1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. W poszukiwaniu sensu życia

W poszukiwaniu sensu życia

Fot. iStock
Fot. iStock
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Co sprawia, że życie warte jest życia? Co jest w nim najważniejsze a przynajmniej ważne? Po co właściwie rano wstajemy z łóżka? Te trudne pytanie każdy z nas sobie wcześniej czy później zadaje i szuka na nie odpowiedzi.

W poszukiwaniu szczęścia i spełnienia przemierzamy wiele ścieżek. Czasami kończymy podróż z pustymi rękoma, czasem obdarowani. Spełnieniem, nadaniem naszym uczuciom i działaniom znaczenia. Wówczas pojawia się satysfakcja, dobre emocje i namacalne dowody sukcesu w materii. To znak, że żyjemy w łączności ze wszechświatem, jesteśmy zadowoleni z odbicia naszego wnętrza, które w nim widzimy. Czujemy ciągłą wzajemną inspirację, przeżywamy momenty niezwykłego ożywienia, doznajemy cennych olśnień. Wiemy, że żyjemy.

Gdzie szukać sensu życia? Oto 6 podpowiedzi

1. Miłość i intymność. Dawanie i otrzymywanie miłości jest potężnym źródłem dobrego samopoczucia. Jeśli tworzymy głębokie relacje - przyjacielskie, miłosne, rodzinne, nasze życie staje się znaczące i siebie warte.

2. Satysfakcja z pracy. Jaka praca byłaby dla ciebie najlepsza? Jeżeli robisz coś, co jest dla ciebie sensowne, masz szansę poczuć się szczęśliwym. Jeśli praca, którą wykonujesz, jest twoim powołaniem, nagrody i docenienie świata pojawią się same. Wraz z rozwojem na swojej życiowej drodze spotkasz nowe możliwości. Praca może być przygodą nadającą życiu sens. 3. Pomaganie innym. Łatwo jest skoncentrować się na własnym dobrobycie. Jednak kiedy trzymamy się tej jednej perspektywy, czujemy się zagrożeni konkurencją, zazdrośni, nieufni, pełni niechęci. Kiedy natomiast pomagamy innym, dzielimy się dobrocią i dobrami, w naszym życiu pojawia się współczucie a z nim realne korzyści - pozytywne uczucia, wewnętrzna harmonia i radość z tego, że żyjemy.

4. Życie społeczne. Czy uczestniczysz w życiu jakiejś społeczności? Masz swój udział w działaniach na rzecz szerszego ogółu, jakiejś ważnej sprawy? Takie działania nadają życiu tak potrzebnej celowości. 5. Duchowość. Wierzysz w to, że każdy z nas znalazł się tutaj z powodu powołania, przeznaczenia, jakiejś lekcji? Ta świadomość może dać poczucie połączenia z siłą większą od nas. Może zmobilizować cię do szukania swojej drogi. A ta może być różna. Może masz stać się empatyczną i współczującą istotą? Może masz nauczyć słuchać się ludzi? Albo zająć rodziną? Albo wynaleźć coś, co ludziom ułatwi życie? Medytacja, kontemplacja, modlitwa, inspiracja duchowo rozwiniętych ludzi - pomogą ci odpowiedzieć sobie na te pytania.

6. Przywództwo. Jest jakaś dziedzina życia, w której masz być liderem, masz inspirować i prowadzić. Każdy z nas ma przecież jakiś talent, dar czy pasję, którymi może się podzielić z innymi. Wzajemne pobudzanie się rozwoju sprawia, że życie jest bardziej sensowne i ważne. Radość z tego, że jesteśmy tacy, jacy jesteśmy, zwielokrotnia się.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Fantazjowanie pomaga nam w życiu - przekonują twórcy psychologii zorientowanej na proces

Fantazjowanie wpływa na empatię i kreatywność, niesie też wiele cennych dla nas informacji. (fot. iStock)
Fantazjowanie wpływa na empatię i kreatywność, niesie też wiele cennych dla nas informacji. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Zdarza ci się odpływać myślami podczas zebrania? Nie karć się za dziecięce roztargnienie. Według Amy i Arnolda Mindellów, propagatorów psychologii procesu, śnienie na jawie sprawia, że stajemy się bardziej kreatywni i lepiej rozwiązujemy konflikty.

Według badań naukowców z Izraela ludzie, którzy dużo fantazjują, są bardziej empatyczni. Arnold: Ja bym ujął to tak: ludzie, którzy dużo śnią na jawie i cieszą się z tego, mają wysoki poziom empatii. Generalnie wszyscy śnimy na jawie, chociaż większość z nas ten fakt wypiera. Amy: Nie wszyscy też zauważają swoje śnienia albo dochodzą do wniosku, że nie mają one żadnego znaczenia. Arnold: Powiem więcej, im mniej fantazjujemy, tym bardziej jesteśmy podatni na różne uzależnienia. Narkotyki czy alkohol pomagają oderwać się od rzeczywistości tym, którzy nie potrafią tego zrobić w inny sposób.

Czy sytuacja, w której zawieszam się, gapiąc się bezmyślnie w jakiś punkt, to także śnienie na jawie? Arnold: Tak. Twój mózg wyłącza się i zaczynasz fantazjować.

Jak często to robimy? Arnold: Wielokrotnie w ciągu dnia. Prawdopodobnie przynajmniej raz na dwie godziny.

A czy nie jest tak, że śnimy na jawie wtedy, gdy się nudzimy? Arnold: To prawda. Śnienie może przegonić nudę. Dodałbym też, że każdy śni na jawie, bez względu na to, czy lubi swoją pracę, czy też nie. Fantazjowanie jest spontaniczne. Ktoś może być bardzo zainteresowany pisaniem artykułu na komputerze i nagle, nie zdając sobie z tego w pełni sprawy, zacząć bujać w obłokach. W efekcie tego np. sprawdza coś na Facebooku.

Dlaczego to robimy? Arnold: Ponieważ jesteśmy świadomymi istotami ludzkimi. Część z nas robi to notorycznie, cały długi dzień.

Jak to cały!? Arnold: Jeśli żołądek boli cię od rana i myślisz, że to tylko ból i nic więcej, to jesteś w błędzie. To może być związane z kwasem żołądkowym, zaś ten może wydzielić się w wyniku śnienia w nocy o czymś ostrym, spiczastym, wręcz bolesnym. Czujesz ten sen w swoim żołądku, więc śnisz na jawie cały ten czas. Jeśli nie spoglądasz w swoje sny, nie analizujesz ich, to szybko przekształcają się one w sygnały płynące z ciała.

Czy to sny wywołują dolegliwości w organizmie, czy też problemy zdrowotne wywołują sny? Arnold: I tak, i tak. Czasami trudno stwierdzić, co było pierwsze.

O czym ludzie fantazjują? Amy: Jest wiele odpowiedzi na to pytanie. Postrzegamy siebie jako osobę, która np. w danej chwili jest bardzo zajęta albo zmęczona. Proces śnienia wywołuje w głowie stany lub rzeczy, których w danej chwili potrzebujemy. Przykładowo po naszym wywiadzie pan może zacząć fantazjować o obiedzie albo o pięknych kwiatach, które przypadkowo zwróciły pana uwagę.

Czyli fantazjujemy o zwykłych, codziennych rzeczach? Amy: Tak. Tych, których w danej chwili potrzebujemy. Część naszego ja może być zmęczona albo głodna – stąd ten obiad czy coś wesołego, relaksującego. A część, której nie jesteśmy świadomi, może mieć potrzebę piękna – stąd te kwiaty. Tego, czego nam brakuje, próbujemy doświadczyć właśnie poprzez śnienie na jawie.

Jestem zaskoczony, bo myślałem, że śnimy na jawie o rzeczach, które są dla nas nieosiągalne. Że śnienie na jawie to także forma wyrzucania z siebie jakichś złych emocji – jako dziecko kiedyś fantazjowałem o sprawiedliwości wymierzonej starszym chłopakom, którzy krzywdzili słabszych. Arnold: Niektórzy fantazjują o rozwiązaniu problemów, np. ktoś został okradziony i fantazjuje o tym, że odzyskuje te rzeczy w zdecydowany sposób. Ale śnienie na jawie wychodzi daleko poza to myślenie życzeniowe. Jest ono kształtowane przez pierwsze sny z dzieciństwa. Najwcześniejszy sen, jaki pamiętasz, organizuje – jak jakiś system w mózgu – wiele snów i śnień na jawie. Aż po ostatnie pięć minut twojego życia. I w ten sposób na nie wpływa.

Naprawdę? Skąd pan to wie? Arnold: Bo pracujemy z ludźmi, którzy są bardzo bliscy śmierci. Oni wspominają wówczas te pierwsze sny z dzieciństwa. Przykład: pewien mężczyzna pamiętał, że w jego pierwszym śnie dwie siostry podeszły do jego łóżka, a on się wtedy obudził. Jak pan sądzi, co wydarzyło się tuż przed śmiercią tego mężczyzny?

Pewnie coś, co ma związek z tymi siostrami. Arnold: Tylko on nie miał sióstr. Sprowadził więc dwie kobiety do swojego łóżka tylko po to, by potrzymać je za ręce. I krótko potem zmarł. Byliśmy przy tym z Amy. Podobnych sytuacji widzieliśmy wiele. Stąd wniosek – pierwszy sen, który pamiętasz, organizuje wiele z twoich fantazji, śnień. Jest jak mityczny wzorzec.

Byłem kiedyś na warsztatach Instytutu Eriksonowskiego, organizowanych dla menedżerów, biznesmenów. Tam powiedziano mi, że sytuacje, w których nagle zapatrujemy się ślepo w przestrzeń, odpływamy od rzeczywistości, można wykorzystać do zwiększania swojego potencjału, np. w pracy. Czy psychologia zorientowana na proces także potrafi spożytkować takie chwile do zwiększania naszych możliwości? Amy: Oczywiście. Pracujemy często z terapeutami. Jeśli są mocno zablokowani, to wprawdzie starają się dobrze wykonywać swoją pracę, ale im się to nie udaje. Muszą coś zmienić w sobie. W takiej sytuacji prosimy ich, by na chwilę dali odpocząć swojemu mózgowi, poczuli Ziemię, Wszechświat, to, co krąży wokół ich umysłów. By wyłapywali te myśli, marzenia, fantazje, które się pojawią, wszelkie nowe pomysły, idee, które do nich napłyną. Takie ćwiczenie jest dobrym źródłem kreatywności. Arnold: Podam przykład ćwiczenia, które zastosowałem, pracując z wysokiej rangi urzędnikami. Chcieli mojej pomocy, bo narastał pomiędzy nimi konflikt. Poprosiłem, by co najmniej przez minutę rozluźniali mięśnie szyi i ramion, zrelaksowali się. Takie warunki sprzyjają śnieniu na jawie. Powiedziałem im, by zwrócili uwagę na myśli, jakie pojawiają się w ich głowach podczas tej chwili relaksu. Jeden z nich stwierdził, że faktycznie rozmarzył się i zobaczył siebie siedzącego nad rzeką. Wtedy poprosiłem wszystkich, by zaczęli udawać, że są nad rzeką i łowią ryby. Podczas tego ćwiczenia z przyjemnością udawali wędkarzy i zapomnieli na pewien czas o konflikcie. Dopiero wówczas wróciliśmy do tematu i w dyskusji znaleźliśmy rozwiązanie problemu.

Jeśli dobrze rozumiem, opowiadając innym o swoich snach na jawie, otwieramy się na nich i zacieśniamy relację, bo mówimy o rzeczach bardzo prywatnych? Arnold: Śnienie jest dla ciebie, ale jeśli używasz go w biznesie albo innych relacjach, to wtedy otwierasz przestrzeń między sobą a innymi.

Dzieci fantazjują znacznie częściej niż dorośli. Dlaczego? Amy: Gdy dorastamy, zakładamy, że będziemy taką a taką osobą. Dzieci jeszcze tego w sobie nie zbudowały, więc mają łatwiejszy dostęp do snów, dość swobodnie płyną od jednego śnienia do drugiego. Robią to szybko i bardziej świadomie niż dorośli. Arnold: Dlatego też odmianą rodzicielskiego napomnienia „dorośnij wreszcie” jest: „przestań marzyć”. Czyli: bądź realistą, stań twardo na ziemi! W Australii nauczyciele zwykli karać aborygeńskie dzieci za to, że te śniły na jawie. Bo, w przeciwieństwie do Aborygenów, kultura europejska nie rozumie potrzeby fantazjowania.

Czyli rodzice powinni pozwalać dzieciom na bujanie w obłokach, bo to im pomaga? Arnold: Nie tylko im. Także rodzicom. Oni również potrzebują takich fantazji. Śniąc na jawie, dzieci otwierają przestrzeń między sobą a rodzicami. Dzieci mogą też pokazać dorosłym, jak to robić – to także może poprawić ich relacje.

W latach 50. w USA mówiono rodzicom, by nie pozwalali dzieciom na fantazjowanie, bo to może doprowadzić je do psychozy lub neurozy. Amy: Pamiętam przypadek małego dziecka, które leczyliśmy w naszej klinice na wybrzeżu w stanie Oregon. Kilkulatek miał tak ciężką astmę, że gdy dostawał ataku, od razu musiał jechać do szpitala. Posadziliśmy go w środku koła dużej grupy i poprosiliśmy, by bawił się zebranymi tam zabawkami. Wybrał pacynkę Dartha Vadera (negatywny bohater „Gwiezdnych wojen”, usosobienie zła i siły – przyp. red.). Z początku trochę się bał. Zachęcaliśmy go do fantazjowania, że jest Darthem Vaderem, że ma w sobie dużo siły. I tak się stało – podczas śnienia na jawie poczuł tę siłę. Po tym ćwiczeniu jego napady astmy osłabły. Doświadczał tej choroby jako siły, która naciskała na jego klatkę piersiową, utrudniała mu oddychanie. Dzięki śnieniu na jawie w trakcie zabawy odzyskał swoją siłę i uwolnił się od tego nacisku.

Czytałem, że śnienie na jawie może także pomóc w utrwalaniu nauki. Arnold: Stan zrelaksowania na pewno pomaga w nauce. Zanim stworzyłem POP, moim terapeutą był siostrzeniec Junga. Nim został lekarzem, strasznie obawiał się egzaminów na studiach. Zapytał więc wuja, co zrobić, by się nie denerwować. „Weź apteczkę i połóż ją pod poduszką”. Zrobił tak i zdał wszystkie egzaminy z doskonałymi notami. Ale nie zapewniam, że ten sposób daje 100 proc. gwarancji sukcesu (śmiech).

Dr Arnold Mindell: amerykański fizyk i psychoterapeuta, w latach 70. stworzył psychologię zorientowaną na proces (POP), obecnie popularną metodę psychoterapeutyczną. O POP, snach i pracy z ludźmi napisał 21 książek, które przetłumaczono na 27 języków.

Dr Amy Mindell: psychoterapeutka, propagatorka POP, znana z pracy z ludźmi w stanie śpiączki oraz wykorzystywania sztuki w terapii. Poświęciła temu kilka książek. Prywatnie żona Arnolda Mindella. Razem prowadzą warsztaty i szkolenia na całym świecie.

  1. Psychologia

Po co nam ten czas? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

Ilustracja iStock
Ilustracja iStock
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Myślę, że to poważne ostrzeżenie. Okazja, by dostrzec błędy, które człowiek popełnia w imię chciwości – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta. I zastanawia się, czy pandemia nie zatrzymała nas przypadkiem w drodze do autodestrukcji.

Czy można znaleźć jakiś sens w tym, co się dzieje dziś na świecie? To się dopiero okaże. Na razie widnokrąg zasłania nam czarna chmura nieszczęścia i lęku. Z bliska oglądamy chorujących i umierających ludzi, więc boimy się o nasze przetrwanie. Z drugiej strony – odczuwamy zagrożenie perspektywą utraty pracy, zarobków i utonięcia na lata w biedzie, w długach. Mamy powody przypuszczać, że świat, jaki znamy, i system wartości, który go napędzał, rozpadają się na naszych oczach. Wszystko to zmusza do zadawania sobie pytań, które wcześniej nie przychodziły nam do głowy, np.: Czy nasze życie ma trafnie zdefiniowany cel? Czego potrzebujemy do szczęścia?, itp.

Dostaliśmy czas, by zastanowić się, czy stworzyliśmy świat, który daje nam to, czego naprawdę potrzebujemy? Odpowiedź na pytanie, po co nam była groźba „końca świata”, poznamy zapewne dopiero, gdy ta groźba minie. Obyśmy nie uznali jednak wtedy pandemii za przypadkowe i chwilowe zrządzenie losu. Tak jak w dowcipie o mężczyźnie, który w obliczu nieuchronnej śmierci z rąk męża swojej kochanki wyskakuje przez okno na 30. piętrze, a w trakcie tych kilku sekund spadania modli się żarliwie o ratunek. Obiecuje Bogu, że jeśli go ocali, będzie żył w zgodzie ze wszystkimi przykazaniami! Kiedy jednak szczęśliwie ląduje na ogromnym rozłożystym drzewie, myśli: „Co też za głupoty człowiekowi w stresie przychodzą do głowy!”.

Miejmy nadzieję, że i my wylądujemy szczęśliwie! I że wtedy trudno będzie nam zaprzeczyć, że to, co nas spotkało, było negatywną konsekwencją tego, że nasz system ekonomiczny – a my wszyscy wraz nim – był nastawiony na zysk za wszelką cenę. Za cenę ludzkiego zdrowia i życia, za cenę popsucia powietrza i klimatu, za cenę niewyobrażalnej udręki zwierząt hodowlanych, za cenę masowego wymierania wielu tysięcy gatunków zwierząt dzikich i za cenę destabilizacji ekosystemu Ziemi.

Trudno nie myśleć o apokalipsie… Koronawirus zatrzymał nas wszystkich w biegu. Prawdę mówiąc, marzyłem o tym, żeby jakimś cudem tak się stało – co nie znaczy, broń Boże, że marzyłem o pandemii. Marzyłem tylko o tym, żebyśmy się wszyscy choć na moment zatrzymali. Nawet jedna z moich pierwszych książek nosiła tytuł: „Zatrzymaj się”. Gdy 1 sierpnia zeszłego roku w Godzinie „W” znalazłem się w miejscu, gdzie wszystkie samochody i przechodnie zatrzymali się na całą minutę – pomyślałem, że powinniśmy się tak zatrzymywać częściej i na dłużej, by uświadomić sobie, jak głęboko jesteśmy uzależnieni, jak, poświęcając wszystko inne, pędzimy na oślep, odurzeni perspektywą kupienia sobie jeszcze jednej niepotrzebnej rzeczy. Gotowi harować na to dniami i nocami.

Ilustracja Paweł Jońca Ilustracja Paweł Jońca

Konsumpcjonizm nie dał nam szczęścia. Ale wszyscy, choć w różnym stopniu, wpadliśmy w jego sidła. Czy sam nie byłeś przez te lata zapracowany? To prawda, ale nie w imię posiadania rzeczy i pieniędzy, lecz mojej uporczywej misji pomagania innym w rozstawaniu się ze złudzeniami. Lecz i tak nie zapominałem o tym, by żyć w zgodzie ze sobą, czyli realizować pasje, uczyć się, doskonalić, medytować, bawić się i wypoczywać. Dlatego, patrząc na ludzi biegających w kieracie „zarób – wydaj – zarób”, mogłem dostrzec, jak bardzo są umęczeni i zagubieni. Często miałem nawet wrażenie, że uczestniczę w jakiejś zbiorowej psychozie… Więc mam nadzieję, że to wymuszone przez pandemię gwałtowne zatrzymanie się stanie się dla nas wszystkich początkiem procesu wychodzenia z nałogu. Ciągnąc tę analogię, można powiedzieć, że jesteśmy teraz na przymusowym detoksie.

Szkoda, że nie na dobrowolnym. Tak, ale przymus bywa konieczny, gdy chodzi o życie. Potem zapewne wejdziemy w fazę odwyku wraz z jej nieuchronnymi epizodami nawrotu. Ale i tak będziemy stopniowo odzyskiwać zdolność do odczuwania wszystkimi zmysłami dawno zapomnianych smaków życia. Do rozpoznawania tych prawdziwych potrzeb naszych serc i dusz. A wtedy już nic ani nikt nie zdoła nas na powrót zaprząc do dawnego kieratu.

Pandemia może więc pomóc nam pokonać konsumpcjonizm z tym, co nam wmówił, czyli sztucznymi potrzebami? Spod chmury grozy i nieszczęścia trudno dostrzec jakiekolwiek pozytywy w tym, co się nam teraz przydarza. Jednak za jakiś czas być może docenimy to, że pandemia zatrzymała nas – niestety, tylko tych, którzy przeżyli – w nieświadomym pędzie ku autodestrukcji. A więc że dzięki groźbie końca świata uniknęliśmy rzeczywistego końca świata. Stanie się tak jednak, pod warunkiem że ten czas będzie dla ludzkości okazją do opamiętania się. Na szczęście tak się już powoli dzieje! Wkrótce po wybuchu pandemii słyszałem od wielu klientów i znajomych: „W imię czego tak ciężko pracowałem i dokonywałem wyborów, które demolowały moje życie rodzinne, moje relacje z przyjaciółmi, moje prawdziwe marzenia?”. To ważne dla nas wszystkich, by zdać sobie sprawę z beznadziei konsumpcyjnej egzystencji. Ale ile grozy trzeba było nam zaaplikować, aby rozpoczął się proces przemiany zbiorowej świadomości?!

Co nam może pomóc, aby ten proces się nie zatrzymał? Może nam w tym pomóc zbiorowe poczucie, że śmierć jest realna, przez dekady usiłowaliśmy zaprzeczać jej istnieniu. Ukrywaliśmy ją skrzętnie w szpitalnych kostnicach, przebieraliśmy i szminkowaliśmy w luksusowych domach pogrzebowych. Nawet sama żałoba stopniowo zaczęła być uznawana za stan wymagający leczenia albo wręcz stratę czasu! Żal i świadomość, że nasze istnienie jest kruche i ma swój kres, są nie do pogodzenia z życiem w radosnej konsumpcji. Więc kiedy przypomnimy sobie wreszcie, że jesteśmy śmiertelni, wiele może się zmienić.

Mamy szansę odkryć, czym jest szczęście? Tak, jeśli ta lekcja pokory nas czegoś nauczy. Jeśli uznamy, wbrew temu, co od lat wciskały nam reklamy, korporacyjne prezentacje, mówcy motywacyjni i różni, pożal się Boże, przywódcy, że nie jesteśmy ani nieśmiertelni, ani wszechmocni!

Poczucie bezsilności może nas wewnętrznie przemienić? Urealnienie to kolejny ważny warunek przemiany naszej świadomości. Urealnienie, czyli także dostrzeżenie, że cierpliwa natura wystawia nam w końcu słony rachunek za naszą zbiorową agresję, niepohamowaną chciwość, arogancję i ignorancję. Warto uznać to, że Ziemia jest inteligentnym bytem, że dba o swoją równowagę i wszystkie stworzenia. A także i to, że gdy zostanie ona wyprowadzona z równowagi, gdy broni życia jako takiego, działa bezwzględnie. Bardzo ważne jest więc, abyśmy to, co nas teraz spotyka, potraktowali jako bolesną, ważną nauczkę. Dostrzegli wreszcie nasze zbiorowe ślepotę, zadufanie i nielojalność wobec planety, która robiła i wbrew pozorom nadal robi wszystko, aby ratować i wspierać życie – w tym także życie naszego gatunku!

Przyjęcie hipotezy Gai może pomóc nam przetrwać? Nawet jeśli uznać istnienie Gai za baśń, to jest to baśń warta głoszenia. Baśniową interpretację tego, co nas spotyka, można zamknąć w opowieści o Gai, która zdecydowała się na obronę świata natury przed agresją ludzi. Nie bez powodu wrogie nam wirusy pochodzą ze świata zwierząt. Paradoks polega na tym, że prawdopodobnie sami ich produkcję prowokujemy. Na tej samej zasadzie, na jakiej wyprodukowaliśmy wiele lekoopornych bakterii, bo np. karmimy zwierzęta hodowlane antybiotykami. Niestety, ludzi, którzy ostrzegali przed takim postępowaniem, lekceważono i nazywano ekoterrorystami.

Co teraz będzie? Jak myślisz? Trudno powiedzieć, jak to się potoczy. Jeśli kryzys ekonomiczny będzie głęboki, gdy zabraknie zasobów potrzebnych do życia, różnie może być. Choć myślenie egotyczne byłoby skrajną głupotą, bo problemy, przed którymi stanęliśmy jako ludzkość, można rozwiązać tylko przez wspólnotowe, świadome działania wszystkich ludzi i krajów – czyli tylko w skali globalnej możemy znaleźć ratunek przed końcem świata.

Czyli dzięki pandemii mogą odżyć i ocalić nas takie wartości, jak poczucie wspólnoty, które tępił neoliberalizm? Świadomość ludzka, nawet gdy zostanie skonfrontowana z niebezpieczeństwem końca świata, może jednak zmieniać się zbyt wolno. Podobnie jak się to dzieje ze świadomością człowieka skonfrontowanego z diagnozą terminalną. Pierwszą fazą jest zawsze zaprzeczanie: „To jakaś ściema ta pandemia”. Kolejna faza to agresja: „Dlaczego nas to spotyka, to wszystko wina Chińczyków, masonów, Żydów!”. Potem następuje faza targowania się z losem, z naturą czy z Bogiem: „Jeśli nie zachoruję, to pójdę na drobne ustępstwa, np. przestanę jeść mięso”. I dopiero kolejny etap to czas rezygnacji z mechanizmów obronnych i wzięcie odpowiedzialności za swoje działania, czyli bicie się w piersi. Wtedy dopiero idziemy po rozum do głowy i pojawia się szansa na adekwatne do zagrożenia, racjonalne działanie. Niestety, jako zbiorowość jesteśmy ciągle w fazie zaprzeczania i targowania się. Wciąż wierzymy w wielkie zwycięstwo człowieka w walce z ciemnymi siłami przyrody. To zgubne. Czas wylądować na ziemi, zacząć zachowywać się dojrzale i przyzwoicie.

Przyzwoicie? Przyzwoicie, czyli tak, by człowiek funkcjonował zgodnie z wymaganiami ekosystemu. Wtedy historycy przyszłości będą mieli szansę uznać, że to wszystko, czego teraz doświadczamy, stało się w głęboko pojmowanym interesie ludzkości, a nie przeciwko niej. I że ludzkość była w stanie z tej strasznej lekcji wyciągnąć naukę.

Klasyczna opowieść o epidemii, czyli „Dżuma” Alberta Camusa, to opowieść o tym, że dopiero uznanie rzeczywistości i podjęcie mądrych decyzji zatrzymało zarazę… Dopiero teraz, kiedy mamy pandemię i katastrofę klimatyczną, dokładnie widać, jak potężny jest ten mechanizm „zaprzeczania”, który doprowadził naszą cywilizację na krawędź. Dziś wreszcie też widać, że ci, którzy zaprzeczają powadze sytuacji, są ogromnym zagrożeniem dla pozostałych, gdyż to oni w istocie są roznosicielami zarazy. A, niestety, to właśnie oni przez ostatnie dekady decydowali o losach świata. Na przykład pan Trump – jako czołowy „zaprzeczacz” – doprowadził Amerykę do sytuacji tragicznej, bo pozbawił ogromną liczbę swoich obywateli dostępu do służby zdrowia. Jest nadzieja, że w związku z tym przegra najbliższe wybory.

Pandemia pokazuje, że idea państwa jako opiekuna swoich obywateli ma głęboki sens, choć przez ostatnie 25 lat nam ją obrzydzano. Przyjdzie niebawem czas, aby się nad tym poważnie zastanowić. Na razie wykorzystajmy ten okres wymuszonego zatrzymania i odosobnienia na uporządkowanie naszej hierarchii wartości, na odkrywanie i doświadczanie naszych prawdziwych potrzeb i aspiracji, takich jak: poczucie solidarności, wspólnoty, bezinteresowności, bliskości i miłości. Porzućmy pokusę zaprzeczania i targowania się z pandemią, a w zamian wyciągnijmy właściwe wnioski z tej bolesnej lekcji. Pojmijmy, że w istocie jesteśmy zjednoczeni z naszą planetą, że szkodząc jej, szkodząc innym jej mieszkańcom – szkodzimy sobie. Niech nam się uda dostroić naszą zbiorową świadomość do tej rzeczywistości. A potem urządźmy nasz świat na nowo.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl). 

  1. Psychologia

Duchowy rozwój sposobem na pustkę

fot. iStock
fot. iStock
Zobacz galerię 1 Zdjęć
W kręgach rozwojowych nastała nowa moda – na pracę z duszą. Złośliwi mówią, że to nic innego jak kolejna próba znalezienia szczęścia. A może kryje się za tym prawdziwy głód? Przecież każdy z nas zadaje sobie pytania: Kim jestem? Jaki jest cel mojego życia na ziemi? Czy rozwój duchowy może znaleźć na nie odpowiedzi?

Z kimkolwiek rozmawiam, pojawiają się te same tropy: joga, medytacja, trening uważności, praca z energią (dla odważnych praktyki z roślinami psychodelicznymi), życie w zgodzie z naturą, duchowe SPA czy poszukiwanie guru. Świat zatoczył koło – od kultu rozumu, poprzez poszukiwanie kontaktu z własnym ciałem, aż do prób odkrycia wołania duszy. Być może ten ostatni etap poszukiwań umożliwi nam integrację głowy, duszy i ciała, pozwoli na osiągnięcie pełni?

Dusza w gabinecie terapeuty

Od pewnego czasu wracają do mnie pacjenci sprzed lat. Przychodzą już nie ze swoimi bolesnymi historiami, nie z potrzeby odkrycia swoich prawdziwych uczuć, ale z… no właśnie. Agnieszka trafiła do mnie po raz pierwszy kilka lat temu, prosto z kolejnego ośrodka terapii uzależnień. Tym razem „leczyła się” z uzależnienia od seksu, wcześniej była alkoholiczką i narkomanką. – Ja już nie wrócę do ośrodka – powiedziała podczas pierwszej sesji. Przez rok próbowałyśmy skontaktować ją z emocjami, które „zapijała”, udawało nam się to raz lepiej, raz gorzej. W trakcie trwania terapii Agnieszka odkryła jogę. Jak we wszystko, co robiła, weszła w praktykę kompulsywnie; dwie sesje dziennie, najtrudniejsza praktyka – ashtanga joga. Na początku szybkie rezultaty, potem kontuzje, załamania, wzloty i upadki – to spowodowało, że wyszła z uzależnienia, nie miała na nie zwyczajnie czasu. To był mały sukces, ale Agnieszka nadal twierdziła, że nienawidzi samej siebie, że jest niewiele warta, nic jej się nie udaje. Bywało, że przez całą sesję płakała. Innym razem wchodziła do gabinetu uśmiechnięta, bo coś ważnego jej się udało. Rozstałyśmy się rok temu, Agnieszka poczuła, że chce spróbować sama ogarnąć swoje życie. Czuła, że „wyrosła” z terapii, tak jak z innych uzależnień. To było cenne. Odezwała się do mnie niedawno. – Chyba już wiem, o co w tym wszystkim chodzi – powiedziała. – Coraz częściej rozumiem samą siebie i chyba nawet lubię… i chcę o tym porozmawiać.

Choć psychologia to nauka o duszy, nam, terapeutom, zaleca się ostrożność we wkraczaniu w sferę duchową pacjenta. Wymiar duchowy jest bardzo intymny i myślę, że każdy rozwija się na swój własny sposób. Praca z duchowością drugiego człowieka to bardziej przyjmowanie jego odczuć, proponowanie różnych metod, z zastrzeżeniem, że pacjent sam musi wybrać najlepszą dla siebie. Czasami wysłuchiwanie wątpliwości: „Czy myśli pani, że to normalne, co się ze mną dzieje?”.

Duchowość jako potrzeba wyższego rzędu wymaga dojrzałości – najpierw przeżycia i przegadania bolesnych traum z przeszłości, przyjęcia wszystkich swoich uczuć bez wyjątku. Najczęściej rodzi się z poczucia wewnętrznej pustki i wiary, że w tej pustce jest coś bardzo cennego. Duchowość to także te wszystkie doznania wcale nie przez duże „D”: nagłe poczucie szczęścia bez powodu, zachwyt o poranku, tęsknota za domem, czymś znacznie większym od tego, co możemy dostrzec zmysłami, a bardziej przeczuwamy, że istnieje. Bywa, że dojrzewamy do poszukiwania nauczyciela duchowego czy konkretnej ścieżki rozwoju. Czasami wystarczy terapeuta albo przyjaciółka, ktoś, z kim można się podzielić swoimi odczuciami.

Myślę, więc jestem

Kartezjusz jako pierwszy dokonał podziału człowieka na ciało (czyli materię) i umysł (czyli rozum). Ten francuski XVII-wieczny filozof rozpoczął proces wielkiego rozwoju nauki, a tym samym odmitologizowania świata; wchłonięcia sfery sacrum przez sferę profanum. Umocnił człowieka w przekonaniu o samodzielności, niezależności od losu i dał mu możliwość kreowania własnego przeznaczenia. Rozum na wiele lat stał się bogiem. A potem zapanował kult ciała, czyli: „Czuję, więc jestem”. Kwestia tego, co ważniejsze: głowa czy serce? – powróciła na arenę. Odpowiedź na to pytanie to odwieczny dylemat każdego z nas, bez względu na wiek, kulturę, życiowe doświadczenie. Jeżeli głowa mówi: „tak”, a serce: „nie”, albo odwrotnie – pojawia się wewnętrzny konflikt. Okazało się, że wiedza, racjonalne myślenie czy osiągnięcia medycyny nie zawsze radzą sobie ze wszystkimi bolączkami człowieka.

Urazy i zranienia emocjonalne przez lata lekceważone i zamrożone dają o sobie znać w postaci symptomów bólowych. Bólu nie sposób nie zauważyć. Można go stłumić tabletką przeciwbólową albo rozładować napięcie mięśniowe przy pomocy terapeuty manualnego. Stąd popularność wszelkiego rodzaju metod pracy z ciałem. Jednak szybko okazało się, że sprawny umysł i pozbawione napięć ciało to za mało, by zaspokoić (na dłużej) podstawowy popęd człowieka: dążenia do przyjemności. Pojawiła się tęsknota za duszą.

Czy duchowość jest jednoznaczna z religią?

Potrzeba transcendencji, czyli wiara w istnienie Boga czy innej siły wyższej, stworzyła potrzebę religii. Duchowość przez wiele wieków była z nią utożsamiana. Dziś następuje powolne rozdzielenie obydwu. Zdaniem Sama Harrisa, autora książki „Przebudzenie. Duchowość bez religii”, 20 proc. Amerykanów określa siebie jako osoby uduchowione, ale nie religijne. Religia spostrzegana jest jako przyczyna nietolerancji i podziałów, duchowość to otwartość i uniwersalizm. Dzisiejsza duchowość bardziej wypływa z potrzeby zrozumienia samego siebie i odczuwania łączności z wszechświatem niż z chęci życia zgodnego z dekalogiem czy tęsknoty za wszechwładnym Bogiem. Dla jednych to pragnienie poczucia sensu życia, potrzeba samorealizacji, osiągania dojrzałości, kontaktu z pięknem, dobrem, twórczością. Dla innych zdolność do celebracji miłości jako relacji, a nie tylko uczucia.

Victor Frankl, austriacki psycholog i psychiatra, postrzega człowieka jako istotę posiadającą trzy wymiary: biologiczny, psychologiczny i duchowy, i to właśnie na tej płaszczyźnie w ostateczności dokonuje się integracja wszystkich sfer. Wielość ścieżek duchowych, czyli istnienie tylu sposobów, w jakie możemy przejawiać czy praktykować swoją duchowość, jest dowodem na to, że duchowość nie musi być nierozerwalna z religią. Każdy z nas, bez względu na to, czy jest osobą wierzącą w jakiegoś konkretnego Boga, czy nie – rozwija się duchowo. Zdaniem Sama Harrisa, potrzeba duchowości jest nierozerwalnie związana z poszukiwaniem szczęścia oraz bezpieczeństwa i unikaniem cierpienia. Aby rozwijać się duchowo, nie musimy wcale deprecjonować umysłu ani wyrzekać się ciała. Wręcz przeciwnie. „Umysł jest wszystkim, co mamy. Wszystkim, co kiedykolwiek mieliśmy” – mówi. Może więc Kartezjusz miał rację, twierdząc, że to rozum jest naszym bogiem, ale wewnętrznym, i to on, a nie jakieś zewnętrzne bóstwo, może być sprawcą naszego szczęścia.

W pogoni za króliczkiem

Przez lata lokowaliśmy nasze poczucie dobrostanu poza nami, w zewnętrznym świecie. Przyznaj się, ile razy mówiłaś sobie: „Jeśli zdobędę tę pracę, tego mężczyznę, ten dom… będę szczęśliwa”. I byłaś, ale przez chwilę, a potem wracało poczucie niedosytu, rozczarowania i apetyt na kolejne „jeśli…”. Czy mogę być szczęśliwa, zanim cokolwiek się wydarzy, zanim moje pragnienia zostaną zaspokojone, albo pomimo trudności, bólu albo choroby? – to pytanie, zdaniem Harrisa, jest kluczowym motywem poszukiwania duchowości, czyli głębszego, bardziej stabilnego źródła wewnętrznego dobrostanu. Zgodnie z kanonami wschodniej duchowości rozwój wewnętrzny polega na zgłębianiu natury własnego umysłu i koncentracji na doświadczaniu chwili obecnej, czyli uważności. Akceptacja faktu, że to umysł, a nie okoliczności zewnętrzne decydują o naszym życiu.

Realistycznym celem praktyki duchowej nie jest osiągnięcie trwałego stanu oświecenia, lecz poczucie bycia wolnym w tej właśnie chwili. Dzięki temu mamy szansę w miarę uniezależnić się od czynników zewnętrznych, zminimalizować ból i cierpienie i autentycznie przeżyć swoje życie. Prawdziwie uduchowiona osoba wie, że można być spokojnym i szczęśliwym bez wyraźnej przyczyny. Wszyscy bez wyjątku mamy w sobie wszelkie potrzebne „narzędzia”, by ten stan osiągnąć. Pod warunkiem że nasza potrzeba duchowości wypływa z głębi nas, a nie jest jedynie uleganiem modzie.

 

  1. Psychologia

Świadome życie - na czym polega i czy powinniśmy wierzyć w przeznaczenie?

fot. iStock
fot. iStock
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Dlaczego nie przychodzimy na świat wyposażeni w mapy naszego życia? Jak się poruszać w gąszczu zasad, zdarzeń i decyzji? Jak żyć pełnią? Jak być sobą? Z coach Beatą Markowską rozmawia Renata Mazurowska.

Ludzie, którzy przychodzą na twój warsztat, boją się spotkać ze swoim przeznaczeniem czy są go ciekawi? Są otwarci i gotowi na poznanie, doświadczenie czegoś nowego w swoim życiu. Pojawiają się z pytaniem: „Co dalej?”, „Dokąd zmierzam?”, „Po co było to wszystko, co się wydarzyło?”. Są bardzo dojrzali. I mam tu na myśli dojrzałość niezwiązaną z metryką. To niezwykłe przyglądać się tym ludziom.

Dobry nauczyciel może się też uczyć od swoich uczniów. To prawda. Przychodzą niejako na moje zamówienie, lubię pracować z takimi osobami, od których też coś wezmę. Ale też niesamowite jest to, w jak dziwaczny, czasem przypadkowy sposób ludzie do mnie trafiają. Mówi się, że przypadek to drugie imię Boga, więc zakładam, że to jego robota. Moim zadaniem jest rozpoznanie, po co się u mnie pojawili. Bo to, z czym przychodzą i o czym mówią, to jedna rzecz, a czego chce ode mnie ich nieświadoma część, ich przeznaczenie – to czasem zupełnie inna historia.

Podobnie jak to, co wydarza się podczas sesji – umysły zaangażowane są w świadomą rozmowę, a podświadomie płynie inna energia, inny prąd, wymiana wzorców. I może płynąć spokojnie, bo gdy człowiek koncentruje się na tym, że teraz ma coś w sobie zmienić, to torpedowany jest przez osobisty system obronny, który nie ma zgody na zmiany w swoich obwodach. Dlatego na warsztatach pracuję przenośnią, zabawą, metaforą – żeby trochę ten czujny umysł oszukać, żeby się nie lękał. I to się udaje. „Mapa życia. Spotkanie z przeznaczeniem” jest warsztatem głębokiego oczyszczania.

I nie ma nic wspólnego z mapą marzeń? Nie ma, choć wiele osób myli te pojęcia. Mapa marzeń jest przyjemnym i twórczym warsztatem projektowania, wymyślania. Jest wizualizacją, jak ma wyglądać nasze życie. Mapa życia to warsztat pochłaniający i uwalniający wiele energii, gdzie dużo się transformuje z głębokich obszarów. Są też mocne reakcje z poziomu ciała. Bo przecież jesteśmy jednością – jeśli transformuje się dusza, ciało też reaguje. Co nie znaczy, że wszystkie te kody natychmiast przetwarzają się podczas jednego warsztatu. Raz, że to niemożliwe, a dwa, że to proces. Rozpoczęty na warsztacie, jak kłębek włóczki, będzie rozwijał się jeszcze jakiś czas po jego zakończeniu. Czasem uruchamiając kolejne zmiany, które podejmiemy lub odrzucimy – ze świadomością przebiegającego w naszym życiu procesu lub nie. Jestem za świadomością. Znacząco ułatwia życie i podejmowanie ważnych decyzji.

Wierzysz w przeznaczenie? Czy w to, że to my stwarzamy los? We mnie jest przestrzeń na obie te opcje. Przeznaczenie rozumiem jako scenariusz, z jakim przychodzimy na świat.

Ale napisany przez kogo? To zależy od tego, w co wierzysz. Idąc za nurtem duchowym – przez naszą duszę, która sobie wybiera takie, a nie inne wcielenie, taką, a nie inną postać fizyczną, rodziców, okoliczności życia – po to, aby zrealizować swoje wyzwania, z czymś się zmierzyć, z czymś spotkać, czegoś nauczyć. I albo się jej to udaje, albo nie wie, o co chodzi. Częściej występuje ten drugi przypadek. Żyjemy w kompletnej nieświadomości, że mamy coś do zrobienia na ziemi, działamy na autopilocie, bo coś należy, coś trzeba. Robimy to, do czego wyszkoliły nas tradycja, historia, religia, aktualny układ społeczny…

Ale życie da nam w końcu znać, co jest naszym powołaniem? Na pewno przeznaczenie wielokrotnie będzie pukać do naszych drzwi. W zależności od tego, w jakim obszarze mamy coś do zrobienia, gdzie kryje się wyzwanie – czy to będzie obszar relacji, czy życia zawodowego, będziemy trafiali na trudne momenty albo na takie, w których trzeba będzie sięgnąć po nieznane albo nieużywane zasoby, zrobić coś innego niż dotychczas. Wykreować czy też odkryć innych siebie. Bywa, że takim krańcowym wyzwaniem jest choroba, która dotyka także dzieci. Ciężko tutaj mówić o wolnej woli.

Jaki sens może nieść choroba? Gdyby kopać głębiej, można by się dokopać np. wzorców nabytych przez dziecko od rodziców lub – sięgając jeszcze głębiej – od przodków. Gdyby spojrzeć na los owego dziecka z poziomu tzw. wiedzącego pola (pojęcia zaczerpniętego z ustawień rodzinnych Berta Hellingera – przyp. red.), takie właśnie było zamówienie. Warto wówczas wiedzieć, z jakiego powodu, po co zostało ono złożone, czyli jaki problem w rodzinie nie został rozwiązany, jaka lekcja nie została odrobiona.

Ci, którzy wierzą w reinkarnację, karmę – uznaliby, że takie przeżycie służy nam do rozwoju w kolejnym wcieleniu. Te wszystkie interpretacje nie muszą się wykluczać. Część związana z polem rodowym, kawałek związany z reinkarnacją, fragment z zamówieniem duchowym czy z osobistym rozwojem i chęcią, by coś zmienić w życiu – wszystko to są puzzle tej samej układanki. Mogą działać w tym samym momencie.

Ale świadomość pewnie znacznie pomaga zrozumieć, co się stało i jaki jest tego cel? Świadomość jest kluczowa. Jeśli zaczynamy rozumieć, o co chodzi w wydarzeniach, jakie nas spotykają, nawet gdy nie rozumiemy, dokąd nas zaprowadzi los – to nie ma znaczenia, że nie widzimy jeszcze całości, pełnego obrazu zwanego przeznaczeniem. Sam fakt, że stajemy się obserwatorem swojego życia i próbujemy je opisać, sprawia, że poszerzamy swoją świadomość, oddzielamy się od ciała, które to życie przeżywa. Człowiek przestaje się miotać, zaczyna podążać za wskazówkami losu. Przypadek coraz częściej przemawia do niego, wspiera go na różne możliwe sposoby. Życie staje się łatwiejsze.

Bo droga na skróty to nie rozjeżdżona autostrada, tylko ścieżka przez pachnący las, ale miejscami też przez chaszcze. Bywa, że wątpimy, czy idziemy w dobrym kierunku. Wygodniej jest jechać autostradą naszych dotychczasowych przekonań o życiu i nas samych. Wyjście ze strefy komfortu to opuszczenie bezpiecznego przyczółka i spróbowanie nieznanych ścieżek. Przydaje się tu cecha zwana ciekawością, trzeba odkopać w sobie ryzykanta, który pójdzie w nieznane. Inaczej ciągle będziemy jeździć autostradą. Z punktu A do punktu B. I z powrotem.

A co jest twoim przeznaczeniem? Już to wiesz? Wiele osób wierzy, że ktoś im odpowie na pytanie, co powinni robić w życiu, wskaże im ścieżkę, a oni będą nią podążać. Ja nie wiem, jakie jest moje przeznaczenie. I na tym polega cała zabawa, że ciągle to odkrywam i czasami bywam kompletnie zaskoczona. Traktuję swoje życie i odszukiwanie przeznaczenia jako swoistą grę. Rozumiem leitmotivy mojego życia, ale to, w jaki sposób one się realizują, to już zagadka. Widzę, co doprowadziło do czego i po co. Widzę siebie z dystansu. Dość sporego. Widzę, jak odrabiam lekcje albo jak się potykam, albo kręcę się w miejscu kompletnie czegoś nieświadoma. Jest w tym podglądzie dużo łagodności i przyzwolenia dla własnej bezsilności czy też innego rodzaju niemocy.

Inaczej patrzysz na to, co się wydarza w twoim życiu? Po prostu dzieją się rzeczy, które mnie rozwijają, przenoszą na inny poziom. Staję się kimś nowym i moje życie przez to też robi się ciekawsze. Bywa, że porzucanie starych warstw nie obywa się bez potu i krwi. Kiedyś myślałam, że tylko jak coś łupnie, jak coś walnie w życiu, to dopiero wtedy zrozumiesz, o co chodziło. A równie dobrze tzw. oświecenie czy też transformacja może nastąpić podczas zabawy z dzieckiem czy pływania w basenie. To nie musi być raniące i bolesne.

Nauczyciele duchowi mówią, że naszym obowiązkiem jest po prostu szczęśliwie żyć. Racja. Przy czym każdy sam definiuje szczęście, a ta definicja może się zmieniać w ciągu życia wielokrotnie.

Beata Markowska coach akredytowany przez International Coaching Community, trener rozwoju osobistego. Prowadzi warsztaty i sesje indywidualne. Wspiera osoby na progu zmiany, także doświadczające kryzysu w życiu osobistym i zawodowym.

Ćwiczenie „Druga ty”

Przypomnij sobie moment całkowitej błogości albo radości, stan szczęścia, jakiego doznałaś w realnym życiu albo w swoich wyobrażeniach. Następnie wyobraź sobie, że najdoskonalsza wersja ciebie z przyszłości, wyposażona w te wszystkie odczucia, siedzi gdzieś w pobliżu. Poczuj ją.

Zaobserwuj, jak daleko od siebie siedzicie. Co was dzieli, co łączy. Jakie przedmioty są pomiędzy wami, co symbolizują, jakie wspomnienia wyzwalają? Czy wspierają twoje dążenie do bycia szczęśliwą, czy wręcz przeciwnie – są przeszkodami na drodze twojego przeznaczenia? Jeśli pomiędzy wami jest pusta przestrzeń, także możesz ją eksplorować lub wyobrazić sobie przedmioty, które są pomiędzy wami.

Przeprowadź „inwentaryzację”. Sprawdź, które przedmioty reprezentują idee wspierające nową jakość ciebie, a które je blokują. Kolejny etap ćwiczenia to wyobrażenie sobie, że te elementy, które są pomiędzy twoją dzisiejszą wersją a przyszłą, integrujesz, zapraszasz do swojej przestrzeni, co może symbolizować wypowiadanie w myślach polecenia „integruję” – ze wskazaniem na wybrany przedmiot. I odwrotnie: przedmioty, które symbolizują opór, blokadę – transformujesz w coś, co może być pięknym darem dla świata, np. w złoty deszcz albo tęczę. Uwolnij fantazję.

Zwróć uwagę na swoje odczucia przed wykonaniem zadania i po.

  1. Psychologia

Jak na co dzień odnajdować sens życia?

Jedną z dróg do odnalezienia sensu życia jest doświadczenie czegoś wartościowego. (Fot. iStock)
Jedną z dróg do odnalezienia sensu życia jest doświadczenie czegoś wartościowego. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Zamiast pytać o to, co jest sensem życia, lepiej wsłuchać się w pytania, jakie ma do nas konkretna sytuacja. - Życie jest warte tego, żeby żyć również wtedy, gdy nie jesteśmy szczęśliwi lub cierpimy - mówi austriacki profesor Alfried Längle, autor książki "Żyć z sensem". 

Zamiast pytać o to, co jest sensem życia, lepiej wsłuchać się w pytania, jakie ma do nas konkretna sytuacja. - Życie jest warte tego, żeby żyć również wtedy, gdy nie jesteśmy szczęśliwi lub cierpimy - mówi austriacki profesor Alfried Längle, autor książki "Żyć z sensem".

W książce „Żyć z sensem” pisze pan, że potrzebujemy sensu w każdej sferze życia. Z moich rozmów z ludźmi wynika, że Polsce brakuje poczucia sensu głównie w sferze pracy, która jest przymusem. Ludzie są zatrudnieni na umowach śmieciowych, boją się bezrobocia, pracują kilkanaście godzin na dobę. Jaki jest sens życia w takiej pracy? To ja też zacznę od pytań - co jest sensem życia? Czego oczekujemy od sensu istnienia? Czy sens życia ma przynieść rozwiązanie problemów, ułatwić coś, oddalić cierpienie? Czy chodzi o nadzieję, że gdy znajdę sens, nie będę cierpiał i to mi ułatwi życie? Czasem spotykam się z takimi oczekiwaniami dotyczącymi sensu, że będzie to wybawienie.

Myślę, że gdybyśmy mogli odnaleźć jakiś głębszy sens życia, to byłoby łatwiej zaakceptować tę sytuację. Ale może to nieprawda…? To jest prawda, ale tymi pytaniami chciałbym zredukować nierealistyczne nadzieje. Jednak z drugiej strony sens jest koncepcją, która ma tyle potencjału, że może pomóc znieść prawie każdą sytuację. Tak jak powiedział Fryderyk Nietzsche „Ten, kto wie »dlaczego«, zniesie każde »jak«”.życia

Czyli to jest właśnie kluczowe pytanie: dlaczego? Pytania o sens życia to są pytania „dlaczego?” oraz „po co?”. Co jest sensem życia? Po co mam coś robić? Ale także – dlaczego to jest dobre? Więc może pani zapytać ludzi, z którymi pani rozmawiała: po co to robisz? A oni odpowiedzą.

Żeby utrzymać rodzinę. I to jest właśnie ten sens. Czasami to proste. Ale też bardzo trudne, ponieważ towarzyszy temu cierpienie, a sens od niego nas nie uwolni. Możemy znieść prawie każde „jak”, ale to „jak” może być straszne. Tak więc poczucie sensu nie uwalnia nas od cierpienia, ale wzmacnia, żebyśmy mogli sobie z nim poradzić, znieść je.

Viktor Frankl, pański nauczyciel, był więźniem w obozie koncentracyjnym i to sprawiło, że jego praca nad sensem – logoterapia – robi tak ogromne wrażenie. Dobrze, że pani o tym wspomniała. On przemawia do nas jako świadek najgorszych form egzystencji, jakie można sobie wyobrazić. Stał się znanym na całym świecie przykładem, jak można poradzić sobie z taką sytuacją. Rozpocznijmy od niego, ponieważ to daje wyobrażenie, jak możemy odnaleźć sens w różnych sytuacjach życiowych. Frankl miał sens, który mu towarzyszył, gdy był w obozie. Miał nawet trzy sensy, które pozwoliły mu przetrwać. Jego pierwszym sensem była relacja.

Miał dla kogo żyć… Chciał ponownie spotkać się ze swoją żoną, którą niedawno poślubił. Gdy znaleźli się w obozie koncentracyjnym, powiedział jej: „Proszę, obiecaj mi, tak jak ja tobie obiecuję, że zrobimy wszystko, co w naszej mocy, żeby przeżyć, ponieważ bardzo chcę się z tobą znów spotkać i wziąć cię w ramiona”. To była ważna wartość w jego życiu. Jednak miał też dwie sytuacje kryzysowe, podczas których był tak zrezygnowany i tak osłabiony, że przestał jeść, chciał umrzeć. I wtedy pomogli mu przyjaciele, współwięźniowie, którzy przejęli za niego odpowiedzialność. Powiedzieli: „Masz zjeść tę zupę”. Dzięki ich zdecydowaniu zjadł. Inaczej umarłby. Może tak się w życiu zdarzyć, że się załamiemy, będziemy mieć depresję. Nawet najsilniejsze osoby czasami potrzebują pomocy innych, partnerów, rodziny, przyjaciół, ponieważ nie możemy samemu udźwignąć całego życia, zapominamy jaki jest sens życia.

A drugi sens? Drugi sens to chęć kontynuacji swojego zawodu. Frankl był lekarzem, lubił swoją pracę i chciał napisać książkę o logoterapii. Żył więc też dla swojego zawodowego powołania, które było dla niego wielką wartością. Identyfikował się z tym. Trzeci sens odnalazł właściwie w obozie koncentracyjnym. Już przedtem był pełen szacunku wobec życia, a to jest dar, który ma wartość na poziomie duchowym. W obozie Frankl zaczął ponownie wierzyć w Boga. Wartość życia widział w odniesieniu do Boga i uznawał za jego dar. To również było to „po co”, dla którego wytrzymywał wszystko. Więc żona, praca życia i szacunek wobec życia, które prowadzi do Boga – to mu pomogło.

Nie chciałabym, żeby nasze czytelniczki odniosły wrażenie, że przywołując heroiczny przykład Viktora Frankla, umniejszamy ich problemy. Poszukiwanie tego, co jest sensem życia może być tak samo trudne, gdy nie głodujemy i nic bezpośrednio nie zagraża naszemu życiu. Jaki jest sens życia w pracy, w warunkach, o których pani mówiła? Dla większości ludzi sens jest prosty – zarabianie na życie. Bo to życie jest warte zaangażowania, zainwestowania w jego utrzymanie. Żeby mieć co jeść, żeby poprawić warunki życia. Sensem może być również staranie się o lepsze wynagrodzenie, lepsze warunki pracy. Może potrzebny jest strajk, praca nad sytuacją społeczną, polityczną – to też potrafi stanowić sens dla wielu osób. Chodzi o to, żeby zobaczyć, co da się zmienić.

Nie wszyscy mają w sobie żyłkę działacza społecznego. Sensem może być też pomaganie sobie nawzajem, rozmawianie ze sobą, staranie się o to, żeby dochodziło do dobrych spotkań. W miejscu pracy nie tylko zarabiamy, ale też nawiązujemy relacje czy dbamy o swój rozwój. Warto więc pomyśleć, co mnie interesuje, jak mogę połączyć moje zainteresowania z pracą, a w konsekwencji sprawić, żeby moja praca była bardziej interesująca. Wtedy zyskuje ona dodatkowy sens. Pomyślmy: w jaki sposób mogę wykazać się swoją kreatywnością? Jakie nowe procedury wypracować? Jaki może być mój osobisty wkład w firmę, w której pracuję? Nawet jeśli nie czujemy się w pracy spełnieni, możemy zacząć od tego, by spróbować wnieść w nią część siebie.

A jaki jest sens życia w innych niż praca sferach życia? Frankl opisywał trzy główne drogi do odnalezienia sensu. Pierwsza to doświadczenie czegoś wartościowego, np. dobrego jedzenia, muzyki, filmu, spotkania, seksu. Druga droga to zrobienie, stworzenie czegoś wartościowego. To może być coś prostego, na przykład ugotowanie obiadu, posprzątanie, zmycie naczyń. Trzecia droga to jest wartość naszej postawy. Gdy nie mogę nic zmienić, mogę zmienić siebie, popracować nad sobą, nad moim głębszym rozumieniem, nad moją agresją, nad głębokim powiązaniem z życiem. Można wytrzymać trudne sytuacje z taką postawą: „Robię to dla mojego życia, z wielkiej miłości wobec niego, ponieważ życie jest ostateczną wartością”.

Na co dzień często o tym zapominamy. A życie jest warte tego, żeby żyć również wtedy, gdy nie jesteśmy szczęśliwi lub cierpimy. Pamiętanie o tym może nas zmotywować do tego, żeby wytrzymać, dostrzec lub stworzyć inne możliwości i zmienić coś na lepsze. To też jest postawa sensowna względem życia. Ponieważ sens życia zawsze oznacza robienie czegoś tak, żeby wynikło z tego coś dobrego. To może być też pomoc w tym, żeby coś wartościowego nie zostało zniszczone. Możemy pomyśleć tak: „Moje życie mogłoby być lepsze, ale w tym momencie możliwe jest to, co jest. Muszę więc to utrzymać i poczekać na lepszy czas, na szansę, na pomoc, na nowy pomysł”.

Co jest sensem życia? Otwórzmy się na to, co się wydarzyło, mimo że nie rozumiemy dlaczego, i pomyślmy, czego ta sytuacja od nas chce. Życie jest najwyższą wartością. (Fot. iStock) Co jest sensem życia? Otwórzmy się na to, co się wydarzyło, mimo że nie rozumiemy dlaczego, i pomyślmy, czego ta sytuacja od nas chce. Życie jest najwyższą wartością. (Fot. iStock)

W książce „Żyć z sensem” pisał pan o mocy pytań. Jakie mogłyby być te pytania na przykład względem trudnej pracy? O co mnie życie pyta w tej sytuacji? Zobaczenie konkretnego zdarzenia jako pytania od życia i znalezienie własnej odpowiedzi to właśnie odnalezienie sensu. Gdy mamy rodzinę, dzieci, sensem może być zarabianie pieniędzy, ale również coś znacznie więcej – utrzymanie relacji z dziećmi, z partnerem, ze sobą. Myślisz: „Pomimo trudnej sytuacji próbuję żyć w taki sposób, żebym mógł być zadowolony z siebie, żeby moje dzieci mogły się czegoś nauczyć w kontekście przeżywania swojego życia”. Rodzice są wzorem dla swoich dzieci, więc posiadanie dzieci to również zadanie, które wiąże się z tym faktem. Zatem: Jak możemy się zachowywać, żeby dzieci nas kochały i uczyły się od nas? Żeby były dumne z rodziców? W sytuacjach związanych z pracą ważne jest, żeby jasno spojrzeć na to, co tam się dzieje. Jeśli np. szef sprawia niektórym ludziom w zespole cierpienie, może jesteśmy pytani przez tę sytuację o to, czy chcemy interweniować? Działać tak, żeby szef wiedział, że to nie jest właściwe. Jeśli jesteśmy zmuszeni do tego, by pracować po godzinach, to może nasza praca musi zostać skończona, żeby zapobiec na przykład zniszczeniu czegoś. Codziennie stykamy się z sytuacjami, które wymagają od nas, żebyśmy coś zrobili, wnieśli swój wkład, coś dobrego. Żeby coś stało się lepsze dzięki nam. To są te egzystencjalne pytania, które prowadzą nas do sensu – gdy czujemy się pytani, gdy czujemy, że jesteśmy potrzebni, że powinniśmy coś zrobić, a nie czekać, aż inni zrobią. Możemy wiele rzeczy zmienić na lepsze, jeśli pozwolimy sobie być pytanymi przez sytuacje: „A ty, czy będziesz siedział cicho? Czy mógłbyś się zaangażować?”.

Trzeba więc wyrobić w sobie nawyk zadawania takich pytań, pytań o to, jaki jest sens życia… Jedną z największych przeszkód w odnalezieniu sensu w życiu jest myślenie, że to nie ja powinienem coś zrobić, bo jestem kimś lepszym, bo jestem ponad to. Ja, gdy przechodzę przez ulicę i widzę ślimaka, podnoszę go i odkładam w bezpieczne miejsce. Mam takie uczucie, że robię coś dobrego dla świata. I to daje mi radość. Wielu ludzi powiedziałoby: „Jako profesor nie powinieneś tego robić”. Ale gdy jesteśmy uważni, stajemy się pokorni i gotowi służyć innym. Drugą przeszkodą jest to, że nie chcemy robić takich drobnych rzeczy, bo to dla nas niewystarczające, chcemy więcej. Ale jeśli ludzie są gotowi zrobić coś bardzo małego, być pokorni, otwierają drzwi do pełnego sensu, do bogatego życia.

Pokora, uważność... Czego jeszcze potrzebujemy? Zaufajmy intuicji. Na przykład najlepsze, co czytelniczka naszej rozmowy może zrobić, to czytać dalej. Ale jeśli nagle zapłacze jej dziecko, najlepsze, co będzie mogła zrobić, to przestać czytać i pójść do niego. Intuicyjnie czujemy, o co jesteśmy pytani przez daną sytuację, do czego wzywani. Ale czasem potrafimy zafiksować się na jakiejś sytuacji życiowej, np. pozostając w relacji, którą trudno nam zakończyć, ponieważ łączy nas tyle wspólnych rzeczy: dom, dzieci, a także psychiczne uzależnienie – możemy mieć uczucie, że to nie ma sensu. To sygnał, że kontynuowanie tej relacji nie doprowadzi nas do wartościowego życia. Spróbujmy to zmienić. Brak sensu i związane z nim cierpienie mogą być bardzo motywujące, bo pomagają nam przezwyciężyć ograniczenia. Są wskazówką, żeby zmienić kierunek życia. Ale dla niektórych osób taka wolta jest trudniejsza niż doświadczanie cierpienia, związane z pozostawaniem w relacji. Jeśli nie możemy tego zrobić samodzielnie, skorzystajmy z pomocy – przyjaciół, psychologa, księdza.

Jest jeszcze jeden sens – samego życia. Tak. To fundamentalne pytania: Dlaczego się urodziłem? Dlaczego istnieję? Jaki sens życia - mojego życia? Ten ontologiczny sens – w odróżnieniu od sensu egzystencjalnego – nie zależy od nas. Jeśli zostaliśmy stworzeni przez Boga, to istnieje jakiś sens, który miał Bóg, gdy nas tworzył. Ale nie możemy być pewni tego sensu, jedynie szukać go w religii lub filozofii. Ja mam przeczucie, że taki sens istnieje, jednak nie mogę tego wiedzieć na 100 procent. Ale mogę w to wierzyć. Ontologiczny sens tego, co tworzy człowiek, np. samochodu czy filiżanki, znamy, ale sensu tego, co nie zostało stworzone przez ludzkie istoty, nie możemy poznać. Więc na przykład nie wiemy, dlaczego istnieje HIV, ponieważ nie my go stworzyliśmy.

Gdy zastanawiamy się nad sensem chorób, które dotykają nas lub naszych bliskich, nad sensem katastrof czy klęsk żywiołowych, stajemy się bezradni... Frankl miał świetny pomysł, jak radzić sobie z tym ontologicznym sensem tak, żeby człowiek był w stanie go zrozumieć. Musimy te pytania odwrócić. Ktoś zastanawia się, dlaczego zachorował na raka, ktoś inny, dlaczego żyje samotnie i nie może znaleźć partnera, jeszcze inny, dlaczego moje dziecko umarło. Nie możemy odpowiedzieć na te pytania. Frankl zaproponował, żeby zmienić je na pytania z poziomu egzystencjalnego. Otwórzmy się na to, co się wydarzyło, mimo że nie rozumiemy dlaczego, i pomyślmy, czego ta sytuacja od nas chce. I pamiętajmy o życiu, które jest najwyższą wartością. To ja też zacznę od pytań. Czego oczekujemy od sensu istnienia? Czy sens ma przynieść rozwiązanie problemów, ułatwić coś, oddalić cierpienie? Czy chodzi o nadzieję, że gdy znajdę sens, nie będę cierpiał i to mi ułatwi życie? Czasem spotykam się z takimi oczekiwaniami dotyczącymi sensu, że będzie to wybawienie.