Agnieszka Radomska - „Kocham cię” nie przejdzie mu przez gardło, ale umyje dla ciebie dziesięć samochodów. Psycholog wyjaśnia, dlaczego to też może być miłość
00:00
21:01
Jeżeli kogoś kochamy, manifestujemy to słowami, gestami, czynami. Różnimy się pod tym względem, czasem wyraźnie, co może prowadzić do wątpliwości, rozczarowań, frustracji. O to, jakie znaczenie dla relacji ma „język miłości” każdego z partnerów, pytamy psychologa Pawła Droździaka.
- Dlaczego jedna osoba potrzebuje słyszeć „kocham cię”, a drugiej łatwiej okazać uczucie czynami? Psycholog Paweł Droździak wyjaśnia, skąd biorą się te różnice.
- Kwiaty, pamiętanie o rocznicach, drobne przysługi, dotyk – to, co dla jednej osoby jest dowodem miłości, dla drugiej może nie mieć większego znaczenia. A nawet budzić niechęć.
- Czy wystarczy powiedzieć partnerowi, czego potrzebujemy? Niekoniecznie. Jak zauważa ekspert, spełnienie prośby nie zawsze daje nam to, na czym naprawdę nam zależy.
- „W milczeniu może być jej więcej niż w gotujących się od emocji opowieściach” – mówi Paweł Droździak o uwadze, którą okazujemy bliskiej osobie. Czasem miłość wygląda zupełnie inaczej, niż się spodziewamy.
Wywiad pochodzi z magazynu „Sens” 09/2026.
Agnieszka Radomska: Nie istnieje uniwersalny przepis na okazywanie uczuć. Robimy to na rozmaite sposoby, mówiąc o miłości wprost albo udowadniając ją w działaniu. Dlaczego czasem tak trudno się w tym spotkać?
Paweł Droździak: Chodzi nawet nie o konkretne słowa czy zachowania, ale o to, że ludzie nadają różne znaczenie tym samym rzeczom. Weźmy pierwszy z brzegu przykład – walentynki. Jedna osoba z pary czuje, że walentynki to romantyzm, bliskość, pamiętanie o ważnych datach – ten dzień ma dla niej znaczenie symboliczne. Drugiej osobie to samo święto może się kojarzyć wyłącznie z komercją, fatalną estetyką, a także z ustalonym z góry scenariuszem, w którym czuje się zmuszona zagrać rolę napisaną dla niej przez kogoś innego. Wówczas nic nie jest spontaniczne, tylko zaplanowane, a być może nawet cała sytuacja przypomina egzamin – pamiętałem o walentynkach czy zapomniałem? – co w głowie kogoś takiego kompletnie nie ma związku z uczuciami do drugiej strony. Podobnie może być ze wszystkim: z dawaniem kwiatów, pamiętaniem o datach czy z dotykiem.
Dla jednej osoby dotyk może być oznaką bliskości, pożądania, opieki, troski, czułości. Dla innej sygnałem, że za chwilę pojawią się jakieś żądania, albo na przykład formą testu sprawdzającego gotowość czy nawet próbą przekroczenia, bo są ludzie, którzy tak interpretują dotyk w momencie, gdy go nie zaplanowali.
Mówiąc o różnych językach miłości, czasami mamy na myśli ewidentny brak, który może wyrażać się w żalu czy pretensji: dlaczego nie okazujesz mi uczuć w sposób, który jest mi bliski i dla mnie zrozumiały? Ale to jest jedynie wierzchnia warstwa problemu. Bo nie jest tak, że nie okazujemy uczuć w zrozumiały dla drugiej osoby sposób, ponieważ się tego nie nauczyliśmy. Wyrobienie nawyku kupowania kwiatów na walentynki, nawet jeśli są one dla kogoś niewiele znaczącym festiwalem tandety, nie jest szczególnym wyzwaniem. Większym problemem jest fakt, że ten inny sposób ma dla nas fundamentalnie inne znaczenie niż dla drugiej osoby.
Gary Chapman, autor koncepcji języków miłości, wymienia pięć podstawowych form, w jakiej ją okazujemy: przez wyrażenia afirmatywne, podarunki, dobry czas spędzany razem, działanie, a więc nawet drobne przysługi, i dotyk, o którym wspomniałeś. Często dajemy to, co chcielibyśmy dostać – na przykład słowa „kocham cię”, które sami potrzebujemy regularnie słyszeć, zamiast czynów potwierdzających uczucia, jak zrobienie komuś rano kawy, co dla tej drugiej strony jest akurat ważniejsze. Czy to może być problem?
Taka różnica pewnie może rodzić napięcia, ale znów: nie chodzi tylko o zachowanie czy technikę komunikacji. Pod spodem zawsze jest drugie dno; to ma odzwierciedlenie, po pierwsze, w historii życia tej osoby, a po drugie, w jej systemie wartości.
Wymieniłaś słowa jako dowód miłości, tyle że dla jednej osoby mówienie generalnie jest czymś, bez czego nie można żyć, a dla innej właśnie z racji doświadczeń słowa są raczej czymś bez pokrycia.
Być może pierwsza z nich wychowała się w rodzinie, gdzie mówienie było podstawowym sposobem, w jaki ludzie się łączyli, miało treść, coś znaczyło, było ważne. Druga z kolei wyszła z domu, w którym słowa nie miały wartości, rodzice mówili to, co należy czy wypada; albo mówili jedno, a robili drugie, więc trudno z takim doświadczeniem mieć do słów szacunek. Weźmy taki przykład: ona chciała usłyszeć „kocham cię”, a on zamiast tego z miłości umył jej samochód. Możemy na tę sytuację patrzeć na poziomie behawioru, zakładając, że przecież on pewnych zachowań może się nauczyć, wyrobić sobie nawyk mówienia tych dwóch słów pięć razy dziennie, skoro to dla niej ważne. Ale możemy popatrzeć także na poziomie głębszego sensu i zastanowić się, czym dla kogoś jest dane zachowanie.
Niektórzy ludzie poruszają się w życiu bardziej na poziomie konkretu, w wymiarze materialnym, dla innych bardziej liczą się abstrakcje. Niebezpieczeństwo rozjazdu w takiej parze polega nie tylko na tym, że ona nie dostała tego, czego oczekiwała, czyli słów „kocham cię”, ale i na tym, że dostała coś, co dla niej niewiele znaczy, bo dla niej umycie samochodu jest banalne.
Może taki gest odczytywać nie jako dowód miłości, a dowód na to, że on nie rozumie i nie dostrzega uczuć, jest płytki, przyziemny. Natomiast z jego perspektywy sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Dla niego słowa są niepewne, można ich używać do manipulacji, tymczasem rzecz pozostaje. Zrobienie rzeczy on musiał zaplanować, włożyć w to czas i energię, więc to ma o wiele większą wartość niż ulotne słowa. Dlatego nie rozumie, czemu ona nie docenia tego, co jego zdaniem jest akurat najbardziej solidne.
Mnie się wydaje, że okazywanie sobie uczuć musi być przynajmniej do pewnego stopnia negocjowalne. Gdy ludzie się poznają, wypracowują własny kod komunikacji, chociażby unikalne dla pary poczucie humoru. Czy z językami miłości może być podobnie?
Jeśli mówimy o ludziach, którzy są w miarę elastyczni, mają trochę psychicznego luzu, to jest szansa, że pewne rzeczy sobie przedefiniują, dostroją się do siebie. Ale są też osoby bardzo mocno przywiązane do swojego wyobrażenia o tym, jak okazuje się miłość, do tego stopnia, że każda inna forma jest dla nich nieakceptowalna i o negocjacjach nie może być mowy. Czasami wynika to z przyzwyczajeń, nawyków wyniesionych z domu, hierarchii wartości, innym razem z urazu czy nawet traumy.
Dlaczego on nie daje jej kwiatów, które dla niej byłyby najcenniejszym dowodem, że jest dla niego ważna? Być może dlatego, że kwiaty kojarzą mu się wyłącznie z Dniem Nauczyciela albo imieninami cioć. Kwiaty to dla niego zestaw zachowań związanych z udawaniem pewnych emocji, bo jako mały chłopak wiecznie słyszał: uśmiechnij się ładnie i daj cioci czy pani bukiecik.
Wyobraźmy sobie, że to jeszcze było powiązane z płcią, bo opiekowały się nim wyłącznie kobiety i to one między sobą komentowały, czy uśmiechnął się już wystarczająco ładnie, czy jeszcze nie i jakie ma wspaniałe, długie rzęsy. Jeśli on kwiaty kojarzy z czymś dokładnie odwrotnym niż jego partnerka, mamy gotowy konflikt.
Z tymi znaczeniami to jest grubsza sprawa. Załóżmy, że ona wraca zmęczona z pracy. On wie, że ona zaraz wróci, więc mógłby podgrzać jej zupę, przewidzieć, że będzie głodna. Nie podgrzewa, tylko siedzi na kanapie. Dla niej to może być ewidentny dowód, że on jej nie kocha, bo o niej nie myśli.
I możliwe, że ona ma rację. Że on faktycznie o niej wcale nie myśli. A może jest typem człowieka, który w ogóle myśli tylko o sobie i jest przyzwyczajony do ciągłej obsługi? Albo generalnie zawala rzeczy, raczej odkłada sprawy, niż je robi, nie jest z natury aktywny? Możliwych jest wiele wyjaśnień, jednak zupełnie spokojnie mogę sobie wyobrazić i taką sytuację, w której on przez ostatnie trzy godziny siedział na kanapie i myślał właśnie o niej, ale... nie o tej zupie. Sprawa może też dotyczyć zupełnie banalnej kwestii jak postrzeganie linii czasu, bo pod tym względem ludzie się diametralnie różnią i stąd na przykład bardzo częsty w związkach spór o daty. Dla jednego człowieka daty mogłyby nie istnieć, dla drugiego są piekielnie istotne. I to jest w moim poczuciu akurat niezależne od płci.
O czym świadczy fakt, że ona akurat 14 lutego zapisała się na całodzienne szkolenie? O tym, że go nie kocha, skoro to są przecież walentynki?! Dla niego pewnie tak, podczas gdy ona kompletnie nie skojarzyła dnia szkolenia z walentynkami, bo ma je w głębokim poważaniu.
Ludzie naprawdę bardzo różną wagę przywiązują do wszelkich dat, urodzin, rocznic, a najgorsza sytuacja jest wtedy, kiedy milcząco zakładają, że ich znaczenie jest uniwersalne, więc proste w interpretacji dla wszystkich. Gdyby pociągnąć scenkę ze szkoleniem w walentynki, ona mogłaby potoczyć się tak: kobieta pakuje się na szkolenie. On czeka, aż ona sobie przypomni, że dziś wyjątkowy dzień. Ona sobie nie przypomina, bo jest zajęta pakowaniem. On się więc obraża i milczy – wymownie, ale tylko dla siebie. Dla niej to milczenie nie jest wymowne, bo ona nie wie, o co chodzi, ale jest też zła, bo on milczy i nic nie robi, a mógłby jej pomóc z tym pakowaniem – oczywiście gdyby ją kochał. Nie pomaga, więc ewidentnie jej nie kocha! Potem ona wraca ze szkolenia, ale wciąż sobie nie przypomniała o walentynkach. On, obrażony, nie pyta, jak jej poszło. W ogóle nie daje jej uwagi, nie interesuje go jej rozwój, jej sukcesy, a przecież człowieka, który kocha, takie rzeczy obchodzą! W efekcie następuje eskalacja totalnego nieporozumienia, którego źródłem, wbrew pozorom, wcale nie jest różnica języków miłości, a właśnie przypisanie znaczeń rzeczom i sytuacjom na sztywno.
Czy w takim razie nie należałoby po prostu o tym mówić? Na pewnym etapie związku komunikować wprost: ważne albo nieważne są dla mnie kwiaty, rocznice, umyte samochody?
Oczywiście, jeżeli nigdy nie poruszymy tego w rozmowie, pewnie w kółko będziemy się zderzać z problemami dość powierzchownymi. Jednak prawda jest taka, że rzecz nazwana, zakomunikowana, o którą na przykład poprosimy wprost, nigdy już nie będzie tą samą rzeczą, gdy ją otrzymamy.
Kontekst wszystko zmienia. Przecież w tych kwiatach nie chodzi fizycznie o bukiet, ale o intencję. Komunikując potrzebę wprost, możesz zmienić czyjś behawior i sprawić, że on faktycznie pójdzie do kwiaciarni i bukiet kupi, ale przecież nie do końca w tym rzecz. Chodzi o raczej o to, żeby on chciał to zrobić, chodzi o intencję, której otwarcie się komunikując, niestety nie uzyskasz.
Bywa, że życzenie spełnione w odpowiedzi na konkretną prośbę zaczyna być swoją własną karykaturą. Nawet nie złośliwością typu: „Chciałaś kwiaty, proszę bardzo, masz kwiaty, teraz jesteś zadowolona?”, tylko bardzo sztywnym, responsywnym zachowaniem, w którym nie ma autentyczności, a jest odegranie narzuconej roli.
Dodatkowo spełnianie czyichś oczekiwań w dokładnie takiej formie, w jakiej on sobie wyobraża, nigdy nie jest całkiem neutralnym psychologicznie aktem. Są ludzie o takiej konstrukcji psychicznej, że gdy tylko ktoś czegoś od nich chce albo, co gorsza, się domaga, pojawia się w nich sprzeciw. Jeśli temu ulegną, będą mieli poczucie, że w jakimś sensie utracą siebie. Wszelkie negocjacje mogą być wówczas niezwykle trudne. Dla kogoś takiego danie drugiej osobie satysfakcji przez podporządkowanie się jej oczekiwaniom oznacza, że on niejako staje się narzędziem tej satysfakcji, a to jest dla niego nie do zniesienia.
Nie można chociaż spróbować być autentycznym, robiąc coś, co dla osoby, którą się kocha, ma tak duże znaczenie? Albo trochę odpuścić i nie upierać się tak przy tych kwiatkach czy wyznaniach, za to zauważyć coś innego, w czym objawia się miłość?
Można, ale tylko jeśli oboje są w stanie zajrzeć pod swoją własną podszewkę. Bo jeśli to się odbywa na sztywno – albo pamiętasz o rocznicach, albo z nami koniec – nie ma w ogóle pola do jakiejkolwiek refleksji. Ono się pojawia wtedy, gdy każde z nich jest w stanie przyjrzeć się samemu sobie i zadać pytania: Skąd mi się to właściwie wzięło? Dlaczego tak reaguję na ten typ święta, konkretne sformułowanie czy zachowanie albo jego brak? Co w moim życiu sprawiło, że to jest dla mnie wyzwalacz, że moje stanowisko jest tak sztywne, nienegocjowalne? Dopiero gdy odpowiemy sobie uczciwie, będziemy w stanie sami ze sobą nieco to zrelatywizować, trochę się odkotwiczyć, by potem poprzyglądać się oczekiwaniom już wspólnie z partnerem i być może nawet do pewnego stopnia je zmodyfikować.
Jest i taki aspekt, że często nie zdajemy sobie sprawy, jak trudne bywa dla innych to, co nam przychodzi z łatwością. Są ludzie, którzy woleliby umyć dziesięć samochodów na znak miłości i oddania niż wycedzić dwa słowa „kocham cię”, bo one po prostu nie przechodzą im przez gardło.
To jest dla nich za trudne, a zmuszanie ich do tego w jakiś sposób ich narusza. Jeśli z drugiej strony mamy z kolei osobę, którą narusza, że miałaby sobie oczekiwania odmówić, to para zaczyna mieć kłopot.
Trudno negocjować choćby dotyk, jeśli jedna strona go bardzo potrzebuje jako objawu miłości, a druga się przed nim wzbrania.
Dotyk pojawia się na poziomie przedwerbalnym – jako emocja, przeżycie, reakcja; czasami wtórnie – jako nawyk. I albo czerpiemy z niego satysfakcję, albo nie. Możesz kogoś nakłonić do dotyku albo – jeśli mowa o życiu erotycznym – sprawić, że zgodzi się na konkretną praktykę seksualną, czyli mówiąc brutalnie, wyprodukuje pewien rodzaj postępowania. Nie nakłonisz go jednak do odczuwania z niego satysfakcji, jeśli on sam tego w sobie nie odkryje, a często nie przepracuje, nawet w terapii. Są sytuacje związane z dotykiem, które wyraźnie sygnalizują, że potrzebna jest praca terapeutyczna. W życiu niektórych ludzi to prawdziwe pole minowe.
Pokonanie w sobie niechęci do dotyku to nie to samo co uporanie się z niechęcią do walentynek. Tu wprawdzie może być opór, bo to komercja, głupie święto, jednak operujemy raczej w obszarze znaczeń i skojarzeń, ale tych świadomych, a nie – jak w przypadku dotyku – najczęściej instynktownych.
Obchodzenia walentynek można się nauczyć, przekonać się do ich celebrowania, a nawet stwierdzić, że to całkiem fajna sprawa. Generalnie jeśli mamy do czynienia z różnicą ekspresji, nawyków czy świadomych znaczeń, w miarę łatwo o modyfikację, choć i w takim przypadku można włożyć kij w mrowisko.
Zgaduję, że znów mamy drugie dno?
Weźmy ważne daty, które są przyczyną sporu w wielu związkach. Jedno o nich pamięta, i to dla niego ważne, drugie w ogóle wszelkich rocznic nie respektuje. Teoretycznie można by się po prostu pamiętania i celebrowania nauczyć, wyrobić sobie nawyk, bo to na pierwszy rzut oka jedna z modyfikowalnych i negocjowalnych sytuacji. Jestem jednak w stanie wyobrazić sobie sytuację, w której ktoś daty ignoruje nie dlatego, że jest zabiegany, nieuważny albo potrzeby partnera są dla niego nieistotne, a dlatego, że zupełnie inaczej patrzy na relację. Pamiętanie o datach jest przejawem pewnego sposobu myślenia o relacji na osi czasu – procesie, który dokądś zmierza, ma kolejne etapy, początek, środek i koniec, na przykład, zgodnie z przysięgą małżeńską, śmierć. Ktoś w ten sposób patrzy na wspólne życie, bo tylko jako część wspólnego planu czuje się traktowany poważnie. Tymczasem druga osoba może nie chcieć żyć według planu, bo dla niej relacja dzieje się tu i teraz, teraz mamy oszaleć na swoim punkcie, bo tylko to świadczy o sile naszej miłości, a nie jakieś kolejne gody. I właśnie tutaj często jest głębsze źródło konfliktu, a nie w zapomnianej rocznicy.
Zwykle obu tym osobom chodzi o miłość, o zaangażowanie, tylko trochę inaczej je sobie wyobrażają. Myślę, że jeśli są w stanie do tych wyobrażeń dotrzeć i je sformułować, to i tak jest nieźle, bo często w związkach w ogóle do tego momentu nie dochodzi.
A co w sytuacji, gdy mamy poczucie, że nie dostajemy w relacji czegoś bardzo dla nas ważnego, wprost fundamentalnego? I nie mam tu już na myśli kwiatków czy kartki walentynkowej, ale na przykład uwagi partnera, bez której trudno sobie w ogóle związek wyobrazić.
Rzeczywiście trudno wyobrazić sobie związek bez uwagi dla partnera, bo jeśli nie ma uwagi, to tak naprawdę nie ma relacji. Pojawia się jednak pytanie, jak ona ma się przejawiać. Dobrze odróżnić uwagę od tego, co ja widzę jako znak uwagi.
Weźmy konkretną sytuację: dwie osoby wracają po całym dniu do domu. Jedna chce rozmawiać o wydarzeniach w pracy, druga woli pomilczeć. Na zupełnie podstawowym poziomie możemy wysunąć hipotezę, że pierwsza z nich interesuje się drugą, a druga pierwszą już nie, skoro rozmawiać nie chce. Oczywiście taka hipoteza może być trafiona, ale nie musi. Bo być może pierwsza przeżywa mówienie jako bliskość, traktuje jako formę uwagi, a dla drugiej to z kolei wentylowanie emocji, zalewanie kogoś problemami z pracy, podczas gdy milczenie to nie dystans i chłód, ale odpowiedzialność za relację. Ktoś taki może myśleć, że skoro coś go bardzo poruszyło, zdenerwowało, najpierw upora się z tym sam, a dopiero potem o tym opowie komuś, kto jest dla niego ważny. Właśnie z troski o relację nie wywali wszystkich swoich rozterek i bolączek, poukłada to sobie w głowie i dopiero wtedy w sposób odpowiedzialny przedstawi, co się wydarzyło. Być może pamięta, że kiedy był dzieckiem, ci, którzy wchodzili do domu i zalewali całe otoczenie emocjami, byli katalizatorami zbliżającej się katastrofy, bo od emocjonalnego rozprawiania niedaleko już było do destruktywnych działań, kłótni, awantur. W obliczu podobnych doświadczeń ta osoba może mieć bardzo silne poczucie, że za relację naprawdę odpowiedzialny jest ten, kto umie pomilczeć.
Nie mówię, która z tych postaw jest lepsza, a która gorsza. Mówię jedynie, że różnica w tym, jak okazujemy uwagę, nie musi być od razu różnicą samej uwagi. W milczeniu może być jej więcej niż w gotujących się od emocji opowieściach.
Paweł Droździak, psycholog, autor książek. Prowadzi poradnictwo dla osób dorosłych i par. Pracuje z osobami mającymi trudności z kontrolowaniem zachowań impulsywnych. Zajmuje się także analizą lacanowską