Relacje Wisławy Szymborskiej z innymi pisarzami nie miały jednego tonu – choć w żadnej z opisanych tu znajomości nie brakowało humoru. Było w nich miejsce na podziw i onieśmielenie, ale też przekomarzanie, wspólne żarty i codzienne troski. Dobrze widać to w zachowanej korespondencji, która pokazuje te kontakty bez oficjalnej oprawy. Jakie więzi łączyły poetkę z Tadeuszem Różewiczem, Czesławem Miłoszem i Zbigniewem Herbertem?
Nie potrzebowali częstych spotkań ani publicznych deklaracji, żeby pozostać sobie bliscy. Przyjaźń Wisławy Szymborskiej i Tadeusza Różewicza rozwijała się dyskretnie: w listach, rozmowach i podczas spotkań wśród wąskiego grona wspólnych znajomych. Jak pisze Emil Pasierski w posłowiu do tomu „Jedyna pociecha w tym, że może być gorzej. Listy 1953–2011” – który pod koniec października ukaże się nakładem wydawnictwa Znak – łączył ich „odmienny typ artystycznej zażyłości”: mniej demonstracyjny, oparty na zaufaniu i wzajemnym zrozumieniu.
Ich drogi przecięły się w powojennym Krakowie, choć trudno wskazać moment właściwego poznania. Różewicz zamieszkał w Domu Literatów przy Krupniczej 22 po przyjeździe do miasta w 1945 roku. Szymborska wprowadziła się tam trzy lata później, po ślubie z Adamem Włodkiem. Mogli mijać się na schodach i w stołówce, ale – jak podkreśla Pasierski – nie zapamiętali siebie z tego okresu. Różewicz trzymał się raczej środowiska malarzy i krytyków sztuki niż sąsiedzkiego życia literackiego.
Znajomość nabrała wyraźnego kształtu dzięki „Życiu Literackiemu”, w którym Szymborska od 1953 roku prowadziła dział poezji. Zabiegała o wiersze Różewicza, pilnowała ich publikacji i mierzyła się z ingerencjami cenzury. On ufał jej na tyle, że prosił o osobistą korektę swoich tekstów. Z czasem między sprawami redakcyjnymi pojawiało się coraz więcej żartów, zwierzeń i zwyczajnej radości z kontaktu. Formalne „pan” i „pani”, utrzymujące się mniej więcej do połowy lat 70., nie wykluczało serdeczności.
„Mimo że nie przesyłam wierszy, proszę do mnie czasem karteczkę (na znak pamięci) przysłać, zawsze bardzo się cieszę” – pisał Różewicz 6 maja 1965 roku. Szymborska również nie ukrywała, że lubi tę wymianę: „Drogi Panie Tadeuszu! Piszę nie tylko dlatego, że w ogóle lubię do Pana pisać […]” – zaczynała kartkę z 2 listopada 1969 roku.
Ważną osobą w tej relacji był Kornel Filipowicz – wieloletni przyjaciel Różewicza, a od drugiej połowy lat 60. również partner Szymborskiej. To on zbliżał ich także poza korespondencją. Po jego śmierci w 1990 roku wspólna pamięć stała się kolejnym spoiwem: poeci pocieszali się i wspierali w działaniach upamiętniających pisarza. Pasierski ujmuje to tak: „swoją dojrzałą, budowaną przez wiele lat przyjaźń oboje zawdzięczają w znacznej mierze Kornelowi, odziedziczyli ją niejako w spadku po nim”.
Nie zawsze się zgadzali, nie zawsze udawało im się spotkać. Pozostawali jednak uważni na siebie i pełni uznania dla swojej twórczości. Po ogłoszeniu werdyktu noblowskiego Szymborska pisała do Różewicza: „Tadziu Drogi – Dużo bardziej zasługujący na tego Nobla…”. Kilkanaście lat później, na jego 90. urodziny, przesłała pogodną wiadomość: „Tadeuszu! Życie zaczyna się po dziewięćdziesiątce!”.
„W ogóle to nie jest zbyt wesoło, a jedyna pociecha w tym, że może być gorzej” – pisała Szymborska do Różewicza 17 marca 1993 roku. Zaraz potem dodała: „Ściskam Cię, Tadeuszu, bardzo mocno. Dobrze by było czasem pogadać, nie sądzisz?”. Ten charakterystyczny dla poetki żart dał tytuł zbiorowi ich korespondencji. Obok rozmów o literaturze pojawiają się tu środowiskowe ploteczki i niesnaski, prywatne perypetie i zwyczajna codzienność. A wszystko podszyte humorem, który pozwalał im mówić o poważnych sprawach bez nadmiernej powagi.
(Fot. materiały prasowe)
Wielki poeta, wielka poetka, a między nimi pocztówki z małpami, wyklejanki i plastikowy owad. Korespondencja Wisławy Szymborskiej i Czesława Miłosza potrafi zaskoczyć tych, którzy spodziewają się przede wszystkim poważnych rozmów o literaturze. W listach i kartkach zebranych w tomie „Pod dyskretną opieką Wielkich Mocy. Listy i nie tylko” wzajemny podziw i szacunek idą w parze z humorem. Jak zauważa we wstępie Marcin Wicha, „pewnie trudno to nazwać zażyłą przyjaźnią. Może serdeczną znajomością. […] Zresztą chyba nie musimy określać stopnia zaangażowania. Byli dla siebie ważni”.
Szymborska zobaczyła Miłosza po raz pierwszy na literackim zebraniu w 1945 roku, ale na osobiste poznanie przyszło im długo czekać. Nastąpiło ono dopiero jesienią 1989 roku, kiedy poeta przyjechał do Polski odebrać doktorat honorowy Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wcześniej, w 1957 roku, Szymborska jako redaktorka „Życia Literackiego” zwróciła się do niego z prośbą o przekłady poezji amerykańskiej. Ten zawodowy kontakt nie przerodził się jednak w regularną wymianę listów.
Ta rozwinęła się dopiero w 1990 roku, tym razem już bez redakcyjnych spraw do załatwienia. „Piękny Panie Czesławie! to jest pierwsza karteczka, którą do Pana wysyłam. Po niej nastąpią inne, i tak już będzie aż do końca świata!” – zapowiedziała Szymborska jesienią 1990 roku. Miłosz odpowiedział w styczniu następnego roku: „Droga Koleżanko, nie zasługuję na takie względy. Te kartki bardzo mnie poruszyły. Dziękuję”. Z czasem sam włączył się do pocztowej zabawy, odsyłając rysunki satyryczne, reprodukcje obrazów i amerykańskie pocztówki. W 1995 roku do jednej z przesyłek dołożył nawet małego plastikowego owada.
Kiedy Miłosz zaczął coraz częściej przebywać w Krakowie, odległy dotąd autor stał się także znajomym z tego samego miasta. Widywali się, spotykali w kameralnych okolicznościach, a czasem nawet wspólnie występowali przed publicznością. Szymborską cieszyły jednak również mniej uroczyste okoliczności: „Parę dni temu widziałam Pana z okna tramwaju. Pan sobie gdzieś szedł. Nigdy dawniej nie myślałam, że taki widok będzie w Krakowie możliwy!” – napisała na jednej z kartek.
Podziw dla Miłosza długo łączył się u poetki z onieśmieleniem. Zwracała się do niego „Wspaniały Panie”, podpisywała jako „Wielbicielka”, a gdy w liście z 16 lipca 1996 roku użyła imienia, od razu dodała wyjaśnienie: „Czesławie (używam tej formy, bo lekkomyślnie przeszedłeś ze mną na Ty)”. W tym samym liście wspominała pierwszą lekturę „Ocalenia”: „No tak, powiedziałam sobie, to jest TA poezja, TE wiersze, TEN poeta…”. Miłosz również dawał wyraz uznaniu – w dedykacji do „Wypisów z ksiąg użytecznych” napisał: „Drogiej Pani Wisławie podziwiając i lubiąc”.
Nawet komplementy Szymborska potrafiła jednak uwolnić od nadmiernej powagi. „Jest dla mnie oczywiste, że urodziłeś się pod dyskretną opieką Wielkich Mocy. Czym one są, tego nie wiem, ale widzę wyraźnie, że znają się na poezji” – pisała w lipcu 1996 roku. To właśnie z tego listu pochodzi tytuł zbioru. Obok słów uznania znalazły się w nim drobne gesty pamięci i troski, także wobec Carol, żony Miłosza. Ponieważ Szymborska nie znała angielskiego, a Carol polskiego, wyklejanki z dedykacją „For Carol” pozwalały im porozumiewać się bez słów.
W tej korespondencji nie trzeba zresztą wybierać między literaturą a codziennością. W listopadzie 2001 roku Szymborska dopytywała Miłosza o publikację „Traktatu teologicznego”, by w dopisku przejść do równie konkretnej propozycji: „czy nie miałbyś ochoty na kaszę gryczaną? Mogłabym ją dla Ciebie przyrządzić i przesłać przez p. Michała”. Wielka poezja wielką poezją, ale o obiedzie też warto było pomyśleć.
(Fot. materiały prasowe)
Czytaj także: Sprawdź, ile wiesz o Polakach nagrodzonych Noblem. Czy ten quiz cię zaskoczy?
Zaczęło się od „Szanowny Kolego”, z czasem pojawiły się „Kochana Wisełko” i „Zbyszku, Poeto z Bożej Łaski!”. Korespondencja Wisławy Szymborskiej i Zbigniewa Herberta pokazuje, jak zawodowa znajomość przerodziła się w serdeczną przyjaźń, w której wzajemne uznanie nie wykluczało przekomarzania. Ich listy, kartki i dedykacje zebrano w tomie „Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie. Korespondencja 1955–1996”.
Pierwszy list Szymborska wysłała 24 listopada 1955 roku. Jako redaktorka działu poezji „Życia Literackiego” zapraszała Herberta do prezentacji poetów, których debiuty książkowe miały się niebawem ukazać. Początkowo chodziło więc o pozyskanie wierszy do druku, ale oficjalny ton szybko ustąpił miejsca swobodniejszej wymianie.
Poeci nie poprzestawali na listownych uprzejmościach. W październiku 1961 roku Szymborska dziękowała Herbertowi za „Studium przedmiotu”, pisząc o „książeczce, która jest piękna. Szczerze mówiąc nawet ładniejsza od Ciebie!”. Żeby adresat nie miał wątpliwości, dodawała: „Miłość moja utrzymuje się stale na wysokim poziomie”. W tej korespondencji komplement często przychodził razem z drobną uszczypliwością.
Z czasem do wymiany listów dołączył nawet fikcyjny korespondent: Bogdan Witold Frąckowiak, nazywający się również Fronckowiakiem. Herbert wymyślił go podczas telefonicznych żartów z krakowskich znajomych. Zmieniał głos i przedstawiał się jako autor przybyły z Jasła z walizką dwóch tysięcy sonetów, które chciał oddać do fachowej oceny. Szymborska podchwyciła zabawę, a Frąckowiak całkiem zadomowił się w ich listach.
Ta wspólna gra pozwalała żartować także ze spraw, które na co dzień nie dawały wielu powodów do śmiechu. W 1983 roku Szymborska radziła Frąckowiakowi, żeby usamodzielnił się i wstąpił do nowego Związku Literatów Polskich: „masz przecież tych swoich 600 sonetów, przyjmą Cię z otwartymi ramionami”. Herbert odpowiadał w roli fikcyjnego poety, że rzekomym warunkiem przyjęcia jest zwerbowanie dwóch kolejnych osób, dlatego wybrał właśnie ją i Kornela Filipowicza. Zapowiadał wizytę w Krakowie już nie jako zwykły Frąckowiak, lecz „podoficer werbunkowy”.
Obok literackich zabaw pojawiały się zupełnie przyziemne sprawy. Kiedy w 1981 roku rozważali wspólny wyjazd na wieczór poezji do Londynu, Szymborska wyznała: „Do Londynu miałam zamiar pojechać nie tyle na występy, ile raczej po zakup kilku żarówek, kilku paczek zapałek i kilku kostek maggi”. Zagraniczne występy miały więc również praktyczną stronę, dobrze znaną mieszkańcom kraju zmagającego się z brakami w sklepach.
Ostatnia wymiana korespondencji zamieszczona w tomie dotyczyła Nobla dla Szymborskiej. Herbert przesłał telegram z gratulacjami, a ona 20 października 1996 roku odpowiedziała: „Zbyszku, Wielki Poeto! Gdyby to ode mnie zależało, to Ty byś teraz męczył się nad przemówieniem…”. Nawet w takiej chwili uznanie dla przyjaciela potrafiła wyrazić bez uroczystego tonu – za to z dobrze im obojgu znanym humorem.
(Fot. materiały prasowe)
Źródła: Wisława Szymborska, Tadeusz Różewicz, „Jedyna pociecha w tym, że może być gorzej. Listy 1953–2011”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2026; Wisława Szymborska, Czesław Miłosz, „Pod dyskretną opieką Wielkich Mocy. Listy i nie tylko”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2024; „Wisława Szymborska, Zbigniew Herbert, »Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie «, culture.pl [dostęp 2.10.2026]