Trudno wyobrazić sobie bez niej budowanie więzi i jakiekolwiek bliskie relacje z ludźmi. Z drugiej strony, gdy jest ślepa i bezkrytyczna, trzyma nas w miejscu i czasem uniemożliwia podejmowanie dobrych dla nas decyzji. O ciemnych i jasnych stronach lojalności – mówi psycholożka i psychoterapeutka dr Joanna Heidtman.
- Lojalność daje nam poczucie bezpieczeństwa i jest jednym ze spoiw bliskich relacji. Problem w tym, że dla każdego może oznaczać coś trochę innego – dlatego jej granice warto wspólnie ustalać.
- Czy partner powinien zawsze stanąć po naszej stronie? Dr Joanna Heidtman pokazuje, że to samo zachowanie jedna osoba może uznać za lojalność, a druga – za jej brak.
- Szczególnie trudno robi się wtedy, gdy ścierają się ze sobą różne lojalności: wobec partnera i przyjaciela, koleżanki i firmy czy dwóch bliskich osób stojących po przeciwnych stronach konfliktu.
- Lojalność może być „północą na kompasie”, ale również „łańcuchem trzymającym nas w miejscu”.
Wywiad pochodzi z magazynu „Sens” 07/2026.
Magda Kuydowicz: Co właściwie oznacza, kiedy ktoś mówi: chciałbym, żebyś był wobec mnie lojalny?
Joanna Heidtman: Każdy mówi trochę co innego, mimo że samo pojęcie jest definiowane jako „zachowanie wspólnie ustalonych zasad i granic”. I odpowiedź na twoje pytanie sprowadza się do tego, jakie to są zasady i granice.
Pamiętam, jak pewna para, z dość niedługim jeszcze stażem, niemal się rozpadła, bo mężczyzna, będąc w podróży służbowej, postanowił zanocować u swojej przyjaciółki, która kiedyś była jego dziewczyną.
Uważał, że „to normalne”, bo po co ma płacić ekstra za hotel, poza tym jeszcze będzie miał okazję pogadać z przyjaciółką, której nie widział od miesięcy. Partnerka z kolei uznała to za totalną nielojalność, bo w jej świecie „nie nocuje się u przyjaciół płci przeciwnej”. Przetrwali, ale ta sytuacja pokazała, że wiele jeszcze muszą omówić, zanim zaczną rozmawiać o lojalności lub jej braku.
Wiele też zależy od kontekstu, prawda? Kogo ta lojalność dotyczy: partnera, przyjaciela.
I tak, i nie. Bo przecież czasem mówimy o niektórych osobach, że są lojalne, i już. Nieważne, czy przyjdzie do nich daleki znajomy i się z czegoś zwierzy, czy będzie to zespół w pracy. Jak przyjdzie co do czego, nie wyjawią sekretu znajomego i nie powiedzą złego słowa o swoim zespole, choćby były w nim wewnętrzne trudności. Jeśli gdzieś przynależę, i to w kontekście przyjaźni, związku, grupy – to automatycznie biorę na siebie takie zobowiązanie. Nie mówię, że tak należy ani że to norma lub reguła, ale że niektórzy mają to jako cechę, sposób bycia i myślenia. Inaczej by „nie mogli”.
W przyjaźni lojalność jest niejako automatyczna, więc nie wyjawimy sekretów przyjaciela, nie zrobimy mu świństwa, powiadomimy o zbliżającym się niebezpieczeństwie i w razie potrzeby staniemy w jego obronie. Czujemy się z nim bezpiecznie – i czy nie to właśnie jest kluczowe dla lojalności?
Chyba odwrotnie: lojalność tworzy bezpieczeństwo – choć nie będę się upierać.
Słynne „zjedzenie z kimś beczki soli” oznacza właśnie to – było ciężko, każde z nas było poddane jakiejś próbie, ale stanęliśmy za sobą mimo przeciwności, a może pokus.
Myślę zresztą, że można się rozejść, zakończyć znajomość i nadal być wobec siebie jakoś lojalnymi. Na przykład mówiąc dobrze o tej osobie albo choć nie mówiąc źle, a to, co prywatne, zachowując w prywatności.
Przeżyłam trudną sytuację z moją przyjaciółką, źle zrozumiałam jej ostrą i nieprzyjemną reakcję na moje publicznie wypowiedziane słowa. Zarzuciła mi wtedy nielojalność, obie byłyśmy zdenerwowane i bardzo tym zdarzeniem poruszone. Dopiero po czasie zrozumiałam, co się za tym kryło.
Nie znam kontekstu, ale w takich okolicznościach może chodzić zarówno o jakiegoś rodzaju przewrażliwienie, jak i zbyt lekkie potraktowanie czyjejś prywatności.
Ja z kolei kiedyś napisałam felieton, w którym jako kanwy użyłam historii z życia przyjaciółki. Bez nazwisk, miejsc, z fikcyjnymi wstawkami, a jednak kiedy potem zobaczyłam tekst w magazynie, poczułam ukłucie: Czy to na pewno było okej?
Co poczułaby, gdyby przeczytała teraz ten tekst, bo nawet ze wszystkimi zmianami mogłaby bez problemu rozpoznać w nim swoją historię? Zadzwoniłam do niej i opowiedziałam o wszystkim. Akurat ona nie widziała w tym problemu. Jako niezwykle pragmatyczna osoba stwierdziła, że „skoro to komuś pomoże, to w porządku”. Ale ja do tej pory myślę, że to była nielojalność. Dziś najpierw bym ją spytała.
Pozostańmy w obszarze przyjaźni, ale tym razem między grupami osób. Byłam niedawno na sztuce „23 i pół godziny” autorstwa Carey Crim, która poruszała temat lojalności wśród dwóch zaprzyjaźnionych par. Gdy jeden z mężczyzn, nauczyciel, został posądzony o molestowanie niepełnoletniej uczennicy, druga z par, a zwłaszcza przyjaciółka głównej bohaterki, automatycznie przyłączyła się do opinii innych i potępiła tego mężczyznę. Bohaterka w końcu sama zaczęła chwilami wątpić w niewinność męża, choć starała się być lojalna. Ostatecznie oczyszczono go z zarzutów.
To mi przypomina smutne historie par po rozwodzie. Kiedyś mieli wspólnych przyjaciół, ale po rozstaniu jedno albo oboje tracą niemal wszystkich, bo „trzeba stanąć po czyjejś stronie”. Znam tylko jedną osobę, która po tym, jak w parze, z którą się przyjaźniła, doszło do rozwodu z powodu zdrady, rozmawiała i z jednym, i z drugim. Inna rzecz, że jest coachem, bardzo wrażliwą, empatyczną i dojrzałą osobą, a mimo to też nie było jej łatwo. Ostatecznie te więzi się nieuchronnie zmieniły, ale jakoś udało jej się godzić to, co nie do pogodzenia.
Znam też inną historię. Dobra przyjaciółka mojego znajomego, z którą miał wspólne pasje i z którą spędzał wiele czasu na wspólnych wypadach, przestała go zauważać na ulicy tylko dlatego, że rozwiódł się i był w nowym związku. A wcześniej mogli polegać na swojej przyjaźni.
Ta kobieta nie znała nawet za bardzo jego żony, ale może była to lojalność wobec kobiet per se? Moim zdaniem szkoda takiej przyjaźni. Może więc istnieje też ciemna strona lojalności?
Rodzina bohatera wspomnianej sztuki praktycznie się rozpadła. Przychodzi mi do głowy pytanie o granice lojalności wobec partnera.
To zagadnienie przepięknie pokazuje film „Sprostowanie”. Małżeństwo jak ze snu: piękni, dobrzy, kochający się. Ona zostaje posądzona o romans i przyczynienie się do śmierci młodego kochanka. Mąż po otrzymaniu tej informacji pakuje żonie walizkę, wystawia ją za drzwi i zamyka dom na klucz. Z czasem sytuacja wyjaśnia się i okazuje się, że nic z tego, co zarzucono bohaterce, nie miało miejsca. On przeprasza i wydaje się, że nastąpi happy end.
Ona jednak mówi: „Kocham cię i wybaczam ci. Ale nie mogę z tobą zostać. Dlaczego? Bo nie zostałeś przy mnie, nie uwierzyłeś mi, nie chciałeś nawet rozmawiać”. To jej pokazało, że ten związek był jednak kruchy.
Jaka reakcja sugerowałaby, że związek ma silne podstawy? Gotowość do wyprowadzenia się do innego miasta, by zacząć od nowa budować zachwiane zaufanie?
Niestety, to też nie takie proste. Bywa, że para przechodzi burzę, następuje katharsis, oczyszczenie, nowy początek, czasem nawet tak dosłownie – w nowym miejscu czy okolicznościach, a potem dowiaduję się, że jednak się rozeszli. Czy stare sprawy jednak kroplami drążyły skałę, czy powstały zupełnie inne, nowe okoliczności, które parę rozerwały? W związkach taka dynamika jest mocna, w każdą stronę: od dużego kryzysu lojalności do zbudowania czegoś dużo silniejszego i odwrotnie. Na to składa się tak wiele czynników: osobowość każdej ze stron, tak zwany wzorzec przywiązania, wiek, etap życiowy, wcześniejsze doświadczenia.
O czym z drugiej strony świadczyłoby na przykład zatrudnienie prywatnego detektywa czy włamanie się do jego serwisów społecznościowych, by zapewnić siebie o jego niewinności?
O paranoicznym podejściu do ludzi? Jak w rozmowie jednego z artystów z grupy Monty Python ze swoim terapeutą, którego pytał, o co chodzi z tym, że ktoś ma paranoidalną podejrzliwość. W końcu zrozumiał: „Aha, to taka osoba, która kiedy podczas meczu rugby widzi, że gracze robią młynek na środku boiska, to myśli, że się na nią namawiają!”. A serio? Nie wiem.
Każdy przypadek i człowiek jest inny. Może rzeczywiście taka osoba cierpi na syndrom Otella? A może projektuje własną nielojalność czy jej potrzebę na męża i tam ją chce widzieć? A może daje jej to poczucie władzy, którego ma deficyt? Może po prostu nie ma pewności, że jest dla niego ważna, i stąd ta fantazja o jego potencjalnej nielojalności? A może wręcz odwrotnie, wie już, że partner ją zdradza, ale desperacko chce uwierzyć, że jest niewinny? Samo zachowanie nie mówi nic o motywach i intencjach.
Zatem trochę mniej skrajna sytuacja: pewna pani opisywała mi sytuację, gdy w towarzystwie niesłusznie ją skrytykowano, a jej mąż siedział obok i milczał. Potem miała do niego pretensje o brak lojalności, o to, że nie stanął w jej obronie. A jak to wygląda z twojej perspektywy?
Wrócę do tego, co mówiłam na początku: jakie zachowania para ustala jako nielojalne lub lojalne? On mógł sobie myśleć: „Jest dorosła, sama da sobie radę”. Albo nawet być zdziwiony: „Nie przyłączyłem się do chóru niesłusznej krytyki, bo to byłaby nielojalność”. Ona mogła mieć z kolei obojętnego ojca, który nigdy nie stanął w jej obronie, i teraz jego postawę zobaczyła w zachowaniu męża. A jak powinno być? Znowu nie wiem. Są tacy, którzy by wstali i powiedzieli: „Zosia, wychodzimy”, a może nawet zerwaliby te relacje. Czy to byłoby lepsze?
Ktoś z moich mentorów mówił, że para musi rozstrzygnąć najważniejsze kwestie w pięciu obszarach: czas, przestrzeń, seks, pieniądze i inni ludzie. (Którzy? Jak blisko pary? Czy każdy w parze ma swoich przyjaciół, czy mają tylko wspólnych?).
Ekstremiści w tym ostatnim obszarze są „sami ze sobą” – zawsze razem, wszystko robią tak samo, są dla siebie ostatecznymi powiernikami i autorytetami, a innych trzymają na dystans. To lojalność wykluczająca świat innych ludzi.
A lojalność w sferze zawodowej? Miałam kiedyś kłopot w pracy – poleciłam bliską mi osobę do zespołu, która niestety, zupełnie się w nim nie sprawdziła. W rezultacie obie strony miały do mnie pretensje: jedna o to, że nielojalnie stanęłam po stronie koleżanki z pracy, a ta, że wrzuciłam jej na głowę tak konfliktową osobę w ważnym momencie dla projektu.
Takie sytuacje są bardzo dramatyczne i nie boję się użyć tego słowa. Chodzi o to, że lojalność wobec jednych automatycznie pociąga za sobą jej brak wobec innych. Dlatego lepiej unikać okoliczności, które mogą do tego doprowadzić.
To choćby przyjęcie informacji od męża przyjaciółki czy żony przyjaciela, którą ci chcą zatrzymać w sekrecie. Albo polecenie przyjaciela czy partnera na pracownika do zespołu kierowanego przez innego przyjaciela czy przyjaciółkę. Już wejście w układ biznesowy z dobrymi znajomymi tworzy takie ryzyko, bo jeśli coś pójdzie mocno nie tak, to pojawia się dylemat, czy masz być lojalna wobec firmy, którą tworzysz, biznesu, który musi iść dobrze, czy wobec znajomych, ich potrzeb i trudności. Można by mnożyć przykłady.
Zatem lepiej unikać bliskich więzi w pracy, bo w przeciwnym razie nieuniknione są trudniejsze do rozwiązania konflikty lojalności?
To może być przesada. Ludzie, z którymi pracujemy, to oczywiście osoby, na których mamy polegać zawodowo. Nie musimy tworzyć z nimi głębokich znajomości czy przyjaźni, ale może się zdarzyć, że z koleżanką z zespołu macie swoje sprawy poza pracą. Co wtedy? Kiedy są to podobne, współpracujące ze sobą role i pozycje, ryzyko jest mniejsze. Ale wyobraźmy sobie, że jedna z was jest przełożoną, a druga podwładną. Jeśli w pracy wszystko będzie w porządku, to nic się nie wydarzy. Ale jeśli coś będzie nie tak, z jakiegoś powodu nie będą realizowane zadania – zadziałają często skierowane przeciwnie do siebie wektory, czyli właśnie konieczność i chęć bycia lojalnym wobec celów i spraw firmy vs. chęć i potrzeba zrozumienia potrzeb przyjaciółki. Dojrzałe osoby dadzą się sobie z tym radę, ale to jest wyzwanie.
Czy można nauczyć się lojalności? A jeśli tak, to od kogo?
Dobre pytanie, ale nie wiem, czy umiem na nie odpowiedzieć. Myślę, że wiele zależy od tego, jak byliśmy traktowani w swoich domach, przez rodziców. Czy mogliśmy na nich polegać? Czy brali nas pod uwagę? Czy tworzyli z nami więzi oparte na „wspólnych i tylko naszych sprawach”, czy odmawiali świetnym propozycjom, bo nam już obiecali wyjście do kina? Czy mówili: „chodź tu do mnie”, kiedy zbyt nachalna krewna nakłaniała nas do wyrecytowania wierszyka, a my naprawdę nie mieliśmy na to w tej chwili nastroju? I tak dalej. Wybory i zachowania innych uczą nas lojalności. Nie frazesy.
Zatem jak to jest w życiu z tą lojalnością?
Lojalność jest spoiwem więzi i bliskich relacji, jest nicią, która zapewnia nam wewnętrzną spójność, jest północą na kompasie, kiedy nie wiemy, jak działać i za czym iść. Ale bywa też łańcuchem trzymającym nas w miejscu; w psychoterapii mówimy o „nieświadomej lojalności” wobec matki, ojca czy całego rodu, kiedy to nie możemy dokonać potrzebnych w naszym życiu zmian, bo naruszałoby to wartości i przekonania, które przekazały nam nasze matki i nasi ojcowie. Bezkrytyczna lojalność może nie pozwolić nam podjąć właściwej czy optymalnej decyzji.
Jak we wszystkim, tak i w przypadku lojalności nie ma gotowego algorytmu i „przepisu na życie”. Nie bez powodu starożytni stoicy pisali, że człowiek powinien reagować odważnie, z umiarkowaniem, mądrością i sprawiedliwością. Może gdzieś tu jest odpowiedź.
Joanna Heidtman, dr nauk humanistycznych. Psycholożka, socjolożka. Psychoterapeutka w nurcie psychodynamicznym i konsultantka biznesu w ramach firmy Heidtman & Piasecki