owszem, robią – i to masowo. Dla mnie to o tyle trudna konstatacja, że na początku swojej kariery, jak pamiętasz, w latach 2010. i jeszcze chwilę potem, byłam ogromną zwolenniczką nurtu o nazwie pozytywna seksualność…

Byłaś wręcz jego forpocztą!

Niech i tak będzie, byłam forpocztą ruchu dającego ogromne nadzieje na to, że kobiety poprzez swoją seksualność wreszcie wyemancypują się z gorsetu wstydu, źle pojętej pruderii i kołtuństwa, podszytego religijnymi zakazami i tabu społecznym.

Pozytywna seksualność z jej afirmatywnym podejściem do ciała, także do porno i zróżnicowanych ekspresji seksualnych – z całą swoją inkluzywnością dla mniejszości seksualnych, rozmaitych tożsamości i orientacji – była bardzo odświeżającą ideą.

Wyrastała z przekonania, że poprzez seks i seksualność możemy poznawać i wyrażać siebie oraz że orientacja odmienna od ogólnie dominującej nie stygmatyzuje i nie odbiera radości z życia. Zakładała, że jeśli zmieni się społeczne założenia na temat seksualności na bardziej pozytywne, to nam wszystkim będzie po prostu lepiej. O ile oczywiście będziemy w tym bardziej przytomni niż na przykład hipisi, którzy, co prawda, mieli na sztandarach Make love not war, ale nie zastanawiali się, czy jest jakaś równość między płciami albo czy to make love odbywa się za obopólną zgodą. Wydawało się, że mądrzejsi o doświadczenia, które pozbierała rewolucja obyczajowa lat 60., wprowadzimy kategorię consentu, że uwrażliwimy ludzi na przemoc seksualną.

autopromocja
1200x300_strona glowna.webp

Cóż, uczciwie powiem, że te wszystkie założenia dziś możemy kotu pod ogon wsadzić… Od hasła Girls watch porn too, czyli „dziewczyny też oglądają porno” na przestrzeni 15 lat doszłam do miejsca, w którym w zasadzie w bardzo niewielu przypadkach mogłabym w swoim gabinecie zalecić komuś oglądanie porno.

A w dramatycznej większości próbuję odciągnąć ludzi od masturbacji z wykorzystaniem materiałów pornograficznych, bo już wiemy, jakie to czyni szkody.

Chcesz powiedzieć, że po 15 latach od wprowadzenia do Polski idei pozytywnej seksualności poniosła ona porażkę?

I to druzgocącą! Zresztą nie tylko w Polsce, bo w swoim mateczniku, czyli w USA, również. Po pierwsze, okazało się, że pornografia nie wyemancypowała ani kobiet, ani osób queerowych. Została za to zawłaszczona przez wielkie platformy i przynosi krocie ich właścicielom. Nie udało nam się wprowadzić żadnej uczciwości w dystrybucji świadczeń seksualnych, ochrony zdrowia i praw, a przecież jednym z postulatów pozytywnej seksualności było uznanie seksworkingu za pracę, zdjęcie odium potępienia z osób, które parały się prostytucją, zmiana nazwy na neutralną – nie po to, by zamazać, czym to jest, tylko by pokazać, że jest to praca.

Bo główny problem z seksworkingiem polega na tym, że jest zajęciem, w którym przekracza się granice intymności za pieniądze, więc mieszają się tu porządki indywidualne i zbiorowe, etyczne i ekonomiczne.

Neutralna nazwa miała nie pudrować rzeczywistości, ale zwracać uwagę na to, że ta praca istniała od zawsze, tylko do tej pory była wyzyskiem, w dodatku o podwójnym standardzie: piętnowano osoby, które świadczyły takie usługi, a nie piętnowano tych, które z nich korzystały.

Idea była taka, by przestać stygmatyzować seksworkerki i seksworkerów, przestać udawać, że ich nie ma, zwrócić uwagę na to, że jest to problem systemowy, związany z nierównościami, wykorzystywaniem, human traffickingiem oraz bardzo często przemocą – i postanowić, co zrobić, żeby poprawić los tych kobiet i mężczyzn.

Dziś jesteśmy w takim miejscu, w którym idea emancypacji przez seksualność praktycznie nie istnieje. Doszło do komodyfikacji, czyli utowarowienia seksualności i feminizmu.

Kiedyś seksualność kobiet należała do mężczyzn, próbowałyśmy ją odbić na własne potrzeby w ramach drugiej i trzeciej fali feminizmu, a teraz, kiedy jesteśmy w trakcie czwartej, okazało się, że to odbicie doprowadziło do sytuacji, która jest zwielokrotnieniem problemów, jakie mieliśmy przed drugą falą, czyli seksualność kobiet nadal jest eksploatowana przez mężczyzn, tylko na dramatycznie większą skalę. Gorzej – kiedyś rozumiałyśmy, że nas to narusza i ograbia, a dziś się do tego uśmiechamy i przez socjale szukamy sugar daddies albo reklamujemy swoje profile na OnlyFans.

OnlyFans a emancypacja kobiet. „To odtwarza nierówności społeczne, a nie emancypuje”

A jednak OnlyFans mami swoich użytkowników, twórców – jak ich nazywa – obietnicą niezależności i swobody. Podobno z założenia miała to być platforma promująca różne rodzaje twórczości: aktorów, piosenkarzy, kucharzy, trenerów fitness…

OnlyFans jest wyceniane obecnie na 3,15 miliarda dolarów, przy czym to, ile wydają na nią Polacy, plasuje nas na bardzo wysokim 11. (sic!) miejscu na świecie. Platforma umożliwia użytkownikom i użytkowniczkom przede wszystkim zarabianie na rozmaitych świadczeniach w obrębie seksualności – robisz sobie nagie zdjęcia, masturbujesz się do kamery, prowadzisz czat albo nagrywasz filmy pornograficzne. Możesz też wysyłać swoim „fanom” – za stosowną opłatę – bieliznę czy inne elementy garderoby. Przy czym serwis pobiera 20 procent zarobków twórców. Jest to więc forma seksworkingu, przynosząca tym osobom pewne pieniądze, ale niewyobrażalnie większe – właścicielom platformy.

Przede wszystkim jednak działalność na OnlyFans nie sprawia, że stajesz się osobą bardziej niezależną, świadomą swojej seksualności i granic, bo możesz to wszystko robić bezmyślnie. Dlatego mówię, że projekt emancypacji przez seksualność się kompletnie wywalił.

Wywalił się dlatego, że to nadal nie jest wyrażanie swojej seksualności, tylko spełnianie męskich fantazji?

Nie udało się wprowadzić realnej refleksji wokół seksualności. Po pierwsze, jej wyrażanie nadal jest podporządkowane męskim odbiorcom, czyli temu słynnemu male gaze. Po drugie, o ile samo ciało należy do kobiety, to platforma należy już do mężczyzny, a właściwie po jego śmierci na początku tego roku – do funduszu powierniczego, czyli prawdopodobnie grupy w większości składającej się z mężczyzn. Mamy więc takie same standardy jak w dwudziestoleciu międzywojennym. Dalej jest to rozwiązanie dla osób – głównie kobiet, ale też mężczyzn – które mają niewielkie szanse edukacyjne na starcie i nie pochodzą z uprzywilejowanych grup społecznych.

Na pewno znajdziemy jakieś dzieci bogatych rodziców, które skończyły Harvard i są na OnlyFans, ale co do zasady dzieci bogatych rodziców, które kończą Harvard, zostają raczej prawnikami, lekarzami czy finansistami, ponieważ mogą zarabiać bardzo dużo pieniędzy w sposób, który nie ingeruje w ich prywatność.

I tu już nawet nie chodzi o to, czy oceniamy zarabianie na OnlyFans jako moralnie naganne czy nie, choć to ma znaczenie i o tym też powiemy – tylko o to, że to jest ścieżka kariery dla osoby, która może zarobić dużo pieniędzy w krótkim czasie, w większości przypadków nie mając innych pomysłów czy możliwości na znalezienie sobie miejsca w świecie. To odtwarza nierówności społeczne, a nie emancypuje.

Nadal to głównie kobiety są podglądane przez mężczyzn, nadal to głównie kobiety zamiast uniwersytetów czy akademii artystycznych wybierają ścieżkę OnlyFans, bo nie grozi to kredytem studenckim. Cassie z „Euforii” zarabia tak na drogie wesele, a potem na drogie życie, ale już Margo z „Margo jest spłukana” – na czynsz i pieluchy dla dziecka.

Dlatego jeśli już coś mnie oburza w działalności na OnlyFans, to wcale nie zdejmowanie majtek przed kamerą, choć o kosztach osobistych pogadamy za chwilę – ale fakt, że to jest nic innego jak wyzysk. Ta platforma nie stwarza żadnych szans dla kobiet.

Chcesz powiedzieć, że zakładają tam konta kobiety, które czują, że nie mają innego wyjścia?…

A nawet jeśli mają jakieś inne wyjście, to wybierają OnlyFans, bo to wydaje im się łatwiejsze, a na pewno szybciej przynoszące duże pieniądze. Pracując w sklepie, knajpie czy jako nauczycielki, nigdy nie miałyby takich dochodów. Można utyskiwać, że są paskudnymi materialistkami, a można się zastanowić, dlaczego świat tak wygląda, że dziewczyna po college’u albo zamiast niego decyduje się na taką ścieżkę.

Slut-shaming ma się dziś bardzo dobrze, nierówności płciowe i klasowe – jeszcze lepiej, wyzysk czy handel żywym towarem z krajów nieuprzywilejowanych – tak samo. Natomiast świadomości, większej wrażliwości na temat ciała, seksualności i relacji pomiędzy obiema płciami jak nie było, tak nie ma.

Może coś się ruszyło na poziomie wiedzy, ale jak to się rozgrywa w relacjach, to widzimy choćby na przykładzie wzmocnienia tradycyjnych, prawicowych postaw wśród heteroseksualnych mężczyzn. Zamiast postępu mamy regres i backlash kulturowy.

Zobacz, dysponujemy takim narzędziem jak internet – zamiast wykorzystywać je do edukacji, zdobywania wiedzy o świecie i uprawiania komunikacji międzyludzkiej, oglądamy kotki na Instagramie, nagie dziewczyny na OnlyFans i imby na Facebooku. W dodatku dramatyczna zmiana w formie dystrybucji pornografii – czyli fakt, że praktycznie każdy ma dostęp do dowolnej liczby pornograficznych treści i to w dowolnej chwili – demoluje naszą psychikę.

W jaki sposób?

Zmienia nasze przeżywanie seksualności i związków, powodując erozję i różnego typu kompulsje.

Generacja Z, najmłodsza przebadana od drugiej wojny światowej, jest tą, która z jednej strony ma największą świadomość dotyczącą seksualności, granic czy antykoncepcji, z drugiej jest najbardziej wycofaną z seksu generacją w historii.

Polecam świetną książkę Mateusza Goli „Gdy porno przestaje być sexy”, opisującą to na przykładzie społeczeństwa amerykańskiego. Naukowcy są zgodni: przyczyn należy upatrywać w zbyt wczesnej inicjacji w pornografię, która wypiera normalne stosunki społeczne, bo jest za łatwo dostępna, za prosta, w dodatku nie grozi odrzuceniem i niczego od nas nie wymaga. Ale pornografia może mieć też destrukcyjny wpływ na dorosłych, łącznie z zaniechaniem seksu i jakichkolwiek relacji społecznych.

Porno było zawsze, nawet na ścianach w Pompejach zachowały się freski pornograficzne, a wielcy artyści też malowali czy rzeźbili akty erotyczne, czyli tworzyli dzieła, które miały nas podniecać, ale dostęp do tych treści był ograniczony i zapośredniczony. Trzeba się było nastarać, nachodzić, napytać, żeby do takich treści dotrzeć.

To zawsze była przyprawa, a nie główne danie. Dodatek do normalnie podejmowanych czynności seksualnych czy kontaktów towarzyskich, które mogły się skończyć seksem, ale nie musiały. Nawet jak sprzedawano firmy erotyczne na VHS w latach 90., to przynajmniej obowiązywała granica wieku, nie mówiąc już o tym, że trzeba było się na to odważyć i w wielkiej tajemnicy to obejrzeć. Dziś wystarczy kliknąć w link na komórce czy na laptopie. Siedzisz w pracy, masz stres, więc idziesz do toalety, odpalasz sobie film pornograficzny na słuchawkach, masturbujesz się i już. Nie ma żadnej bariery wejścia w ten świat, nasze użycie treści pornograficznych jest więc kompletnie pozbawione hamulców.

Co więcej, te kadry, ta estetyka, te wzorce myślenia przenikają do przestrzeni publicznej. Czytałam o tym, że zdjęcia młodych dziewczyn publikowane na Instagramie niepokojąco przypominają pozy czy mimikę znaną właśnie z portalu OnlyFans. Autorka książki „Girl on Girl” Sophie Gilbert zauważa, że kultura masowa już od lat 90., a nawet 70. czerpie garściami z estetyki porno. A jednak był taki czas, w latach 2000., kiedy wydawało się, że to się skończy, przeje, znudzi. Dlaczego tak się nie stało?

Przełom wieków rzeczywiście dawał taką nadzieję, przy czym do Polski to przyszło dekadę później. Wydawało się, że przestaniemy wreszcie traktować seks jako wielkie halo, coś, co porządkuje klasy społeczne, oddziela osoby moralne od niemoralnych (przypomnę, że kiedyś homoseksualność uważano za zboczenie, grzech i przestępstwo). Była szansa na to, że wszystko, co kręci się wokół seksu, trochę nam znormalnieje. Częściowo to się udało, to znaczy z wierzchu seks jest bardziej dostępny i oczywisty, tylko że pod spodem jest ta sama dyskredytacja, ta sama pogarda, która była wcześniej. I ten sam podwójny standard. W kategoriach dawnych norm społecznych ktoś, kto zarabia ciałem, był najniżej stojącą w hierarchii osobą.

Bardzo długo w Europie kat i prostytutka to były dwa zawody, co do których uważano, że muszą istnieć, ale jednocześnie osoby, które je wykonywały, z automatu stawały się outkastami, wyrzutkami.

Czyli porno oglądamy, ale nie pochwalamy brania w nim udziału. Wysłuchałam niedawno odcinka programu „Wojewódzki Kędzierski”, do którego prowadzący zaprosili Lenę Polanski, twórczynię treści na amerykańską wersję OnlyFans. Ta rozmowa wzbudziła we mnie niesmak, ale nie z powodu tego, czym zajmuje się gościni ani jak o tym opowiada, tylko z powodu zadawanych jej pytań, porównań, prób ośmieszenia jej czy zdyskredytowania. „Jak spędziłaś święta wielkanocne?”, „Masz chłopaka? Co on na twoją pracę?”. Zresztą w sieci zaroiło się od negatywnych komentarzy pod tym nagraniem, krytykowano sposób prowadzenia rozmowy, ale najbardziej jednak – wybór gościni. Myślę, że w wielu osobach największe oburzenie wzbudzają młode kobiety, które mogą rozważać taką ścieżkę kariery.

Rozumiem, że ludzie są oburzeni. Ja nie jestem oburzona, jeśli mam już jakąś odpowiedź emocjonalną, to jest ona u mnie związana raczej z odczuciem smutku. Jestem też świadoma tego, jak wiele dziewcząt szuka dla siebie ścieżki na niebieskiej platformie, poszukując sponsorów i sugar daddies, nie zastanawiając się zupełnie, dlaczego to robią i jakie będą tego skutki. Ale nie je chcę obwiniać, bo ich postawy są związane w znacznej części z tym, jak wychowała je kultura.

Na skutek fundamentalnej niesprawiedliwości koszty seksualizacji, przemocy seksualnej, wszelkich nadużyć i przekroczeń na tym polu wciąż płacą wyłącznie kobiety.

To Lena Polanski jest adresatką hejtu za to, że dwóch mężczyzn zaprosiło ją do podcastu na mocy tego, co ona robi zawodowo – dla innych mężczyzn, takich samych jak ci, którzy zaprosili ją do podcastu, na czym zarabiają jeszcze inni mężczyźni, tacy sami jak ci, którzy zaprosili ją do podcastu, czyli stojący wyżej w hierarchii, mający większe wpływy, większe trzymanie na pieniądzach i na mediach.

Widzisz, to, że to się zrobiło powszechnie dostępne i nęcące, nie spowodowało, że zmienił się stosunek do pracy seksualnej na tym najgłębszym kulturowym poziomie. Społeczeństwo wciąż może robić to, co bardzo lubi, czyli wylewać pomyje na kogoś, kto tak naprawdę jest wykorzystywany. Bo gdybyśmy chcieli być uczciwi w oglądzie rzeczywistości, to w tym studio powinni być razem z nią trzej jej najbardziej zagorzali fani. I oni powinni być tak samo upokarzani, jak ona: „Nie macie życia osobistego?”, „Co na to twoja żona?”. Jeśli oczywiście naszym celem byłoby ich ośmieszenie czy upokorzenie. Mądrzej jest chyba starać się zrozumieć problem, niż robić publiczny pręgierz, który udaje wyluzowanie.

Proponowałabym doprosić do tego grona jeszcze tych, którzy na tym najwięcej zarabiają. Nietrudno zauważyć, że założycielami i właścicielami wszystkich bijących popularność portali społecznościowych są biali, heteroseksualni mężczyźni.

Tak zwani tech bros, czyli potentaci z Doliny Krzemowej. Jak rozumiem, pytasz, czemu młode dziewczyny się na to nabierają. Z paru powodów. Nie mają bogatego doświadczenia życiowego, nie rozumieją tak naprawdę, jaki koszt przyjdzie im za to zapłacić później. To wcale nie jest neutralna robota, zarabianie na kamerkach to nie jest to samo, co robić streaming z tego, jak się gra na konsoli. Rzeczy wokół seksualności są nadal wielkim społecznym tabu, i to w sposób jeszcze bardziej perwersyjny niż kiedyś.

Dla młodych taka branża może wydawać się bardzo demokratyczna, bo jest tu niski próg wejścia, nie trzeba ani wiele umieć, ani wiele mieć, aby się czymś wykazać, no może poza pomysłowością.

Dziś zasięgi, widoczność i bycie w obiegu są bardzo ważną walutą, nad czym możemy ubolewać, ale tak po prostu jest. A taka praca, oprócz obietnicy szybkiego zarobku, daje też obietnicę szybkiego awansu społecznego.

OnlyFans i zarabianie na intymności. Gdzie przebiega granica?

No dobrze, ale jak spojrzysz na Kim Kardashian, jedną z najbardziej rozpoznawalnych kobiet na świecie, która zbudowała imperium marek osobistych warte dziś około dwóch miliardów, a której kariera rozpoczęła się od celowo lub przypadkowo wypuszczonej sekstaśmy – to jakie ona niby ponosi koszty tamtej decyzji?

Kim jest dziś miliarderką, o czym pamiętają wszyscy. Nikt natomiast nie pamięta o całej masie podobnych jej dziewczyn, które poniosły różne, bardzo przykre konsekwencje tych samych działań.

To, że Kim się udało, nie znaczy, że to jest gotowy przepis na sukces. To nie jest gra, w której każdy stanie się Kim(ś). Wygrają na pewno właściciele takich platform, do tego parę osób, które na tych platformach działają, zarobi naprawdę dużo pieniędzy, co nie znaczy, że nie będą eksploatowane.

Ktoś powie: „Wolę być eksploatowana na OnlyFans na moich zasadach niż w korporacji, wysiadując po godzinach i znosząc różne przekroczenia i inne nieprawidłowości”. Szczerze? Ja się nie dziwię takiemu postawieniu sprawy. To nie znaczy, że się z nim zgadzam; rozumiem, że w tych czasach ludzie mogą dochodzić do takich wniosków. Ale znów: to jest bardziej namysł nad tym, jakie mamy czasy, niż konstatacja, że to jest rzeczywiście dobre wyjście.

A co jeśli wśród tych młodych kobiet zarabiających na OnlyFans jest właśnie sporo wyemancypowanych kobiet, które wychodzą z założenia, że w ten sposób odwracają porządek społeczny? „Skoro przez wieki mężczyźni zarabiali na naszej seksualności, to teraz my będziemy zarabiać na fantazjach mężczyzn”.

Tak, ale jednak nie. Bo to nie one ostatecznie decydują o tym, jak te zdjęcia zostaną zutylizowane, do czego będą komuś służyły. Co więcej, one nie w pełni decydują o tym, co zrobią, bo będą chciały i musiały dostosowywać się do gustu swoich odbiorców, inaczej stracą publiczność.

Rozumiem to założenie, bo sama je podzielałam. Uważałam, że kobiety, która się nie wstydzi swojej seksualności, nie można zawstydzić na polu seksualnym. No bo co mi powiesz? Że lubię seks, wiec jestem dziwką? Nie da się zawstydzić kogoś, dla kogo fakt, że ma bogate i udane życie seksualne, nie jest problemem. Tylko że nawet jeśli to pomogło jakiejś grupie osób się wyemancypować i odzyskać swoją seksualność, to kulturowo się to nie odbyło. Swoją drogą, sądzę, że te osoby i tak by się wyemancypowały – czy przez seks, czy przez sztukę, czy przez coś innego. I tak znalazłyby swoją metodę na oddzielenie się od przymusów społecznych, bo takie jest właśnie założenie emancypacji, czyli społeczeństwo każe ci coś robić albo czegoś ci zabrania, a ty robisz to, co czujesz, że powinnaś, nie za bardzo zważając na to, co mówi ogół.

Do emancypacji można dojść bardzo wieloma drogami, ale one wszystkie wymagają samoświadomości, a nie kultywowania bardzo starych wzorców. Kobiety, które mówią, że się emancypują, pracując na OnlyFans – nie powiem, że wszystkie, ale spora część z nich – robią nieświadomie te rzeczy, których kultura oczekuje od kobiet.

Są dostępne, atrakcyjne, uległe i nie zadają zbyt skomplikowanych pytań. A na pewno nie idą po władzę, wpływ i pozycję społeczną, bo ta droga będzie dla nich zamknięta.

Powiedziałyśmy o Kim Kardashian, wspomnijmy o Madonnie. Mówi się, że to pierwsza megagwiazda, której udało się skutecznie odzyskać swoją seksualność. Od początku w swoich teledyskach, w swoich tekstach, w swoich sesjach zdjęciowych mocno operowała erotyką, a jednak udało jej się nie wpaść w te pułapkę.

Ja uważam, że jednak trochę w nią wpadła. Natomiast bardzo szybko zrozumiała, na czym ta gra polega. I bardzo szybko zaczęła być właścicielką całego swojego wizerunku, posiadaczką praw do wszystkich piosenek i teledysków. Tak, performowała wokół własnej cielesności i seksualności, emancypowała się na tej drodze bezdyskusyjnie, ale wykonała też dodatkową pracę. Wiedziała, że dopóki będzie chodziła na smyczy wytwórni i producentów, dopóty będzie dobrze ubraną fordanserką z klubu nocnego, zarabiająca większe pieniądze, ale wciąż o niczym niedecydującą. Zawsze ktoś jej będzie mówił, co jej wolno, a co nie.

No dobrze, a może tu nie chodzi o emancypację, ale o nierobienie z tego wielkiego halo. Taka młoda dziewczyna jak Lena Polanski może sobie pomyśleć: „I co złego w tym, że ktoś chce kupić moje używane majtki za kilka tysięcy złotych?”.

Ależ nic, absolutnie. Natomiast jest granica ekspozycji własnego ciała i własnej intymności, z czynnościami seksualnymi, defekacją, przeżywaniem bólu czy rozkoszy włącznie. To dlatego nazywa się to „intymnością”. Te rzeczy zwykle są zarezerwowane wyłącznie dla nas lub dla nas i tej drugiej osoby, która wspólnie z nami naszą intymność przeżywa.

Kody społeczne służą nam do tego, by porządkować świat, dlatego też nie jest bez znaczenia, czy krąg ludzi, którzy widzą nas nago w czasie czynności seksualnych, to kilka osób czy też kilka milionów.

Tu mamy do czynienia z wykorzystaniem intymności do zarabiania. Problemem jest utowarowienie ciała, nie majtki, które same z siebie są towarem. Kiedy zaczynam traktować swoje orgazmy, swoje ciało – piersi, nogi, pośladki – jako część transakcji, zmienia się mój stosunek do własnego ciała, jego przeżywanie, akceptacja lub brak. Nie ma co się oszukiwać, procent operacji plastycznych wśród aktorek filmów dla dorosłych jest bardzo wysoki, bo kobieta w porno ma wyglądać w określony sposób.

Poza tym fani na OnlyFans wracają z pewnymi informacjami: jedni powiedzą, że jesteś piękna, inni, że powinnaś powiększyć piersi – ich opinie też zaczynają wpływać na twoje myślenie o własnym ciele. Zwłaszcza że wiążą się one z wysoką gratyfikacją finansową.

Chcesz zarabiać, musisz się im przypodobać. Jest takie określenie parasocial entitlement – roszczenia paraspołeczne, czyli ludziom – moim obserwatorom, fanom – może się wydawać, że mają prawo mówić mi, co powinnam zrobić ze swoim życiem i ze swoim wyglądem, bo tak dobrze mnie znają. I teraz wyobraź sobie, że masz fana, który płaci ci 100 tysięcy miesięcznie i ten fan pisze, że woli cię bez makijażu. Co robisz?

Pewnie – ponieważ dużo by mnie to nie kosztowało – zaczęłabym wrzucać zdjęcia bez makijażu.

A gdyby on za jakiś czas napisał, żebyś sobie przekłuła sutki? I jeśli zapłaciłby ci za to 200 tysięcy dolarów? Myślisz sobie: „Kurczę, mogłabym za to kupić mamie mieszkanie”. W ten oto sposób przestajesz być sobą, zaczynasz być właścicielką projektu, a on zaczyna być userem tego projektu.

Stopniowo przesuwam granicę tego, o czym decyduję sama, a o czym decyduje on.

Właśnie. I to się nazywa uprzedmiotowienie. To, co Madonnie się udało, bardzo dużym wysiłkiem, to zostać podmiotem we wszystkim, co robiła. A próbowano ją dyskredytować na różne sposoby, nazywać wywłoką, umniejszać jej umiejętności wokalne czy aktorskie. Teraz czepiają się jej, że jest stara, robi sobie operacje plastyczne i biega po scenie w krótkich gaciach.

Myślisz, że to oburzenie innych kobiet na kobiety zarabiające na OnlyFans bierze się z tego, że nie chcemy się godzić na takie autouprzedmiotowienie?

Mam nadzieję, że stoi za tym głębsza refleksja, a nie że po prostu wywożą Jagnę na wozie z gnojówką. Mieliśmy szansę zrobić z seksualnością w kulturze coś lepszego niż to, co się stało. Mieliśmy możliwość wyrównać w tej kwestii szanse obu płci, bo przecież ciągle operujemy podwójnym standardem: mężczyzna, patrząc, nie grzeszy, natomiast kobieta, będąc obserwowana, jest zbrukana i popsuta. Wszyscy znamy ten kod.

Myśmy prześnili tę rewolucję, nie wpuszczając tam świadomości, sprawiedliwości, zmiany stosunków społecznych i pewnie czegoś jeszcze, o czym starają się opowiedzieć takie książki, jak wspomniana „Girl on Girl” czy też „Pixel Flesh” Ellen Atlanty. Staraliśmy się z całych sił, a wyszło jak zawsze…

Wniosek z tego taki, że nie można grać w tę grę i łudzić się, że w trakcie zmienimy jej zasady.

To na pewno. Nie wiem tylko, jakie jest inne wyjście z tej sytuacji. Rewolucja obyczajowa lat 60. zmieniła bardzo wiele, zaowocowała backlashem kulturowym w latach 70., odwilżą lat 90., liberalizacją lat 2000. i 2010., związaną z rewolucją pozytywnej seksualności i kolejnym backlashem kulturowym, jaki mamy teraz. Czyli obyczajowo nasza sytuacja przypomina obyczajowość lat 70. Czy myśmy się masowo czegoś nauczyli? Na pewno. Jesteśmy choćby bogatsi o antykoncepcję, świadomość tego, co jest przemocą seksualną, o zmianę podejścia do pedofilii, znajomość terminu consent, czyli zgoda w seksie. Natomiast nie wydarzyły się zasadnicze zmiany, które są związane z tym, jak bardzo w kulturze i na rynkach seks jest nadal zestrojony z pieniądzem.

Czy pracę seksualną należy normalizować? Marta Niedźwiecka: „Trzeba pytać, kto na tym najbardziej korzysta”

Uważasz, że pracę seksualną trzeba normalizować, czy to doświadczenie 15 lat mówi ci, że normalizacja zamydla problem?

W moim odczuciu to, co mogła zrobić, już zrobiła, teraz trzeba się przyjrzeć temu, kto na tym korzysta. Przestańmy opowiadać, że jesteśmy w stanie ochronić osoby trudniące się seksworkingiem, bez zmiany stosunków społecznych i ekonomicznych.

A może seksworkingiem zajmą się w przyszłości androidy?

Tylko wtedy usługi ludzkich seksworkerek będą dziesięciokrotnie droższe. I wrócimy do punktu wyjścia. Znów powtórzę: trzeba pytać, kto na tym najbardziej korzysta.

Marta Niedźwiecka, certyfikowana sex coach i psycholożka. Autorka podcastów i książek „O zmierzchu” (do tej pory ukazały się trzy tomy). „Niezbędnika nowoczesnej dziewczyny” można też słuchać jako podcastu.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE