Urszula Sołtys-Para - „Winko”, „piwko” – to tak jakby mówić „pistolecik” czy „kokainka”. Psycholożka o tym, jak oswajamy alkohol
00:00
10:41
Podczas wakacji letnich spacerowałam sobie wzdłuż plaży. Przy nadmorskim barze stały kierunkowskazy, niby wytyczające turystyczne cele, ale sygnowane marką alkoholu. Po co?!
Tekst pochodzi z magazynu „Sens” 08/2026.
Już wiemy, że nie ma czegoś takiego jak bezpieczna ilość alkoholu. I dotyczy to wszystkich, nie tylko kobiet w ciąży. Jak pisze w swoich licznych publikacjach Robert Rutkowski, terapeuta uzależnień – każda dawka wywołuje w naszym mózgu mikroudar! Tymczasem w naszym kręgu kulturowym alkohol leje się strumieniami i płynie kranem. Jestem rozczarowana sportowcami i aktorami, których do tej pory kojarzyłam z innymi szczytnymi wartościami (ponieważ w kampaniach prozdrowotnych lub prospołecznych brali wcześniej udział), a teraz promują… alkohol.
Zewsząd słyszę, jak to ludzie wychwalają, że idą „na winko” albo spotkają się „przy piwku”. Zauważacie te spieszczenia? Pochodzę z Małopolski, tendencję do zdrobnień mam we krwi, ale mierzi mnie, gdy słyszę akurat te wypowiadane odnośnie do alkoholu. To tak jakby mówić „pistolecik” czy „kokainka”.
Słowa mają moc, wpływają na świat naszego umysłu. Tego typu zabiegi łagodzą siłę, neutralizują, sprawiają, że to, co groźne, wydaje się być – w swoim odbiorze – nieszkodliwe. A w tym klimacie, który tworzymy, rosną dzieci, nasiąkają tym i uznają za normę.
W świetle obecnej wiedzy na temat szkodliwości palenia papierosów (i z uwagi na regulacje prawne) nikt ich nie reklamuje. Są dostępne i jeśli ktoś chce, może palić; wiadomo, gdzie je kupić. Ale nie są wciskane wszystkim na każdym rogu od maleńkości. Już nie. Bo pamiętam, a i owszem, zadymione kawiarnie i imprezy rodzinne w kłębach dymu.
Nawet piosenkę Natalii Kukulskiej pamiętam, w której wykonujący ją gościnnie razem z wokalistką Roman Wilhelmi woła w którymś momencie: „Natalka, daj mi popielniczkę!”. Nagrana została w roku 1986 – dziś taki tekst byłby nie do zaakceptowania.
A słowa skądinąd głębokie i mądre, o tym, że najtrudniej zagrać samego siebie i poznać siebie. Tytuł utworu brzmi „Ważne pytanie”, jednak – przez to wtrącenie – zestarzała się owa piosenka, a wątek popielniczki unaocznia nam, jak naturalne było palenie w latach 80., jak wydawało się czymś niewinnym, wszechobecnym.
Czy doczekamy się, aby promocję alkoholu spotkał podobny ostracyzm jak ten dotyczący papierosów? Niech sobie alkohol i jest dostępny w sklepach, ale bez nachalnej promocji. Jeśli ktoś zechce, to sobie zakupi, jednak wszędobylska reklama kreuje w naszych umysłach skojarzenie, że jest on produktem co najmniej tak neutralnym jak mleko. Mam wrażenie, że znowu biznes wygrywa ze zdrowiem; że nikomu nie zależy na świadomym, trzeźwo myślącym społeczeństwie.
Ile zła alkohol wyrządził w rodzinach, wie dziewięcioro na dziesięcioro Polaków. Kto nigdy nie spotkał osoby uzależnionej w swoim najbliższym otoczeniu, niech da znać – ze świecą takich szukać!
Całe rodziny są z tego powodu w zgliszczach i nawet jeżeli dzieci uzależnionych rodziców nie nadużywają później alkoholu, to przejawiają często innego rodzaju dysfunkcje i trudności emocjonalne. Na szczęście obecnie często nad tym pracują i biorą odpowiedzialność za swoje dorosłe życie.
W pewien poranek wybrałam się w góry. Przyszłam do jednego schroniska, które, niestety, po gruntownym remoncie straciło cały swój urok. Nie przypomina już klimatycznej ostoi, raczej bar fast food. To mnie smuci, ale co gorsza – już o dziewiątej rano piwo lało się strumieniami. Zauważmy, że potem większość z tych ludzi wybierała się w góry; wszak godzina wczesna. Pomijam dydaktyczne nuty, że alkohol osłabia koncentrację uwagi, a w Tatrach, jak wiemy, o wypadek na śliskiej grani nie jest trudno. Patrzę się w tym momencie na to zjawisko z perspektywy kulturowej – co to o nas mówi? Nawet tam, gdzie zachwyty największe z możliwych, gdzie najczystsza przyroda wręcz o nas się ociera, niektórzy nie potrafią obyć się bez alkoholu?
A wracając do bezpieczeństwa, to tak, jestem zwolenniczką nocnej prohibicji w miastach. W Krakowie po wprowadzeniu przepisów ograniczających sprzedaż alkoholu między północą a godziną 5.30 interwencje policji i straży miejskiej w nocy spadły znacząco.
Tak, uważam, że w schroniskach górskich powinien być powszechny zakaz sprzedaży alkoholu. Jak się ma bowiem do tej sprzedaży Ustawa o wychowaniu w trzeźwości? Przecież dzieci mają prawo w schroniskach bywać, a nawet nocować; są zatem narażone na stały kontakt z tymi, którzy całkiem legalnie piją alkohol. Dzisiejsze podejście do alkoholu sprawia, że jest dostępny tak jak woda i tworzy złudne wrażenie, że jest tak samo jak woda bezpieczny. A nie jest.
Co do dzieci – ostatnio koleżanka opowiedziała mi o kierowanej do dzieci reklamie na nutę „weselnej przyśpiewki”, z bezpośrednimi aluzjami do alkoholu. Odnalazłam ją w sieci i, zaiste, reklama napoju bezalkoholowego brzmi, jakby została nagrana na imprezie zakrapianej alkoholem, a wykonawca śpiewa w taki sposób, że można mieć wątpliwości, o czym tak naprawdę to jest! Przypomnę – z założenia jest to reklama napoju dla dzieci. Czuję się bezradna, mogę tylko apelować o to, aby w rozmowie z dziećmi nazywać wprost sytuacje, które nie są w porządku.
A pijący turyści w górach dotyczą nas wszystkich. Są przecież bardziej narażeni na wypadki, a TOPR ratuje ich na nasz koszt (w polskich Tatrach nie ma obowiązku wykupienia dodatkowego ubezpieczenia, wszystko refundujemy my, inni podatnicy). Ciekawe skądinąd, czy TOPR bada zawartość alkoholu we krwi u osób, które są ratowane...
Alkohol został wyniesiony na piedestał przez naszą kulturę jako owoc zakazany, dostępny dla osób po 18. roku życia, stanowiący bramę przejścia w dorosłość. Inicjacją dojrzałości ma zostać wypicie alkoholu. Nic ambitniejszego nie wymyśliła nasza kultura? Czy nie mamy innego pomysłu na wejście młodzieży na kolejny etap rozwoju niż „upić się”? A czemu by nie iść samotnie w góry albo do lasu – i przetrwać przez dwa dni i dwie noce? Albo wyruszyć w podróż do nieznanego miasta i tam sobie poradzić przez kilka dni? Może to by więcej mówiło o naszej odpowiedzialności, dorosłości i dojrzałości?
Współczesnym „alkoholem” stają się także pod pewnym względem smartfony – i nie mam tu na myśli tylko mechanizmu uzależnienia per se. W PRL-u wszyscy pili.
Wystarczy zobaczyć którykolwiek odcinek dowolnego polskiego serialu o realiach minionej epoki – czy to „Czterdziestolatka”, czy „Alternatywy 4”. W owych czasach panowała wielka tolerancja dla picia. Obecnie już tak nie jest; przynajmniej nie w urzędach i w miejscach publicznych.
Teraz natomiast akceptujemy zachowania ludzi, którzy są przy nas zanurzeni w odmętach smartfona; teraz wielozadaniowość i podzielność uwagi czynimy wartością – a to jest nic innego jak odłączenie siebie od samego siebie. I od innych. Czy zastępujemy jeden zbiorowy nałóg innym? Czy to jest podobne ucieczkowe działanie, tylko realizowane w nieco odmienny sposób?
Tak, narzekam na potęgę, wiem. Jak typowy Polak/Polka narzekam, malkontenctwem paruję. Ale – nie tracę nadziei.
Kraków wprowadził nocną prohibicję, a teraz jeszcze zamierza ograniczyć odpalanie fajerwerków (co z kolei pioniersko uczyniły już Zakopane i Bukowina Tatrzańska). Mocno trzymam kciuki za ten pomysł i mam nadzieję, że i inne miasta się nim zainspirują. Gdy myślę o zalęknionych czworonogach (w tym o moim psie), o niemowlętach, o osobach neuroróżnorodnych – to naprawdę nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego w ogóle odpalanie fajerwerków jest zgodne z prawem. Przecież narusza całkowicie poczucie bezpieczeństwa innych i powoduje cierpienie słabszych istot.
Kiedyś niewyobrażalna wydawała się idea ograniczenia palenia w miejscach publicznych – dziś, po 15 latach od wprowadzenia odpowiednich zmian w Ustawie o ochronie zdrowia, jest to normą. Dlatego wierzę, że zmiany są możliwe. Potrzeba nieraz czasu, odważnych ludzi, nazywania głośno różnych trudnych tematów, cierpliwości i niezłomności, ale – powtórzę – zmiany są możliwe. A co możemy zrobić my, pojedyncze osoby? Cóż, możemy nagłaśniać temat, zwracać uwagę, uwrażliwiać innych, edukować – w edukacji tkwi przecież większy potencjał wprowadzania zmian niż w jakichkolwiek przepisach.
Urszula Sołtys-Para, psycholożka i psychoterapeutka ericksonowska. Prowadzi prywatną praktykę psychoterapeutyczną w Tychach oraz online – pracuje z osobami dorosłymi i rodzinami. Autorka poradników dla rodziców i książki „Przebodźcowani. Szukając siebie w świecie nadmiaru”. Współautorka podcastu „Wspólne słowa”, w którym razem z Anną Dankowską popularyzuje wiedzę z zakresu psychologii; twojpsycholog.net.pl.