Izabela Nowakowska-Teofilak - Czytasz choćby 15 minut dziennie? Neurobiolożka wyjaśnia, co ten nawyk może zrobić dla twojego mózgu
00:00
24:05
W świecie, w którym codziennie pochłaniamy tysiące krótkich komunikatów, coraz trudniej o skupienie. Na szczęście mamy książki. Jak pokazują badania ich czytanie wzmacnia pamięć, koncentrację, wyobraźnię i odporność psychiczną, a nawet może wiązać się z dłuższym życiem. O tym, dlaczego lektura papierowej powieści lub gazety wciąż jest niezastąpionym treningiem dla neuronów, opowiada dr Asia Wojsiat.
- Czytanie książek to znacznie więcej niż przyjemność. Jak tłumaczy neurobiolożka dr Asia Wojsiat, podczas lektury intensywnie pracują obszary mózgu odpowiedzialne m.in. za pamięć, koncentrację, wyobraźnię i emocje.
- Dlaczego papierowa książka może być dla naszego mózgu korzystniejsza niż krótkie treści przeglądane na ekranie? Ekspertka wyjaśnia, co dzieje się z naszą uwagą, kiedy zamiast scrollować, zanurzamy się w lekturze.
- Czytanie może pomagać w redukcji stresu, rozwijaniu empatii, a nawet wiązać się z dłuższym życiem. Dr Asia Wojsiat przywołuje badania i tłumaczy, dlaczego książki są tak cennym treningiem dla układu nerwowego.
- A jeśli trudno ci dziś skupić się na kilku stronach? „Każde 15 minut to inwestycja w uwagę, koncentrację, pamięć i język” – przekonuje neurobiolożka i podpowiada, jak wrócić do regularnego czytania.
Tekst pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 09/2026.
Izabela Nowakowska-Teofilak: Czy dla naszego mózgu książka, post w mediach społecznościowych i artykuł online są tym samym rodzajem czytania?
Dr Asia Wojsiat: Z perspektywy neurobiologii czytanie jest jedną z najbardziej fascynujących czynności poznawczych przede wszystkim dlatego, że nie jest umiejętnością wrodzoną.
W przeciwieństwie do mowy ewolucja nie wykształciła jednego wyspecjalizowanego ośrodka odpowiedzialnego za czytanie. Mózg musiał wykorzystać istniejące już sieci neuronalne – odpowiedzialne za wzrok, język, uwagę i pamięć – oraz nauczyć je współpracy.
Można powiedzieć, że rozwój pisma i kultury niejako przebudował nasz mózg, tworząc nowe połączenia między tymi obszarami. Dzięki temu litery przestały być jedynie kształtami, a stały się nośnikami znaczeń. Szczególnie interesującym obszarem jest Visual Word Form Area (VWFA), który często nazywam „mózgowym portalem dla słowa”. To właśnie tutaj zapisane znaki przestają być wyłącznie obrazami, a zaczynają być rozpoznawane jako słowa. Jest to pierwszy etap czytania – niezbędny zarówno wtedy, gdy przeglądamy nagłówki i krótkie posty w mediach społecznościowych, jak i wtedy, gdy sięgamy po powieść. Na tym jednak podobieństwa w dużej mierze się kończą.
Odbiór krótkich komunikatów internetowych często ogranicza się do szybkiego rozpoznania informacji i przejścia do kolejnego bodźca. Natomiast lektura powieści, reportażu czy książki popularnonaukowej angażuje znacznie bardziej złożone procesy poznawcze.
Nie tylko odczytujemy słowa, ale również interpretujemy ich znaczenie, odnosimy je do własnych doświadczeń, wyciągamy wnioski, tworzymy skojarzenia i budujemy wewnętrzne reprezentacje opisywanego świata. W przypadku literatury pięknej przeżywamy emocje bohaterów, uruchamiamy wyobraźnię i niejako symulujemy ich doświadczenia we własnym mózgu. Podczas takiej lektury jednocześnie współpracują sieci odpowiedzialne za percepcję wzrokową, język, pamięć, uwagę, wyobraźnię oraz regulację emocji.
Czytanie książek – w przeciwieństwie do krótkich, fragmentarycznych i często clickbaitowych treści – nie opiera się na ciągłym poszukiwaniu nowych bodźców i szybkiej gratyfikacji. Wymaga utrzymania uwagi, sprzyja tworzeniu trwałych połączeń neuronalnych, zachęca do integrowania nowych informacji z wcześniejszą wiedzą i wzmacnia procesy odpowiedzialne za uczenie się.
To właśnie dlatego regularne czytanie książek uznawane jest za jeden z najskuteczniejszych sposobów wspierania zdrowia mózgu oraz budowania rezerwy poznawczej. Oczywiście poszczególne gatunki literackie aktywizują mózg w nieco odmienny sposób.
Powieść szczególnie angażuje wyobraźnię, emocje i zdolność przyjmowania perspektywy innych osób. Reportaż pomaga lepiej zrozumieć złożoność relacji społecznych i rzeczywistości, a literatura popularnonaukowa rozwija analizę, myślenie przyczynowo-skutkowe i umiejętność krytycznej oceny informacji.
Łączy je jedno – wszystkie wymagają aktywnego zaangażowania poznawczego. I właśnie ta aktywność odróżnia głębokie czytanie od zwykłego konsumowania treści.
A czy ma znaczenie to, w jakiej formie przyswajamy treść?
Przewaga tradycyjnej książki nad tekstem cyfrowym polega m.in. na tym, że papier nas zatrzymuje. To nie jest źródło „taniej”, natychmiastowej gratyfikacji. Książka nie emituje światła niebieskiego, nie wyskakują z niej nieustanne powiadomienia, bodźce dźwiękowe i wzrokowe, nie ma pokusy, by coś przełączyć, sprawdzić, kliknąć. Mózg może pracować zgodnie ze swoim naturalnym rytmem – interpretować, nadawać znaczenie, łączyć fakty. Stabilne, przewidywalne środowisko, które tworzy papier, sprzyja wyciszeniu, regeneracji, ale też głębszemu rozumieniu i zapamiętywaniu informacji.
Czytając książkę, często kojarzymy konkretną myśl z miejscem na stronie. Sama wielokrotnie łapię się na tym, że pamiętam nie tylko treść, ale również to, że dany fragment znajdował się na lewej stronie, mniej więcej w połowie kartki albo na dole rozdziału. To pokazuje, jak silnie pamięć korzysta z orientacji przestrzennej i skojarzeń wzrokowych.
Papier daje też możliwość prowadzenia dialogu z tekstem. Od zawsze lubiłam tworzyć mapy myśli, rozrysowywać koncepcje i zaznaczać zależności. Tak samo traktuję własne książki – podkreślam ważne zdania, robię notatki na marginesach, rysuję symbole, czasem nawet małe szkice. To pomaga mi porządkować myśli i głębiej przetwarzać informacje. Sam ruch dłoni, zaznaczanie fragmentów czy dopisywanie własnych refleksji uruchamia dodatkowe skojarzenia, dzięki którym łatwiej wrócić później do zdobytej wiedzy. Zgodnie z koncepcją ucieleśnionego poznania (embodied cognition), uczymy się nie tylko poprzez samą treść, lecz także poprzez doświadczenie ciała.
Pamiętamy, że coś zapisaliśmy czerwonym kolorem, obrysowaliśmy, umieściliśmy w prawym górnym rogu kartki albo połączyliśmy strzałką z inną myślą. Takie fizyczne zakotwiczenie wiedzy wzmacnia proces zapamiętywania, bo mózg uczy się najskuteczniej wtedy, gdy angażujemy wiele zmysłów jednocześnie – czytamy, podkreślamy, zapisujemy własne refleksje, mówimy o nich i wracamy do notatek.
Ale równie istotna jest jakość takiego namacalnego wręcz doświadczenia lektury, które sprzyja głębszemu kontaktowi z tekstem i pozwala w pełni skupić się na jego znaczeniach.
Nie wyobrażam sobie czytania poezji – Wojaczka, Szymborskiej, Stachury – czy tekstów Mrożka albo wybitnej prozy Myśliwskiego bez zatrzymania, bez kontemplacji, bez pozwolenia sobie na to, by pojedyncze zdania pracowały we mnie jak aforyzmy, do których wraca się jeszcze długo po zamknięciu książki. Takie czytanie na chwilę odkleja nas od doczesności, od zgiełku otaczającego nas świata. Rozmywa się poczucie czasu i przestrzeni, jestem tylko ja i książka. To doświadczenie pełnego zanurzenia jest dziś czymś coraz rzadszym, a jednocześnie niezwykle cennym dla naszego układu nerwowego.
Kiedyś, czytając książkę na peronie, nie zauważyłam, że pociąg przyjechał i odjechał – oczywiście beze mnie. Jakbym była w transie.
Wydaje mi się, że każdy, kto ma swój ulubiony gatunek literacki albo po prostu kocha czytać, doskonale wie, jak ogromną moc ma dobra książka, jak bardzo potrafi nas oderwać od codzienności. Nie chodzi oczywiście o ucieczkę od życia czy jakąś dysocjację. Po prostu na chwilę przestajemy być zanurzeni wyłącznie we własnych sprawach.
Czytanie jest niezwykle uważnościową praktyką. Można powiedzieć, że ma w sobie coś z mindfulness, a nawet z medytacji, bo jeżeli nie poświęcamy tekstowi pełnej uwagi, nie zakorzeniamy się w tym procesie i nie jesteśmy w stanie naprawdę zrozumieć analizowanego tekstu.
Samo czytanie ze zrozumieniem wymaga obecności, bycia tu i teraz. A kiedy trafiamy na książkę, która nas naprawdę pochłania, dzieje się coś wyjątkowego, wchodzimy w stan głębokiego przepływu, czyli flow. Lektura potrafi nas pochłonąć do tego stopnia, że nawet osoby, które – tak jak ja – są raczej skowronkami i zwykle wcześnie kładą się spać, nagle orientują się, że jest środek nocy, a one wciąż czytają „jeszcze tylko jeden rozdział”.
Czy ta sama książka czytana po raz nasty wciąż tak samo angażuje nasz umysł?
To właśnie jest niezwykłe w literaturze, że książki, do których wracamy, nigdy nie są takie same. Za każdym razem wchodzimy w nie jako inni ludzie – z nowym doświadczeniem i inną wrażliwością. Dlatego rezonują z nami w zupełnie nowy sposób. Sama ostatnio wróciłam do „Buszującego w zbożu” Salingera, uderzyło mnie, jak bardzo potrafiłam odnieść jego treść mojego życia tu i teraz.
Książki dojrzewają razem z nami, zmieniają swoje znaczenia i za każdym razem odsłaniają coś nowego. W pewnym stopniu podobnie działają filmy, ale książka pozostawia znacznie większą przestrzeń dla naszej wyobraźni i własnej interpretacji, bo to my tworzymy obrazy, budujemy światy, nadajemy twarze bohaterom i wypełniamy opowieść własnymi doświadczeniami.
Każdy, kto czytał Tolkiena czy inne literackie uniwersum, doskonale wie, że choć wszyscy obcujemy z tym samym tekstem, każdy z nas widzi go inaczej. To doskonały przykład działania qualiów – naszego subiektywnego sposobu doświadczania i interpretowania rzeczywistości.
Każdy ma własny sposób interpretowania świata i właśnie przez ten pryzmat odczytuje to, co znajduje na kartach książki. W tym tkwi prawdziwa magia czytania, która nie jest wyłącznie metaforą. Bo choć po lekturze czasem trudno oprzeć się wrażeniu, że wydarzyło się coś niemal mistycznego, to w rzeczywistości stoi za tym bardzo konkretna neurobiologia – efekt neuroplastyczności, czyli zdolności mózgu do tworzenia nowych połączeń i przebudowywania istniejących sieci neuronalnych.
A jak to się dzieje, że czasami czytając książkę i zanurzając się w wyimaginowanym świecie, nagle znajdujemy sposób na poradzenie sobie z realnymi trudnościami, choć fabuła wcale nie jest o tym, co nam doskwiera?
Nawet najlepsza książka nie rozwiąże naszych problemów. Nie załatwi za nas tego, z czym sami musimy się zmierzyć: nie zmieni pracy na mniej stresującą, nie naprawi relacji i nie pomoże wyjść z toksycznego związku. Ale może dać nam potrzebny dystans, bo pozwala spojrzeć na własne życie z szerszej perspektywy, wykonać mentalny zoom out, na chwilę odsunąć uwagę od tego, co nas nieustannie obciąża.
Psychiatra Norman Clemens, który rozwinął koncepcję ornitologii terapeutycznej, powiedział, że obserwowanie ptaków pozwala, choć na moment, oderwać się od problemów życia. Dla mnie książki działają bardzo podobnie.
Pozwalają wyjść z nieustannego analizowania, racjonalizowania i krążenia wokół tego, co było wczoraj, co wydarzyło się dziś i co jeszcze przede mną. Jednocześnie czytanie wycisza nasz układ nerwowy. Dzięki temu łatwiej przechodzimy od reaktywności emocjonalnej do bardziej spokojnego, refleksyjnego myślenia. W tle zachodzi przecież mnóstwo procesów, których nawet nie jesteśmy świadomi – mózg porządkuje informacje, konsoliduje pamięć, łączy nowe doświadczenia z tym, co już wiemy. Dzięki właśnie tym pośrednim mechanizmom czytanie realnie wpływa na kondycję naszego układu nerwowego i dobrostan psychiczny. Obniża aktywność układu współczulnego, co sprzyja relaksacji i pomaga regulować stres. Wszystkie te procesy uruchamiają całą kaskadę zmian biologicznych i psychologicznych. Niby tkwimy w fotelu z książką, a jednocześnie w naszym układzie nerwowym dzieje się bardzo wiele.
W internetowej bazie badań naukowych PubMed znajduje się wiele badań pokazujących, jak obcowanie z tekstem – zwłaszcza w formie analogowej, a nie cyfrowej – wpływa na funkcjonowanie układu nerwowego, poziom stresu czy ogólny dobrostan.
Szczególnie interesujące są badania prowadzone wśród osób starszych, które pokazują, że regularne czytanie wiąże się z lepszą jakością życia i utrzymaniem sprawności poznawczej. Z analiz przywoływanych przez naukowców z Yale wynika, że osoby regularnie czytające książki żyją statystycznie dłużej. Oczywiście nie dlatego, że literatura działa jak cudowny lek, który wpływa bezpośrednio na pojedynczy mechanizm biologiczny. To efekt wielu nakładających się procesów. Mniejszy stres może sprzyjać ochronie telomerów, ograniczać neurotoksyczne działanie kortyzolu i przewlekły stan zapalny. Do tego dochodzą: większa aktywność poznawcza, często wyższa świadomość zdrowotna i inne korzystne nawyki współwystępujące z regularnym czytaniem.
Kiedy borykałam się z atakami paniki, lekarz nie odradzał mi czytania kryminałów i thrillerów, które uwielbiam. Za to sugerował, żebym zrobiła sobie przerwę od serwisów newsowych – jakby rzeczywistość była bardziej przerażająca od dreszczowca.
Niestety coraz częściej spotykamy się z nagłówkami, które upraszczają rzeczywistość do granic absurdu. Na przykład: „Mieszkańcy miast chorują na demencję!”. Oczywiście wiemy, że kontakt z naturą korzystnie wpływa na układ nerwowy, pomaga redukować stres i wspiera dobrostan psychiczny, ale to nie znaczy, że ludzie mieszkający w różnego typu aglomeracjach są nieuchronnie skazani na neurodegenerację. Tego rodzaju clickbaitowe uproszczenia mają w nas przede wszystkim pobudzić afekt – wywołać lęk, złość, ekscytację czy poczucie zagrożenia. Uczą nas skrótowego myślenia, przyzwyczajają do świata, w którym wszystko ma być natychmiastowe, jednoznaczne i zamknięte w jednym zdaniu. Widząc taki komunikat, zapominamy, że życie jest znacznie bardziej złożone, bo nie ma przestrzeni na refleksję, są tylko emocje.
Zupełnie inaczej działa dobrze napisana książka albo wartościowy artykuł, w którym jest miejsce na spokojne wprowadzenie, rozwinięcie argumentów, kontekst i przemyślane zakończenie. Gdzie autor prowadzi czytelnika krok po kroku, pozwala mu dojrzewać do pewnych wniosków.
Oczywiście są książki, które u niektórych ludzi mogą nasilać lęk. Sama, choć bardzo cenię twórczość Stephena Kinga, nie jestem fanką horrorów. Nawet jeśli wiem, że to fikcja, potrafią rezonować z moimi własnymi lękami. Są jednak osoby, na które taka lektura działa wręcz terapeutycznie, bo konfrontacja z fikcyjnym zagrożeniem pozwala na chwilę zdystansować się od własnych problemów. Patrzymy na coś jeszcze bardziej przerażającego i nasze codzienne lęki przestają wydawać się tak przytłaczające. Podobnie jest z reportażem. Uwielbiam książki wydawane przez Wydawnictwo Czarne, które często poruszają niezwykle trudne tematy – wojny, nierówności społecznych czy przemocy. Do dziś pamiętam ogromne wrażenie, jakie zrobił na mnie reportaż „Lalki w ogniu” Pauliny Wilk o sytuacji kobiet i dziewczynek w Indiach. To zdecydowanie nie są lekkie lektury, ale jednak ich działanie jest zupełnie inne niż krótkich, sensacyjnych komunikatów w internecie, bo nawet jeśli książka opowiada o cierpieniu, przemocy czy katastrofach, to prowadzi nas przez tę historię stopniowo, daje kontekst, pozwala zrozumieć przyczyny. Nasz układ nerwowy ma czas, by te informacje przetworzyć, nadać im znaczenie i osadzić je w szerszej perspektywie.
Co jeszcze daje nam czytanie analogowe?
Dochodzę do wniosku, że jest ono jednym z najbardziej ludzkich doświadczeń.
Zanim pojawiło się pismo, przekazywaliśmy sobie historie ustnie. Później zaczęliśmy je zapisywać. Dzięki temu kolejne pokolenia mogły poznawać doświadczenia swoich przodków, ich sposób myślenia, emocje i wartości. To właśnie czytanie i pisanie stały się fundamentem kultury oraz naszej pamięci zbiorowej.
Dziś wiemy, że czytanie na głos w czasie ciąży – choć działa pośrednio – może sprzyjać większemu wyciszeniu i lepszej regulacji stresu u przyszłej mamy, a tym samym tworzyć korzystniejsze warunki dla rozwoju dziecka. Można powiedzieć, bez cienia przesady, że czytanie jest jedną z najpiękniejszych inwestycji w rozwój mózgu i całego układu nerwowego. Badania pokazują, że dzieciom, którym regularnie się czyta, łatwiej rozwijać język, koncentrację, pamięć i rozumienie tekstu. Lepiej radzą sobie także z wyrażaniem emocji i budowaniem własnych wypowiedzi. Czytanie – zwłaszcza powieści – wspiera rozwój empatii i teorii umysłu, czyli zdolności rozumienia perspektywy innych ludzi. Podczas lektury tworzymy w wyobraźni obrazy, wchodzimy w narrację i przeżywamy emocje bohaterów, a mózg ćwiczy umiejętność patrzenia na świat cudzymi oczami.
Czytanie rozwija również cechy, które stają się coraz rzadsze – cierpliwość, wytrwałość i zdolność do odroczonej gratyfikacji. Można wręcz powiedzieć, że jest ono formą spokojnego buntu wobec rzeczywistości nieustannie walczącej o naszą uwagę. Pozwala odzyskać sprawczość i świadomie decydować o tym, na czym chcemy się skupić oraz jak długo chcemy przy czymś pozostać. To my wybieramy, czy sięgniemy po reportaż, powieść, esej czy książkę popularnonaukową – nie algorytm.
Znajoma dziennikarka powiedziała mi ostatnio, że zorientowała się, że w jej życiu jest zdecydowanie za dużo krótkich form cyfrowych, a za mało książek, kiedy zauważyła, że jej teksty stają się coraz bardziej skrótowe. Co jeszcze może być dla nas sygnałem, że czas jednak odwiedzić księgarnię czy bibliotekę?
Na przykład to, że coraz trudniej jest ci utrzymać uwagę na jednym tekście. Czytasz kilka stron i odruchowo sięgasz po telefon. Masz poczucie, że wszystko powinno być krótkie, szybkie i natychmiast przechodzić do sedna. Warto też wsłuchać się w swoje wypowiedzi. Kiedy ograniczamy się wyłącznie do internetowych treści, nasze słownictwo staje się coraz uboższe, trudniej jest nam znaleźć odpowiednie słowo, opowiedzieć o czymś płynnie czy zbudować bardziej złożoną wypowiedź. To często nie jest kwestia inteligencji ani wiedzy, tylko sposobu, w jaki na co dzień trenujemy swój mózg.
Dlatego tak bardzo cenię literaturę, która nigdzie się nie spieszy. Steinbeck, Myśliwski czy Tolkien potrafią poświęcić kilka stron na opis miejsca, drzewa, światła czy atmosfery. „Jak dasz koniom jeść, tak cię będą wieźć” – myślę, że to powiedzenie doskonale pasuje do naszego mózgu.
To, czym go nieustannie karmimy, wpływa nie tylko na to, jak czytamy, ale również na to, jak myślimy, mówimy i budujemy własne refleksje. Dlatego warto świadomie przywracać sobie umiejętność dłuższego skupienia – czytać powoli, robić jedną rzecz naraz i pozwalać myślom wybrzmieć do końca.
Tylko jak znaleźć na to czas?
Znalezienie chwili dla książki zawsze jest kwestią wyboru. Oczywiście każdy ma inną sytuację życiową i nie warto się porównywać, ale nawet 15 minut dziennie ma znaczenie. Nie tylko dlatego, że przeczytamy kolejne strony, ale dlatego, że regularnie trenujemy mózg. Dla mnie czytanie jest świętością, czymś w rodzaju codziennego rytuału.
Rano, jeśli tylko mam chwilę, piję kawę z książką. Wieczorem natomiast właściwie zawsze staram się zasypiać z papierową lekturą. Nie jestem wtedy dla pracy, dla bliskich, jestem dla siebie. I myślę, że właśnie tak warto mówić dziś o czytaniu – nie jako o kolejnym obowiązku, ale jako o formie dbania o własny układ nerwowy.
Nie zachęcam nikogo do czytelniczych maratonów ani rywalizacji o liczbę przeczytanych książek. Wystarczy zacząć od dwóch czy trzech stron. Nie ze stoperem w ręku i nie z poczuciem obowiązku, ale z myślą: „To jest mój czas”. Jeżeli dziś trudno jest ci wytrzymać z książką choćby kilka minut, nie powinno to być powodem do zniechęcenia. Wręcz przeciwnie – to sygnał, że właśnie tego potrzebujesz najbardziej, bo każde 15 minut to inwestycja w uwagę, koncentrację, pamięć i język. To chwila, w której uczymy mózg cierpliwości i głębszego myślenia.
Już Johann Wolfgang von Goethe zalecał, by „każdego dnia posłuchać krótkiej pieśni, przeczytać dobry wiersz, zobaczyć wspaniały obraz i, jeśli byłoby to możliwe, wypowiedzieć kilka rozsądnych słów”.
Bardzo lubię tę myśl, bo mam wrażenie, że sprowadza się ona do istoty człowieczeństwa. Zatrzymać się. Przeczytać. Zobaczyć coś pięknego. Zachwycić się. Powiedzieć komuś coś dobrego. Doświadczyć wdzięczności. To nie są wielkie rzeczy, ale właśnie z nich składa się życie. Nie zgadzam się natomiast z wyrażaną coraz częściej opinią, że sztuczna inteligencja jest przedłużeniem Homo sapiens. Dla mnie prawdziwym przedłużeniem człowieka jest jego twórczość – praca ręki, wzroku i wyobraźni, zdolność opowiadania historii oraz nadawania światu znaczeń. Skoro jako gatunek wykształciliśmy niezwykłe umiejętności czytania i pisania, warto z nich korzystać.
Dr Asia Wojsiat, biolożka molekularna, neurobiolożka (neurochemiczka) PAN. Edukatorka, popularyzatorka nauki, wykładowczyni akademicka. Autorka podcastu „Wojsiat ogólnie” w Newonce oraz solo projektu „Umyślnie”. Kocha przebywanie w naturze, jazdę rowerem szosowym, długie spacery, książki, muzykę i dobre filmy. Związana z buddyzmem zen.