1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Relacje
  4. >
  5. Najpierw właśnie to cię w nim pociągało, dziś doprowadza cię do szału. Psycholog wyjaśnia, dlaczego tak się dzieje

Najpierw właśnie to cię w nim pociągało, dziś doprowadza cię do szału. Psycholog wyjaśnia, dlaczego tak się dzieje

Dodaj w Google
Dodaj w Google
(Fot. Anton Vierietin/Getty Images)
(Fot. Anton Vierietin/Getty Images)
W relacji opartej na koluzji nie chodzi tylko o to, że partner doskonale uzupełnia jakiś brak, który w sobie mamy. Problem w tym, że po pewnym czasie zostaje do tego braku sprowadzony, a z kimś takim nie da się już być – mówi psycholog Paweł Droździak w rozmowie o pozornie „idealnie” dopasowanych parach.

Spis treści:

  1. Czym jest koluzja w związku? Gdy „idealne dopasowanie” okazuje się pułapką
  2. Koluzja narcystyczna. Gdy jedna osoba podziwia, a druga chce być podziwiana
  3. Rozważna i romantyczna, odpowiedzialny i spontaniczna. Kiedy role w związku stają się zbyt sztywne?
  4. Dlaczego zaczyna nas drażnić to, co kiedyś pociągało nas w partnerze?
  5. Jak rozpoznać koluzję w związku? Psycholog radzi zadać sobie dwa pytania

  • Czasem patrzymy na parę i myślimy: „ależ oni się idealnie dobrali”. Ona spontaniczna, on rozsądny; jedna osoba świetnie radzi sobie z tym, czego druga nie znosi. Takie dopasowanie może jednak kryć mechanizm, który psychologia nazywa koluzją.
  • „Lokujemy w partnerze to, czego w sobie nie chcemy, a potem nie możemy go znieść dokładnie z tego samego powodu, dla którego początkowo nas do siebie przyciągnął” – tłumaczy psycholog Paweł Droździak.
  • Problem pojawia się wtedy, gdy partnerzy coraz mocniej zamykają się w swoich rolach. Jedno zawsze opiekuje się drugim, jedno jest odpowiedzialne, a drugie spontaniczne – i żadne nie może już pozwolić sobie na bycie kimś innym.
  • Jak rozpoznać taki układ? Psycholog proponuje zacząć od zaskakującego pytania: „Jaka ja na pewno nie jestem?”.

Wywiad pochodzi z magazynu „Sens” 07/2026.

Czym jest koluzja w związku? Gdy „idealne dopasowanie” okazuje się pułapką

Agnieszka Radomska: Jürg Willi, szwajcarski specjalista psychoterapii dynamicznej, opisywał koluzję jako nieuświadomioną grę dwojga ludzi angażujących się w relację opartą na kombinacji wewnętrznych konfliktów. Na pierwszy rzut oka taka para jest „idealna”, tak jakby zdarzył się cud i spotkali się ludzie, którzy doskonale do siebie pasują, mimo że wyraźnie się między sobą różnią. Po pewnym czasie okazuje się, że to pozór. Jak działa ten mechanizm?

Paweł Droździak: Wyobraźmy sobie, że spotykają się dwie osoby, a jedna z tych osób ma w sobie jakąś część, której nie lubi i nie chce; albo z jakiegoś powodu nie potrafi czy nie ma ochoty obsługiwać jakiegoś obszaru życia, jak choćby płacenie rachunków czy załatwianie spraw urzędowych. I ten drugi człowiek, który nagle się pojawia, to z niej zdejmuje. Niechcianą cechę pozwala przypisać sobie albo zaczyna się zajmować tą nielubianą częścią rzeczywistości. To może zadziałać w obie strony, a wtedy te dwie osoby w jakiś sposób się uzupełniają, co faktycznie na pierwszy rzut oka daje wrażenie dopasowania doskonałego.

Często nie chodzi nawet o dopasowanie emocjonalne, a czysto funkcjonalne – jak z tymi rachunkami, do których jedna osoba w parze kompletnie nie ma głowy, a druga ogarnia to bez problemu, ale za to ma deficyt w obszarze, w którym ta druga jest mocniejsza. Następuje wymiana, która do pewnego momentu jest opłacalna i wygodna dla obu stron, ale ta opcja szybko się wyczerpuje.

Jeśli ktoś wziął na siebie jakiś mój brak czy niespójność, a ja wziąłem na siebie jego deficyt, to pozornie mamy twór sielankowy pod tytułem: „ależ oni się idealnie dobrali”. Tyle że ostatecznie ta druga osoba jest w zasadzie do owego braku sprowadzona, a sprowadzeni do cudzego braku czujemy się w nim usztywnieni. Nie da się tak funkcjonować na dłuższą metę.

autopromocja
1200x300_strona glowna.webp

Przy czym nie jest tak, że wyboru dokonujemy świadomie, czyli na przykład osoba niepewna siebie jest tego świadoma, więc racjonalnie szuka przebojowego partnera w nadziei na równowagę. Willi twierdzi, że nieświadomie łatamy dziury z okresu wczesnorozwojowego.

Nawet nie do końca musi być tak, że mamy w sobie jakieś wielkie dziury. Wystarczy, że jesteśmy na coś niezdecydowani. Mój ulubiony przykład współczesnej koluzji symetrycznej to związki na odległość. Ludzie są w relacji romantycznej, ale żyją w dwóch różnych częściach Europy, bardzo daleko od siebie. Trochę są razem, a trochę – nie wiadomo. Dyskusja między nimi bardzo szybko wchodzi w fazę, kto do kogo nie chce się przeprowadzić. Ktoś tu stawia opór, a ktoś naciska. Raz jedno deklaruje gotowość, obiecuje, że spakuje walizki, raz drugie, bo często w tych rolach wymieniają się okresowo, trochę jak żuraw i czapla z wiersza Brzechwy. To też jest relacja koluzyjna, choć oni wcale nie muszą być jakoś mocno skrzywieni doświadczeniami z dzieciństwa; mogą po prostu w danym momencie oboje nie być gotowi na poważniejszą relację. Ten brak gotowości każde z nich umieszcza w drugiej osobie, czysto projekcyjnie, bo z jakiegoś powodu jednak czują, że chcieć powinni.

Także w codziennym życiu mamy do czynienia z mnóstwem mikrokoluzji, i to niekoniecznie na gruncie relacji romantycznych.

Wyobraź sobie, że jest w twoim życiu osoba, z którą czujesz, że powinnaś się spotkać, bo dawno się nie widzieliście, ale z drugiej strony z jakiegoś powodu nie masz na to specjalnie ochoty. W poczuciu obowiązku, przyzwoitości czy wyrzutów sumienia dzwonisz ostatecznie i proponujesz: „to może we wtorek?”. Ona odpowiada: „doskonale, umówieni!”, po czym dzwoni w poniedziałek wieczorem i spotkanie z przykrością odwołuje, bo coś jej wypadło.

Przesuwa je na środę, ty się zgadzasz, ale potem odwołujesz we wtorek, bo masz chorego psa, który, prawdę mówiąc, ma się doskonale. Ona to oczywiście świetnie rozumie, a tak naprawdę czuje ulgę. I tak dalej... Do takiej mikrokoluzji dochodzi dlatego, że w gruncie rzeczy żadne z was nie ma ochoty się spotkać, ale nie macie też ochoty się do tego przyznać. Tkwicie więc w nieświadomym układzie uzupełniania czegoś sobie nawzajem, w takim związku na odległość. Może być tak, że obie osoby w takiej sytuacji nie są gotowe spotkać się, ale delegują na drugiego człowieka w układzie własną niemożność. Jednocześnie przeżywają tę drugą osobę jako stawiającą opór, bo tak jest łatwiej.

Generalnie koluzja to rodzaj nieświadomej, niepisanej umowy na wspólne ukrywanie braku i na to, że druga osoba poniesie coś, czego my nieść nie chcemy.

Koluzja narcystyczna. Gdy jedna osoba podziwia, a druga chce być podziwiana

Dokładnie tak jest w koluzji narcystycznej, co mnie zaskoczyło. Głównym problemem w takiej parze jest ogromna potrzeba bycia ważnym, czyli poczucia własnej wartości. Myślałam, że z jednej strony jest osoba potrzebująca ogromnego uznania i adoracji, a z drugiej – ta, która uwielbia tę drugą uwielbiać, więc wszystko się zgadza. Natomiast Willi mechanizm tej koluzji tłumaczył dokładnie tym samym problemem niskiej samooceny u obojga partnerów, który jednak obie strony próbują załatwić w skrajnie odmienny sposób. Trudno to zrozumieć.

W takiej relacji jedna osoba chce być podziwiana i uwielbiana – tak buduje poczucie własnej wartości. W związku z tym wszystko, co nie jest w niej godne podziwu, jest niedoskonałe, a nawet żałosne, umieszcza w partnerze. Druga strona z kolei, ta podziwiająca, także chce dostąpić jakiejś wspaniałości, tyle że nie odważy się wprost powiedzieć, że ma to cokolwiek wspólnego z nią samą. Grzeje się w blasku cudownego partnera, gloryfikuje ją sam fakt, że z nim jest, choć to wcale nie dotyczy tylko związków intymnych – podobną relację można mieć z nauczycielem, szefem czy trenerem. Ktoś taki bierze na siebie niegodne podziwu cechy, godzi się być nawet żałosny, jest w roli służebnej, czczącej, ale dzięki temu też czuje się trochę wspaniały, bo z kimś godnym uwielbienia jest powiązany. Ten uwielbiany występuje niejako w roli reprezentanta uwielbiającego, tym samym zaspokajając jego narcystyczne potrzeby swoimi spektakularnymi działaniami czy wysoce pożądanymi cechami. Obie te osoby mają pewien problem z samooceną i to je łączy.

Komunikat wysyłany przez tę uwielbianą, będący częścią niepisanej umowy, brzmi mniej więcej tak: ja jestem wspaniały, a ty nie. Możesz jednak ze mną być, a ja pozwolę tobie, słabemu i gorszemu, się podziwiać, dzięki temu trochę mojej wspaniałości spłynie także na ciebie. Początkowo taki układ działa, nawet dość sprawnie, ale w pewnym momencie pojawia się wyczerpanie.

Czym konkretnie?

Jedna strona, ta w pozycji „służebnej”, czuje się wbrew temu, czego oczekiwała, coraz bardziej do niczego. To partner zgarnia kompletnie wszystko, cała pula zachwytów przypada jemu, uwielbiającemu zostaje wspieranie, co na co dzień oznacza najczęściej zajmowanie się całą masą jakichś banalnych czynności. Dostrzega, że jest niezauważany, a to jest bolesne odkrycie. Drugiej stronie z kolei przestaje wystarczać fakt bycia podziwianym przez osobę, która sama godna podziwu nie jest. Włącza się więc pokrętna logika: może gdybym był podziwiany przez kogoś wspanialszego, czułbym się jeszcze bardziej doceniony. W innym scenariuszu ktoś taki może mieć już dość tej wspaniałości, ona może stać się ciężarem nie do udźwignięcia, gdy z jakiegoś powodu konstrukcja narcystyczna takiej osoby się zachwieje.

Chodzi o to, że każdy człowiek ma w sobie wiele różnych potencjałów, a w relacji koluzyjnej ludzie się maksymalnie uskrajniają i ten proces eskaluje. Jakiś kawałek potencjału każdej z tych osób jest uwięziony, a to nie może skończyć się dobrze.

Rozważna i romantyczna, odpowiedzialny i spontaniczna. Kiedy role w związku stają się zbyt sztywne?

To uskrajnianie wyraźnie widać w koluzji oralnej. Jeden z partnerów jest jak rodzic, który się troszczy, opiekuje, pielęgnuje i pomaga drugiemu, drugi zaś jak dziecko, któremu ta troska i opieka się należy. Uderzające jest to, że w takim układzie właśnie za sprawą usztywnienia w rolach ludzie niczego się od siebie wzajemnie nie uczą. Ten w pozycji rodzica nie pozwala się sobą opiekować, nie przyjmuje pomocy, a ten w pozycji dziecka nie uczy się z kolei wspierać.

Niczego się od siebie nie uczą, tylko precyzyjnie dzielą się rolami. W relacji koluzyjnej nie mieści się konstrukt „rozważna i romantyczna”. Jesteś albo rozważna (skrajnie), albo (skrajnie) romantyczna. Narysujmy taką parę, żeby to lepiej zobrazować. Ona jest romantyczna, stawia tylko na uczucie, jest spontaniczna, zawsze idzie za impulsem, nie licząc się z konsekwencjami. On z kolei jest rozważny, poukładany, rozsądny, racjonalny i przewidujący.

Żyją sobie razem, aż któregoś dnia, podczas wakacji w Rzymie w środku marca, ona spontanicznie zarządza: „Chodź, wykąpiemy się w fontannie! Teraz, natychmiast, nago!”. On, rzecz jasna, stwierdza, że absolutnie nie, bo nie wypada, poza tym jest tylko 13 stopni, więc za zimno, a w ogóle to trzeba już wracać do hotelu, bo jutro rano samolot, a jeszcze trzeba się odprawić.

Więc ona sama wskakuje do fontanny, cała zachwycona pluska się w niej, a on w tym czasie zbiera jej rozrzuconą odzież, składa ją w kostkę, a przy okazji negocjuje z policją, żeby nie wystawili mandatu. I podobne sytuacje się powtarzają. Ani on nie uczy się od niej spontaniczności, ani ona od niego rozwagi.

Początkowo oboje mogą czuć się dobrze w tym układzie. Ona deleguje na niego kontrolowanie szczegółów, sprawdzanie biletów i terminu przeglądu jej samochodu, a także ogarnianie całej nudnej rzeczywistości oraz przewidywanie skutków jej spontanicznych zachowań. On deleguje na nią całe ryzyko, emocje, które mogą być destabilizujące, wybryki grożące kompromitacją, a przy okazji generalnie trochę mu się podoba, że ona tak bez żenady i blokad wskakuje do fontann, jest wyzwolona, tak się umie bawić! Taka para może funkcjonować świetnie do chwili, w której on stwierdzi, że też miałby ochotę sobie do fontanny wskoczyć i niczym się nie przejmować, ale nie może, bo musi w kółko gadać z policją i zbierać jej ciuchy, bo to zawsze ona w coś się wplątuje i trzeba ją ratować – inaczej będzie katastrofa. Ona go wcale nie ożywia swoją spontanicznością – przeciwnie, usztywnia go w roli tego rozsądnego, drętwego, obliczalnego, a sama staje się coraz bardziej beztroska, frywolna, przecież on po jej szaleństwach posprząta.

Dlaczego zaczyna nas drażnić to, co kiedyś pociągało nas w partnerze?

Jak jest zbyt skrajnie, to system już nie działa, tak?

Nie działa, za to zaczynają sobie nawzajem coraz bardziej działać na nerwy. To samo, co było na początku powodem wybrania tej osoby – jej życiowa energia, niefrasobliwość, urocze szaleństwo i z drugiej strony jego zdrowy rozsądek, opanowanie, przewidywalność – na końcu staje się powodem zbrodni. Jeśli jakąś część siebie delegujemy w całości na drugą osobę, to całkowicie tracimy z tą częścią siebie kontakt, dewaluujemy ją, a to zawsze oznacza kłopoty. Bo jak w ogóle żyć z osobą, która reprezentuje sobą właściwie jedynie wszystkie moje niechciane cechy?

Te skrajności mogą dotyczyć rozmaitych aspektów życia, których jest nieskończenie wiele. Pełna kontrola impulsów vs. całkowity brak kontroli, zajmowanie się wyłącznie ideami vs. stawianie tylko na konkrety, postępowość vs. konserwatyzm – pary opozycyjnych cech, wartości, parametrów, które kryją się pod relacją koluzyjną, można mnożyć.

Mechanizm zawsze jest jednak ten sam: lokujemy w partnerze to, czego w sobie nie chcemy, a potem nie możemy go znieść dokładnie z tego samego powodu, dla którego początkowo nas do siebie przyciągnął.

Jedną z ważniejszych opozycji jest chyba kobiecość vs. męskość. To zresztą oś koluzji falliczno-edypalnej, zachowując oryginalną terminologię. On na wskroś męski, decyzyjny, władczy, zarabiający, ona – uosobienie stereotypowej kobiecości, piękna, uwodzicielska, ale też wrażliwa i krucha. W sumie co w tym złego, że wspiera się na jego silnym męskim ramieniu, skoro tak oboje chcą?

Nie użyłbym słowa „złego”. Chodzi bardziej o to, że jeśli on jest taki męski jak żywcem wyjęty z książki o prawdziwych facetach, a ona taka skrajnie „kobieca” – celowo biorę to słowo w cudzysłów – do pewnego momentu faktycznie to może świetnie działać.

On się napina, ona trzepocze rzęsami i wszyscy teoretycznie są zadowoleni. Problem się zaczyna wtedy, kiedy z jakiegoś powodu życie im to psuje.

On, taki męsko-męski, nagle się poważnie rozchorował. Jest w takiej roli, że nie bardzo powinien zaniemóc, bo musi dowozić, a jednak. Albo ona, taka piękna, idealna, nagle ulega wypadkowi i już nie jest nieskazitelna, ma wyraźny wizerunkowy brak, w którym nie da się już realizować tej stereotypowej kobiecości. Co wtedy? W każdej z tych sytuacji jedno z nich – a w skrajnym wypadku nawet oboje naraz – wypada z roli. Jeśli człowiek jest sprowadzony do jednego wymiaru, to cały system przestaje działać, gdy się w tym wymiarze przestaje mieścić.

Musi dojść do kryzysu, żeby ludzie mogli zdać sobie sprawę, że tkwią w związku opartym na koluzji? Nie da się tego jakoś wcześniej rozpoznać?

Koluzyjnie zawsze dogadujemy się nieświadomie, więc trudno to zauważyć. Ważnym kryterium, właściwie podstawowym, by można było mówić o koluzji, jest pewien schemat, który trudno wyłapać bez pomocy terapeuty. To najczęściej powtarzające się konflikty, które parze ciężko rozwiązać, dlatego nieustannie wracają. Ludzie raczej przyjmują, że kłócą się dokładnie o to, o co się kłócą – o nieodebrane awiza, nieobrane ziemniaki i tak dalej. Dopiero gdy w gabinecie przytaczają dziesiątki podobnych historii, można dogrzebać się do tego, co jest pod spodem. Zwykle sami nie dostrzegą tego wzorca i dojdzie do kryzysu, a wtedy albo sięgną po pomoc, albo związek się rozsypie z powodów, o których już mówiłem – relacja nie wytrzyma tego, że wypadli z ról.

Jak rozpoznać koluzję w związku? Psycholog radzi zadać sobie dwa pytania

Skoro trudno wyłapać, że związek jest oparty na koluzji, gdy już się w nim jest, może łatwiej wyprzedzić fakty i sprawdzić, czy w ogóle mamy predyspozycje do tego, by w taką relację wejść. Da się to przewidzieć?

To oczywiście nie jest nic w rodzaju prostego testu, bo komplikacja w przypadku koluzji polega na tym, że to jest zjawisko wielowymiarowe i nigdy nie da się do końca przewidzieć tego, że w relacji z konkretną osobą ta dynamika się odpali, a z inną zupełnie nie. Jest jednak pewne pytanie, które można samemu sobie postawić, jeszcze zanim wejdziemy w jakąkolwiek bliską relację. To pytanie brzmi: jaki ja na pewno nie jestem? Bo jeżeli twierdzę, że jakiś na pewno nie jestem, to na sto procent trafię na kogoś, kto taki właśnie jest – idealnego do koluzji.

Jeżeli jestem pewien, że czegoś w sobie nie mam – opiekuńczości, agresji, odpowiedzialności, spontaniczności, irracjonalności, bo tu można wstawić niemal wszystko – ktoś przecież musi to mieć. I zwykle jakoś tak się dzieje, że ten ktoś sam się pojawia gdzieś obok.

Dlatego drugie pytanie, jakie można sobie postawić, brzmi: czy jest wokół mnie ktoś taki, kto ma w sobie dokładnie to, o czym jestem przekonany, że we mnie tego nie ma? I czy nie jest to przypadkiem ktoś bardzo mi bliski, z kim łączy mnie przedziwny rodzaj więzi skonstruowanej tak, że właściwie nie umiemy się od siebie odkleić, chociaż wciąż się kłócimy i generalnie słabo nam się układa? To już jakiś prognostyk związku koluzyjnego.

Ale przecież każdy ma jakieś braki i deficyty, a nie wszystkie związki – taką mam nadzieję – opierają się na koluzji. Musi zatem istnieć jakiś element poza samym brakiem, który sprawia, że dochodzi do połączenia dwóch osób w ten specyficzny jednak rodzaj relacji. Jaki?

Jest ważna różnica między „ja tego nie umiem tak dobrze” a „to w ogóle nie jestem ja”. O koluzji nie decyduje sam brak, tylko odszczepienie jakiegoś fragmentu. Jeśli ktoś lepiej prowadzi samochód, a ktoś inny lepiej nawiguje, to wtedy nie mówimy o koluzji, tylko o specjalizacji. O koluzji mówilibyśmy w okolicznościach, gdyby na przykład jedna ze stron całkowicie odszczepiła i uznała za „nie jej” wszystkie te części psychiki, które mogłyby się jakoś łączyć z prowadzeniem samochodu, na przykład uznałaby to za zbyt „pierwotne” i agresywne. A druga całkowicie odszczepiłaby wszystkie części, które by mogły się jakoś łączyć z nawigowaniem, obserwowaniem szczegółów. Właśnie to odszczepienie, uznanie czegoś własnego za „coś, co nie ma ze mną nic wspólnego”, tworzy konieczność przypisania tego do innej osoby.

Tyle że rozpoznanie tego nie gwarantuje, że uda się uniknąć koluzji. Ona niestety bardzo często jest ludziom potrzebna właśnie po to, by móc w drugim człowieku ulokować jakiś swój brak i wcale nie tak łatwo jest z tego zrezygnować. Rozpoznanie może jednak uruchomić w pewnym stopniu naszą czujność i pozwolić tę dynamikę zauważyć, zanim stanie się ona całkowicie destrukcyjna. Bo relacja oparta na koluzji nigdy nie jest relacją dwojga prawdziwych ludzi. To raczej relacja dwóch konstrukcji psychicznych, w której nie da się być sobą w pełni, skoro połowę siebie delegujemy na drugą stronę.

Paweł Droździak, psycholog, autor książek. Prowadzi poradnictwo dla osób dorosłych i par. Pracuje z osobami mającymi trudności z kontrolowaniem zachowań impulsywnych. Zajmuje się także analizą lacanowską.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE