1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Ewa Woydyłło: „Z miłością nie jest jak z oddychaniem – nie wystarczy żyć, żeby to się działo”. Psycholożka zdradza, czego trzeba się nauczyć, by naprawdę kochać

Ewa Woydyłło: „Z miłością nie jest jak z oddychaniem – nie wystarczy żyć, żeby to się działo”. Psycholożka zdradza, czego trzeba się nauczyć, by naprawdę kochać

Ewa Woydyłło (Fot. Weronika Kosińska)
Ewa Woydyłło (Fot. Weronika Kosińska)
Wszyscy chcemy kochać i być kochani, ale samo pragnienie miłości nie oznacza jeszcze, że potrafimy stworzyć dobrą relację. Co najbardziej nam w tym przeszkadza? Egoizm, lęk, nieufność, niedojrzałość – ale też wyobrażenia o miłości, którymi karmimy się od lat. Dr Ewa Woydyłło wyjaśnia, czym różni się prawdziwa miłość od zakochania i dlaczego kochać także trzeba się nauczyć.

Tekst jest fragmentem książki „Miłość. I co wtedy?” autorstwa dr Ewy Woydyłło i Joanny Olekszyk (Wydawnictwo Zwierciadło). Tytuł, lead i wszelkie skróty pochodzą od redakcji.

Joanna Olekszyk: Kogo ostatnio pytam, deklaruje, że pragnie miłości, że to dla niego najważniejsza wartość. A jednak mało kto mówi, że jest w miłości szczęśliwy. Że ją spotkał. Że jej doświadczył. Mam poczucie, że my bardzo dużo o niej myślimy i o niej marzymy, a jeszcze częściej się z jej powodu zadręczamy. Na przykład zadając sobie wciąż te same pytania, jak to, od którego chciałabym zacząć nasze rozmowy: Czy każdy potrafi kochać?

Ewa Woydyłło: Spytajmy może najpierw: co to znaczy kochać? Bo jeśli to znaczy: „chcę kogoś mieć, być z kimś, dla kogoś żyć” – to właściwie załatwia nam temat. Każdy potrafi, bo każdy chce kogoś mieć i dla kogoś żyć. Z drugiej strony odkąd ludzkość istnieje, zdarzają się rozłąki, rozpady związków, czasami niemożność spełnienia, czyli różne wyzwania, które w tej miłości mogą być przeszkodą… To dowodzi, że prawdopodobnie jednak nie każdy potrafi. Bo chcieć nie oznacza umieć. Zresztą gdyby każdy potrafił kochać, to twoje pytanie by nie wracało…

Z miłością nie jest jak z oddychaniem – nie wystarczy żyć, żeby to się działo. Poza tym dzisiaj chyba zaczynamy rozumieć słowo miłość w bardziej wymagający sposób. Wiemy, że są rzeczy, które bardzo przeszkadzają miłości. Na przykład egoizm…

Ale przecież mówi się, że pewna dawka egoizmu jest nam potrzebna, żebyśmy dobrze żyli z innymi.

autopromocja
750x300_srodtekst_artykul (4).webp

Według mnie egoizm, tak jak uzależnienie, ma jednoznacznie pejoratywne znaczenie. Ktoś może mówić „zdrowy egoizm”, ale wtedy to już nie będzie egoizm, a uwzględnianie swoich potrzeb, bez narażania kogokolwiek na krzywdę. Przecież nie mówimy, że ktoś jest egoistą, kiedy dba o siebie. Ja używam tego słowa tak, żeby się nie myliło. Nigdy nie powiedziałabym: „Dobrze, bądź, moja córko, egoistką”.

Nie?

Ależ oczywiście, że nie, to strasznie brzydka cecha. Brzydka i powodująca wiele nieszczęścia. Kogoś takiego się nie kocha. I choć można za nim tęsknić, podziwiać go, zachwycać się nim, to w związku z nim doznaje się wielu krzywd. Jeżeli myślę tylko o sobie i mam zero empatii dla innych, to chcę ciebie, ale wyłącznie po to, żeby cię używać do różnych celów. Właśnie dlatego egoizm jest brzydki. I jest ogromną przeszkodą dla miłości.

Co jeszcze może być taką przeszkodą?

Niedojrzałość. Na pewno lęk. Chociaż lęk raczej przeszkadza osobie, która go odczuwa, niż tej drugiej. Kiedy człowiek się boi, nie może się zakochać.

Lęk w relacjach ma też inną nazwę – nieufność. To ona powoduje, że ktoś się blokuje na miłość.

Prawdopodobnie doznał krzywdy albo wprost przeciwnie – nie ma żadnych przykrych doświadczeń, ale w domu ciągle słyszał: „uważaj, bo ktoś ma interes w tym, żeby cię zwieść, oszukać”, więc się teraz tak nasrożył, że tylko upatruje zagrożeń i tym sposobem sobie przeszkadza. Jak widzisz, jest wiele raf, na których nasz statek miłości może się zatrzymać lub o które może się rozbić.

I wtedy jej przepływ nie jest tak naturalny, jak powinien być. Zgodziłabyś się, że miłość jest właśnie czymś w rodzaju energii, która przez nas przepływa, a pewne uwarunkowania mogą w tym przepływie przeszkadzać i go blokować?

Tak, można tak powiedzieć, to nawet ładnie brzmi… Dla mnie miłość jest uczuciem… wielopoziomowym. To nie tylko potrzeba emocjonalna, ale też cielesna, seksualna czy po prostu towarzyska. Jest najlepszym lekarstwem na samotność, nawet jeśli niekoniecznie wiąże się z erotyzmem. Starożytni Grecy świetnie to czuli i nazywali, możemy się do tego odwołać. Rozróżniali na przykład agape – miłość bezinteresowną, uniwersalną, bezwarunkową. Ale też eros – miłość namiętną, zmysłową.

Miłość przyjacielska to według Greków philia, miłość rodzicielska, rodzinna to storge

Miłością może być współdziałanie – nie mogę bez ciebie pracować, dlatego że tworzymy coś wspólnie. Jest też miłość duchowa, która w jakimś sensie uznaje czyjąś dominację, przewagę, czyjś autorytet.

Bardzo lubię definicję nieżyjącego już amerykańskiego psychiatry, który był też głosicielem filozofii chrześcijańskiej. Nazywał się M. Scott Peck i napisał książkę, która w Polsce wyszła pod tytułem „Droga rzadziej przemierzana”. Jest tam rozdział pod tytułem „Miłość”.

Peck wyjaśnia w nim, że miłość omyłkowo została zaliczona do kategorii uczuć. Bo emocje, które towarzyszą miłości, towarzyszą też często przyjaźni. Jego zdaniem miłość to działanie. I ono jest zupełnie inne niż działanie w przyjaźni czy działanie we współpracy, inne niż działanie w sąsiedztwie czy wspólnocie. Peck wykłada to na dziesięciu stronach, bardzo zresztą ciekawie i przekonująco.

Podaję czasem taki przykład, że oto ktoś gdzieś w barze wznosi toast: „Słuchajcie, dziś są urodziny mojego synka. Wypijcie ze mną za jego zdrowie, ja go tak kocham. Co to jest za wspaniałe uczucie!”. Mówi to, niemal płacząc. Wznosi kielich, stawia wszystkim kolejkę. Nagle wśród gości rozlega się głos: „Tak cudnie o tym mówisz, no naprawdę, zazdroszczę ci. Ale czekaj, twój syn ma dziś urodziny, tak? Ile lat kończy?”. „Ostatni raz widziałem go dwa lata temu. Wtedy miał chyba cztery, to teraz może mieć sześć…”.

Ten ktoś tak pięknie mówił o miłości, co więcej, był przekonany, że ją czuje, tu, gdzieś pod sercem – czuje tak bardzo, że wzrusza go to do łez, a przecież ta miłość była czystą fikcją. Nie chcielibyśmy być tak kochani. Bo miłość dzieje się wtedy, gdy druga osoba, czyli obiekt tej miłości, też ją czuje. A kiedy czuje? Kiedy o niej wie. U Pecka jest to bardzo jasno sformułowane – prawdziwa wielka miłość jest wtedy, kiedy ja robię wszystko, żeby obiekt mojej miłości, dzięki mojej miłości, był najlepszą wersją siebie. Nie taką, jaką chcę, żeby był – tylko taką, jaką on sam chce być…

Jeśli kogoś kochasz, daj mu wolność…

Dokładnie tak. Niektórzy mężowie zapewniają, że kochają swoje żony. Jednocześnie nie chcą, żeby wychodziły za często z domu, odradzają im studia, przyjaźnie czy uczestniczenie w życiu, które je fascynuje. Tłumaczą to tak: „Ona lubi robić coś, czego ja nie lubię, a ponieważ ją kocham, nie chcę, żeby się ode mnie oddalała”.

Czy to jest jeszcze miłość, czy już egoizm, zaborczość? Bardzo łatwo zgubić ten trop, który prowadzi do szlachetnego spełnienia. Zobacz, jeszcze nie zaczęłyśmy o niej na dobre mówić, a już mamy komplikacje…

Oj, tak, miłość powoduje sporo komplikacji, ale też mnóstwo dobrych wzruszeń… Kiedy powiedziałaś o tym, czym jest wielka prawdziwa miłość, to aż mnie przeszedł prąd… A czy może być tak, że ktoś kocha, ale nie potrafi tego okazać?

Tak też bywa, bo jeszcze na dodatek jest cała masa umiejętności, które nie mają już takiego ścisłego związku z samą deklaracją miłości, tylko na przykład z obyciem. To jest tak, jakby ktoś mówił w obcym języku. W dodatku ty tego języka kompletnie nie rozumiesz. I nie szukasz porozumienia w inny sposób. Podobno języków miłości jest aż pięć. A przynajmniej tak twierdzi Gary Chapman, który napisał na ten temat bestseller. Chapman wyróżnia dotyk, słowa uznania, prezenty, wspólnie spędzany wartościowy czas oraz akty wzajemnej pomocy. No i teraz pytanie: czy dałoby się to wszystko połączyć? Oczywiście, że tak, byłoby to nawet wskazane.

Można powiedzieć, że miłości uczymy się całe życie, uczą nas jej nasi opiekunowie i osoby, z którymi wchodzimy w relacje. Ale też ważne jest, żebyśmy zdecydowali, jak chcemy kochać i pomyśleli, jak chcemy być kochani. Bo mamy na to wpływ, prawda?

Oczywiście, że mamy na to wpływ, ale przede wszystkim mamy na to czas. Mamy czas, żeby się w tym rozeznać, żeby się tego nauczyć i żeby ostatecznie zdecydować.

Przecież jeszcze jakieś 150 lat temu 12-letnia dziewczynka haftowała swoją pościel do wyprawy ślubnej, a chłopczyk często pracował gdzieś w obejściu, w polu albo razem z matką czy ojcem. My obecnie po raz pierwszy w dziejach mamy szansę mieć naprawdę długie dzieciństwo.

Przecież do szkoły chodzi się i chodzi, kiedyś nie było w ogóle takiego obowiązku. Ale też szansy. Poza tym uczymy się dziś różnych rzeczy dotyczących naszej przyszłości, a więc też i związków oraz miłości. A jednocześnie nadal największy wpływ ma na nas dom rodzinny. Co nie znaczy, że to się tylko do tego ogranicza, ponieważ własny dom może się nam w ogóle nie podobać. Zwłaszcza że dzisiaj już nawet bardzo małe dzieci oglądają telewizję, znają bajki, czytają książeczki – i widzą, że może być inaczej. Potem chodzą do przedszkola, bywają w innych domach, więc dość często bardzo wcześnie pojawia się wybór albo przynajmniej przedsmak wyboru. Człowiek zaczyna zauważać różne sposoby życia i odkrywać, że może być inaczej niż we własnym domu. I jest to w gruncie rzeczy korzystna sytuacja. Jeżeli wcześnie zaczniemy uczestniczyć w decydowaniu o tym, jak sobie urządzimy własne życie, to jest większe prawdopodobieństwo spełnienia. Oczywiście można się też mylić, bo uczymy się czegoś dopiero wtedy, gdy sami na sobie coś sprawdzimy. Natomiast minusem jest to, że dziś dużo mniej ludzi jest cierpliwych. Bo skoro możemy decydować, no to chcemy decydować, już, teraz. A ponieważ nie mamy za młodu kompetencji, to czasami popełniamy bardzo poważne błędy.

Wracając do tematu związków – wybieranie sobie partnerów jest zdobyczą ostatnich 100 czy 120 lat. Przedtem związki organizowali nam rodzice albo swaci. Tylko kurtyzana mogła powiedzieć „ja tego chcę, a tamtego to nie”.

Wtedy nikt też nie zadawał sobie pytania: czy ja potrafię kochać? Czy wszyscy potrafią? To też są zdobycze współczesności.

Poza tym łączenie się w relacje rodzinne, w pary, w związki, w małżeństwa miało kiedyś jeden cel – pomnażanie majątków i płodzenie potomstwa. Natomiast dzisiaj dzieci też stają się kwestią wyboru. I wobec tego są bardzo różne kombinacje i możliwości. Czasami aż szkoda, że nie jest tak, jak kiedyś, bo dziś jest to dużo trudniejsze.

No właśnie, jest trudniej, ale jest też wspanialej, a w każdym razie może być.

Może być wspanialej właśnie dlatego, że tak dużo popełniamy błędów. Kiedyś nikt nie zwracał uwagi na pomyłki. Ale też ludzie, którzy decydowali o doborze ewentualnych par, mieli większe doświadczenie.

Te wszystkie swatki i swaci naprawdę znali się na tym, czym się zajmowali, choć nie byli psychologami. Nie zwracali uwagi na różnice charakterologiczne, bo społeczne nakazy były tak silne, że można się było nie przejmować, czy małżonkowie lubią ten sam sposób spędzania czasu. Majątek, pochodzenie, środowisko, wyznawana religia – to były podstawy więzi. Natomiast dzisiaj na to zwraca się mniejszą uwagę, najważniejsza jest miłość, a właściwie zakochanie – a więc emocje, ekscytacje i tajemnicza chemia, która ludzi do siebie przyciąga.

Dopiero w miarę upływu lat, gdy ktoś jest już starszy i wchodzi w kolejne związki albo w ogóle dłużej czeka z ich zawarciem, do głosu dochodzą te same co niegdyś kryteria, ponieważ tak naprawdę liczy się to, by wyznawać podobne wartości, mieć podobny status społeczny i podobne cele życiowe. A miłość… Ona może przelecieć, przefrunąć…

Niczym te motyle z brzucha.

No właśnie.

Ja bym tak podsumowała naszą rozmowę – mam nadzieję, że się zgodzisz – że jeśli zadajesz sobie pytanie: czy potrafię kochać? – to tak naprawdę znasz odpowiedź. Po prostu czujesz, czy potrafisz kochać, czy nie.

Poza tym nie wiem, czy słowo „potrafisz” jest tu najważniejsze. Czy potrzebujesz? Czy chcesz? Czy tęsknisz do miłości? Czy marzysz o tym? To chyba jest główny motor, który nami kieruje, sprawiając, że w ogóle wchodzimy w związki. Ale dodajmy, że dzisiaj jest tak dużo bodźców pochodzących z różnych źródeł – filmów, które oglądamy, książek, które czytamy, historii, które słyszymy, że jest to trochę zakłócone.

Nie wiadomo, kto tak naprawdę tego chce – my czy inni.

Karmimy się tymi wszystkimi love stories i jakoś dziwnie uważamy, że to jest to, czego my pragniemy. Tylko potem niekoniecznie kierujemy się kryteriami, które do tego prowadzą.

Miłość. I co wtedy? 

Miłość. I co wtedy? 

Ewa Woydyłło,Joanna Olekszyk Polecamy

Share on Facebook Send on Messenger Share by email