„Mam różowy kij bejsbolowy przy łóżku i alarm w sypialni. Były długoletni partner chwycił mnie, bo nie chciał zrozumieć, że to koniec. Nie byłam wtedy "J.J.", rozpadłam się na milion kawałków – mówi Joanna Jędrzejczyk w podcaście „Soft power”, Sylwii Sitkowskiej i Magdaleny Kuszewskiej. Mistrzyni świata w sportach walki opowiada o cenie sukcesu, sile po porażce, psychologicznej grze w ringu, przemocy w związku i o tym, dlaczego prawdziwa siła nie zawsze musi oznaczać walkę.
Przez lata jej nazwisko oznaczało jedno: zwycięstwo. Joanna Jędrzejczyk była jedną z najbardziej rozpoznawalnych polskich zawodniczek sportów walki, a jej kariera opierała się na dyscyplinie, odporności i przekonaniu, że granice istnieją przede wszystkim po to, żeby je przesuwać. Dziś, cztery lata po przejściu na sportową emeryturę, inaczej patrzy na moment, który kiedyś mógł wydawać się końcem świata.
Podczas walki w Madison Square Garden straciła pas mistrzowski. Po wszystkim zamieściła w mediach społecznościowych zdjęcie, na którym się uśmiechała. Jeden z komentujących nie mógł tego zrozumieć: jak można się uśmiechać po upokorzeniu i utracie tytułu? Odpowiedź Jędrzejczyk była prosta, ale mówi o życiowej perspektywie znacznie więcej niż niejeden poradnik o odporności psychicznej. „Cieszę się, bo żyję, bo mam dwie ręce, a wokół siebie rodzinę” – powiedziała.
W rozmowie z Sylwią Sitkowską i Magdaleną Kuszewską wraca do tego doświadczenia bez potrzeby wybielania przeszłości. Przyznaje, że były chwile płaczu, zwątpienia i bólu. Jednocześnie podkreśla, że trudne wydarzenia nie muszą być wyrokiem. Mogą stać się momentem, w którym człowiek zaczyna inaczej rozumieć własne życie. „Jestem wdzięczna za trudne momenty. Były chwile, kiedy płakałam, ale to zawsze pytanie, co zrobimy z tą sytuacją, czy się zatrzymamy, czy pójdziemy dalej” – mówi.
Status, pieniądze, popularność czy sukces nie chronią przed kryzysem. W pewnym momencie życie potrafi odebrać człowiekowi poczucie kontroli, niezależnie od tego, jak dobrze radził sobie wcześniej. Jędrzejczyk opisuje takie doświadczenia bez wielkich słów, za to obrazowo: „Trudne momenty to są takie zderzenia z ciężarówką, które ma każdy, niezależnie od statusu”.
Ta perspektywa jest szczególnie ciekawa w świecie, w którym sukces często pokazuje się jako niekończące się pasmo zwycięstw. Tymczasem za osiągnięciami bywają zmęczenie, strach, samotność i decyzje, których nie da się cofnąć. Była zawodniczka wie o tym doskonale. W sporcie potrafiła doprowadzać organizm do granic możliwości. Jej dyscyplina miała niemal obsesyjny wymiar – liczyła kroki na treningach, kontrolowała siebie i kolegów, a ciało traktowała jak narzędzie, które ma wykonać zadanie bez względu na koszty.
Dopiero z perspektywy czasu można zobaczyć, jak wysoka była cena takiego podejścia. Sport nauczył ją wytrzymałości, ale również pokazał, że człowiek nie jest maszyną. I że czasem największym zwycięstwem nie jest kolejny wygrany pojedynek, lecz decyzja, by zejść z ringu.
W podcaście „Soft power” widać właśnie ten paradoks: Joanna Jędrzejczyk przez lata budowała swoją pozycję w świecie kojarzonym z fizyczną siłą, a dziś mówi o sile przede wszystkim jako o zdolności do podejmowania decyzji, ponoszenia ich konsekwencji i rozpoznawania własnych granic.
Psychologia od początku była częścią jej sportowego świata. W walce nie chodzi przecież wyłącznie o technikę, kondycję czy siłę mięśni. Jest jeszcze napięcie, strach, ból i próba odczytania przeciwnika. „Czujesz ból i jest gra psychologiczna” – mówi Jędrzejczyk, odpowiadając na pytanie Magdaleny Kuszewskiej o to, ile w sportach walki jest psychologicznej rozgrywki.
Ta gra zaczyna się na długo przed pierwszym ciosem. Zawodnik musi umieć funkcjonować pod presją, przewidywać ruch przeciwnika, kontrolować emocje i jednocześnie nie dać się sparaliżować własnym lękiem. W tym sensie ring staje się niezwykle dosłowną metaforą życia: czasem boli, czasem trzeba wytrzymać, a czasem najważniejsze jest wiedzieć, kiedy odpuścić.
Jędrzejczyk nie romantyzuje jednak ciężkiej pracy. Jej historia jest mocno związana z ambicją i przekonaniem, że na swoje miejsce trzeba zapracować. „Jeżeli ciężko pracujecie, idźcie po swoje” – mówi. Zaraz dodaje: „Szczęście sprzyja tym, którzy ciężej pracują i więcej ryzykują”.
Skąd ten głód działania? Sama wiąże go między innymi ze świadomością, że nic nie jest dane raz na zawsze. Choć sama nie doświadczyła skrajnej biedy, widziała ją wśród swoich bliskich. To wystarczyło, żeby mocno zapisała się w niej myśl, że dzisiejszy komfort jutro może zniknąć. Stąd jej życiowa filozofia, w której jest dużo energii, spontaniczności i odwagi. „Chcę żyć na maksa, to jest takie carpe diem z nutką dzieciaka i szaleństwa” – mówi.
Jędrzejczyk nazywa życie baśnią, w której mieszają się różne gatunki: „Trochę komedią, trochę dramatem”. Trudno o lepsze podsumowanie drogi, na której wielkie zwycięstwa sąsiadują z porażkami, zachwytem publiczności z samotnością, a sportowa sława z momentami, kiedy człowiek musi na nowo zbudować siebie poza areną.
Po zakończeniu kariery sportowej nie zniknęła ze świata, który zna od podszewki. Nadal współpracuje z UFC, tym razem jako menadżerka. Sportową bezkompromisowość wykorzystuje dziś w zupełnie innej roli – także w biznesie.
Jedną z zasad, które szczególnie mocno podkreśla, jest samodzielność. Przez lata sama negocjowała swoje kontrakty i nie zamierzała oddawać odpowiedzialności za własne interesy komuś innemu. Jej rada jest prosta i może przydać się znacznie szerzej niż tylko osobom pracującym w sporcie: czytajcie dokumenty, zanim je podpiszecie. „Jeżeli ktoś ci mówi, że masz od razu podpisać jakiś dokument, to odpowiedz, że potrzebujesz doby na zapoznanie się” – radzi.
Ta doba może wydawać się drobiazgiem. W praktyce oznacza jednak coś ważnego: prawo do zatrzymania się. Do zadania pytania. Do konsultacji. Do powiedzenia „nie wiem jeszcze”. A więc do zachowania kontroli nawet wtedy, gdy druga strona próbuje narzucić tempo.
Najbardziej przejmujący fragment rozmowy dotyczy jednak sytuacji, w której sportowa siła przestała mieć znaczenie. Jędrzejczyk opowiada o doświadczeniu przemocy ze strony byłego długoletniego partnera. Wspomina moment, kiedy mężczyzna chwycił ją, ponieważ nie chciał zaakceptować końca związku.
To doświadczenie pokazuje inną twarz przemocy: taką, o której często trudno mówić, szczególnie osobie przyzwyczajonej do tego, że inni postrzegają ją jako niezwyciężoną. „Nie byłam wtedy »J.J.«, rozpadłam się na milion kawałków” – mówi.
Zareagowała krzykiem, chcąc, żeby usłyszeli ją sąsiedzi. Dziś w sypialni ma alarm, a przy łóżku różowy kij bejsbolowy. Nie opowiada o tym po to, żeby budować kolejny obraz twardej wojowniczki. Przeciwnie – pokazuje moment, w którym nawet osoba znana z siły może poczuć się bezradna i przestraszona.
Jej przesłanie do kobiet jest jednoznaczne. „Dziewczyny, nie dajcie się i pamiętajcie, że taka sytuacja trwa, dopóki nie powiecie »dość«” – mówi. To nie jest opowieść o bohaterskim pokonaniu przeciwnika. To opowieść o odzyskiwaniu prawa do własnych granic.
Po zakończeniu kariery Jędrzejczyk nie mówi o emeryturze jak o pustce po wielkim sukcesie. Raczej jak o kolejnym rozdziale. Wciąż działa, pracuje, rozwija się i korzysta z doświadczenia, które zdobyła na macie i w oktagonie. Jednocześnie coraz wyraźniej widać, że najważniejszym przeciwnikiem nie jest już ktoś stojący naprzeciwko.
Jest nim przekonanie, że trzeba być silnym cały czas. Że porażka odbiera wartość. Że po kryzysie należy natychmiast wrócić do formy. Że sukces musi trwać wiecznie.
Historia Joanny Jędrzejczyk mówi coś przeciwnego. Można przegrać i nadal mieć przed sobą życie. Można płakać i nie stracić siły. Można zejść z ringu i nie przestać być sobą. Można też odkryć, że najważniejszą walką jest czasem ta, w której nie trzeba nikogo pokonać.
Bo prawdziwa siła nie zawsze ma postać mocnego ciosu. Czasem jest nią zgoda na to, że pewien etap się skończył. Czasem odwaga, by powiedzieć „dość”. A czasem zwyczajna wdzięczność za to, że po wszystkim nadal mamy dwie ręce, ludzi obok siebie i jeszcze kawał życia do przeżycia.