1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Muzyka
  4. >
  5. Anna Gacek: Być kobietą… znaczy mieć przechlapane. Przynajmniej w świecie muzyki pop

Anna Gacek: Być kobietą… znaczy mieć przechlapane. Przynajmniej w świecie muzyki pop

Dodaj w Google
Dodaj w Google
Olivia Rodrigo występuje na scenie podczas ekskluzywnego koncertu Billions Club Live w Barcelonie (2026) (Fot. Xavi Torrent/Getty Images for Spotify)
Olivia Rodrigo występuje na scenie podczas ekskluzywnego koncertu Billions Club Live w Barcelonie (2026) (Fot. Xavi Torrent/Getty Images for Spotify)
Anna Gacek przygląda się wymaganiom, jakie świat muzyki pop stawia kobietom. Bo na scenie wciąż można być „nie dość sexy”, „zbyt seksowną” albo po prostu… nigdy dość odpowiednią.

Tekst pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 08/2026. Lead pochodzi od redakcji.

Kilka tygodni temu byłam w Londynie na stand-upie mojego ulubionego komika Johna Mulaneya. Wyczekany występ „kolesia, który znaczy tak wiele dla tak nielicznych”, jak opisuje siebie kultowy w Stanach Zjednoczonych, ale niespecjalnie znany w Europie geniusz komedii, miał dla mnie dość nieoczekiwany bonus, wyszłam z teatru Palladium z misją: muszę odnaleźć „tę” piosenkę, utwór, przy którego ogłuszających dźwiękach Mulaney wyszedł na scenę, bo było to świetne.

„To” okazało się CMAT, skrótem, który rozwija się w rozrywkową, naprawdę dobrą muzę. Przy okazji tych poszukiwań wróciły do mnie wspomnienia wizyt w słynnym sklepie Topshopu na Oxford Street, którego ścieżka dźwiękowa była lepsza niż wszystko, co grało wtedy radio. Między polowaniem na kolejne sukienki z kolekcji Kate Moss siadałam w kącie i notowałam teksty, by później w wyszukiwarce odnajdywać kolejne perełki do moich audycji. Dobre czasy! I dawne czasy, bo sklepu już nie ma, a piosenki wyszukujemy dziś jednym kliknięciem aplikacji. Ale jedno uparcie się nie zmienia – kobieta, kiedy wychodzi na scenę, wciąż musi na niej „wyglądać”. Wracamy do CMAT.

Za tym skrótem ukrywa się Ciara Mary-Alice Thompson, irlandzka wokalistka, dziewczyna z talentem, charakterem, wigorem, który ożywiłby całą polską scenę muzyczną (drobna złośliwość, a co!) i, co tu kryć, dziewczyna w rozmiarze większym niż zero. Zabrakło mi kilku dni i nie musiałabym googlować, kim ona jest, bo mówiła o niej cała Wielka Brytania. Co przeskrobała? Odważyła się wyjść, ona i jej odziane nie w bezkształtny wór, ale w szorty ciało, na scenę wielkiej plenerowej imprezy BBC Radio 1 w Sunderland.

Co tam jej zarażające energią hity, sceniczna osobowość i idea świetnej, nieco campowej zabawy. Jak ona wygląda! Po tym – zresztą znakomitym – występie wysypały się pełne okrucieństwa komentarze, w takiej ilości i takiej obrzydliwości, że zmusiły do reakcji i publicznego nadawcę, i wokalistkę, a wreszcie i „Guardiana”, który poświęcił sprawie jeden z felietonów. Ciara miała czelność obrazić łakome oko masowego odbiorcy, nie karmiąc go obcisłym, skąpym kombinezonem z cekinami, nie ujawniając rzeźbionego ćwiczeniami ciała ani nie sugerując wyniszczającego flirtu z Ozempikiem. Popełniła zbrodnię w popie niewybaczalną – zdaniem komentujących nie przyłożyła się do tego, by wyglądać „jak kobieta”. Kilka dni po występie, po przeczytaniu tysięcy komentarzy na temat tego, jaka jest obrzydliwa, wokalistka zdecydowała się zabrać głos: „Tak mnie to nudzi, że ten cudowny geniusz, jakim jestem, wciąż musi odnosić się do tego, jak jest traktowany za coś tak banalnego, jak wizerunek. To, jak wyglądam, to nie jest żaden manifest, to jest po prostu moje ciało”. To „ciało” miało zmusić BBC do zablokowania komentarzy pod jednym z filmów z występem wokalistki.

Na imprezie w Sunderland wystąpiła również „klasycznie” piękna Olivia Dean, nowa wielka gwiazda muzyki pop, koncertująca w efektownych kreacjach z piórami, idealnie komponującymi się z burzą jej naturalnych loków. Możemy przyjąć, że powracające w komentarzach określenie „zjawiskowa” dotyczy nie tylko muzyki z jej niezwykle udanej płyty „The Art Of Loving”, ale i samej wokalistki.

Jednak Dean jest wyjątkiem, który – gdyby przyjrzeć się pod szkiełkiem mocno powiększającym – potwierdza regułę. Jest oszałamiająca, to prawda, ale tym konwencjonalnym, klasycznym rodzajem piękna, nigdy wulgarnym, przerysowanym czy kwestionującym kanony kobiecej urody, przesuwającym definicje.

By być uniwersalnie lubianą i podziwianą, Dean musi być bezpieczna. To jest pomysł na życie, z pewnością. Ale chcę wierzyć, że w świecie sztuki jednak nieczęsty.

O tym, że nawet dysponując całym pakietem podbijania serc masowej publiczności, można się w swoich kalkulacjach przeliczyć, przekonała się niedawno bohaterka pierwszych „Słów o muzyce” Olivia Rodrigo. Na początku maja zagrała koncert w Barcelonie, miała to być impreza właściwie bez historii, rozgrzewka przed czekającą ją promocją nowego, wyczekanego albumu. A jednak skromy występ narobił szumu medialnego niczym wielkie Super Bowl. Wszystko przez… top w stylu babydoll.

Rodrigo, samozwańcza „córka” kobiecych ikon muzyki alternatywnej lat 90., niestrudzenie oddaje im hołd, nawiązując do ich stylizacji, przebojów i – jeśli wierzyć nieżyczliwym – pomysłów. Na moodboardzie Olivii, sprzedającej miliony płyt wokalistki z równie milionowymi kontraktami reklamowymi, są wszystkie niepokorne ery grunge’u, liderki punkowego ruchu riot grrrl, zadziorne ryzykantki, gotowe walczyć z dominacją mężczyzn nie tylko w świecie muzyki. Robiły to na wiele sposobów, także swoimi ubraniami. Kat Bjelland, wokalistka Babes In Toyland, ulubionej kapeli mamy Rodrigo, blondynka o wielkich oczach, zaprzeczała swojej urodzie każdym wizerunkowym wyborem: jej włosy były potargane, makijaż rozmazany, a sukienki – dziwne. Była pionierką estetycznego ruchu kinderwhore, kwestionującego powinność kobiety, by na scenie wyglądać „ładnie”, by nikogo sobą nie drażnić.

Dziecko-dziwka. Przedziwny twór łączący słodkie, urocze fasony, minisukienki w kwiaty, białe podkolanówki, wstążeczki i ozdobne gwiazdki, garderobę grzecznej, zadbanej dziewczynki z dobrego domu, z potarganymi, natapirowanymi włosami, mocnym makijażem z rozmazaną czerwoną szminką w roli głównej. Ale w kinderwhore chodziło o coś jeszcze, ten miszmasz estetyczny był połączony z bardzo klarownym przekazem: jazgotem przesterowanych gitar, wrzaskiem feministycznych manifestów, agresją scenicznego demolowania sprzętu czy – często – własnego ciała.

W wielkiej obrazkowej encyklopedii świata przy haśle kinderwhore znajdzie się najpewniej Courtney Love, najsłynniejsza przedstawicielka ruchu, w kreacji w stylu babydoll, dokładnie takiej, w jakiej wystąpiła Rodrigo, słodkiej, niewinnej, uroczej. Love, jedna z najbardziej kontrowersyjnych i znienawidzonych kobiet w historii popkultury, swoją stylizację najpewniej „ozdobiła” wypisanym na ciele mazakiem zaczepnym, mocnym hasłem, może nawet słowem „dziwka”. Olivia po prostu wyszła na scenę w kosztownym ubraniu marki Generation78 – topie, który na drobnej wokalistce stał się bardzo krótką sukienką.

Kat i Courtney przemierzały second handy całej Ameryki, dla Rodrigo strój wybrała stylistka. Występ w Barcelonie sponsorowała wielka streamingowa korporacja. To wszystko nie miało nic wspólnego z punk rockiem, a jednak narobiło szumu, o jakim legendy riot grrrl mogły tylko marzyć. Olivia Rodrigo, artystka z fabryki Disneya, gwiazda przynosząca swojej wytwórni miliony dolarów, okazała się równie kontrowersyjna, jak jej idolki.

W dniach, kiedy CMAT opisywano jako „nie dość sexy” dla współczesnej muzyki pop, Rodrigo, „odrażająca Lolita karmiąca męskie spojrzenia” została zrugana jako „zbyt seksowna”. I tak źle, i tak niedobrze. Ignorujesz ciało, popełniasz estetyczną zbrodnię, akcentujesz ciało, budzisz niesmak. Kobieta nie wygra.

Ten felieton powstaje kilka dni po zakończeniu hiszpańskiego festiwalu Primavera, którego jedną z gwiazd był legendarny zespół The Cure. Przed nimi, w całej cudowności i niedorzeczności eklektyzmu muzycznych festiwali, wystąpiła tiktokowa gwiazdka, a dziś już niezaprzeczalna siła w muzyce pop, Addison Rae. Cały koncert wykonała w skąpym białym kostiumie, w zgodnej opinii widzów odpowiednim raczej na hiszpańską plażę niż scenę. Kontrast tysięcy oczekujących spotkania z Muzyką graną przez The Cure, słuchających muzyczki fenomenu z krótkim terminem ważności – był dość komiczny, bo Rae w zestawieniu z dorobkiem Cure nie ma żadnych szans i rzeczywiście wyglądało to jak desperackie korzystanie z jedynej dostępnej waluty, urody, ale z drugiej strony, chcąc kariery i rozgłosu, jakie właściwie Rae ma dziś wyjście?

Sabrina Carpenter z „bieliźnianego”, półnagiego stylu uczyniła swój znak rozpoznawczy, a ów znak zrobił z niej wielką gwiazdę współczesnej muzyki. Beyoncé i Dua Lipa niestrudzenie przemierzają największe sceny świata w najbardziej obcisłych kostiumach, pewne, że tego wymaga od nich zawód wykonywany: wielka gwiazda pop. Nawet Taylor Swift, kobieta, która niczego już nie musi, zamiast dyktować trendy, wpisała się w obowiązujące, lśniąc w lycrach podczas słynnej trasy „Ery”. Ba, dobry wygląd w popie jest tak ważny, że nawet biedny Harry Styles musiał czytać o sobie, że na właśnie rozpoczętej trasie „jakoś kiepsko wygląda”, bo miał nieszczęście postarzyć się o kilka lat.

Rozmyślam, czy są jakieś szanse, by kobieta mogła być po prostu fantastyczną wykonawczynią, performerką, niekoniecznie „laską”. I przychodzi mi do głowy pewien przygnębiający przykład. Kilka lat temu na globalną scenę szturmem wdarła się Lizzo, niezaprzeczalny fenomen. Utalentowana wokalistka plus size, śpiewająca hity o akceptacji swojego ciała, dająca nadzieję wielu kobietom, że można celebrować wygląd inny od uniwersalnie pięknego, była wyczekanym powiewem świeżości. A potem czar prysł. Ujawniono, że jej przekaz o byciu pozytywnym i dobrym to zwyczajna ściema, podobnie jak miłość do własnego ciała. Od skompromitowanej wokalistki odsunęła się i branża, i fani.

Pewnie słusznie, ale trudno nie myśleć, że konwencjonalnie piękna Lizzo miałaby łatwiejszą drogę powrotu – byłaby wtedy po prostu „kontrowersyjna” czy „trudna”. Niech nas nie ominie również refleksja, że za bycie nieszczerą jest aktualnie skasowana, podczas gdy Chris Brown, człowiek, który pobił Rihannę do krwi, gra wyprzedane trasy…

Kathleen Hanna, jedna z pionierek riot grrrl, kolejna z bohaterek Rodrigo, uważała, że kobiety prowokują do komentarzy na temat swojego wyglądu bez względu na to, co na sobie mają. W idealnym świecie znaczyłoby to: a niech gadają! I takiego luzu życzmy wszystkim dziewczynom pop. Bo systemu nie zmienią, nawet w najpiękniejszych sukienkach.

Anna Gacek, dziennikarka, przez dwie dekady głos radiowej Trójki, do której wróciła ze swoją kultową audycją „Aksamit” (na antenie w poniedziałki od 19:00 do 21:00), autorka książki „Ekstaza. Lata 90. Początek”, podcasterka.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE