1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. Ewa Kasprzyk: Moja znajoma mówi: „Nigdy nie patrz w lustro pod słońce, bo za dużo widać”. I tego się trzymam

Ewa Kasprzyk: Moja znajoma mówi: „Nigdy nie patrz w lustro pod słońce, bo za dużo widać”. I tego się trzymam

Dodaj w Google
Dodaj w Google
Ewa Kasprzyk z suczką Shakirą (Fot. Mickey Wyrozębski)
Ewa Kasprzyk z suczką Shakirą (Fot. Mickey Wyrozębski)
Chodząca afirmacja życia. Robi swoje i nie przejmuje się za bardzo tym, co ludzie pomyślą. W czasie rozmowy co chwilę wybucha zaraźliwym śmiechem. I bynajmniej nie dlatego, że rozmawiamy o komediowym show z jej udziałem. Ewa Kasprzyk, zwana przez znajomych Shakirą, mówi o sobie: – Jestem jak wańka-wstańka, z każdego dołu się wydźwignę.

Spis treści:

  1. Ewa Kasprzyk o pewności siebie: „Kompletnie nie obchodzi mnie, co kto myśli”
  2. Ewa Kasprzyk o kompleksach: „Długo pracowałam nad tym, żeby myśleć o sobie w kategoriach akceptacji”
  3. Ewa Kasprzyk o związkach i miłości: „Żadnego nie żałuję”
  4. Ewa Kasprzyk: kobieta, której nie brakuje odwagi

  • Ewa Kasprzyk mówi, że bez poczucia humoru – także na własny temat – nie przetrwałaby w zawodzie. Dziś nie przejmuje się już komentarzami w rodzaju: „Taka stara, a nosi krótkie spódniczki”. „A niech mówi!” – odpowiada.
  • Jako młoda dziewczyna była zakompleksiona, do szkoły aktorskiej dostała się dopiero za czwartym razem. Opowiada, kiedy zaczęła nabierać pewności siebie i „osadzać się jako kobieta”.
  • Po 36-letnim małżeństwie przyszły kolejne, krótsze i – jak sama mówi – „gorące” związki.
  • Za niecały rok skończy 70 lat. Nie udaje, że starzenie nie przynosi ograniczeń, ale nie zamierza też podporządkowywać im życia.

Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 08/2026.

Ewa Kasprzyk o pewności siebie: „Kompletnie nie obchodzi mnie, co kto myśli”

Alina Gutek: Co sprawia ci większą przyjemność: rozśmieszanie ludzi czy bycie rozśmieszaną?

Ewa Kasprzyk: Bardzo lubię się śmiać, jestem przeszczęśliwa, kiedy ktoś mnie rozśmiesza, ale też kiedy rozśmieszam ludzi, na przykład poprzez to, że przekręcam nazwy.

W lipcu mogliśmy cię zobaczyć w czwartym sezonie show „LOL. Kto Się Śmieje Ostatni”, który polega na tym, że przez sześć godzin gwiazdy mają doprowadzać do śmiechu innych, jednocześnie zachowując kamienną twarz. Jesteś już po nagraniach. Jak poszło?

Świetnie. Bawiłam się wyśmienicie, choć myślałam, że w reakcji na mój numer uczestnicy od razu wybuchną śmiechem, ale nie – byli szalenie powściągliwi. Moim zdaniem trudniej jest kogoś rozśmieszyć, niż zmusić do płaczu.

Pamiętam słowa Jana Kobuszewskiego z czasów, kiedy miałam staż w Teatrze Kwadrat. Powiedział mianowicie, że w komedii natychmiast widzimy efekt – jak jest dobrze zagrana i opiera się na dobrym dowcipie, to widz się śmieje od razu. A jeśli gramy tragedię, to do końca nie wiemy, jak widzowie ją odbierają, bo dramat można przeżywać do wewnątrz.

Komedia jest więc o wiele trudniejszą formą, a wiem, co mówię, bo pracowałam w obu gatunkach. Od lat gram w komedii „Berek, czyli upiór w moherze”. Prowokuję widzów przedstawieniem – takim trochę groteskowym, choć życzliwym – tej konkretnej grupy społecznej. I cieszy mnie, że od razu dostaję feedback.

Z radością przyjęłaś propozycję udziału w show?

To był dość smutny okres w moim osobistym życiu, więc pomyślałam, że ten program może tchnąć w nie trochę uśmiechu. Ale kiedy obejrzałam poprzednie sezony z udziałem wielkich gwiazd, obawiałam się, czy do nich doskoczę. Program bazuje na specyficznym rodzaju humoru sytuacyjnego i dużej dozie improwizacji. Do końca nie wiedziałam, kto w tej edycji wystąpi, to była pilnie strzeżona tajemnica.

Czułam się jak w Bondzie – każdy przygotowywał się osobno, na nagranie do Monachium lecieliśmy innymi samolotami. Kiedy już na miejscu chciałam wyjść na miasto, mój opiekun najpierw sprawdzał, czy przypadkiem nie spotkam innego uczestnika.

W pierwszej chwili żachnęłam się: „Jestem zniewolona!”. Obudził się mój gen wolności. Ale pomyślałam: no dobra, zgodziłam się, muszę w to grać. Zaczęłam się wkręcać, adrenalina rosła, czułam się, jakbym brała udział w podchodach na obozie harcerskim. W dniu nagrania siedzieliśmy w osobnych pokojach, nawet na wyjście do toalety trzeba było uzyskać zgodę. Wiedziałam, że gospodarzem programu jest Czarek Pazura, ale samo wejście do studia było szokiem. Najbardziej zdziwił mnie Tomek Karolak, którego kilka dni wcześniej widziałam w „Tańcu z gwiazdami”, on występował, a ja jurorowałam. Potem zobaczyłam Tomka Kota, Kasię Bujakiewicz, Mariusza Kałamagę, Michała Sikorskiego, Vanessę Aleksander, rapera Jano i Klaudię Halejcio. Mocny zestaw.

Nie możesz zdradzać finału, powiedz chociaż, czy jesteś z siebie zadowolona.

Bardzo. Umiem się cieszyć z małych i dużych rzeczy. Okazało się, że potrafię się też powstrzymać od śmiechu, chociaż na ogół wystarczy, że ktoś kiwnie palcem i już się śmieję. To było jednak wyczerpujące zadanie, trwało sześć godzin.

Dobrze, że powstają w Polsce takie programy. Bo wydaje mi się, że z naszym poczuciem humoru nie jest najlepiej, mówi się, że jesteśmy krajem ponuraków. Zgadzasz się z taką opinią?

Myślę, że jesteśmy pod tym względem różni. Niektóre grupy, na przykład discopolowa, świetnie się bawią, ale nie mówię tego ironicznie, każdy ma prawo do swojego gustu. Natomiast myślę, że jesteśmy nieżyczliwi dla siebie nawzajem.

To się rzuca w oczy zwłaszcza po dłuższym pobycie za granicą. Ostatnio już w samolocie nie miałam wątpliwości, że wracam z Polakami do Polski.

W Hiszpanii, skąd leciałam, ludzie są weseli, pomocni, ciągle mają tę swoją manianę, co ma też oczywiście minusy. A u nas? Narzekanie, podejrzliwość, roszczeniowość, marsowe miny, nawet w windzie zamiast zagadnąć do nieznajomego, patrzymy w podłogę, nie mówiąc o braku zwykłego „dzień dobry”. Zdecydowanie powinniśmy więcej się uśmiechać.

Widać, że masz też poczucie humoru na własny temat.

Bez tego nie udałoby mi się przetrwać w tym zawodzie. Czasem ludzie na planie mówią: „Myśleliśmy, że jesteś diwą”. A ja nie potrafię traktować siebie tak zupełnie serio, chociaż oczywiście poważnie traktuję swoją pracę i ludzi. Ale nie trzymam dystansu z ekipą, łamię schematy, taka moja natura.

Kiedyś robiłam reklamę z pewną aktorką, której nie znałam. I ona była strasznie nadęta, gwiazdorzyła: proszę mi przynieść buty, kawę, wszystkiego wręcz żądała.

Siedzimy już po zdjęciach i pytam: „Z czego jesteś znana, że tak się wynosisz? Dlaczego w taki niemiły sposób traktujesz ludzi?”. Obraziła się.

Mnie szacunku do ludzi nauczył ojciec. Był dyrektorem szkoły i pierwsze, co robił każdego dnia, to witał się z woźnym. Zdarzają mi się emocjonalne momenty, ale mając dystans do siebie i do tego, co robię – a robię wszystko na 100 procent – akceptuję to, że coś nie wyjdzie. Ale mam też dystans do innych. W tym sensie, że nie traktuję tego, co ktoś mówi, zwłaszcza na mój temat, jako prawdy objawionej. Jestem na takim etapie, że mnie już kompletnie nie obchodzi, co kto myśli i że na przykład mówi: „Taka stara, a nosi krótkie spódniczki”. A niech mówi!

Wiele kobiet w twoim wieku raczej się zakrywa, a ty się odkrywasz. Wiele milknie, a ty mówisz, co myślisz. Skąd to masz?

Może z kosmosu, na pewno z domu. Ale też mam taki wewnętrzny program jako Koziorożec czy raczej kozica, która wspina się nawet wtedy, jak wszyscy schodzą w dół. Ten znak zodiaku bardzo mnie definiuje. Ostatnio charakteryzatorki, które mnie malowały, zdziwiły się: „Jest piąta rano, a ty jesteś pełna werwy, i tak przez cały dzień”. Nie działam na sterydach. Myślę, że jak ktoś lubi to, co robi, to nie jest to dla niego męką. Ja nie chodzę do pracy, tylko tak spędzam życie. I to jest cała moja tajemnica.

Ewa Kasprzyk o kompleksach: „Długo pracowałam nad tym, żeby myśleć o sobie w kategoriach akceptacji”

Natura hojnie cię obdarzyła: ten głos, te nogi, dekolt! Robisz z tego użytek z wdziękiem, bez nieśmiałości i pruderii.

Ale nie zawsze tak było. Długo pracowałam nad tym, żeby myśleć o sobie w kategoriach akceptacji. Jako młoda dziewczyna byłam szalenie zakompleksiona, w pewnym okresie zbuntowana, wszystko negowałam.

Czytałam książki Stachury, wiersze Baudelaire’a, Rimbauda, byłam mroczną nastolatką, totalny noir, nawet na czarno się ubierałam, miałam krótkie włosy. Zawsze jednak dużo ćwiczyłam, uprawiałam gimnastykę artystyczną, dość intensywnie pływałam. A potem zajęłam się recytacją wierszy.

I wtedy przyszła pewność siebie?

A skąd! Chodziłam przygarbiona, bo miałam duży biust, którego się wstydziłam. Ale w grupie byłam liderką, prowodyrką. Jak na wagary – to pierwsza. Byłam gospodynią klasy, raczej silną osobą. Grałam w kole teatralnym, już wtedy narodziła się myśl, żeby zdawać na aktorstwo. Ale dostałam się dopiero za czwartym razem, po zrobieniu magisterki z pedagogiki.

Niezdane tyle razy egzaminy mogły podkopać wiarę w siebie.

Bardzo. Pochodzę z małego miasta, Stargardu Szczecińskiego. Gdy zobaczyłam na egzaminie znane twarze, byłam zdeprymowana i przerażona. Ale nawet nie o to chodzi. Nie umiałam zwrócić na siebie uwagi. Ot, skromna dziewczyna w sukieneczce w białe groszki, z białym kołnierzykiem, wyprasowanym przez babcię. Repertuar też miałam kompletnie niedobrany do siebie. Nic dziwnego, że mnie oblali.

Byłaś zdeterminowana. Dlaczego?

Bo już wtedy wiedziałam, że kocham aktorstwo. A poza tym chciałam udowodnić, że się nadaję. Byłam uparta i przekorna, myślałam: wyrzucą mnie drzwiami, wejdę oknem. I w końcu mnie przyjęli.

Jestem potem na planie pierwszego mojego filmu, „Dziewczęta z Nowolipek” w reżyserii Barbary Sass, jako Kwiryna stoję z wieńcem na cmentarzu i słyszę, jak Andrzej Łapicki pyta Basię Sass: „Gdzie taką dziewczynę znalazłaś?”. A ja się uśmiecham i mówię: „Panie profesorze, jestem tą dziewczyną, która pan oblał”.

Tłumaczył, że to nie on. Nie mam pretensji, egzaminy to loteria. Moją mentorką w Krakowie była potem profesor Ewa Lasek, żona Jerzego Jarockiego, wspaniała osoba, dużo jej zawdzięczam.

Dalej nie wiem, kiedy narodziła się pewna siebie Ewa.

Chyba wtedy, gdy wyszłam za mąż, trochę późno jak na tamte standardy, miałam 26 lat. Jeszcze w szkole walczyłam z wagą, nie mogłam zgubić kilogramów, więc dostawałam role mocnych kobiet. Na dyplomie grałam Rozalię Pawłowną w „Pluskwie”, u Treli. Przyszłego męża poznałam w tym czasie, gdy kręciliśmy „Dziewczęta z Nowolipek”. Basia Sass była przerażona, że chudnę. Miałam „dobrze” wyglądać, a chudłam, bo się zakochałam. Basia mówiła: „Ty już nie chudnij, będziecie musiały się zamieniać mundurkami z Franką”, a Frankę grała Marysia Ciunelis, która akurat zaszła w ciążę i tyła. No więc kiedy zaczęłam chudnąć, nabrałam pewności siebie.

Niedługo potem urodziłam córkę, co też dużo mi dało, bo bardzo chciałam mieć dziecko. I tak zaczęłam się osadzać jako kobieta. A potem wyjechałam z mężem, który jako inżynier budowy okrętów dostał kontrakt od Anglików. Po urodzeniu córki odmawiałam wszystkich ról. Pamiętam, że kiedy grałam w „Pułapce” Różewicza, zobaczył mnie Janek Łomnicki i zaproponował rolę w „Rzece kłamstwa”. Na co ja, że jestem w ciąży. On: „To nic, zaczekam”. Przyjechał z producentem po porodzie, a ja mu na to, że zamieniłam się w mleko.

Moje dziecko, które urodziło się z niedowagą, było dla mnie najważniejsze. Wyjechał obrażony. Odmawiałam, bo w tym momencie czułam się spełniona – miałam miłość, dziecko.

Zamierzałaś wrócić do zawodu?

Tak, ale wydawało mi się, że życie jest na tyle bogate, że nie wolno się na niczym fokusować. Wylądowałam w Warnie w Bułgarii jako żona przy mężu, który tam budował statki. Co ciekawe, armatorem był ojciec Christiny Onassis, poznałam go w Londynie, rzeczywiście miał szklane oko. Stąd narodził się pomysł monodramu o niej. Skończyła tragicznie, popełniła samobójstwo w wieku 38 lat. Jacek Koprowicz napisał mi nawet tekst, ale wtedy się jeszcze nie myślało, żeby samemu wyprodukować spektakl.

Podążałaś za tym, co przynosiło życie. Dzisiaj powiedzielibyśmy, że wykazywałaś się elastycznością.

Wtedy w Warnie dobrze się bawiłam, chodziłam na plażę, cieszyłam się, że moje dziecko odzyskało zdrowie. Potem dostałam propozycję zagrania w filmie „Głód serca”, z Zelnikiem. Najpierw wynajęliśmy bułgarską nianię, ale kiedy córka ugryzła ją w ucho, bo nie znosiła bułgarskiego, mąż zatrudnił polską turystkę. W końcu zaopiekowała się nią moja mama. Do dziś córka wypomina mi te opiekunki. No tak, nie do końca byłam w stanie pogodzić pracę i macierzyństwo. Tym bardziej że przychodziły kolejne propozycje.

Rolą w „Koglu-moglu” zdobyłaś serca widzów.

Nie od razu. Film stał się popularny później, kiedy grałam w serialu „Złotopolscy” i ludzie zaczęli kojarzyć, że gram też w „Koglu-moglu”. Ten film jest teraz takim polskim „Kevinem samym w domu”. Ale odmówiłam udziału w ostatnim „Koglu”. Too much.

Ewa Kasprzyk o związkach i miłości: „Żadnego nie żałuję”

Nie trzymasz się kurczowo ani ról, ani relacji męsko-damskich. Porozmawiajmy teraz o twoich związkach. Pierwsze małżeństwo, długoletnie, nazywałaś weekendowym…

Tak, ponieważ mieszkaliśmy na dwa domy: mąż w Trójmieście, a ja w Warszawie. Byliśmy ze sobą 36 lat. Nie dam powiedzieć o nim złego słowa. Erudyta, inteligentny, zwiedzałam z nim świat. Był starszy ode mnie 17 lat, bardzo opiekuńczy, odpowiedzialny, opoka. Jest ojcem mojej córki. Pamiętam, że kiedy byłam w Londynie z pantomimą i złapały mnie korzonki, zadzwoniłam do niego, a on wykonał jeden telefon i wszystko załatwił. Cały czas mamy dobry kontakt.

Kolejne związki były zdecydowanie krótsze.

Krótkie, acz gorące.

Mężczyźni są ci potrzebni do życia?

Wyglądam, że nie, prawda? Ale miło jest mieć przyjaciela, kogoś, kto odbiera na tych samych falach, z kim można zjeść śniadanie.

Wszystkie moje związki były wielkimi fascynacjami, choć niektóre kończyły się dość ostro. Żadnego nie żałuję. Nie chcę rozdrapywać przeszłości, bo mogłoby się to skończyć smutkiem.

Nie możemy cofnąć czasu. Jestem teraz sama i w pewnym sensie bezdomna. Od roku remontuję mieszkanie, więc pomieszkuję to tu, to tam.

„Bezdomność” to konsekwencja ostatniego rozstania?

Tak. Nasz związek od początku był czymś nieziemskim, przeżytym na bezdechu. Do dzisiaj nie mogę pojąć, co mnie spotkało. Skończyło się jednak wielkim cięciem.

Wzięliście udział w programie „Power couple”, tym samym wystawiając się na widok publiczny. Nie żałujesz tego?

Czego tu żałować? Widzowie pokochali program, a my świetnie się bawiliśmy. To był trudny czas pandemiczny, ludziom był potrzebny taki oddech. Myślę, że mój partner spełniał się w tym programie. Na tamten moment nasze uczucie było wielkie i wolę myśleć, że szczere. Nikomu nie robiliśmy krzywdy. Niektórzy nawet mi zazdrościli. Jedna z konkurencji polegała na tym, że mężczyźni mieli uwolnić kobiety przywiązane do drzewa łańcuchami zamkniętymi na kłódkę. Facet musiał znaleźć kluczyk do kłódki, w przeciwnym razie kobieta byłaby oblana strumieniem wody z pompy strażackiej.

To było podchwytliwe zadanie, bo nie było żadnego kluczyka, mężczyzna powinien ochronić kobietę swoim ciałem, jak Tarzan. I mój partner jako jeden z nielicznych to zrobił. Był inteligentny, miał poczucie humoru, fajnie jest być z kimś takim.

Ogłosiliście światu zaręczyny.

W planach był ślub w oryginalnych afrykańskich strojach, bo on fascynował się Afryką. Trzeba przyznać, że miał fantazję. Potrafił podjechać pod dom z bukietem moich ulubionych piwonii na masce. No i jak takiego szaleńca nie uwielbiać, nie wybaczać mu różnych rzeczy. Po co mi nudziarz? Co się naoglądałam dzikich zwierząt w Afryce, to moje. Nie chcę mówić o nim źle. Ale końcówki nie miał dobrej. Może wyczerpały mu się akumulatory, bywa.

Kiedyś jeden z reżyserów powiedział, że jestem movie star, bo miałam młodszego kochanka. Ale mnie zawsze chodziło o miłość, myślę, że każdy najbardziej pragnie miłości. Zdrowie jest ważne, ale miłość najważniejsza.

Nie zamykasz się na nową?

Nie, ale nie ma mnie na Tinderze. Wiem, że z racji zawodu nie jestem łatwą partnerką do życia. Często tygodniami przebywam poza domem albo wstaję o piątej rano i wracam skonana, a następnego dnia mam sto spraw do załatwienia.

Jaką masz relację z córką?

Każda córka pewnie inaczej ją sobie wyobraża, ja też miałam z mamą napięcia, to sprawa pokoleniowa. Nie poszła moją drogą, śpiewa, wydała kilka płyt, teraz jest songwriterką. Prosi, żeby o niej nie mówić.

Ewa Kasprzyk: kobieta, której nie brakuje odwagi

Na pewno nie brak ci odwagi, ale do udziału w „Tańcu z gwiazdami” pewnie długo cię namawiano?

Od razu się zgodziłam! Ucieszyłam się, że mogę nauczyć się czegoś nowego. Tańczyłam z Jankiem Klimentem. Ja się w tym programie właściwie cały czas śmiałam. Domagałam się jeszcze więcej treningów. Zamawiałam lunch boxy, żeby się wzmocnić. Janek mi je chował, śmiał się, że go zaćwiczę. Towarzyszyły nam jego dwa pieski.

Powiedziałam do Janka: „Jak dojdziemy do czwartego miejsca, przywieziesz mi takiego pieska z Czech”. Zajęliśmy czwarte miejsce i on słowa dotrzymał: przywiózł suczkę. Zastanawiałam się, jak ją nazwać i nagle mnie olśniło: Shakira. Bo na mnie tak mówili: „Shakira, jedziesz!”.

Byłaś też w tym programie jurorką.

Tak, i widziałam z drugiej strony, jak się robi show i dlaczego się przechodzi dalej. Zaszłam tak daleko, bo potrafiłam się bawić, byłam sobą, miałam luz. Powiedziałam na przykład do jurorów: „Cieszę się, że ciągle tańczę, a wy siedzicie”.

Myślę, że pasowałabyś do filmów Pedra Almodóvara. Jak to się stało, że zrealizowałaś monodram na podstawie jego felietonów?

Uwielbiam Almodóvara! Za bezpruderyjność, absurd, za to, że mówi o przemilczanych rzeczach i pięknie portretuje kobiety. Moim marzeniem jest u niego zagrać. A jak to się stało? Kupowałyśmy z córką podręczniki, ona wie, że jestem jego fanką. W księgarni pokazała mi żółtą książeczkę: felietony Almodóvara. Zaczęłam czytać i się zachwyciłam. Ich bohaterką jest gwiazda porno, kolorowy ptak, a jednocześnie nieszczęśliwa kobieta, bardzo samotna, jak wiele z nas.

Znalazłam kontakt do agencji producenckiej Almodóvara i po dwóch latach starań – Remek Grzela zrobił adaptację – dostaliśmy zgodę. Nie miałam jednak gdzie tego wystawić, nikt nie chciał też dać pieniędzy na monodram o gwieździe porno.

Na szczęście poznałam studentkę Martę Ogrodzińską, która przygotowała z tej naszej adaptacji swój dyplom, zresztą u Gustawa Holoubka. Szkoła Teatralna, dziewiąta rano, ja w różowej peruce, obsypana brokatem. Na koniec Holoubek powiedział: „Świetnie, tylko za szybko mówisz”. A ja tak się wstydziłam, że chciałam jak najszybciej skończyć. Potem, zachęcona jego opinią, szukałam miejsca do wystawienia.

W końcu znalazłam: w klubie Le Madame. Projektanci za darmo uszyli mi lamparcie futro, buty kupiłam w sex shopie za własne pieniądze, perukę różową też. Przyszły tłumy. Jeździłam z tym monodramem po całej Polsce, potem wygrałam festiwal w Nowym Jorku. Moja bohaterka Patty Diphusa zaczęła żyć swoim życiem. Na festiwalu w Ińsku zajeżdżałam przed amfiteatr z piskiem opon, w pełnej charakteryzacji, z torebką, z której wystawał szklany penis. Na każdym spektaklu pojawiał się pewien pan i pytał bileterkę: „Czy pani Patty już przyjechała?”. Monodram był tak przerysowany, absurdalny, odrealniony, że aż fascynujący. Panie z banku podchodziły do mnie i mówiły: „To o nas jest”. Nigdy potem nie znalazłam już takiego tekstu. Teraz wystawiam monodram „Sztuka i seks, czyli Peggy Guggenheim”, o kolekcjonerce sztuki.

Za niecały rok skończysz 70 lat. Czy dojrzałość, starzenie się, to coś bardziej stresującego czy uwalniającego?

I jedno, i drugie. Stresujące są pewne ograniczenia, ich nie da się uniknąć. Już nie biegam tak szybko, już nie mam tej bystrości jak kiedyś, muszę czytać w okularach. Nie mogę czarować, że jest lepiej. Ale nie jest też źle. Trzeba jednak w pewnym momencie włączyć rozum i się wziąć za siebie – ćwiczyć, dobrze się odżywiać. Trzy razy w tygodniu chodzę na ćwiczenia siłowe. Polecam.

Moja znajoma mówi: „Nigdy nie patrz w lustro pod słońce, bo za dużo widać”. I tego się trzymam. Wszystkie chcemy dobrze wyglądać, ale zabiegi na twarz trzeba robić z głową.

Ja robię tak, żeby nie było widać, tylko żeby się dobrze ze sobą czuć. Na co dzień chodzę bez makijażu, nie przejmuję się wyglądem, nie muszę być zrobiona, bo mnie ktoś zobaczy. W pracy, na wyjścia, owszem, ale na co dzień się nie katuję. Ostatnio zaczęłam robić medytacje wdzięczności. Dzisiaj rano na przykład pomyślałam: czego więcej potrzebuję? Czeka mnie piękne spotkanie, napiję się pokrzywy. Mam pewnie ADHD, bo lubię zmiany, szybko się nudzę, więc medytacje są dla mnie prawdziwym lekarstwem.

A śmiech to też ratunek?

O tak, zdecydowanie. Ostatnio zatrzasnęłam się z Shakirą w samochodzie, w podziemnym garażu, bez zasięgu. Przez pierwsze 10 minut się śmiałam. Było Boże Ciało, żywej duszy dokoła. Oczami wyobraźni zobaczyłam pierwsze strony gazet: „Udusiła się z psem w swoim aucie ”. W końcu pojawił się facet ze śmieciami i pomógł mi się wydostać. Było śmiesznie, potem strasznie, jak w kinie.

Ewa Kasprzyk, aktorka teatralna i filmowa. Laureatka Złotych Lwów na festiwalu w Gdyni za rolę w filmie „Bellissima”. Od 10 lipca będziemy ją oglądać w komediowym show „LOL: Kto Się Śmieje Ostatni” dla serwisu Prime Video.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE