Na czym polega bezpieczne budowanie sfery „my”, nie kosztem siebie nawzajem? Dlaczego lepiej mówić o złotym środku niż o kompromisie? Jak reagować w sytuacji, gdy rodzice nie akceptują twojego partnera czy partnerki? Na pytania odpowiada psycholog i terapeuta par Piotr Mosak.
- Gdzie kończy się „ja”, a zaczyna „my”? Psycholog i terapeuta par Piotr Mosak wyjaśnia, jak budować wspólny świat, nie rezygnując z własnych potrzeb i granic. Bo dobry związek nie powinien oznaczać utraty siebie.
- Kompromis wydaje się podstawą udanej relacji, ale ekspert wcale nie jest jego zwolennikiem. „Nie przepadam za pojęciem kompromisu w kontekście relacji” – przyznaje i tłumaczy, dlaczego lepiej szukać złotego środka.
- Święta u twoich rodziców czy u jego? A może zupełnie inaczej? Rodzinne tradycje potrafią być prawdziwym sprawdzianem dla pary. Piotr Mosak podpowiada, jak podejmować wspólne decyzje i nie pozwolić, by bliscy decydowali za nas.
- Co zrobić, kiedy rodzice partnera cię nie akceptują? Psycholog podkreśla, że nie muszą darzyć cię miłością, ale szacunek jest absolutnym minimum. Wyjaśnia też, jakiego wsparcia masz prawo oczekiwać od ukochanej osoby.
Wywiad pochodzi z magazynu „Sens” 08/2026.
Izabela Nowakowska-Teofilak: Czy wejście w związek zawsze wiąże się z koniecznością redefinicji własnych granic i potrzeb?
Piotr Mosak: Na szczęście żyjemy w czasach, w których to wreszcie zaczyna być zauważane i nazywane. Funkcjonując w przestrzeni „ja”, mamy nie tylko prawo, ale i naturalną potrzebę sprawdzania, testowania różnych opcji, poszukiwania. To etap eksploracji, w którym kierujemy się głównie własnym „chcę” i „lubię”. Sytuacja zmienia się jednak w momencie przejścia do „my”. Wtedy to, co „mi się podoba”, zaczyna stykać się z tym, co „podoba się komuś innemu”. Te dwie perspektywy nie zawsze są zbieżne – i to właśnie w tym miejscu pojawia się potrzeba rozmowy.
Wejście w relację często wiąże się z koniecznością redefiniowania granic i potrzeb. Warto wtedy usiąść i odpowiedzieć sobie na kilka kluczowych pytań: gdzie kończy się „ja”, gdzie zaczyna „my”, co jest wspólne, a co pozostaje indywidualne? Bez tej refleksji łatwo się pogubić.
Możemy nieświadomie przekraczać granice – swoje lub drugiej osoby – co z czasem prowadzi do napięć, przykrości, a nawet realnych zranień. Świadome budowanie „my” nie polega więc na rezygnacji z siebie, ale na uzgodnieniu przestrzeni, w której obie osoby mogą funkcjonować bezpiecznie razem, nie kosztem siebie nawzajem.
Tworzenie wspólnego „mikroświata” to proces, w którym uczymy się też rzeczywistości wokół nas: relacji z jedną i drugą rodziną, oczekiwań bliskich, różnych ról i napięć, które się z tym wiążą.
Sprawdzamy, czy jako „my” jesteśmy w stanie temu sprostać i na jakich warunkach. Warto to zrobić, zanim w związku pojawią się dzieci, bo kiedy to niespodziewana ciąża staje się początkiem budowania związku, trudno mówić o redefiniowaniu czegokolwiek, ponieważ brakuje punktu wyjścia.
Nie znamy dobrze siebie nawzajem, nie wiemy, jakie są nasze potrzeby, granice, ani jak funkcjonują nasze rodziny, które również muszą się odnaleźć w tej nowej dla nich sytuacji. Bliscy uczą się wtedy nas jako pary, a jednocześnie wchodzą w nowe role: dziadków, cioć, wujków. Pojawia się wiele emocji, oczekiwań, a to często prowadzi do sporego zamieszania.
Punktem zapalnym między rodziną, z której pochodzimy, a tą, którą tworzymy, mogą być nie tylko ważne wydarzenia życiowe, lecz także drobiazgi, proza życia.
Pierwsze wyraźne zderzenia najczęściej wynikają z sytuacji, w których pojawiają się jasno określone oczekiwania. W polskich realiach klasycznym przykładem są święta, a także rodzinne tradycje, jak urodziny czy imieniny. To momenty, które stają się swoistym testem dla związku dwojga ludzi.
Kiedy funkcjonowaliśmy jako „ja”, dostosowywaliśmy się często do rodzinnych oczekiwań automatycznie, bez większej refleksji, ale w momencie, gdy tworzymy „my” i zaczynamy definiować wspólne granice oraz potrzeby, okazuje się, że nie zawsze są one spójne z tym, czego oczekują nasi rodzice czy rodzeństwo. A do tego dochodzi jeszcze perspektywa rodziny partnera lub partnerki. W efekcie pojawiają się nie dwie, ale trzy „rzeczywistości”: nasz związek plus moja i twoja rodzina. To naturalnie prowadzi do rozmów, napięć, a czasem konfliktów – i to jest część procesu budowania relacji.
A co w sytuacji, gdy jedna osoba chce kontynuować tradycje rodzinne, a druga woli tworzyć coś nowego? Czy w takich przypadkach możliwy jest kompromis – i czy to w ogóle dobre słowo?
Nie przepadam za pojęciem kompromisu w kontekście relacji. W swojej definicji oznacza on rezygnację z czegoś ważnego na rzecz czegoś uznanego za ważniejsze. W biznesie to podejście się sprawdza, bo łatwo można policzyć zyski i straty, natomiast w związku trudno przeprowadzić takie wartościowanie. Dlatego kompromis w relacji często kończy się rozczarowaniem, poczuciem krzywdy, niedocenienia, narastającą frustracją. Z czasem może się pojawić wrażenie, że nasze potrzeby są pomijane, że to już kolejny raz, kiedy rezygnujemy z czegoś dla drugiej strony.
Zamiast tego bliższe jest mi pojęcie złotego środka. Czyli takiego rozwiązania, do którego dochodzimy wspólnie – nie przez rezygnację, ale przez rozmowę, czas i prawdziwe uzgodnienie. To wymaga przestrzeni: najpierw pojawiają się emocje, potem warto dać sobie chwilę, „przespać się” z tematem, aż opadną pierwsze napięcia. Dopiero wtedy można spokojnie usiąść i zapytać: czego chcemy my? Nie ja i nie ty – tylko my. To właśnie w tym miejscu zaczyna się kreatywność.
Zamiast myślenia „albo–albo” pojawia się: „jak inaczej możemy to poukładać?”. Czasem to będzie naprzemienność – jedne święta tu, kolejne tam. Czasem podział najważniejszych momentów – na przykład Wigilia u jednych, Wielkanoc u drugich, a potem zamiana.
Innym razem wspólny wyjazd albo zaproszenie obu rodzin w jedno miejsce. Możliwości jest naprawdę wiele, jeśli tylko dopuścimy myślenie poza schematem.
Gdy już wypracujemy nasze rozwiązanie, przestajemy pytać – zaczynamy informować. Jeśli obie strony są zgodne, potrafią utrzymać wspólny front wobec swoich rodzin nie na zasadzie: „ja przeciwko wam”, tylko w formie: „my podjęliśmy taką decyzję”. Wtedy komunikat jest prosty: „tak postanowiliśmy, to dla nas najlepsze rozwiązanie”. Rodzice oczywiście mogą mieć swoje zdanie na ten temat, własne emocje czy oczekiwania – i to jest naturalne, ale to już ich przestrzeń. Mogą się z tej decyzji cieszyć albo nie, natomiast nie powinni jej podejmować za dorosłe osoby. Sednem jest więc nie kompromis rozumiany jako strata, ale wspólnie wypracowane rozwiązanie, które daje obu partnerom poczucie sensu i szacunku. To ono buduje siłę „my”.
Czy przyjmowanie wsparcia finansowego od rodziców wpływa na autonomię naszych związków?
Nie powinno, ale niestety bywa tak, że rodzice, wspierając finansowo dorosłe już dzieci, zaczynają rościć sobie prawo do decydowania o ich życiu. Klasyczny przykład to organizacja wesela, które często ze święta młodych staje się polem walki o wpływy. A przecież jeśli dajemy pieniądze, to powinniśmy to robić z intencją: „chcę ci pomóc, żebyś był/a szczęśliwy/a”. Bez ukrytych warunków. Wspieram, bo chcę, a nie po to, żeby coś w zamian uzyskać.
Tymczasem pieniądze często stają się narzędziem przedłużania kontroli. Dziecko wychowywane do posłuszeństwa dorasta, naturalnie się uniezależnia, a rodzic, tracąc wpływ, próbuje go odzyskać właśnie przez finansowe wsparcie. To nie jest zdrowe, pokazuje brak szacunku do własnego potomka i trudność w zaakceptowaniu jego autonomii.
Bo jeśli wsparcie oznacza: „płacę, więc masz mnie słuchać”, to nie jest pomoc, ale transakcja obciążona presją. Dorosłe dziecko niczego „nie musi”. Może przyjąć wsparcie, ale nadal ma prawo decydować o swoim życiu. Dlatego jeśli już wspieramy, róbmy to świadomie, bez warunków, bez oczekiwania „zwrotu” w postaci posłuszeństwa. A jeśli nie jesteśmy gotowi na taką formę pomocy, uczciwiej jest po prostu jej nie oferować.
A co może zrobić osoba, która czuje się nieakceptowana przez rodzinę partnera lub partnerki?
Przede wszystkim ma prawo oczekiwać od tej drugiej strony realnego wsparcia – szczególnie wtedy, gdy zaczyna być jasne, że pewne zachowania ze strony rodziny nie są „przewrażliwieniem”, tylko faktycznym przekraczaniem granic. Często to nie są wielkie konflikty, ale drobne, powtarzalne sygnały: słowa, gesty, miny, pomijanie, chłód czy wykluczanie. To może przyjmować formę subtelnej, ale dotkliwej przemocy psychicznej. W takiej sytuacji naturalne jest oczekiwanie ochrony ze strony partnera, czyli pytanie: co zamierzasz zrobić, żebym w relacji z twoją rodziną czuła się szanowana? Jako córka czy syn mamy większą możliwość stawiania granic niż osoba „z zewnątrz”.
Pierwszym krokiem powinno być nazwanie faktów. Jasne postawienie sprawy: „widzę takie i takie zachowania, odbieram je jako brak akceptacji”. Nie chodzi o to, by zmuszać kogokolwiek do miłości wobec partnera czy partnerki, ale szacunek jest absolutnym minimum, choćby taki, jaki okazujemy kasjerce w sklepie czy innej obcej osobie. Jeśli nawet tego brakuje, konieczne jest postawienie granic i pokazanie konsekwencji ich łamania, czyli jasny komunikat: „jeśli nie jesteście w stanie zachowywać się z szacunkiem, będę ograniczać z wami kontakt”. To trudne, ale często dopiero wtedy, kiedy pojawia się perspektywa samotnych świąt, niewidzenia syna, córki czy wnuków, druga strona zaczyna traktować sytuację poważnie i często okazuje się, że zmiana nastawienia jednak jest możliwa. Postawienie tak sprawy wymaga odwagi, ale w gruncie rzeczy chodzi o coś podstawowego: ochronę swojej relacji i osoby, którą się wybrało.
Piotr Mosak, psycholog, terapeuta par, trener biznesu z prawie 30-letnim doświadczeniem, wykładowca w Wyższej Szkole Biznesu w Nowym Sączu. Specjalizuje się w komunikacji w relacjach, uczy równowagi w życiu prywatnym. Rozpoczął doktorat w Akademii Górnośląskiej w Katowicach z obszaru zarządzania jakością.