Kochamy suplementy. Bierzemy je w przekonaniu, że w ten sposób dbamy o siebie. I nie musimy zastanawiać się specjalnie nad codzienną dietą, bo przecież mamy to już załatwione.
Felieton pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 09/2026.
Ostatnio znajomy z pewnym zdziwieniem przyjął informację, że nie biorę garści suplementów każdego dnia. On je łyka, bo dba o zdrowie. Nawet przez chwilę zastanawiałam się, czy nasza codzienna witamina D i omega-3 to nie za mało, ale… potem popatrzyłam na niego, jedzącego białą bułeczkę z dżemem. Wybrał się po nią specjalnie do sklepu, bo nie chciał jeść razowego chleba na zakwasie. Uspokoiłam się, bo ja w żytniej razowej mące, zmieszanej z pestkami słonecznika i dyni, jedzonej w chlebie na śniadanie przyjmuję przecież i magnez, i witaminy z grupy B.
Według danych Wydziału Farmacji WUM około 72 procent dorosłych Polaków deklaruje przyjmowanie suplementów diety, z czego połowa robi to regularnie, często bez rzetelnej oceny sposobu żywienia. Z drugiej strony spożycie warzyw i owoców pozostaje wciąż zbyt niskie.
Duże badanie kohortowe opublikowane w „Annals of Internal Medicine” pokazało, że korzyści zdrowotne z odpowiedniej podaży witamin i minerałów dotyczą głównie składników pochodzących z jedzenia, natomiast suplementy nie zmniejszają ryzyka zgonu, a nadmiar niektórych składników może to ryzyko wręcz zwiększać.
Dlaczego wolimy tabletkę zamiast brokuła?
Odpowiada za to m.in. opisane w psychologii zachowanie – efekt aureoli. Jeśli ktoś bierze suplement, może mieć poczucie, że „już zadbał o zdrowie”, rozszerzając korzystny wpływ tego pojedynczego działania czy składnika. Na to nakłada się presja szybkich efektów i bardzo agresywny marketing, który obiecuje prostą drogę do zdrowia i urody. To paradoksalnie zmniejsza motywację do zdrowego jedzenia… Na czym, niestety, tracimy.
Bowiem warzywa i owoce, razowe pieczywo, strączki czy orzechy nie dostarczają nam tylko witamin, ale cały wachlarz związków fitochemicznych – polifenoli, karotenoidów, flawonoidów, prebiotyków – których liczba idzie w dziesiątki tysięcy i których nie da się realistycznie odtworzyć w kapsułce.
Specjaliści zajmujący się zdrowiem i żywieniem podkreślają, że to właśnie te związki – a nie izolowane witaminy – odpowiadają za dużą część efektów przeciwzapalnych i przeciwutleniających diety bogatej w rośliny. Weźmy takie jabłko – ma relatywnie mało witaminy C, a wykazuje zdolność antyoksydacyjną porównywaną do bardzo wysokiej dawki czystej witaminy C, co pokazuje, że moc żywności nie tkwi w jednym składniku, lecz w całym złożonym pakiecie.
Na dokładkę coraz częściej słyszę zdanie: „Nie jem warzyw, bo teraz i tak nie mają wartości odżywczej”. To niezwykle wygodne usprawiedliwienie. Nawet jeśli zawartość niektórych składników w wybranych produktach zmieniała się na przestrzeni dekad, nadal warzywa pozostają jednym z najlepiej przebadanych elementów diety sprzyjających zdrowiu. Nie ma specjalistów, którzy przestają je zalecać. Znacznie większym problemem niż rzekomo „gorszy pomidor” jest to, że zamiast niego wybieramy wysoko przetworzoną przekąskę.
Może więc zamiast zastanawiać się, jaki kolejny suplement kupić, warto zadać sobie prostsze pytanie: „Ile warzyw dzisiaj zjadłam?”.
Katarzyna Błażejewska-Stuhr, dietetyczka kliniczna, psychodietetyczka. Prowadzi blog kachblazejewska.pl, autorka „Poradnika pozytywnego jedzenia” i podcastu „Jelita – twój drugi mózg” (na: zwierciadlo.pl).