Mówimy, że kochamy nie tylko drugiego człowieka, lecz także nasze pasje, działania, sztukę, filozofię, idee. Tylko czy to na pewno miłość? O różnych jej odmianach – manii, agape, storge i philii – mówi prof. Jacek Wasilewski.
- Starożytni Grecy wyróżniali różne rodzaje miłości – od namiętnego erosu i zaborczej manii po bezinteresowną agape. Prof. Jacek Wasilewski wyjaśnia, czym się różnią i dlaczego nie każda miłość czyni nas lepszymi.
- Kochać możemy nie tylko drugiego człowieka. Pasja, sztuka, filozofia, ojczyzna, a nawet kolekcjonowanie znaczków mogą dawać nam radość, angażować i stawać się częścią naszej tożsamości.
- Miłość rodzinna to storge, braterska i przyjacielska – philia, a miłość do siebie – philautia.
- Zdaniem eksperta potrzebujemy w życiu wielu różnych miłości. Porównuje je do korzeni drzewa rosnącego na skale: im więcej punktów daje nam oparcie, tym trudniej przewrócić nas pierwszemu podmuchowi wiatru.
Wywiad pochodzi z magazynu „Sens” 07/2026.
Beata Pawłowicz: Czy seksualizacja naszego świata oznacza, że pośród miłości, których starożytni Grecy naliczyli osiem, króluje dziś eros?
Jacek Wasilewski: Powszechne dziś zabawy seksem to redukcja tego, czym erotyczna miłość była dla starożytnych Greków. To była namiętna, zmysłowa relacja między ludźmi, która została sprowadzona do samozaspokojenia z udziałem drugiego człowieka. Odbywa się ono poprzez różne platformy, na których ludzie przede wszystkim mówią o swoich preferencjach. Konstruują wymagania dotyczące produktu czy usługi i oczekują, że druga osoba im to dostarczy. Eros przestał być kimś, kto wypuszcza strzały, aby dać się porwać miłości.
Gdy słyszymy „dać się porwać miłości”, myślimy: „To współuzależnienie. Potrzebna jest terapia!”. Czy coś przez taką postawę gubimy?
Pytanie, jakiemu rodzajowi miłości damy się porwać. Jeśli temu, który Grecy nazywali manią, to istotnie mamy problem. Miłość staje się wtedy szaleństwem, które nas opanowuje, sprawia, że stajemy się nienajlepszą wersją siebie. Mania wyraża się w chęci, by posiąść obiekt swojego pożądania i nie dawać nikomu innemu do niego dostępu. „To jest mój skarb, mój skarbeniek”. Tak obiekt swojej manii „kochamy”, że nie pozwalamy mu się rozwijać, bo gdzieś tam może przecież poznać kogoś, o kogo będziemy zazdrośni. Jesteśmy więc gotowi ten nasz skarb więzić w piwnicy!
Mimo to właśnie mania jest sławiona w romantycznym dziedzictwie, które odnajdujemy we współczesnych piosenkach, jak: „Jesteś szalona, mówię ci” czy „Przez twe oczy, oczy zielone… oszalałem”. O takiej miłości marzymy, bo myślimy, że ona jest prawdziwa, jest czymś lepszym.
Jednak odnaleźć się możemy też w całkiem innym rodzaju miłości – agape. To miłość czysta, która polega na dawaniu. Bezinteresowna, nakierowana na drugą osobę, bliska miłości rodzicielskiej czy braterskiej. Chcemy, by osoba, którą kochamy, była szczęśliwa i się rozwijała. To dwa skrajne rodzaje miłości, którym można dać się porwać: mania – nakierowana na siebie; agape – na obiekt miłości.
Czy musimy „mieć” drugiego człowieka, by kochać?
Jeśli mówimy o miłości, to najczęściej mamy na myśli uczucie skierowane do osoby, ale także na obiekt bądź działanie, które są nam szczególnie miłe. Mamy wtedy do tych osób, obiektów czy działań pozytywny stosunek i jesteśmy w stanie poświęcić dla nich wiele czasu, bo to sprawia nam przyjemność. Miłość wskazuje też na szczególną relację, która nas z tym kimś czy czymś łączy. Nie jest ona oparta na obowiązku, ale na szczególnym zaangażowaniu, intymności i namiętności. To trzy wyznaczniki miłości według amerykańskiego psychologa Roberta Sternberga. W nich objawia się pełna miłość.
A teraz zastanówmy się, czy i jak pełna miłość mogłaby się objawić w przypadku uczucia do ojczyzny. Co z intymnością? Przecież nie będziemy się przytulali do orła czy owijali biało-czerwoną flagą. Możemy jednak tej intymności doświadczyć, choćby zbierając różne bibeloty związane z polską historią, które sprawią, że nasza prywatna przestrzeń, pokój czy nawet sypialnia zostaną naznaczone symboliką manifestującą miłość do Polski.
Łatwo też o namiętność. Widać ją choćby w dyskusjach o Polsce czy w wybuchach uczuć 11 listopada. Zaangażowanie z kolei polega na tym, że gdy ojczyzna jest w potrzebie, nie mówię: „To mnie nie obchodzi, to jest nie o mnie”, tylko staram się w jakiś sposób pomóc. Nie musi to być tylko oddawanie krwi, czyli bicie się za nią po lasach...
Wychowano mnie w tradycji bicia się po lasach, a więc walczę o lasy, żeby w razie czego…
Właśnie – miłość do ojczyzny może się wyrażać w każdym działaniu, jakie będzie związane na przykład z ochroną miejsc istotnych dla tradycji. Mogą to też być lasy. Miłość jest zjawiskiem w interakcji i zawsze jest związana ze zmianą tożsamości, a więc gdy mówię, że „kocham ojczyznę”, to ta zmiana polega na tym, że staję się „patriotą”. W tym, co kocham, musi więc być coś ze mnie!
Jeśli więc komuś narodowe symbole Polski kojarzą się z tożsamością, której nie akceptuje, to czuje się z nimi niezręcznie i je odrzuca. Podobnie gdy idzie do kościoła i czuje, że to, co tam się dzieje, jest o umieraniu, a nie o radości życia. Jeśli jednak pójdzie na mszę gospel i poczuje, że to jest o życiu, to może zapragnie tej miłości.
Bo miłość daje nam przypływ energii, daje radość. Taki stan radosnego uniesienia może nam dać ojczyzna, może lotnictwo albo nawet filatelistyka. I wtedy dopiero jesteśmy w stanie wiele dla tej naszej miłości poświęcić.
Czy to znaczy, że miłość zawsze poprzedza to, co po łacinie nazywano „ludusem”?
Mówię o miłości zaangażowanej do pewnego rodzaju zabawy, czyli dającej poczucie lekkości i przyjemności. Beztroskę. O czymś, co jest jak flirt, tyle że nie z człowiekiem, ale z historią czy surfingiem. Zachowujemy się wtedy trochę jak w zalotach, czerpiemy przyjemność z zaangażowania w pewną działalność. Nie robimy tego dla kogoś, ale dla siebie, bo nam to sprawia przyjemność.
I właśnie – ten rodzaj przyjemności, który jest pomiędzy zabawą a pogrążeniem się w zajmującym nas temacie, daje nam tyle pozytywnych odczuć i w pewnym momencie nas tak wciąga, że zmienia naszą tożsamość.
Ktoś może na tyle zaangażować się w znaczki, że nazwiemy go filatelistą; albo w rowery – że nazwiemy go cyklistą. Rezygnuje wtedy z obiadu czy innej ważnej rzeczy, bo ma do przejrzenia klaser ze znaczkami albo do przejechania 50 kilometrów, a wie, że to sprawi mu dużo frajdy. Wtedy relacja z tymi obiektami, jakimi są znaczki, rowery czy flagi, wpływa na naszą tożsamość, bo określa nas jako filatelistę, cyklistę czy patriotę.
Ale czy to… miłość?
Kiedy oglądanie znaczków daje taką przyjemność, jak oglądanie portretu ukochanej, no to chyba jest miłość? Miłość nas buduje. Chcianego albo niechcianego siebie, jak to się dzieje w wypadku manii, kiedy szaleństwo bierze górę nad rozsądkiem. Przykładem tego, jak miłość maniczna nas zmienia, jest historia Golluma z „Władcy pierścieni”.
Gollum ogarnięty manią do pierścienia wykrada go i razem ze swoim skarbem ukrywa się w górskich jaskiniach. Lata takiego obsesyjnego życia zamieniają go w potwora, a i tak ten swój skarb traci.
Zaangażowanie w miłość bywa męczące. Nawet miłość do filozofii wymaga wysiłku, który niewiele ma w sobie z ludyczności.
Można kochać filozofię i uwielbiać przy piwku na balkonie roztrząsać zagadki bytu. To jest rodzaj ludusu. Jeśli jednak ktoś idzie za tą miłością, kształci się i zostaje profesjonalnym filozofem, to już jest jego zawód. Chodzi więc codziennie do pracy, w której musi napisać ileś tam artykułów. Może jeszcze gdzieś tam odczuwa rodzaj przyjemności i zabawy, ale głęboko ukryty pod grubym suknem codzienności.
To nie jest ludyczne, zgoda! Ale skoro trzeci składnik miłości to zaangażowanie, to może dopiero filozof kocha prawdziwie filozofię?
O ile jest w tym intymność i namiętność! Jeżeli mówimy o intymności, to filozofia wkrada nam się do łóżka. Patrzymy na świat w interakcji z filozoficznymi ideami. One potrafią nas pocieszyć w smutku, bo kiedy go odczuwamy, czytamy filozofów mówiących o melancholii. Idee potrafią też dawać nam radość, jeśli znajdziemy odpowiednie lektury, na przykład Epikura. A co z namiętnością? Może mamy z nią do czynienia, gdy nie chcemy przerywać lektury Kierkegaarda czy Epikura, choć trzeba skosić trawnik albo żona pragnie seksu? Wtedy to byłby pewien rodzaj namiętności. Kiedy jednak nasza intymność z ideami jest odarta z takiej bliskości, nie jest piżamą, ale garniturem, to wtedy zostaje tylko obowiązek pisania artykułów.
Wtedy to tylko zawód: filozof?
Tak, zwłaszcza kiedy to już tylko przykry obowiązek. Jest jak w starym związku, gdzie dwoje ludzi robi zakupy, płaci kredyt, ale nie ma między nimi zaangażowania, nic ich ku sobie nie ciągnie. Już nie patrzą na siebie po to, aby przejrzeć się we wzroku tego drugiego. Podobnie w wypadku miłości do filozofii, kochamy, póki w tych ideach przeglądamy się, widzimy samych siebie poprzez te idee. Jedziemy z nimi na wakacje.
To najcudowniejsze w miłości do idei czy do sztuki: przez obcowanie z nimi stajemy się lepsi.
Albo bardziej wyniośli, gdy mamy tylko poczucie bycia lepszym. Ale ważne dla nas jest także doświadczenie storge, czyli miłości rodzinnej, bliskiej wspomnianej altruistycznej agape. Storge jednak silniej motywuje. Jeśli jesteśmy czyimś dzieckiem czy rodzicem, to jest w tym rodzaj szczególnej intymności, choć miłość rodzinna jest pozbawiona seksualności.
Jeśli ktoś odwiedza matkę, a jest emocjonalnie zaangażowany w relację z nią, to jest między nimi intymność zwierzeń, doświadczeń. Jeśli nie ma, to jest tylko obowiązek, który reguluje nie tylko obyczaj, ale też prawo opieki nad rodzicem czy dzieckiem.
Czyli nie zawsze to storge?
Nawet w wypadku naszych dzieci możemy płacić alimenty, bo musimy, albo dlatego, że chcemy, aby one miały zapewniony rozwój i były szczęśliwe. Wtedy dopiero to jest storge. Rodzice są w stanie wiele poświęcić dla przyszłości dzieci. Cieszy ich to, co się wydarza w ich życiu, o ile jest dobre. Smuci to, co je krzywdzi. Tak miłość poszerza ich granice, obejmują swoim odczuwaniem także dzieci. Storge pomaga tworzyć rodzinę, mobilizuje do działania. Dzięki tej miłości robimy wiele na rzecz bliskich.
Bohaterowie filmów Bollywood cały czas robią coś dla matki, siostry czy rodziców. Jest to tak samo istotny wątek jak miłość romantyczna.
A gdy nie mamy dzieci czy rodziny?
Powiem teraz coś, co może być zaskakujące: rodzajem miłości rodzinnej może być… miłość do naszego klubu sportowego. Czujemy się wtedy częścią większej wspólnoty, którą są klub, kibice i ich rodziny. W ramach tej wspólnoty robimy miłe i ważne dla wszystkich rzeczy: pomagamy tym z nas, którym jest gorzej, czy wspólnie robimy kanapki na klubowe święta. Miłość do klubu może jednak także być philią, czyli miłością braterską, do naszych przyjaciół. Wtedy to uczucie kierujemy bardziej ku tej ekipie, z którą chodzimy na mecze czy wspólnie grasujemy po lasach.
Miłość braterska była opiewana w antyku. To często miłość towarzyszy broni, którzy mogą zawsze na siebie liczyć. Mogą także w swoich ramionach płakać i umierać. To jest miłość jak z „Trzech muszkieterów” Dumasa, którzy mieli zasadę: „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”.
Philia to też miłość siostrzana?
Dziś jest ona nawet silnym nurtem w kinie kobiecym. Jednak kobiety w filmie rzadko podejmują wyprawy, podczas których ta miłość najwyraźniej dochodzi do głosu – jak w „Thelmie i Louise”.
Jeśli bohaterki dziś ruszają w podróż, to często solo, aby udowodnić sobie, że dadzą radę przejść przez góry czy dokonać innego wyczynu. Celem takiej wyprawy jest więc raczej udowodnienie sobie własnej wartości.
Tymczasem, gdy popatrzymy na miłość braterską między Frodo a Samem z „Władcy pierścieni”, zobaczymy, że nadchodzi taki moment, kiedy trzeba stanąć u boku brata. Sam nie chce, żeby Frodo szedł samotnie na wyprawę, bo będzie potrzebował pomocy. Idzie więc z nim. Philia wymaga od nas porzucenia codziennych więzów na rzecz powinności braterskich. Dzięki niej jednak możemy doświadczyć przynależności do drużyny, której członkowie są w stanie wzajemnie się chronić, odwołując się do czegoś większego.
Transcendencja? Czas zapytać o miłość do Boga.
Jeśli pomyślimy o apostołach i innych osobach towarzyszących Jezusowi, to zwracali się do siebie: bracie, siostro. Taka forma jest też przyjęta w innych religiach. Religia jest więc próbą rozszerzenia miłości braterskiej na osoby, z którymi nie mamy rzeczywistych związków. Jest próbą inicjowania takich relacji, co jest bardzo ważne, bo przecież żyjemy w rozszerzonych wspólnotach. Czasem obcy sobie stają się braćmi krwi. Bracia inaczej się traktują niż koledzy. Co więcej, kiedy mam brata, czuję się obrażony nie tylko, kiedy ktoś mnie obrazi, ale też kiedy obrazi brata. Moje granice są o wiele dalej, gdy mam braci, rodzinę, niż gdybym nie kochał nikogo i nic.
A co z philautią, czyli miłością do siebie?
Dziś jest często przykrywką pod egoizm, czyli pod chęć urządzania świata pod siebie, z dewizą: ja jestem najważniejszy. Ale tak nie musi być! Miłość do siebie dobrze wytłumaczył Jezus, mówiąc: „kochaj bliźniego swego jak siebie samego”. Philautia jest więc warunkiem kochania innych. Nie możesz sobą gardzić, bo będziesz gardzić innymi.
Bez kochania siebie mamy w duszy dziurę, której nie zasypiemy miłością innych, a którą będziemy starali się łatać cudzą krzywdą. Ważne jednak, by pamiętać, że miłość do siebie to traktowanie siebie z rodzajem czułości, ale też dystansu.
Jak tego drugiego?
Jeżeli mamy brata, jesteśmy dla niego czuli i wrażliwi na jego smutki. Czasem jednak też umiemy go wyśmiać, by mu pokazać jego problemy z odpowiedniej perspektywy. Podobnie musimy umieć kochać siebie. Powiedziałbym, że dziś nasza miłość własna jest szczególnie ważna, bo zabezpiecza przed skutkami porównań społecznych. To ona sprawia, że nie czujemy się gorsi, nawet jeśli mamy najgorszy samochód na parkingu. Kochamy samych siebie podobnie jak kochamy kogoś innego, nawet jeśli ten ktoś nie ma żadnego samochodu. Jest dla nas wyjątkowy mimo to.
Bez wszystkich tych miłości nie można być w pełni człowiekiem? Potrzebujemy kochać, bo to daje nam tożsamość, wspólnotę, możliwość zostania bohaterem?
Człowiek nie jest samotną wyspą i swoje potrzeby musi zaspokajać przez innych, i to na różnych poziomach. Jeżeli mówimy, że kochamy, to kochamy partnera i dzieci, rodziców, a potem swój kraj czy klub. Możemy też kochać swoje znaczki, wybaczając sobie różne dziwactwa związane z nimi.
Jesteśmy w tych różnych miłościach za każdym razem w interakcji z jakąś osobą, grupą, ideami czy przedmiotami albo działaniami. Bez tej różnorodności kapcaniejemy.
Wyobraźmy sobie, że jesteśmy jak drzewo na skale, potrzebujemy wielu różnych korzeni, aby móc utrzymać się na tej skale. Mając wiele różnych miłości, trzymamy się wielu punktów w społeczeństwie. Jeśli jest ich za mało, wystarczy byle wiatr, a upadniemy. Metafora dobrego ukorzenienia społecznego, które daje nam stabilność, jest dobrym obrazem tego, jak bardzo potrzebne są nam te wszystkie miłości, bo one utrzymują nas w pionie.
Jacek Wasilewski, dr hab. nauk społecznych, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, medioznawca, dziennikarz, pisarz, scenarzysta.