Deklarujemy równowagę między życiem a pracą, a w rzeczywistości harujemy na potęgę. To lęk przed wykluczeniem ze wspólnoty tych zapracowanych trzyma nas mocno po stronie toksycznej produktywności. Słychać go w języku i naszej zawodowej komunikacji – tłumaczy językoznawczyni dr Małgorzata Majewska. Wspólnie z nią odpowiedzi na pytanie, jak mu się nie poddać, szuka Agnieszka Radomska.
- Deklarujemy, że zależy nam na równowadze między życiem zawodowym a prywatnym, a jednocześnie coraz trudniej nam naprawdę odpocząć.
- Dlaczego tak często utożsamiamy własną wartość z pracowitością i ciągłą dostępnością? Dr Małgorzata Majewska wskazuje na lęk przed wykluczeniem.
- „My nie mamy problemu z samym stawianiem granic, tylko z dźwiganiem konsekwencji” – zauważa językoznawczyni.
- Ekspertka wyjaśnia też, dlaczego opowieści o „rodzinnej atmosferze” w pracy mogą być pułapką i co naprawdę kryje się za słowami „odpocznę po śmierci”.
Wywiad pochodzi z magazynu „Sens” 08/2026.
Agnieszka Radomska: Dane Polskiego Instytutu Ekonomicznego z 2025 roku mówią, że statystyczny Polak pracuje 38 godzin tygodniowo. Należymy do pięciu najdłużej pracujących narodów Unii Europejskiej. Work-life balance, który rzekomo uprawiamy, pozostaje chyba w sferze deklaracji. Słyszysz kulturę toksycznej produktywności – a mówiąc nieładnie: kulturę zapierdolu – w naszym języku?
Małgorzata Majewska: Już w tym, co mówisz, słyszę dwie rzeczy. Po pierwsze, wulgaryzm, bo zdecydowanie częściej mówimy jednak kolokwialnie, czyli o kulturze zapierdolu, a nie o toksycznej produktywności. On nie jest przypadkowy, bo nie jest neutralny. Wulgaryzm zawsze pojawia się tam, gdzie jest duże naładowanie emocjonalne, gdy mówimy o czymś, co nas dotyka. Po drugie, jego przeciwieństwo, czyli work-life balance, a więc anglicyzm. Zapożyczeń używamy z kolei na określenie zjawisk jeszcze nieoswojonych, na które nie mamy w naszym języku określeń funkcjonujących w obiegu. Czyli wcale nie umiemy do końca utrzymywać tej deklarowanej równowagi między życiem prywatnym a pracą.
Te dwa opozycyjne pojęcia pokazują, że z jednej strony mamy niezgodę na starą narrację, ale z drugiej – nowa się jeszcze nie wytworzyła.
Narzekamy, że wszechobecna presja produktywności nas wykańcza, ale trochę sami współtworzymy sprzyjający jej klimat. Często chociażby manifestujemy ciągłą dostępność, być może zupełnie nieświadomie. Niby kończymy pracę, ale rzucamy niewinne: „jakby co, jestem pod tele!”. Najpierw deklarujemy pełną dyspozycyjność, a potem się dziwimy, że inni to wykorzystują, a my nie mamy kiedy odetchnąć.
Pytanie brzmi, jak w ogóle definiujemy pracę. Bo mam wrażenie, że od czasów pandemii i poniekąd trochę za jej sprawą praca stała się synonimem dostępności. Wiele osób tuż po otwarciu oczu sprawdza służbową skrzynkę mejlową i ma poczucie, że trzeba od razu odpowiedzieć na wiadomości.
Gdy pracowałam na uniwersytecie, powiedziałam swoim studentom wprost, że w weekendy nie odpowiadam na mejle, a mimo to znalazła się osoba, która miała do mnie pretensje, że w sobotę wieczorem wysłała mi jakiś plik, a do niedzieli rano nie otrzymała odpowiedzi.
Nie odebrałam tej pretensji jako niegrzeczność, raczej uświadomiłam sobie, że bycie stale dostępnym stało się nową normą, do której przywykliśmy.
Jeżeli więc definiujesz pracę jako bycie przez cały czas w kontakcie z pracodawcą czy pracownikiem, to znaczy, że pracujesz właściwie 24 godziny na dobę, nawet jeśli równocześnie podkreślasz, jak ważny jest dla ciebie odpoczynek. Zróbmy krok dalej – taka dostępna możesz faktycznie odbierać mnóstwo połączeń i wiadomości, a ten fakt nawet nieświadomie wykorzystywać do budowania poczucia ważności albo w ogóle wartości. Ktoś, kto bez przerwy wisi na służbowym telefonie albo odpisuje na mejle, jest ciągle komuś potrzebny, jest odbierany jako ważny, a więc wartościowy.
Na pracy budujemy swoją tożsamość? Tak jakbyśmy „myślę, więc jestem”, zamienili na „działam, więc jestem”?
Tożsamość to jest pytanie o to, kim jestem. Jeśli odpowiadasz: „jestem działaniem”, to znaczy, że nie definiujesz siebie przez swoją osobność, tylko właśnie przez bycie przydatną, ważną w jakiejś hierarchii. To, że określa cię rola społeczna, pociąga za sobą serię konsekwencji. Bo kim jesteś, gdy przestajesz być przydatna? Dotykamy ogromnego lęku społecznego przed tym, czy jesteśmy wystarczające, by przynależeć do wspólnoty.
Jeśli wspólnota, a więc twoje środowisko w pracy, zaprasza cię do narracji, w której dowozi się projekty na czas, jest się zawsze dostępnym, responsywnym, i cała grupa właśnie tak funkcjonuje, to czujesz, że ty też powinnaś, bo inaczej wypadasz z gry.
Mało tego, jeśli nagle zakomunikujesz, że jesteś zmęczona i potrzebujesz odpocząć, ponieważ się napracowałaś, to się narażasz na kąśliwe uwagi, bo niby czym się tak zmęczyłaś? Wszyscy tu zasuwamy, jakoś możemy w sobotę wieczorem siedzieć, ale tylko Radomska się zmęczyła i ona teraz będzie odpoczywać. Zobacz, że właśnie tak są skonstruowane kpiny z młodego pokolenia – jeszcze nic nie zrobili, a już muszą odetchnąć. W tej narracji potrzebujesz zgody z zewnątrz, żeby odpocząć, nie ty decydujesz.
A może tak zasuwamy i jeszcze opowiadamy w kółko o tym, jakie jesteśmy zapracowane, bo boimy się, że ktoś mógłby choćby pomyśleć, że jesteśmy leniwe?
To jest ciąg dalszy tej samej opowieści – o wizerunku i o lęku przed wykluczeniem. Pamiętasz wierszyk Brzechwy o leniu, który zaczynał się tak: „Na tapczanie siedzi leń, nic nie robi cały dzień”? Każdy go zna. Wychowane zostałyśmy tak, by takim leniem z wierszyka nie być. Jak siadasz, odpoczywasz, to jesteś leniem.
Pamiętam, że kiedy w dzieciństwie siadałam na kanapie, to tata mówił, wprawdzie żartem, ale jednak: „jak już tak siedzisz, to chociaż odkurz”. Całe nasze pokolenie jest wychowywane na narracji gloryfikującej działanie.
„Ona tak wspaniale dba o dom, nie położy się, zanim naczyń nie umyje” – w pokoleniu naszych rodziców to byłby najwyższy komplement. W takiej narracji gratyfikowane jest działanie, a za niedziałanie jest znów – kara w postaci ryzyka bycia wykluczonym. Jesteś pracowita? Chcemy cię we wspólnocie. Nie jesteś? Licz się z tym, że wyskoczysz poza nawias.
Czy w kulturze produktywności jest w ogóle przestrzeń na odmawianie? A może ulegamy presji, bo nie umiemy mówić „nie”, i w ten sposób dajemy się wciągnąć w tę machinę?
Mówisz o stawianiu granic, które miałoby nas chronić. Gdy się temu przyglądam językowo, wychodzi mi, że my nie mamy problemu z samym stawianiem granic, tylko z dźwiganiem konsekwencji.
Jeżeli powiem, chcąc zadbać o swój odpoczynek: „nie, nie wezmę tego projektu”, to pojawia się pytanie, czy będę się czuła dobrze, jeżeli ten projekt dostanie Iksińska. Czy może jednak będę się czuła rozgoryczona, ograbiona z czegoś, odsunięta, bo istnieje ryzyko, że skoro raz odmówiłam, to kolejne projekty także dadzą jej, mnie już nie biorąc pod uwagę?
To znów jest mniej o samej kulturze produktywności, a bardziej o tym, czy mam odrobione lekcje z poczucia ważności. Bo jeśli czuję się wartościowa, to mnie to nie dotknie. Wiem, że w razie potrzeby po prostu pójdę pracować gdzie indziej. Ale jeśli tych lekcji nie odrobiłam, to odmowa będzie dla mnie tożsama z unicestwieniem. Jeśli odmówię, nie będą mnie tu chcieli, i co ja wtedy zrobię? Znów wracamy do tożsamości.
Jeśli definiujemy ją przez przydatność, odmowa nie wchodzi w grę, bo oznacza rozpad mnie jako człowieka. Nie bez powodu nie ma większego komplementu niż określenie: „nikt tak jak ty”. Nasze zapotrzebowanie na wyrazy uznania bywa obsesyjne. Chcemy się czuć wyjątkowi, jest wręcz presja na to, by się wyróżniać, być w czymś dobrym jak nikt inny, do tego stopnia, że ludzie zdradzają samych siebie, rezygnują z „ja” na rzecz „my”, by zyskać uznanie wspólnoty.
Rozumiem, że nie wystarczy kilka narzędzi komunikacyjnych, by rozwiązać problem, który tkwi dużo głębiej, jednak trzeba umieć sobie radzić także na poziomie języka. Jeśli się nam proponuje komunikację ASAP-ową, w której akcja równa się reakcja, i widzimy, że na mejla od szefa wysłanego o godzinie 21 w sobotę większość osób odpowiada niezwłocznie, to czujemy, że tak należy. Może warto właśnie wtedy wyraźnie postawić granicę, nie reagować i wytrzymać presję, że oczekuje się od nas natychmiastowej odpowiedzi? Jasno dać znać, że na taki model komunikacji nie ma naszej zgody?
Paradoksalnie w takiej sytuacji warto się przyglądać językowi, ale nie tylko w komunikacji, raczej zaobserwować, jakim językiem opisujemy sytuację, która się w nas tworzy – dla samych siebie. Innymi słowy: „jak ja się czuję z tym, że na tego mejla nie odpowiem, gdy wszyscy inni posłusznie zareagują?”. To jest właściwie najważniejsze – obejrzeć, jakie słowa wtedy do mnie przychodzą.
W takich sytuacjach ja biorę moje psy do lasu, chodzę sobie i sprawdzam, jak mi jest. Bo jeśli czuję złość i tę złość nawet w myślach kieruję na tych, którzy się presji poddali, jest to zewnątrzsterowność. Jeżeli z kolei myślę, że to zupełnie okej, oni zdecydowali, że odpowiedzą, a ja postanowiłam wstrzymać się do poniedziałku, to podejmuję świadomą decyzję. Wiem, że to ktoś może uznać mnie za nieresponsywną i nie będzie chciał ze mną pracować, ale biorę za to odpowiedzialność.
Tymczasem chcielibyśmy niekiedy postawić granicę, by czuć się dobrze ze sobą, i jednocześnie nie narażać się na wykluczenie. A jeszcze najlepiej przewidzieć, co będzie, gdy powiemy „A”, a co gdy nie powiemy nic, czyli przygotować się na wszystkie możliwe scenariusze związane ze stawianiem granic. Niestety, stawiając granice, ryzykujemy wykluczenie, inaczej się nie da.
To jest rodzaj odwagi. A trudno o nią, gdy karmi się nas lękiem. Mówi się nam, że właśnie teraz czasy są wyjątkowo ciężkie, bo: pandemia, konflikty międzynarodowe, kryzysy dotkliwsze niż kiedykolwiek wcześniej, rozwój SI, więc trzeba pracować więcej. Trudno się na to zaimpregnować.
To prawda, można się ugiąć pod ciężarem takich argumentów i dojść do wniosku: będę harować jeszcze bardziej i nie oczekiwać niczego, bo faktycznie mogło być gorzej. Zadanie polega jednak na tym, by nie dać się wciągnąć w taki dyskurs, a tego można dokonać tylko w jeden sposób: rozpoznając swój lęk i uznając, że jego wzbudzanie jest formą władzy nade mną, że pozwala mnie kontrolować.
Jeśli ci powiem: „Agnieszko, przestań narzekać, ciesz się, że w ogóle masz pracę, bo Iksińska od dwóch lat siedzi na bezrobociu, to dopiero jest tragedia”, to dosłownie trzymam cię na smyczy lęku.
To zresztą nie dotyczy tylko pracy. „Ciesz się, że jesteś zdrowa, bo moja kuzynka to chorowała i umarła”, „Ciesz się, że masz męża, bo jedna znajoma to się właśnie rozwodzi”, i tak dalej. Takie komunikaty to ten sam mechanizm. Dopiero jeśli zrozumiesz, że ktoś cię zastrasza, żeby mieć nad tobą władzę, możesz zdecydować, czy na to pozwolisz, czy nie.
Obserwując własny język, możesz usłyszeć, że się boisz. Zobacz, jak często w takich sytuacjach mówimy „mam to wszystko w nosie” albo w innej części ciała, czyli zaprzeczamy. Tworzymy narrację, którą rządzi iluzja obojętności, choć tak naprawdę jest przesiąknięta lękiem. Wyjść z tej narracji można, tylko uczciwie przyznając się do lęku, mówiąc do siebie: „tak, boję się”. Boję się, że kiedy odmówię czy postawię granice, to mnie wyrzucą z roboty i nie będę miała z czego zapłacić rachunków. Dopiero gdy to przyznasz, piłka jest po twojej stronie.
Ważniejsza niż szukanie złotych rad na asertywną komunikację jest zgoda na to, by ta narracja przez ciebie płynęła. To jedyny sposób, by zobaczyć – co dotyczy zwłaszcza osób z wysokim poziomem lęku – jak nas rozgrywa wspólnota, jak pozornie na miękko skłania nas do trzymania się na przykład ciężkiej i kiepskiej pracy, bo może i mierna, ale za to stabilna.
Wzbudzanie lęku to też strategia, która pozwala nadawcy takich komunikatów utrzymać cię bliżej, przekonać, że warto pracować więcej i wydajniej – najczęściej dla niego.
Inną specyficzną strategią, częstą w korporacjach, są opowieści o „rodzinnej atmosferze”. Tu się stosuje już nie lękową smycz, ale łagodne zaproszenie do wspólnoty, która jest rzekomo czymś więcej niż grupą współpracowników. My się tutaj wspieramy, spełniamy, rozwijamy razem. Jest ciepło, rodzinnie, sympatycznie. Mało tego, działamy z misją. Zapraszamy cię, możesz do nas przynależeć. Warunki są takie i takie.
Jednym z celów takiej narracji jest zagadanie i rozmycie najważniejszego: celu pracy. Idziemy do pracy po to, żeby zarabiać pieniądze, i nie widzę powodu, by to ukrywać. Jasne, że przy okazji realizujemy ambicje, rozwijamy się, ale przede wszystkim zarabiamy na życie! Na tym polega dorosłość, że się jest w stanie finansować swoje potrzeby.
Metafora rodziny używana w korporacyjnej mowie służy między innymi temu, żeby było ci bardzo trudno powiedzieć: „Słuchajcie, z całym szacunkiem, ale jeżeli chodzi o rodzinę, to ja mam swoją. Bardzo ją sobie cenię i właśnie dlatego chcę pracować od ósmej do szesnastej, by potem mieć dla niej czas”. Oczywiście tego nie mówisz, bo gdybyś się odważyła, unieważniłabyś tę firmową rodzinną narrację, a więc znów – zaryzykowała wykluczenie. To kolejna smycz.
Można to wyłapać na poziomie języka?
Językowo służy temu całkiem sporo narzędzi. Choćby swojskie mówienie sobie w pracy na „ty”, które przyszło do nas z zachodnich korporacji i które sama lubię, ale mam świadomość, że to służy zmniejszeniu dystansu między ludźmi, który później już trudno zwiększyć.
Gdy mówimy do siebie nawzajem dodatkowo zdrobnieniami typu: „kochaneczko, podeślesz mi ten raporcik?”, świętujemy imieniny, przynosimy ciasta na święta i tak dalej, jest bardzo miło, ale przychodzi moment, w którym trzeba... ponegocjować.
I wtedy nam jakoś głupio prosić Grażynkę o podwyżkę albo choćby o urlop, zwłaszcza jeśli wiemy (bo jesteśmy przecież jak rodzina), że Grażynka ma akurat ciężki czas w życiu prywatnym, rozwód albo chore dziecko czy jakikolwiek inny trud. Bierzemy więc nadgodziny, żeby jej w tym ciężkim czasie dopomóc. Trochę teraz ironizuję, ale nie po to, by zachęcić do bezdusznych i sztywnych relacji w pracy, ale po to, by uczulić na taką narrację, która nas osłabia i na koniec obraca się przeciwko nam, bo często de facto wiąże nam ręce.
Bliskość, która oczywiście między ludźmi się wytwarza, zwłaszcza jeśli pracują razem przez wiele lat, jest do pewnego stopnia naturalna, ale bywa też nadmiernie uwodząca i czasem sprawia, że zdradzamy dla niej siebie i swoją wspólnotę w życiu prywatnym. Ostatecznie zbyt miękka w negocjacjach mogę przecież zgodzić się w takiej rodzinnej atmosferze na dużo gorsze warunki, ślęczeć w biurze po nocach, a przynosić do domu mniej pieniędzy i mieć dla własnej rodziny mniej siebie. Jeśli narracja z perspektywy „my” służy mojemu „ja”, to czuję się w pracy dobrze, bo bezpiecznie. Jeśli jednak te dwie narracje się wykluczają, a ja wybieram tę wspólnotową, zawsze będzie to oznaczało wewnętrzny konflikt.
Czasem rzucamy żartem zdanie: „odpocznę po śmierci”. Mam wrażenie, że takim niewinnym zwrotem budujemy opowieść, w której na odpoczynek w ogóle nie ma miejsca, i to jest norma.
Wbrew pozorom ten „odpoczynek po śmierci” to bardzo złożony komunikat. Gdy jestem zmęczona i widzę u siebie potrzebę odpoczynku, a ktoś prosi mnie o zrobienie czegoś, co jest dla niego ważne na już, to mówiąc: „Dobra, niech ci będzie, zrobię to, a odpocznę po śmierci”, nie biorę odpowiedzialności za siebie, przenoszę ją na tę drugą osobę. To ona będzie winna, jak padnę z przemęczenia. Odpowiedzialność za siebie wzięłabym wtedy, gdybym powiedziała po prostu: „Dobrze, zrobię to”, i w tym miejscu postawiła kropkę, albo: „Nie, teraz się tym nie mogę zająć, bo potrzebuję odpocząć. Mogę to zrobić za tydzień”.
Gdyby mi ktoś powiedział, że coś dla mnie zrobi mimo zmęczenia, a odpocznie po śmierci, to odebrałabym to jako manipulację. Czułabym się zobowiązana do tego, by mu jednak kazać odpocząć, a o tym już wspominałam: dorosłość polega na tym, że potrafimy o siebie zadbać, nie obarczając otoczenia poczuciem winy za nasze zmęczenie.
Komunikat o odpoczynku po śmierci byłby dla mnie sygnałem ostrzegawczym. Chyba nie chciałabym współpracować z osobą, która jest dorosła tylko metrykalnie, ale nie jest na tyle dojrzała, by się sama o siebie zatroszczyć.
Małgorzata Majewska, dr nauk humanistycznych, językoznawczyni, specjalistka od komunikacji werbalnej i niewerbalnej. Przez wiele lat pracowała w Instytucie Mediów i Komunikacji Społecznej UJ. Zafascynowana pograniczem języka i psychologii, bada jego znaczenie i rolę w relacjach międzyludzkich. Jest twórczynią kanału na YouTubie „Między Zdaniami”.