Sukces, który spadł na nią jako na 19-latkę, przez lata obserwowała jakby z boku, przyznając dziś, że tamten czas przypominał jazdę we mgle. W szczerej rozmowie Natalia Nykiel opowiada o pułapkach wczesnej sławy, ucieczce od szufladkowania, potrzebie świętego spokoju oraz o zupełnie nowym, mroczniejszym rozdziale artystycznym, w którym stawia na utwory „do tańca i do płaczu”.
Natalia Nykiel właśnie wydała singiel „To tylko ciąg dalszy”, który jest pierwszą zapowiedzią jej wyczekiwanego nowego albumu. Choć sam utwór jest klasyczną popową piosenką, cała płyta ma być znacznie bardziej elektroniczna i mroczna. Przy pracy nad materiałem artystka postawiła też na współpracę z nowymi producentami. W szczerej rozmowie opowiada o tym, jak zmieniło się jej podejście do muzyki po kilkunastu latach na scenie, dlaczego nie chce zamykać się w jednej artystycznej roli i jak dziś patrzy na sukces, który osiągnęła jeszcze jako nastolatka.
Skąd wziął się pomysł na nocne brzmienia, dlaczego w muzyce tak bardzo szuka nostalgii i „tańca połączonego z płaczem” oraz co sprawia, że mimo wieloletniego doświadczenia czuje się dziś niemal tak, jakby zaczynała karierę od nowa? Przeczytajcie naszą rozmowę.
Robert Choiński: Masz 31 lat, ale pierwsze wielkie sukcesy przyszły do Ciebie, kiedy byłaś bardzo młoda. Czy czasami masz wrażenie, że pewną część dorosłości przeżyłaś trochę za szybko?
Natalia Nykiel: Na pewno dopiero od niedawna mam poczucie, że jestem dorosłą kobietą. To chyba przychodzi gdzieś w okolicach trzydziestki. Mam też taką refleksję, szczególnie w tym czasie popandemicznym, że ten sukces, którego doświadczyłam – naprawdę ogromny – trochę przeżyłam jak dziecko we mgle. Nie do końca miałam świadomość tego, co się realnie dzieje. Człowiek zdaje sobie z tego sprawę dopiero po fakcie, kiedy może spojrzeć na wszystko z dystansu i pomyśleć: „Wow, co to właściwie było?”.
Tak samo było choćby z piosenką z „Vaiany”. Dopiero pięć czy sześć lat po jej wydaniu dotarło do mnie, że ona stała się takim hitem jak „Pocahontas”, że naprawdę jest na absolutnym topie.
„Pół kroku stąd” ma dziś na YouTube ponad 100 milionów wyświetleń. Dla porównania, kultowy „Kolorowy wiatr” Edyty Górniak notuje tam około 38 milionów…
Tak, i naprawdę bardzo późno do mnie to dotarło. Przez pierwsze lata nie miałam świadomości, jak dużym sukcesem jest ta piosenka. Mam wrażenie, że dopiero obserwując w ostatnich latach siebie na scenie, swoją karierę i to, co się wokół mnie dzieje, zaczęłam naprawdę myśleć: „Wow, to wszystko wydarzyło się naprawdę? To ja tego doświadczyłam?”.
Dopiero teraz widzę też, jak szybko przyszedł do mnie ten sukces. W zasadzie natychmiast.
Nie miałam takiego momentu, w którym musiałabym latami czekać i walczyć o swoje miejsce. Jest przecież tylu artystów, którzy na sukces czekają latami, a ja naprawdę pojawiłam się, zrobiłam coś i nagle: boom.
Nie chcę sobie oczywiście odbierać zasług, bo to była moja praca i naprawdę dużo mnie kosztowała. Ale jeśli chodzi o świadomość tego wszystkiego, to miałam wtedy 19 lat. Moim priorytetem były jednak studia, a nie to, że moje piosenki nagle były numerem jeden we wszystkich stacjach radiowych. Dzisiaj, z perspektywy czasu, podchodzę do muzyki, pisania piosenek i swojej kariery dużo dojrzalej. Mam większą świadomość tego, jak chciałabym, żeby ta kariera wyglądała, czego od niej oczekuję i co jest dla mnie ważne. I dopiero teraz widzę, jak wiele już wtedy miałam.
W wieku, w którym wiele osób dopiero zastanawiało się, kim chce być, Ty już musiałaś odpowiadać na pytanie, kim jesteś jako artystka. Czy dzisiaj wiesz to lepiej niż wtedy, czy może wręcz przeciwnie, pozwalasz sobie już nie wiedzieć?
Wiesz co, ja zawsze wiedziałam i cały czas wiem, kim jestem w tym wszystkim. Tylko zmieniające się realia potrafią bardzo to zniekształcać i weryfikować. Czasem skutecznie zabierają mnie z tej drogi. Gdyby chodziło tylko o siedzenie w studiu i pisanie piosenek, nie miałabym żadnych wątpliwości, jak to wszystko powinno wyglądać. Ale kiedy stawiamy krok dalej i chcemy pokazać to ludziom, funkcjonując w obecnym świecie i korzystając z dzisiejszych środków przekazu, wszystko robi się wtedy dużo bardziej skomplikowane. To potrafi bardzo zniekształcić ten idealny obraz muzyki, który mam w głowie.
Powiedziałaś teraz coś, co w wywiadach powtarza mi wielu artystów: że sam moment tworzenia, ten kreatywny etap, jest tak naprawdę najfajniejszą częścią tego zawodu. Oczywiście poza występami. Bo cała reszta wiąże się już z wieloma innymi rzeczami, jak wywiady, sesje zdjęciowe czy nawet czymś, na co zupełnie nie mamy wpływu, jak viral na TikToku.
Szczerze, im dalej w las, tym bardziej mam poczucie, że to wszystko, co robię, jest w dużej mierze niezależne ode mnie. Mam wpływ na to, jak coś może wyglądać, ale to jest może jedna dziesiąta tego, co dzieje się z tym później. Wypuszczam coś w świat i właściwie przestaję mieć nad tym kontrolę. Oczywiście, jakiś wpływ nadal mam, ale później wszystko zależy od tak wielu subiektywnych opinii, także kilku osób, które mogą zdecydować, co wydarzy się dalej, że bywa to trudne.
Z drugiej strony, jeśli chodzi o świadomość bycia na scenie, to jestem na niej już, nie wiem, 12 czy 13 lat. Oczywiście mam lepsze i gorsze momenty. Czasem mam ochotę rzucić to wszystko i pójść do normalnej pracy. Mieć poczucie, że przynajmniej będę wiedziała, ile zarabiam, w jakich godzinach pracuję i co konkretnie mam zrobić. Ale za każdym razem, kiedy znowu wychodzę na scenę, wraca do mnie myśl, że po prostu kocham to robić. Ostatecznie tylko to się liczy.
Fot. Łukasz Ziętek
No właśnie, a Ty w pewnym momencie zrobiłaś też coś, co z perspektywy świata show-biznesu czy muzyki mogło wydawać się trochę nieracjonalne. Wyjechałaś na studia za granicę, choć oczywiście cały czas byłaś aktywna twórczo. To była trochę ucieczka od Natalii Nykiel? Próba odzyskania tej Natalii spoza sceny?
Z mojej strony to absolutnie nigdy tak nie wyglądało. Wyjechałam na studia tylko na pół roku, co trzy tygodnie wracałam do Polski, bo wtedy wydawałam „Origo”. Za tę płytę dostałam zresztą Fryderyka, więc dla mnie to było bardzo intensywne pół roku. Ludzie mój wyjazd potraktowali jako wyprowadzka z Polski.
Czyli Twoim zdaniem to było po prostu błędnie interpretowane?
Bardzo. To jest mocno nadinterpretowane. Szczerze mówiąc, ludzie do tej pory pytają mnie, czy mieszkam w Portugalii. Co jest generalnie bardzo śmieszne. Miałabym ochotę powiedzieć, że tak, ale niestety nie dorobiłam się tam chaty nad morzem. Ludzie bardzo lubią oceniać innych i dopowiadać sobie, że jeśli ktoś robi jedną rzecz, to na pewno rezygnuje z innej. Że w życiu zawsze musi być „albo–albo”. A ja jestem ostatnią osobą, która chciałaby tak myśleć, bo przez całe życie miałam wiele różnych rzeczy, które nigdy się ze sobą nie wykluczały. Uważam, że nie można myśleć o życiu w taki sposób: albo masz to, albo masz tamto. Te rzeczy można mieć w tym samym czasie i one mogą się wzajemnie przenikać. Wystarczy dobrze sobie wszystko poukładać, zorganizować i po prostu chcieć to robić.
W moim życiu było bardzo dużo takich rzeczy, które nie były związane z muzyką, ale działy się równolegle z nią i przynosiły mi mnóstwo fajnych doświadczeń. I cały czas przynoszą. Tak samo jest z moją zajawką rowerową. Mam ostatnio wrażenie, że branżowo jest ona odbierana tak, jakbym teraz już tylko jeździła na rowerze, a nie robiła muzyki. Co jest przecież absurdalne.
Od razu przyszedł mi do głowy Harry Styles, który biega maratony i jakoś nikt nie zastanawia się, czy rzuca muzykę, bo teraz biega.
Dokładnie o to chodzi. Mam wrażenie, że w przypadku kobiet jest jakieś przyzwolenie na to, że kobieta może być tylko jedną swoją odsłoną.
Jak chodzi w szpilkach, to już nie może chodzić w adidasach. Jak chodzi w dresach, to gdzie jej do sukienki? Denerwuje mnie to, bo uważam, że właśnie te przeciwieństwa bardzo dużo do siebie wnoszą.
Moja zajawka rowerowa przyniosła mi na przykład przy okazji tej płyty co najmniej dwie bardzo mocne piosenki. I one w ogóle nie są o rowerze. Ale ten świat, w którym jestem trochę jedną nogą, dał mi bardzo konkretne, nowe znajomości, które nie wydarzyłyby się w moim codziennym życiu. Zwyczajnie zaprowadził mnie w miejsca, do których inaczej prawdopodobnie nigdy bym nie trafiła.
Mam wrażenie, że w przeciwieństwie do początków kariery coraz bardziej pozwalasz sobie na inne pasje i hobby, znajdujesz czas na rzeczy niezwiązane z muzyką. Jest jeszcze coś, czego nie wiemy o Natalii Nykiel?
Z pewnością. Wychodzę z założenia, że żeby pisać piosenki, które nie są ciągle o tym samym i nie są banalne, trzeba coś w życiu przeżywać. Trzeba wychodzić w stronę życia, żeby w ogóle mieć te doświadczenia. Być ciekawym świata, ludzi, nowych rzeczy. Bo ile można napisać piosenek o swoim eks? Ile czasu można poświęcać jednej czy drugiej osobie? Człowiek chce iść dalej. Ja chcę iść dalej, rozwijać się. Jestem po prostu ciekawa świata. Lubię się uczyć, ciekawi mnie to, co jest wokół mnie. Nie wyobrażam sobie, żebym miała zamknąć się tylko w jednym świecie. Zwłaszcza że mój zawód opiera się na kreatywności, a kreatywność trzeba czymś pobudzać. Ona oczywiście spełnia się w studiu, ale nie zawsze musi się tam też rodzić. Bardzo często może być pobudzana zupełnie gdzie indziej.
Kolarstwo jest pod tym względem ciekawe, bo tam nie da się „zagrać” sukcesu. Nie da się przekonać podjazdu, żeby był trochę łatwiejszy. Czego rower nauczył cię o sobie, czego nie nauczyła cię muzyka?
Myślę, że masy rzeczy. Ale na pewno jest to sfera, która bardzo mnie odciąża emocjonalnie. Pozwala mi odciąć się od stresów związanych z byciem w tej branży.
Twój nowy singiel „To tylko ciąg dalszy” opowiada o rozstaniu, ale nie jako wielkim dramacie, tylko o momencie, kiedy dwie osoby orientują się, że zaczęły iść w różne strony. Czy łatwiej jest Ci dziś odejść od czegoś, co już Ci nie służ, niż kilka lat temu?
Przypomniała mi się teraz świętej pamięci Dolly Parton, która w jednym z wywiadów dostała pytanie, czy popełnia jakieś błędy. Odpowiedziała, że nie, bo wszystko, co teoretycznie można by nazwać błędem, potrafiło jej przynieść bardzo dużo dobrych rzeczy. Nawet jeśli coś nie poszło tak, jak chciała, ostatecznie wynikało z tego coś dobrego.
Myślę, że nie wszystko, co nam się przydarza, musi być złe. Oczywiście są tragedie, o których trudno w ten sposób mówić, ale jeśli skupimy się na takich codziennych, życiowych sprawach, nawet na nieudanych związkach, to uważam, że z każdego można wyciągnąć coś dobrego. Skoro spędziło się z kimś jakiś czas, a tego akurat nauczyła mnie moja koleżanka, to głupio byłoby później, po rozstaniu, mówić o tej osobie wyłącznie źle. Przecież przez jakiś czas byliśmy razem, wierzyliśmy w tę osobę, uważaliśmy, że jest dla nas dobra, skoro zdecydowaliśmy się spędzić z nią tyle czasu. Po prostu w pewnym momencie coś mogło nie pójść. Dlatego jestem daleka od tego, żeby po czasie nazywać swoich eksów złymi ludźmi. Po prostu nie udało się i tyle. Dobrze jest to puścić wolno. To, co mogliśmy sobie nawzajem dobrego dać, już sobie daliśmy, a teraz idziemy dalej. I nie widzę w tym nic złego.
A Tobie jest łatwiej odejść od czegoś, co Ci nie służy, niż kilka lat temu? Nie mówię wyłącznie o relacjach uczuciowych, ale też o sprawach zawodowych.
Nie, to nie jest łatwe. Jestem osobą, która bardzo mocno trzyma się swoich postanowień. Jeśli sobie coś postanowię i uznam, że coś jest właśnie takie, bardzo trudno mi później zaakceptować, że w rzeczywistości może być inaczej. I to jest trudne. To jest duża sztuka, której prawdopodobnie uczymy się przez całe życie. Przynajmniej ja.
Zawsze miałem wrażenie, że jest w Tobie sporo potrzeby kontroli – nad muzyką, własnym wizerunkiem, decyzjami. Jesteś takim control freakiem?
Ostatnio odkryłam, że mam to po mamie. Moja mama też bardzo lubi mieć dużo kontroli i ja zaczynam to po niej przejmować. Wydaje mi się, że trochę wynika to też z tego, że jest sporo sfer, szczególnie związanych z wydawaniem muzyki, na które nie mam wpływu. Więc trochę przenoszę ten mój wpływ na rzeczy, na które realnie mogę go mieć, i staram się trzymać je w ryzach. Może to nie jest zdrowe, ale czasem tak mam.
Ta nowa muzyka ma być początkiem nowej ery i nowego brzmienia. Mogłabyś powiedzieć o tym coś więcej?
To będzie bardzo elektroniczna płyta. Singiel „To tylko ciąg dalszy” jest trochę moim manifestem takiej klasycznej, mocnej, popowej, pięknej, wyniosłej piosenki. Brakuje mi takich utworów we współczesnej muzyce, także jako słuchaczce. Bardzo zależało mi, żeby mieć taki duży, popowy numer. Oczywiście kocham smyki, więc zawsze je gdzieś przemycam. Tutaj mają swój moment, ale w innych, bardziej elektronicznych numerach też ich trochę będzie. Tym pierwszym utworem z nowej płyty chciałam pokazać, że muzykę popową też można wznieść na jakiś poważny, porządny poziom. Mam nadzieję, że fani właśnie tak to odczytają.
Dlatego między innymi zaprosiłam do tej piosenki Radka Łukasiewicza, który jest wybitnym autorem tekstów. Lubię zapraszać gości na swoje płyty i tym razem będzie ich czterech, właśnie takich tekstowych. Bardzo zależało mi, żeby Radek napisał tekst do tego konkretnego numeru, bo kiedy tworzyliśmy go z 4Money, który jest producentem i współautorem piosenki, mieliśmy poczucie, że to jest naprawdę duży numer. Chcieliśmy więc zrobić absolutnie wszystko, żeby ta piosenka była jak najlepsza.
A oddałaś Radkowi całą warstwę liryczną, czy jesteś współautorką tekstu?
Tekst do tej piosenki w całości napisał Radek. Powstawał on przez dwa miesiące. Spędziliśmy masę godzin na telefonie, Radek może to potwierdzić. To jest moja osobista historia, ale napisana słowami Radka. Na płycie będą także moje teksty.
Zdecydowałaś się przy okazji tego projektu nawiązać współpracę z producentami, z którymi wcześniej nie pracowałaś?
Tak. I to jest na pewno wyjątkowe w tej płycie. To też sprawia, że trochę stresuję się jej premierą, ale jednocześnie jestem bardzo podekscytowana. Chyba właśnie dlatego tak długo jej nie wydawałam. Szukałam odpowiednich producentów, z którymi mogłabym ją zrealizować. Po „Regnum” razem z Foxem (Michałem „Foxem” Królem – przyp. red.), stwierdziliśmy, że na razie nasze drogi się rozchodzą i każdy robi swoje rzeczy. Oczywiście w totalnej zgodzie. Nic się między nami nie wydarzyło, cały czas mamy świetny kontakt i jesteśmy w sztamie. Ja jednak, żeby dalej się rozwijać, musiałam zrobić krok w bok i wyłożyć sama przed sobą karty na stół. Zapytać siebie: ile jest Natalii Nykiel bez Foxa, który produkował większość moich płyt? Dla własnego rozwoju i dla poczucia siebie jako artystki po prostu musiałam to sprawdzić.
A nie było łatwo znaleźć kogoś, kto sprostałby tej współpracy. Fox jest producentem z najwyższej półki, a ja przez cztery płyty zostałam trochę „wytresowana” przez niego do pracy na takim poziomie. Wiedziałam więc dokładnie, czego szukam i jak lubię pracować. Potrzebowałam kogoś, kto będzie w stanie temu sprostać, a najlepiej jeszcze wnieść coś nowego. Udało mi się to zrobić. Producentów na tej płycie jest dwóch: Michał Lange i 4Money (Mateusz Dec). Mniej więcej połowę piosenek zrobiłam z Michałem, a połowę z Mateuszem. Mateusz jest też producentem całego albumu, bo później pracował jeszcze nad tym, żeby wszystkie te piosenki brzmiały jak jeden spójny album. Teraz, kiedy już wiem, jak ta płyta brzmi, jak się nazywa i jak to wszystko wygląda, jestem naprawdę bardzo zadowolona z efektu. To jest chyba taka płyta, którą zawsze chciałam nagrać.
A co dla Ciebie w tej nowej odsłonie jest najbardziej ekscytujące?
Kurczę, szczerze mam wrażenie, że zaczynam od nowa. (śmiech)
Okej. (śmiech) To ciekawe słowa jak na osobę, która od kilkunastu lat jest na scenie.
Tak, ale ja mam w sobie takie poczucie, że świat się zmienił. To nie jest już ten sam świat, w którym wydawałam „Bądź duży”, „Error” czy „Spokój”. To jest zupełnie inny świat. Wszystko się zmieniło. Oczywiście z moim nazwiskiem jest teraz trochę łatwiej coś zdziałać. Ale mam w sobie poczucie, że muszę się przynajmniej starać tak, jakbym zaczynała od nowa. I to jest też w pewnym sensie ekscytujące.
Myślę, że świetnie o Tobie świadczy to, że przez te wszystkie lata nie wdarła się w Twoją karierę jakaś rutyna i nie nie uderzyła Ci do głowy sodówka.
Jak przez 12 lat nie uderzyła, to chyba już nie uderzy. (śmiech)
A miałaś takie momenty, kiedy wydawało Ci się, że jesteś niebezpiecznie blisko tej granicy? Że bliscy albo znajomi musieli cię trochę ściągać na ziemię, kiedy zaczynałaś odlatywać?
Wydaje mi się, że trochę jest tak, że wariat nie wie, że zwariował. Gdyby sodówka uderzyła mi do głowy, pewnie sama bym tego nie zauważyła. Dlatego warto mieć wokół siebie dobrych ludzi, którzy potrafią skutecznie trzymać cię w ryzach. Ale wydaje mi się, że nie. Na co dzień jestem chyba bardzo zwykłą dziewczyną, w najlepszym tego słowa znaczeniu. I lubię to w sobie. Mam proste potrzeby, cieszą mnie proste rzeczy.
Okej. Jestem bardzo ciekaw odpowiedzi na trochę bardziej abstrakcyjne pytanie. Gdybyś mogła porozmawiać z Natalią z 2014 roku, tuż przed wydaniem „Lupus Electro”, przed czym najbardziej chciałabyś ją ustrzec?
Przed niczym. Powiedziałabym jej: „Go girl!” i jazda. Jazda bez trzymanki. Wszystko ogarniesz.
Czyli uważasz, że wszystko, czego doświadczyłaś, musiałaś po prostu przeżyć i zrozumieć sama?
No tak. Mam w ogóle takie poczucie, że rzeczy dzieją się w jakimś konkretnym celu. Oczywiście czasami mam dni, kiedy bardziej mnie to denerwuje, a czasami myślę: „Okej, universe. Skoro tak ma być, to niech tak będzie”. Tyle rzeczy po drodze się wywróciło, a później właśnie dzięki tym sytuacjom wydarzyło się coś dobrego, że chyba nauczyłam się temu ufać. Ufam, że dobra energia przyciąga dobrą energię, i tyle.
Pytam o to nie bez przyczyny. Wiemy, jak wygląda show-biznes i ile pułapek czyha na każdym kroku, szczególnie na młodą artystkę. To nie jest łatwa branża, zdarzają się sytuacje, które mogą mocno człowieka doświadczyć. Byłaś świadkiem rzeczy, które mogły Cię złamać, ale tak się nie stało, bo miałaś swój kręgosłup moralny i dobre osoby wokół siebie?
Myślę, że na pewno wyszłam z domu z bardzo mocnym kręgosłupem moralnym. Zawdzięczam to moim rodzicom i rodzeństwu, szczególnie mojej siostrze.
Przyszła mi do głowy taka śmieszna myśl. Kiedy przyjechałam do Warszawy i weszłam w ten świat, po prostu trafiłam na bardzo fajnych i mądrych gejów.
To jest bardzo dobra myśl.
I mam ich do tej pory. Przez te 12 lat bardzo mnie chronili. Ta branża jest mała, więc siłą rzeczy wiem i widziałam sporo rzeczy. Na szczęście nigdy nie musiałam być jednak aż tak blisko ludzi, żeby uczestniczyć w sytuacjach, które byłyby dla mnie naprawdę nieprzyjemne. Pod tym względem myślę, że zostałam skutecznie ochroniona przez moich gejów. (śmiech)
Wiem, że trudno jeszcze rozmawiać o albumie, który nie ujrzał światła dziennego. Ty już go znasz, my jeszcze nie. Wiemy jednak, że będzie mocno elektroniczny, że pracowałaś z nowymi producentami i że nie chcesz w kółko śpiewać o tym samym. Możesz zdradzić coś jeszcze?
Na pewno bardzo chciałam na tej płycie konkretnie pośpiewać. Mam wrażenie, że szczególnie dwie piosenki, w tym singiel, są pod względem wokalnym najtrudniejszymi utworami, jakie kiedykolwiek sobie napisałam. Już teraz jestem przerażona, że będę musiała śpiewać je na żywo. (śmiech) Warunki studyjne dają jednak dużo większy komfort. Ale to też jest kwestia rozwoju, więc fajnie czasem przesuwać swoją granicę komfortu trochę dalej.
Jestem z tych piosenek bardzo dumna. Mam też wrażenie, że wszyscy – szczególnie branżowo – oczekiwali ode mnie płyty wesołej, radiowej, popowej, a ja zrobiłam coś zupełnie innego. Mrocznego, elektronicznego, może trochę nocnego.
Wiem, że dla wielu osób, które znają mnie na co dzień albo z wywiadów, może być to zaskakujące. Skoro jestem energiczna, pozytywna, uśmiechnięta i zawsze wysyłam dobrą energię, można by się spodziewać, że taka sama będzie moja muzyka. A ja po prostu kocham nostalgię.
Fot. Łukasz Ziętek
Jestem osobą, która będzie jechała pociągiem, patrzyła przez szybę, po której spływają krople deszczu, i kultywowała w sobie ten piękny, nostalgiczny smutek, wyobrażając sobie, że jest w teledysku. (śmiech) I właśnie takich emocji, których mam w sobie bardzo dużo, jest na tej płycie najwięcej. One po prostu zawsze uaktywniają się we mnie, kiedy zaczynam zajmować się muzyką. Na co dzień zresztą w ogóle nie lubię wesołych piosenek. Jestem jesieniarą. Rozmawiamy w sierpniu, a ja już słucham jesiennych playlist, bo nie mogę się doczekać jesieni. Jestem totalnie nostalgiczną osobą, jeśli chodzi o muzykę. Muzyka budzi we mnie właśnie taki klimat i dużo tego będzie na tej płycie.
To ciekawe, co mówisz, bo jakiś czas temu rozmawiałem z Jessie Ware przy okazji premiery jej ostatniego albumu. Mówiła mi, że choć tworzy dziś bardziej taneczną muzykę niż na początku kariery, w tekstach wciąż lubi dotykać trudniejszych emocji. Wspominaliśmy wtedy o takich utworach jak „Dancing on My Own” czy „I Will Survive”. To często są przecież piosenki, przy których chce się tańczyć, a jednocześnie ich teksty są bardzo bolesne.
To są najlepsze piosenki.
Właśnie. Kiedy nie wsłuchujemy się w tekst, może nam się wydawać: „O, fajna piosenka do poruszania nóżką i bioderkiem”, a tymczasem to często naprawdę rozdzierające utwory.
To jest moja bajka na maksa. Pamiętam, że kiedy zaczynałam pracę nad tą płytą, chyba trzy lata temu, i byłam jeszcze na etapie szukania producentów i rozmów o potencjalnych współpracach, moim pierwszym hasłem było: piosenki do tańca i do płaczu jednocześnie.
Dokładnie tego określenia użyła Jessie.
Zawsze miałam w głowie właśnie taką wizję piosenki. Pamiętam, jak kiedyś na Open’erze Lorde występowała z „Melodramą”. I podczas „Green Light” łzy lały mi się po prostu jak deszcz, a jednocześnie tańczyłam jak szalona. To jest dla mnie niezwykle elektryzująca emocja. Jeśli ktoś odnajdzie ją na tej płycie, będzie mi naprawdę bardzo miło.
Gdybyś mogła zachować na wszystkie kolejne lata życia jedną rzecz, którą masz dzisiaj – cechę, sferę życia, doświadczenie, cokolwiek – co by to było?
Kurde, to jest skomplikowane pytanie. Pierwsze, co przyszło mi do głowy, kiedy pomyślałam o tym wszystkim…
Pierwsza myśl jest najlepsza.
Święty spokój.
Tak. To jest bardzo cenne.
Święty spokój, niski kortyzol. (śmiech) Tylko to jest trudne, bo nie wiem, co właściwie miałoby ten święty spokój generować. Czy coś konkretnego ze sfery muzycznej, prywatnej czy związanej z pasją, nie wiem. Ale życzyłabym sobie jak najwięcej właśnie takiego spokoju, bo myślę, że to jest bardzo cenne w czasach, w których żyjemy.
Oj tak.
I bardzo trudne do osiągnięcia.
No to życzę Ci bardzo dużo tego świętego spokoju.
Ale możesz mi też trochę podrzucić chaosu, bo przy tej płycie trochę nam się przyda. Tylko takiego dobrego. Niech się kręci.
Dużo dobrego zamieszania, niech będzie głośno. Mocno trzymam kciuki. I bardzo czekam na tę płytę. Myślę, że wiele osób też czeka, żeby usłyszeć, co przez te lata się u Ciebie wydarzyło.
Mam nadzieję, że moi fani z dawnych lat przypomną sobie o mnie i też będą czekać ze mną na premierę. Bo ja już też czekam.
Dziękuję Ci za rozmowę.
Dzięki.