Nie szukamy już drugiej połówki, bo czujemy się kompletni. Pragniemy związków, w których granica pomiędzy Ja i Ty jest wyraźna, ale nie zagraża naszej więzi. A nasze My zmienia się w zależności od potrzeb, sytuacji i zewnętrznych okoliczności. O negocjacjach w imię miłości, z którymi coraz częściej trafiają do jej gabinetu pary – pisze psycholożka Ewa Klepacka-Gryz.
Tekst pochodzi z magazynu „Sens” 07/2026.
Przed laty, gdy pracowałam z parami, symbolem związku, przedstawiającym dynamikę relacji, były dwa koła: On i Ona. Na początku związku koła nachodziły na siebie, to był etap budowania sfery My. W miarę upływu czasu koła oddalały się od siebie, a obszar powstały z ich przecięcia był symbolem części wspólnej związku. Dziś graficznie przestawiamy związek w postaci dwóch niezależnych okręgów, a My to okrąg trzeci.
Znalezienie balansu pomiędzy Ja–Ty–My nie jest łatwe. Zdarza się, że partner inwestuje głównie w siebie (swoje Ja), wierząc, iż My nakarmi się faktem, że „przecież razem mieszkamy, mamy dzieci, wspólnie spłacamy kredyt”, a czasami My tak bardzo pochłania odrębne Ja i Ty, że w relacji brakuje oddechu. Negocjacje pod hasłem „zależność i niezależność w związku” to dziś temat, z którym pacjenci coraz częściej trafiają do terapeuty.
Magda i Tomek po raz pierwszy byli u mnie 20 lat temu: młodzi, zakochani, zachłanni na życie, właśnie wrócili z podróży dookoła świata, wzięli ślub i zastanawiali się, co teraz. Tomek miał w planie założyć własną firmę, twierdził, że chce zarabiać dużo pieniędzy, żeby móc podróżować. Wyraźnie było widać, że ta czteroletnia wyprawa dla niego nie była jedynie kaprysem na zakończenie beztroskiego studenckiego czasu, tylko raczej pomysłem na życie. Magda stwierdziła, że wspólna podróż była cudownym przeżyciem, ale teraz myśli o dzieciach i domu pod miastem. Rozmawialiśmy o tym, że ich związek przechodzi na kolejny etap i warto by było wspólnie zdefiniować nową formułę, satysfakcjonującą dla obydwojga. Nie przyszli na kolejną sesję.
Kilka tygodni temu Magda znów pojawiła się w moim gabinecie. Przez ten czas, kiedy się nie widzieliśmy, urodziła córkę i syna.
– Wiesz, jesteśmy taką tradycyjną rodziną: Tomek zarabia, ja zajmuję się domem i dziećmi – zaczęła rozmowę. – Czy tak wyobrażałaś sobie swoje życie? – Ja tak, ale Tomek ciągle powtarza, że nie jest szczęśliwy, bo za mało podróżujemy.
Dopóki dzieciaki były małe, jeździliśmy kamperem po całej Europie. Czasami to było męczące, ale robiłam to dla niego. On narzekał, nalegał, żebyśmy wreszcie pojechali gdzieś dalej, ale odkąd dzieci poszły do szkoły, wolą wyjeżdżać na obozy i kolonie. Mnie wyjazdy nie są potrzebne do szczęścia, poza tym nie zostawię dzieci samych.
Dla Tomka życie nadal oznaczało podróże, dla Magdy od dawna nie. Czy tak odmienne pomysły na życie dadzą się pogodzić? Czy jest tu przestrzeń do negocjacji?
Na kolejną sesję zaprosiłam ich obydwoje. Poprosiłam o wypełnienie treścią trzeciego koła, czyli części wspólnej związku. Dla Magdy to były dzieci, weekendowe wypady do miejsc, w których mogą się spotkać z innymi zaprzyjaźnionymi rodzinami też z dziećmi, wybory szkół, codzienne rodzicielskie troski. Tomek napisał, że sam utrzymuje całą rodzinę, i to na wysokim poziomie, i że nie ma ochoty poświęcać dla niej wszystkiego, co dla niego ważne. Dodał też, że dzieci nie lubią wyjeżdżać przez Magdę, bo zawsze narzeka, że jej niewygodnie.
Zastanawiałam się, czy gdyby wtedy, przed 20 laty, udało im się wypracować wspólnie model bycia razem, dziś ich związek wyglądałaby inaczej. Dotychczas byli bardziej osobno niż razem; utrzymywanie związku jedynie ze względu na dzieci nie jest dobrą opcją. Każde z nich miało swoją wizję rodziny.
Nie było pola do negocjacji. – Ja i tak wyjadę, najwyżej bez was – zadeklarował Tomek. – To jedź, ja nie zostawię dzieci.
Na kolejnej sesji Magda pojawiła się sama, Tomek wyjechał. Nie powiedział, kiedy dokładnie wróci. Sprawy finansowe i inne dotyczące dzieci omówili przed jego wyjazdem i teraz kontaktował się tylko z synem i córką. – Wiesz, żal mi naszego małżeństwa, ale dam sobie radę. Przez te wszystkie lata właściwie byłam sama, Tomek dużo pracował. Szkoda, że tak się stało, ale mamy wspaniałe dzieciaki i choćby dlatego było warto. – A może to jedynie krótka przerwa w relacji? – intuicja podpowiadała mi, że Tomek nie wytrwa zbyt długo w samotnej podróży. Nie było szantażu, rozpaczy, uległości i poświęcania w „imię miłości”. Może ta przerwa była potrzebna, żeby mogli zacząć jeszcze raz od nowa, zgodnie z nowym scenariuszem?
Na pierwszą sesję Michał przyszedł sam. – Powiedziałem żonie, że albo ja, albo jej ojciec. Teraz zastanawiam się, czy nie pograłem za ostro.
Poznali się, kiedy Iza była nastolatką. Michał był jej nauczycielem muzyki. Starszy o dekadę, trochę wszedł w rolę tatusia 15-latki i natychmiast stał się największym wrogiem jej ojca. – Po maturze Izy zamieszkaliśmy razem. Od tego momentu ojciec przestał się do niej odzywać. Matka przyjechała na nasz ślub w tajemnicy i potem odwiedzała wnuki tak, żeby jej mąż o tym nie wiedział.
Dziesięć lat temu mama Izy zmarła. Od tamtej pory Iza nie miała żadnych informacji na temat ojca, a Michał przyznaje, że może czuła się z tego powodu trochę winna, ale nigdy o tym nie mówiła, a on nie pytał.
Pół roku temu odezwała się daleka kuzynka i powiedziała, że ojciec miał udar. – Kiedy Iza zapytała mnie, czy powinna jechać, nie odpowiedziałem. – Dlaczego? – Szczerze go nie cierpię, w ogóle mnie nie rusza, jak się czuje.
Iza pojechała do ojca. Pierwszy raz zrobiła coś bez porozumienia z mężem. – Czy myślałeś o tym, że prawdopodobnie przyjdzie moment, kiedy ojciec żony będzie potrzebował opieki? – On nie jest sam, ma rodzeństwo. Jego bracia mają dzieci. – Ale Iza jest jego córką. Zapytałeś, czy i jak chce pomóc ojcu? – Postanowiłem się w to nie wtrącać. – Raczej odciąłeś się od tego i zostawiłeś ją samą.
W wielu związkach, gdy pojawia się tak zwany niewygodny temat – a rodzina pochodzenia to jeden z takich tematów – jedno z partnerów wycofuje się albo ucina rozmowę słowami: „Rób, co chcesz”. Drugie czuje się wtedy porzucone i zostaje z problemem w pojedynkę. – Co chciałbyś tak naprawdę zrobić? – dopytałam. – Nie pozwolić jej nim się zajmować. Kiedy patrzę, jak wraca zmęczona, z zaciśnięta twarzą, podpuchniętymi oczami, to jest mi jej żal. – Czy mówisz jej o tym? – Nie. – Dlaczego? – Jeśli dowiedziałbym się, że on jest dla niej tak samo podły jak przed laty, nie pozwoliłbym jej tam jeździć – Michał odpowiedział bez chwili zastanowienia.
Na kolejną sesję zaprosiłam ich obydwoje. Powiedziałam, że w życiu każdej pary pojawiają się problemy, których nie są w stanie dzielić, i nie jest to przeciwko ich relacji. W ich przypadku chodzi o chorego ojca. Kiedy spytałam, czy mają pomysł, jak rozwiązać tę sytuację, obydwoje stwierdzili, że przede wszystkim boją się o swój związek. – A co zagraża waszemu związkowi? Obawy Izy dotyczyły przede wszystkim tego, że Michał zabroni jej wyjazdów do ojca. – Przecież nigdy niczego ci nie zabraniam? – Zawsze jak wracam od ojca, milczysz. Boję się, że pewnego dnia powiesz coś, na co nie będę mogła się zgodzić.
Kiedy w parze pojawia się jakiś temat, w którym nie są w stanie wspierać się nawzajem, trzeba poszukać wsparcia na zewnątrz. Poprosiłam, żeby Iza powiedziała, czego konkretnie potrzebuje w związku z chorobą ojca. – Czego potrzebuję od Michała? – powtórzyła. – No właśnie, czy potrafisz nazwać, czego potrzebujesz ogólnie, a czego od Michała?
Okazało się, że Iza jest pogodzona z faktem, że Michał na pewno nie zaangażuje się w opiekę nad teściem, że nawet nie zapyta o jego stan zdrowia i ma do tego prawo. – Michał, czy kiedy widzisz, jak bardzo zmęczona wraca do domu twoja żona, jesteś w stanie się nią zaopiekować, bez względu na to, skąd wraca i dlaczego jest tak bardzo zmęczona? – zapytałam. Michał długo nie odpowiadał. – Wiem, że Izie jest trudno, bo to jej ojciec, i nie chcę jej dokładać od siebie. – To, że akurat w tej sprawie różnicie się podejściem, nie zagraża waszemu związkowi. Masz prawo powiedzieć, że nie zaangażujesz się w opiekę nad teściem, ale chętnie pomożesz Izie, bo ją kochasz i troszczysz się o nią.
Na zakończenie tej sesji poczułam, jak opadło napięcie, które towarzyszyło im od chwili, gdy dowiedzieli się o chorobie ojca.
Mateusz i Dominika poznali się w szkole średniej. Połączyło ich młodzieńcze zauroczenie i… nastoletnia ciąża. Nikt nie wierzył, że im się uda. A jednak obydwoje zdali maturę, Mateusz poszedł na studia wieczorowe i do pracy, a Dominika urodziła kolejne dziecko. Tego wszystkiego dowiedziałam się od Mateusza, który przyszedł sam, bo żona uznała, że potrafi zarządzać swoim życiem i nie potrzebuje żadnej terapii.
– Nie było nam łatwo, ale chyba chcieliśmy wszystkim udowodnić, że nie jesteśmy parą nieodpowiedzialnych szczeniaków, którym zachciało się zabawy w dom – z nieukrywaną dumą stwierdził Mateusz.
Kiedy syn wyjechał z domu na studia, obydwoje byli dopiero po czterdziestce. – Nasza córka też wcześnie wyszła za mąż. Śmialiśmy się, że poszła w nasze ślady. Niestety, nie miała tyle szczęścia co my. Rok temu rozstała się z mężem i została sama z dwójką maluchów. Pomyślałem, że musimy jej pomóc. Nam rodzice też dużo pomagali, ale Dominika uważa, że to przesada. Twierdzi, że my mieliśmy po 18 lat, a Agatka ma prawie trzydzieści. – Nie zgadzasz się z tym? – Wiesz, najbardziej jest mi przykro, kiedy powtarza, że chce wreszcie odzyskać swoje życie i nadrobić stracone lata.
Dominika zapisała się na studia, których wcześniej nie mogła skończyć ze względu na dzieci. Powiedziała mężowi, że marzy o podróżach, chciałaby zapisać się na kurs tańca.
– Czy uwzględniła ciebie w swoich marzeniach? – Tak trochę. Zaproponowała mi wspólną podróż do Stanów. Studia w tym wieku to nie dla mnie, a taniec – Dominika wie, że ruszam się jak słoń w składzie porcelany. – To twierdzenie żony, że chce odzyskać stracone życie, zabolało cię? – Ja wiem, że ona mnie kocha, ciągle jesteśmy dla siebie najważniejsi, codzienne wspólne życie też mamy udane. Możemy razem realizować wszystkie marzenia. – Te wspólne oczywiście, ale każde z was ma prawo do swoich pasji, swoich przyjaciół, a nawet swoich tajemnic, pod warunkiem że nie są zagrożeniem dla związku. – Mówisz zupełnie jak moja żona.
Mateusz i Dominika zaczęli dorosłe życie jako nastolatki. Konieczność poradzenia sobie i udowodnienia całemu światu, że ich rodzina nie jest jedynie zabawą dzieciaków, bardzo ich połączyła. Dla Mateusza pomysł pomagania córce był naturalną koleją rzeczy, przedłużeniem scenariusza „rodzina jest najważniejsza”. Dominika zaś poczuła potrzebę wywalczenia odrobiny niezależności.
W tak obciążonych niepowodzeniem (ze względu na młody wiek partnerów) związkach iluzyjne przekonanie – we wszystkim musimy być razem – często zaburza równowagę pomiędzy kiedy „razem”, a kiedy „osobno”. Zapytałam Mateusza o sfery życia, które są tylko jego. Okazało się, że nie ma kumpli, bo nigdy nie miał czasu na pielęgnowanie męskich przyjaźni, że nigdy sam nie wyjeżdżał, bo najpierw podróżował z rodzicami, a potem z Dominiką i dziećmi.
– Czy jest coś, co chciałbyś zrobić, przeżyć bez Dominiki, ale nie przeciwko niej? Mateusz nie od razu zrozumiał moje pytanie. Narysowałam trzy koła i wyjaśniłam:
– To jesteś twoje koło, to koło Dominiki, a to trzecie to wasze „razem”. W kole żony pojawiła się teraz potrzeba tańca, podróży. A w twoim? – Zawsze lubiłem grzebać przy samochodach. Zanim zamieszkałem z Dominiką, to w wolnym czasie jeździłem do kuzyna pomagać mu w warsztacie. – Być może ty również możesz odzyskać kawałek tylko swojego życia: bez żony, dzieci, rodziny, ale nie przeciwko nim – i nadrobić lata, może nie stracone, ale poświęcone czemuś, co było i jest dla ciebie ważne.
Zaproponowałam, żeby obydwoje z Dominiką, każde osobno, zapisali na kartce swoje marzenia: te do wspólnej realizacji, ale też te, które każde z nich zrealizuje samemu. Spełnianie osobnych marzeń może w cudowny sposób zasilać związek. Bo dziś związek to nie jest realizacja dawnego przesłania: „Zawsze razem, na dobre i na złe”, tylko: „Czasem razem, czasem osobno, dla zasilenia tego razem”. A negocjacje zamiast szantażu, obrażania się, manipulacji czy wzajemnych pretensji to skuteczne narzędzie komunikacji w związku, w którym miłość jest relacją, a nie ulotnym uczuciem gasnącym w konfrontacji z pierwszym nieporozumieniem.
Ewa Klepacka-Gryz, psycholożka, terapeutka, autorka książek psychologicznych, z których ostatnia nosi tytuł „Gdy emocje ranią ciało. O psychosomatycznych źródłach chorób”