1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Egoizm to pułapka. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Egoizm to pułapka. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Naruszając uniwersalne zasady sumienia, płacimy za to zdrowiem, a w konsekwencji cierpi na tym nasze życie. (Fot. iStock)
Naruszając uniwersalne zasady sumienia, płacimy za to zdrowiem, a w konsekwencji cierpi na tym nasze życie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Nasze cele i działania powinny służyć nie tylko nam, ale i światu. Wtedy odniesiemy życiowy sukces i odnajdziemy głęboką satysfakcję. Aby nam się to udało, musimy tylko... wyjść poza egoizm. Jak go w sobie pokonać? – mówi Wojciech Eichelberger.

Jak walczyć z egoizmem, kiedy uczy się nas myśleć tylko o sobie? Wmawia, że życie to rywalizacja, a myślenie z troską o innych to domena społeczników i... nieudaczników.
Jak przebić się przez nasz egocentryzm? Dopóki tego nie zrobimy, nasz interes będzie w sprzeczności z interesem innych, w konflikcie z interesem przyrody, a nawet nabywców naszych usług czy produktów. Taki sposób widzenia uniemożliwia osiągnięcie prawdziwego sukcesu. A egoizm, który poprzedza zdobycie wglądu w zasadę jedności, jest ciągle udziałem większości i niechętnie rezygnuje z zarządzania naszym umysłem i życiem.

Bo każdy z nas chce być wyjątkowy i wierzy, że właśnie to przyniesie mu sukces.
W obowiązującej definicji sukcesu wyjątkowość uznaje się za coś, co go warunkuje. Wydaje się, że im bardziej rozdęte jest nasze ego, im mocniejsze przekonanie, że jesteśmy wybrańcem – tym pewniej osiągniemy to, co zamierzyliśmy. Jednak nieuchronną konsekwencją i końcem tej drogi jest pycha, która doprowadza nasze życie do katastrofy.

Wstydzić się egocentrycznego sukcesu? Do tego potrzebne jest sumienie, a dziś mówi się: bądź cwany, nie uczciwy…
To zasadnicze elementy egocentrycznej wizji świata opartej na przekonaniu, że nasz sukces musi dokonać się kosztem innych. Na szczęście wzrasta liczba świadomych ludzi, którzy ostrzegają, że w naszych relacjach – zarówno biznesowych, jak i prywatnych, a nawet tych z przyrodą – jest niezbędna znana od lat strategia „win – win” (wygrana – wygrana). Obie egocentrycznie rywalizujące strony znajdują dzięki niej rozwiązanie, które uwzględnia ich żywotne interesy. Mamy więc narzędzie, które umożliwia świadome, niedualistyczne wyznaczanie celów i dróg ich osiągania.

Ale potrzebne nam też sumienie…
Sumienie ma każdy. Choć jeśli się postaramy, możemy je w sobie zagłuszyć. Ale nawet wtedy wcześniej czy później odezwie się: w snach, w przebłyskach intuicji, a w wypadku zatwardzialców – w godzinie śmierci. To, co nazywamy sumieniem, nie należy do świadomości indywidualnej. Jest przejawem świadomości pozaosobistej, jednoczącej. Można więc powiedzieć, że odruchy sumienia są bezcennymi przebłyskami prawdziwej świadomości. Dlatego zawsze gdy naruszamy uniwersalne zasady sumienia, płacimy za to zdrowiem, a w konsekwencji cierpi na tym nasze życie.

Jak oddzielić dobre dbanie o siebie od szkodliwego egoizmu?
Na poziomie egoizmu rządzą nami trzy motywacje. Pierwsza to przetrwać jako organizm. Gdy zachowanie jest motywowane przekonaniem, że nasza egzystencja jest całkowicie uwarunkowana istnieniem ciała, to wszystko i wszyscy stają się zagrożeniem. Naszym wrogiem staje się też nieustanny proces przemiany, umierania i odradzania, który jest sposobem przejawiania się życia. A więc – paradoksalnie – nasz wróg to życie jako takie. W konsekwencji wszyscy, których potrzeby powinniśmy uwzględniać i z którymi powinniśmy wchodzić w naturalny proces wymiany, stają się  zagrożeniem. Żyjemy w iluzji; „albo ja, albo inni”, „albo ja, albo świat”. To przekonanie tak zaślepia, że nie zauważamy, że to innym zawdzięczamy istnienie i że bez przyrody i subtelnej mechaniki wszechświata nie bylibyśmy w stanie przeżyć. Wtedy jesteśmy najbardziej bezkompromisowi, bezwzględni i nieetyczni w realizacji naszych celów.

Nie chciałabym spotykać takich ludzi, ale mam wrażenie, że spotykam.
Wielu z nas utyka w tym „tunelu świadomości”. Na szczęście kolejna motywacja egocentryczna już nie wszystkich traktuje jak wrogów. Pozwala dostrzec coś ważnego w niektórych ludziach, lecz też nakazuje używać ich w celu maksymalizowania własnej przyjemności. Inni są po to, żeby nam było ślicznie, bezpiecznie, mięciutko. Uważamy się za kogoś, komu należy się komfortowe życie. Taka motywacja to potężny motor sukcesu materialnego. Otaczamy się pięknymi przedmiotami, mamy pięknych partnerów i dzieci, pięknie jemy i mamy piękne, wiecznie młode i zdrowe ciała.

Co w tym złego?
Taki iluzoryczny świat może przetrwać jedynie jako wyidealizowana, wydzielona z rzeczywistości enklawa. Jeśli cokolwiek go zaburza, musimy się całkowicie od tego odciąć. Tak więc odwracamy się od wszystkiego, co trudne, co jest cierpieniem, co nieestetyczne. Manipulujemy światem i ludźmi, ignorując ich prawdziwe, niewygodne dla nas potrzeby. Oczywiście przejawia się to też w naszych relacjach osobistych. Wystarczy, że zrobi się w nich choć trochę trudno czy nieprzyjemnie, zabieramy nasze zabawki i przenosimy się do innej, przyjemniejszej piaskownicy.

Hm, coraz bardziej podoba mi się ta motywacja. Jestem zmęczona sprzątaniem piaskownicy…
Uważaj, bo ogromną ilość życiowej energii gotowi jesteśmy zaangażować w podtrzymywanie iluzji takiego pseudonieba. No i sumienie prędzej czy później się też odezwie. Trzecia z kolei motywacja, która nas egocentryzuje, to wszechogarniająca potrzeba autokreacji, budowania własnego znaczenia, popularności i wizerunku w celu osiągnięcia mocy, władzy i wpływu. Wtedy nieświadomie kreujemy taką wizję samych siebie, naszej historii i życiowej misji, która uzasadnia realizację tej potrzeby.

Jak można kreować iluzje władzy i mocy?
Wystarczy stworzyć środowisko klakierów – miernych, biernych, ale wiernych – którzy zawsze chętnie potwierdzą, że jesteśmy kimś wielkim, wspaniałym, opatrznościowym. Taka sytuacja skłaniać nas będzie do tyranii, do robienia wszystkiego, co uznamy za właściwe, byle tylko podtrzymać iluzję naszej wyjątkowości, a tym samym prawo do sprawowania rządu dusz. To smutny los wielu politycznych dyktatorów. Zwykle już za życia odbierają oni bolesną lekcję pokory: zostają obaleni lub giną z rąk pokrzywdzonych. A jeśli – dzięki terrorowi – dożywają naturalnej śmierci, to już w chwilę po niej okazuje się, kim naprawdę byli.

Łatwo zauważyć, że żadna z trzech egocentrycznych motywacji nie może być źródłem prawdziwego sukcesu. Nie można go osiągnąć, koncentrując się na budowaniu iluzorycznego „ja”, które usiłuje zabezpieczyć się przed obnażeniem jego iluzoryczności. Nie można też osiągnąć sukcesu w izolacji, w oblężonej twierdzy, wszystkich traktując jak wrogów. Podobnie jak nie da się dotrzeć tam, gdzie naprawdę byśmy chcieli, podążając ślepo za potrzebą przyjemności.

Ale dzięki tym motywacjom można osiągnąć sukces finansowy. A wielu uzna to za wystarczający cel.
Prawdziwego sukcesu nie osiągniemy, obsesyjnie dążąc do bezpieczeństwa, komfortu, władzy, lecz tylko dzięki takiemu działaniu, które pozostaje w zgodzie z naszymi najgłębszymi potrzebami i sumieniem. Prawdziwy sukces zapewniają poczynania w niewielkim stopniu inspirowane przez egocentryczne przekonania i potrzeby – one służą innemu celowi, który można by zdefiniować w kategoriach dobra wspólnego, i są realizowane poprzez strategię „win – win”. Choć w rezultacie często zarabiamy tyle pieniędzy, że stać nas na zaspokojenie egocentrycznych potrzeb. Lecz nie mają one charakteru obsesji – nie jesteśmy już bowiem przywiązani ani do bezpieczeństwa, ani do komfortu i przyjemności, ani do władzy i wpływu. Jeśli w imię realizacji nieegocentrycznych celów przyjdzie nam z nich zrezygnować, zrobimy to bez trudu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

„Wychodź poza schematy myślowe” – radzi buddyjska mniszka Pema Chödrön

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Za każdym razem, gdy ktoś pytał pewnego mistrza zen, jak się ma, ten zawsze odpowiadał: „Dobrze”. W końcu jeden z jego uczniów powiedział: „Roshi, jak to możliwe, że zawsze dobrze się czujesz? Czy ty nigdy nie masz złego dnia?”. Mistrz zen odpowiedział: „Pewnie, że mam. W złe dni czuję się dobrze. W dobre dni też czuję się dobrze”. Na tym polega równowaga.

Praktykując maitri (miłującą życzliwość), współczucie i radość, szkolimy się w wychodzeniu poza schematy myślowe, w otwieraniu się całym sercem na siebie, na naszych przyjaciół, a nawet na ludzi, których nie lubimy. Rozwijamy obiektywny stan równowagi. Bez tej czwartej niezmierzoności pozostałe trzy są ograniczone przez nawykowe lubienie i nielubienie, akceptowanie i odrzucanie.

Praktykuj bez uprzedzeń we wszystkich obszarach. Ważne jest, aby zawsze robić to dogłębnie i z oddaniem. - Wskazanie treningu umysłu Atiszy
Tradycyjnym wyobrażeniem równowagi jest bankiet, na który zaproszeni są wszyscy. To znaczy, że wszyscy i wszystko bez wyjątku jest na liście gości. Pomyśl o twoim najgorszym wrogu. Pomyśl o kimś, kto mógłby cię skrzywdzić. Pomyśl o Pol Pocie i Hitlerze oraz dilerach narkotykowych zaczepiających młodych ludzi. Wyobraź sobie, że zapraszasz ich na tę ucztę.

Trening równowagi to nauka otwierania drzwi wszystkim, przyjmowania z radością wszystkich istot, zapraszania życia w odwiedziny. Oczywiście będziemy odczuwać strach i niechęć w stosunku do niektórych gości. Na początek pozwalamy sobie tylko na uchylenie drzwi, jeśli to wszystko, co możemy obecnie zrobić, i pozwalamy sobie na zamykanie drzwi, gdy jest to konieczne. Rozwijanie równowagi jest pracą w toku. Dążymy do tego, aby spędzić nasze życie, ćwicząc się w miłości i odwadze, które są potrzebne, żeby przyjąć wszystko, co przychodzi – chorobę, zdrowie, ubóstwo, bogactwo, smutek i radość. Z radością przyjmujemy i poznajemy wszystko.

Równowaga obejmuje coś więcej niż naszą zwykłą ograniczoną perspektywę. Mamy nadzieję, że dostaniemy to, co chcemy, i boimy się stracić to, co mamy – to opisuje nasze trudne jak zawsze położenie. Nauki buddyjskie wskazują na osiem odmian skłonności do odczuwania nadziei i strachu jednocześnie: przyjemność i ból, pochwała i potępienie, zysk i strata, sława i hańba. Dopóki dajemy się wkręcać w którekolwiek z tych skrajnych uczuć, dopóty potencjał drugiego zawsze istnieje. Te skrajności cały czas podążają jedna za drugą. Żaden rodzaj trwałego szczęścia nie jest możliwy do osiągnięcia, gdy tkwimy w  tym cyklu pragnienia i niechęci. Życia nam nie starczy, żeby po ­ zbyć się wszystkiego, co wywołuje w nas lęk, i na koniec zostać tylko z tym, co dobre. Dlatego bodhisattwa pielęgnuje równowagę, szeroki umysł, który nie zawęża rzeczywistości do za i przeciw, lubienia i nie ­ lubienia.

W celu rozwijania równowagi uczymy się, jak uchwycić moment, w  którym zaczynamy czuć pragnienie lub niechęć, zanim zamienią się odpowiednio w zaborczość lub negację. Uczymy się pozostawać w miękkim miejscu i wykorzystujemy nasze uprzedzenia jako pomosty łączące nas z  zamętem, którego doświadczają inni. Silne emocje są pod tym względem bardzo przydatne. Cokolwiek się pojawi – bez względu na to, jak przykre jest to uczucie – może być wykorzystane do zwiększenia poczucia pokrewieństwa łączącego nas z innymi, którzy cierpią z powodu tego samego rodzaju agresji lub pragnienia, którzy tak jak my wpadają w sidła nadziei i strachu. Właśnie w ten sposób dociera do nas, że wszyscy jedziemy na tym samym wózku. Wszyscy mamy dramatyczną potrzebę rozpoznania, co prowadzi do szczęścia, a co do cierpienia.

Ostatnio odwiedziłam przyjaciółkę w ośrodku medytacyjnym. Każdego dnia wiele osób narzekało, że moja przyjaciółka ciągle się spóźnia. Byli z tego powodu niezadowoleni i poirytowani. Za każdym razem używała argumentów, które jej zdaniem usprawiedliwiały spóźnienie. Jej egoizm dawał się wszystkim we znaki. Pewnego dnia podeszłam do niej, kiedy siedziała na ławce. Miała czerwoną twarz i trzęsła się z wściekłości. Była z kimś umówiona i czekała już piętnaście minut, a ta osoba się nie pojawiła. Z trudem powstrzymałam się od komentarza, że jej reakcja jest co najmniej zabawna. Czekałam jednak, by sprawdzić, czy potrafi dostrzec, że role właśnie się odwróciły, że przez wiele lat to ona stawiała innych w takiej sytuacji. Ale nie było żadnej refleksji. Jeszcze nie potrafiła postawić się na ich miejscu. Zamiast tego trwała w gniewie i potęgowała swoją złość, robiąc przesycone wściekłością notatki. Nie była jeszcze gotowa, by poczuć więź z tymi wszystkimi ludźmi, którym kazała na siebie czekać. Tak jak większość z nas nieświadomie zintensyfikowała własne cierpienie. Zamiast pozwolić, by to doświadczenie ją zmiękczyło, wykorzystała je do wzmocnienia swojej zatwardziałości i obojętności.

Trwanie w gniewie i oburzeniu przychodzi z łatwością nawet po latach praktyki. Jeśli jednak uda nam się skontaktować z bezbronnością i bezradnością żalu czy wściekłości lub jeszcze innego uczucia, może pojawić się szersza perspektywa. W momencie, gdy zdecydujemy trzymać się tej energii, zamiast ją odrzucić lub stłumić, ćwiczymy się w równowadze, w myśleniu wykraczającym poza dobro i zło. W ten sposób wszystkie cztery niezmierzoności ewoluują z ograniczonych do bezgranicznych: ćwiczymy się w wychwytywaniu momentów, kiedy nasze myśli zmieniają się w twarde przekonania, i robimy wszystko, co w naszej mocy, aby je zmiękczyć. Bariery znikają dzięki zmiękczaniu.

Praktykowanie równowagi

Praktykowanie równowagi na miejscu polega na chodzeniu ulicami z intencją pozostania jak najbardziej świadomym wobec każdego, kogo spotykamy. Jest to szkolenie się w emocjonalnej uczciwości wobec siebie i stawaniu się bardziej przystępnym dla innych. Kiedy mijamy ludzi, skupiamy uwagę na tym, czy się otwieramy, czy zamykamy. Zauważamy, czy czujemy zainteresowanie, niechęć, czy obojętność, bez dodawania niczego więcej, bez oceniania.

Możemy współczuć komuś, kto wygląda na przygnębionego, lub radować się z kimś, kto uśmiecha się do siebie. Możemy odczuwać strach i niechęć do drugiej osoby, nawet nie wiedząc dlaczego. Zauważanie, gdzie się otwieramy i gdzie zamykamy – bez pochwał i obwiniania – jest podstawą naszej praktyki. Ten sposób praktykowania, choćby w czasie krótkiego spaceru, otworzy nam oczy na wiele spraw. Możemy w  tej praktyce pójść jeszcze dalej, wykorzystując to, co się pojawia, jako podstawę do odczuwania empatii i zrozumienia. Zamknięte uczucia, takie jak strach czy wstręt, pozwalają zrozumieć, że inni również dają się w ten sposób złapać. Otwarte stany, takie jak życzliwość i radość, również pozwalają na bardzo osobisty kontakt z ludźmi, których mijamy na ulicach. Tak czy inaczej, rozszerzamy nasze serca.

Podobnie jak w przypadku pozostałych niezmierzoności, formalna praktyka równowagi składa się z siedmiu etapów. Równowaga pojawia się wtedy, kiedy mamy poczucie przestronności i swobody, które nie tkwi w pułapce preferencji lub uprzedzeń. Możemy życzyć sobie i tym, których kochamy, abyśmy przebywali w tym poczuciu wolności. Następnie rozszerzamy tę aspirację na naszego przyjaciela, na osoby neutralne i na naszego wroga. Wtedy naszą aspiracją jest, abyśmy my i pozostali mogli żyć w równowadze. W końcu możemy rozszerzyć tę aspirację na wszystkie istoty w czasie i  przestrzeni. „Oby wszystkie istoty żyły w wielkiej równowadze, wolne od namiętności, agresji i uprzedzeń”.

Możemy również praktykować równowagę przed rozpoczęciem praktyki miłującej życzliwości czy współczucia. Po prostu zastanawiamy się, ile cierpienia wynika z pragnień i z niechęci, ile jest wynikiem strachu przed utratą szczęścia, a ile jest wyrazem przekonania, że niektórzy ludzie nie są godni naszego współczucia czy miłości. Potem możemy wyrazić życzenie, aby mieć siłę i odwagę, żeby odczuwać nieograniczone maitri i nieograniczone współczucie dla wszystkich istot bez wyjątku – łącznie z tymi, których nie lubimy i których się boimy. Z taką intencją rozpoczynamy siedmioetapową praktykę.

Jak mówi Sutra maitri: „Nieograniczony umysł pozwala otoczyć opieką wszystkie żywe istoty, promieniując życzliwością na cały świat, powyżej, poniżej i dookoła, bez żadnych ograniczeń”. Praktykując równowagę, ćwiczymy się w poszerzaniu naszego kręgu zrozumienia i współczucia na tyle, żeby objąć dobro i zło, piękno i brzydotę. Jednakże bezgraniczna równowaga, wolna od jakichkolwiek uprzedzeń, nie jest tym samym, co ostateczna harmonia, gdzie wszystko w końcu się zrówna. Jest to bardziej kwestia bycia w pełni zaangażowanym we wszystko, co nas spotyka. Możemy nazwać to życiem w pełni.

Ćwiczenie się w równowadze wymaga zostawienia za sobą pewnego bagażu: na przykład komfortu odrzucania jakiejś części naszego doświadczenia oraz negowania bezpieczeństwa wynikającego z przyjmowania tylko tego, co przyjemne. Odwaga niezbędna do kontynuowania tego rozwijającego się procesu wynika ze współczucia dla siebie i z dania sobie tyle czasu, ile potrzeba. Jeśli będziemy praktykować w ten sposób przez kolejne miesiące i lata, poczujemy, że nasze serca i umysły się powiększają. Kiedy ludzie pytają mnie, jak długo to trwa, mówię: „Co najmniej tak długo, jak długo będziesz żył”.

  1. Psychologia

Zakochujemy się, dorastamy, rozwodzimy, ktoś bliski umiera. Jak kształtują nas przełomowe momenty w życiu?

Przechodzenie przez radykalną zmianę to, rzecz jasna, nic łatwego. To czasem przejście przez burzę z piorunami. Ale po burzy przychodzi spokój, pojawia się uczucie ulgi. (Fot. iStock)
Przechodzenie przez radykalną zmianę to, rzecz jasna, nic łatwego. To czasem przejście przez burzę z piorunami. Ale po burzy przychodzi spokój, pojawia się uczucie ulgi. (Fot. iStock)
Dorastamy. Wybieramy szkołę. Zakochujemy się. Zostajemy rodzicami, pracownikami. Ktoś bliski umiera, ktoś nas rani. Zmieniamy pracę. Rozwodzimy się. Idziemy na emeryturę. W tych przełomowych momentach gorączkowo szukamy odpowiedzi na wiele pytań. Zwracamy się wtedy do wszystkich, tylko nie tu, gdzie mamy najbliżej, czyli do siebie samych.

Anna, dziennikarka, 42 lata, na podwójnym zakręcie: zwolniona z pracy, w trakcie rozwodu. Załamana, pełna lęków. Lamentuje: – Jak tu teraz żyć, jak wychowywać syna, bez pracy, sama jak palec. Radzi się przyjaciół i rodziny.

W odpowiedzi słyszy: „Żadnych kompromisów, graj twardo, wnoś o rozwód z jego winy, o alimenty dla syna i siebie”. Więc Anna walczy, choć bez przekonania. Końca sprawy nie widać. Usilnie szuka też pracy. Wysyła setki CV, chodzi od redakcji do redakcji, od prawnika do terapeuty. Bez skutku. Zaczyna wątpić, czy nadaje się do zawodu. Powtarza na prawo i lewo: – Skoro po raz trzeci z rzędu tracę pracę, to coś ze mną chyba nie tak. Skoro mąż mnie rzucił dla innej, to znaczy, że jestem mało warta. Coraz więcej pije, coraz mniej rozumie, co się z nią dzieje.

Kasia, 19 lat, świeżo upieczona maturzystka w jednym z renomowanych warszawskich liceów. Pięć przedmiotów na poziomie rozszerzonym zdanych na 90–100 procent. Może dostać się na wszystkie kierunki: od politechniki, przez prestiżowe studia na SGH, po uniwersytet. Tuż po ogłoszeniu wyników siedzi i rwie sobie włosy z głowy: Co wybrać, jaki kierunek ma przyszłość? Wydzwania do przyjaciół, krewnych i znajomych. Ktoś pyta: „a co chciałabyś robić?”. Milczenie. Kasia nie wie. Od pierwszej klasy była prymuską ze wszystkich przedmiotów. W liceum trafiła na świetnego geografa, więc polubiła geografię. Takiego kierunku jednak nie wybierze, bo co może potem robić. Po kilku dniach nerwówki wybiera elitarne międzywydziałowe studia matematyczne na UW. Ale szczęśliwa nie jest. No bo może powinna pójść na prawo, iberystykę albo SGH...

Zaplątani w sieci

Większość z nas, tak jak Anna i Kasia, w trudnym momencie życia rozgląda się za podpowiedziami: Jakie rozwiązanie wybrać? Do jakich drzwi zapukać? Kogo zapytać? Po jakie książki sięgnąć? Odpowiedzi szukamy na ogół na zewnątrz. I nic w tym dziwnego, nasze zmysły są bowiem nastawione na percepcję świata zewnętrznego. A poza tym – żyjemy w sieci zależności, zaplątani w niej niczym muchy, bez możliwości wydostania się z pułapki. Ważniejsze staje się dla nas to, co sądzą, co myślą i czują inni, niż to, co sami czujemy i myślimy. A to oznacza, że jesteśmy pozbawieni łączności ze sobą. Ale, co ciekawe, ta łączność kiedyś istniała. Jako dzieci byliśmy bardzo silnie zespoleni i ze swoim ciałem, i ze swoimi emocjami. Jak się cieszyliśmy, to całym sobą. Jak płakaliśmy, to do ostatniej łzy. Jak czegoś nie lubiliśmy, to otwarcie to komunikowaliśmy.

Gdzie się podziały tamte reakcje? Oduczyliśmy się ich w procesie socjalizacji. Nauczyliśmy się natomiast czegoś innego – jak ukrywać szczere myśli i uczucia. Efekt? Jako dorośli zwracamy uwagę przede wszystkim na to, co na zewnątrz: co kto o nas pomyśli, jak oceni, czy kogoś zadowolimy, czy wpasujemy się w obowiązujące trendy i kanony.

Dokąd prowadzi ten proces? Do miejsca, w którym właściwie nas nie ma, istnieje tylko świat zewnętrzny. Już nie słyszymy wtedy sygnałów płynących z głębi naszego ciała ostrzegających, że coś nam uwiera, tylko pędzimy za głośnymi sygnałami z zewnątrz. Już nie wiemy, czego chcemy, co czujemy. Z czym nam dobrze, a z czym źle. Już nie mamy dostępu do tego, co nam w duszy gra. A ten dostęp jest warunkiem naszego zdrowia, szczęścia, życiowej harmonii.

Po burzy przychodzi spokój

To zachęta do zajrzenia pod te wszystkie warstwy, którymi obrośliśmy. Do posłuchania swoich myśli. Odczucia swoich prawdziwych emocji. Zrozumienia siebie. Dlaczego to takie ważne? Bo w przełomowych momentach, w których radykalnie zmienia się nasze życie, nie umiemy rozpoznać swoich prawdziwych preferencji, nie wiemy, co się z nami dzieje ani jak postąpić. Bywamy wtedy zaskoczeni, zdezorientowani, wylęknieni. Jak to? Dzieci wyprowadzają się z domu? Rodzice umierają? Firma upada? Zapominamy o tym, że życie to nieustanna zmiana. A zapominamy między innymi dlatego, że jesteśmy totalnie odcięci od przyrody, która przecież nieustannie pozostaje w ruchu.

Rytm zmian biologicznych to proces niezatrzymywalny, a my też jesteśmy systemem biologicznym i też podlegamy tym zmianom. Tymczasem próbujemy je zatrzymać. Nawet jak w przełomowych momentach strasznie nam źle, niewygodnie, duszno, bronimy się przed zrobieniem kroku naprzód.

Przechodzenie przez radykalną zmianę to, rzecz jasna, nic łatwego. To czasem przejście przez burzę z piorunami. Wieje, leje, błyska się, grzmi. Ale po burzy przychodzi spokój, pojawia się uczucie ulgi. Oczyszcza się atmosfera. Otwiera przestrzeń na nowe. Nabywamy nowych kompetencji. Otwieramy drzwi do innych obszarów życia. Poprawiamy jego jakość. Co nie znaczy, że odtąd nasze życie będzie lepsze. Nie będzie ani lepsze, ani gorsze, może być natomiast bogatsze. Dzięki zmianie możemy więcej dowiedzieć się o świecie i zobaczyć to, czego dotąd nie dostrzegaliśmy. To paradoks – im więcej widzimy, tym bardziej „znikamy”. Im więcej zobaczymy w sobie, tym bardziej jesteśmy ciekawi tego, co na zewnątrz.

Zmiana daje niesamowitą możliwość konfrontacji ze swoimi słabościami, cieniami. Bo w codziennym życiu bazujemy na mocnych stronach, na kompetencjach. Kiedy natomiast przechodzimy przez zmianę, ujawniają się wszystkie nasze słabości. Ale one też nas określają i sprawiają, że ten „obraz” (czyli życie) widzimy w całej pełni, dokładniej. Dlatego tak ważne jest przechodzenie przez ów próg, ten moment podnoszenia nogi. Kiedy bowiem stawiamy ją już po drugiej stronie, kasujemy wiele ujawnionych słabości. I dobrze, bo słabe strony nie będą nas dołować. Ale warto pamiętać, że też się z nich składamy.

Bywa, że dopiero w czasie radykalnej zmiany po raz pierwszy nawiązujemy kontakt ze sobą na jakimś poziomie. Tak jak Joanna, młoda, wykształcona, piękna i w dodatku kobieta sukcesu. Gdy zaszła w ciążę, przyznała: – Nigdy wcześniej nie czułam, że żyję w ciele. Mimo że uprawiałam sporty, chodziłam do kosmetyczki i bardzo o siebie dbałam. Czuję to dopiero teraz, kiedy jestem ociężała, boli mnie kręgosłup i puchną nogi. Wcześniej byłam skoncentrowana na tym, że muszę dobrze i młodo wyglądać. Teraz wiem, że to oczekiwanie nie ma nic wspólnego z prawdziwym życiem. Uświadomiła mi to dopiero ciąża.

Tymczasem ludzie boją się zmiany. Uciekają w chorobę, w nałogi, w wirtualny świat. Wmawiają sobie, że nic się nie zmienia, podczas gdy wszystko wokół staje się inne. Zużywają przy tym dużo energii na zakłamywanie rzeczywistości, co może być niebezpieczne dla psychiki, bo z jednej strony mają poczucie, że nie jest tak, jak starają się sobie wmówić, a z drugiej – to poczucie zagłuszają.

Dlaczego opieramy się zmianom?

Między innymi dlatego, że nie potrafimy spojrzeć na siebie z pozycji obserwatora. Tak kurczowo trzymamy się tego, co zbudowaliśmy, tak mocno jesteśmy przywiązani do wysiłku, jaki włożyliśmy, żeby znaleźć się w tym momencie i w tym miejscu, że na nic innego nie chcemy się otworzyć. Za tą niechęcią skrywa się lęk, żal do rzeczywistości, do ludzi, że przecież tyle zainwestowałam, a tu nagle przychodzi jakiś koniec.

Naciski zewnętrzne, żebyśmy się zmienili, nic nie dadzą. Im większa presja, tym bardziej rośnie opór. Zmniejszy się dopiero wtedy, gdy presja zmaleje, a podskoczy wewnętrzna motywacja. Jak ją wykrzesać? Po pierwsze – spróbować spojrzeć na siebie z możliwie wszelkich stron, perspektyw i zadać sobie pytania: Gdzie jestem? Co na tej zmianie tracę, a co zyskuję? Co mi otwiera, a co blokuje? Czyli przygotować się do niej niejako „operacyjnie”. Czasem, owszem, uznajemy, że zmiany są konieczne, ale nie poprzedzamy ich żadną refleksją, tylko od razu je wprowadzamy. No a później okazuje się, że w naszym życiu zapanował jeszcze większy bałagan.

Decyzję o zmianie dobrze więc poprzedzić sprawdzeniem swoich zasobów, siły, predyspozycji. Bo człowiek przygotowujący się do nowego zadania jest jak aktor pracujący nad rolą. Aktor, zanim wystąpi na scenie czy w filmie, czyta scenariusz, myśli o bohaterze, którym się stanie, ma próby z innymi aktorami. Nie wskakuje w rolę od razu. Gra dopiero wtedy, gdy czuje się przygotowany, gdy pozna świat, w którym przyjdzie mu funkcjonować.

My też powinniśmy przygotować się do nowej roli. A ponieważ żyjemy nie tylko „indywidualnie”, „w sobie”, ale też w relacjach, niejako w układzie współrzędnych – dobrze jest zastanowić się, czy nasz system nas wesprze, czy wprost przeciwnie – będzie nas blokował. I trzeba pogodzić się z tym, że czasem niektóre relacje muszą odejść, że niemożliwe będzie ich utrzymanie. Umiejętność rezygnacji to też wielka sztuka.

Jedną z najważniejszych i zarazem najtrudniejszych zmian w życiu jest moment, kiedy stajemy się rodzicami. Siła dziecka, ale i jego słabości biorą często swój początek właśnie w wychowaniu. Od nas, rodziców, zależy bardzo dużo, na przykład tak zwane style przywiązania dziecka. Może ono, przy naszym współudziale, wykształcić patologiczny albo zdrowy styl przywiązania. Czyli myśleć o życiu jak o walce albo jak o przygodzie, być wrogo nastawione do ludzi albo traktować ich po partnersku. Właśnie dlatego warto przed decyzją o powołaniu na świat dziecka uważnie przyjrzeć się sobie. Czy jesteśmy gotowi wyjść poza swoją pierwszoplanową rolę? Czy potrafimy zrezygnować ze swojej wolności i niezależności? W ogóle warto przyglądać się sobie w każdej sytuacji.

Mój własny scenariusz

Ktoś może mieć obawy, czy zagłębianie się w sobie nie trąci egoizmem. Nie – jeśli czas i energia poświęcone ćwiczeniu „mięśnia” JA są zrównoważone ćwiczeniem innego ważnego „mięśnia” – MY. Wtedy rozwijamy się harmonijnie. (Równowaga, harmonia to w rozwoju osobistym słowa klucze). Natomiast większość z nas wręcz ucieka od ćwiczenia JA. To tak, jakby używać jednej nogi, podczas gdy ma się do dyspozycji dwie.

Kolejnym naszym grzechem jest życie w nieświadomości tego, co się z nami dzieje, jakie są przyczyny naszych stanów, jakie łączą nas relacje z ludźmi i ze sobą. Zagłębianie się w swoje wnętrze nie służy tylko nam. Daje dużo także innym. Kiedy stajemy się świadomi siebie, jesteśmy bardziej tolerancyjni, bardziej otwarci na inność, akceptujący. Potrafimy rezonować nawet ze swoimi wrogami. Nawiązujemy z nimi niesłychaną nić porozumienia, współbrzmienia, jak gdyby mówimy swoim zachowaniem: „Wrogu, ty też jesteś częścią mnie, odnajduję w tobie to, czego nie lubię, i przez to dowiaduję się czegoś o sobie”.

To nie znaczy, że ludzie świadomi siebie nie mają problemów. Mają, ale żyją pełnią swojego potencjału. A gdy się tak żyje, można zrozumieć każdego człowieka. I nie oceniać innych, nie przyklejać im etykietek, tylko zastanowić się, co doprowadziło ich do takiego stanu. Często zapracowuje na to całe społeczeństwo. Bycie w rezonansie z innymi powoduje, że łatwiej dochodzi do wymiany energii i umiejętności. Patrzymy na świat inaczej, ale możemy o tym rozmawiać. Świadome życie owocuje we wszystkich relacjach, także między rodzicami a dziećmi. Zdrowa wymiana zawsze jest dwukierunkowa: dajemy, ale i bierzemy.

Bardzo łatwo skopiować czyjś scenariusz na życie. Efekt może być jednak opłakany – nie osiągniemy tego, o co nam chodzi, choć będziemy mieć poczucie, że zrobiliśmy wszystko. Dlatego piszmy, mniej lub bardziej udolnie, ale po swojemu. Wykorzystując swoje mocne strony, ale i ze świadomością słabych. Od czego zacząć? Od spojrzenia w głąb siebie, w każdej sytuacji i na każdym etapie życia.

  1. Psychologia

Zdrowy egoizm - daj sobie prawo do własnych potrzeb

Jeśli nie rozwiążesz własnych problemów, niewiele wniesiesz do rozwiązania problemów świata. (Fot. iStock)
Jeśli nie rozwiążesz własnych problemów, niewiele wniesiesz do rozwiązania problemów świata. (Fot. iStock)
Chyba nikt, komu zależy na relacjach z innymi, nie chciałby być nazwany egoistą. Bo przecież egoista to samolub, sobek, osoba aspołeczna – tak przynajmniej najczęściej jest postrzegany. A jednak, jak przekonuje austriacki dziennikarz Josef Kirschner, który spopularyzował pojęcie zdrowego egoizmu, kto nie rozwiąże własnych problemów, niewiele wniesie do rozwiązania problemów świata. Zatem: bądźmy mądrze egoistyczni.

Jeśli masz wątpliwości, czy zajmowanie się sobą jest słuszne, zastanów się, czy zajmowanie się innymi nie jest też formą egoizmu. Czasem służy temu, żeby poczuć się lepszymi, zyskać nad kimś przewagę, podporządkować go sobie. A przynajmniej się wykazać. Tworzą się zależności, nie zawsze zdrowe. Josef Kirschner, autor książek „Biblia egoistów” i „Jak być egoistą, czyli jak żyć szczęśliwie, nawet jeśli innym to się nie podoba”, zauważa, że pomóc sobie w sposób trwały możemy tylko my sami. „Gdyby rzeczywiście każdy troszczył się więcej o siebie niż o innych, na świecie byłoby mniej ludzi nieszczęśliwych. Również takich, którzy tracą czas, przerzucając na bliźnich odpowiedzialność za własne niepowodzenia”.

Najpierw trzeba zacząć od siebie, jak w często przywoływanej sytuacji z maską tlenową w samolocie, którą zakładasz dziecku dopiero, kiedy sam odzyskasz oddech i zdolność działania. Zdrowy egoista daje sobie prawo do własnych potrzeb, rozpoznaje je i stara się zaspokoić – bez naruszania granic innych ludzi, ale też bez poczucia winy. Zna swoje możliwości i ograniczenia, akceptuje niedoskonałości. Troszczy się o własne dobro i dąży do samorealizacji, ale nigdy po trupach. Taka postawa daje same korzyści. Tobie gwarantuje odkrywanie siebie i własnego potencjału, rozwijanie go, wyrażanie. Pełnię życia. Innym – satysfakcję z tego, że dzielisz się z nimi tym, co w tobie najlepsze.

Filtrować wydarzenia

Zdrowy egoizm to jednak złożony temat. I proces – wewnętrzny oraz zewnętrzny. Nie wystarczy deklaracja: „Od dziś na pierwszym miejscu stawiam swoją osobę”. Potrzebna jest odwaga, determinacja i zaufanie do siebie. Umiejętność odróżniania rzeczy ważnych, umiarkowanie ważnych i nieistotnych. Wreszcie odpowiedzialność – za siebie, swoje wybory.

Chcesz sprawdzić, czy jesteś gotów kierować się takim egoizmem? – pytają terapeuci Rachael i Richard Hellerowie, autorzy książki „Zdrowy egoizm” (wyd. Czarna Owca). Oto prosty test: wyobraź sobie, że dostałeś czarodziejską lampę. Gdybyś mógł mieć tylko jedno życzenie, o co byś poprosił? Dobrze się zastanów, nie wymieniaj pierwszej rzeczy, jaka przyjdzie ci na myśl! Tu chodzi bowiem o priorytety, o to, by ustalić, czego naprawdę chcesz, i konsekwentnie dążyć do celu. „Codzienność przytłacza każdego i jeśli nie ma się pomysłu, jak filtrować wydarzenia dnia, popada się w ogromne tarapaty” – powiedział kiedyś Henry Kissinger. Chodzi o to, żeby samodzielnie sterować własnym życiem, bez oglądania się na innych.

Oczywiście ci inni będą protestować, odsądzać cię od czci i wiary. W takich chwilach możesz wspomnieć przytoczoną przez autorów „Zdrowego egoizmu” przypowieść. Pewnego dnia ojciec i syn wyruszyli w długą podróż. Wzięli konia, ojciec usadowił na nim chłopaka. Wkrótce minęli ludzi, którzy stwierdzili: „Rozpieszczony, samolubny dzieciak, jedzie sobie wygodnie, podczas gdy ojciec musi męczyć nogi”. Zawstydzony chłopiec ustąpił miejsca ojcu, a w najbliższej wiosce usłyszeli: „Żaden przyzwoity ojciec nie rozsiadałby się, narażając dziecko na niewygody”. Wsiedli więc na konia razem i wtedy – jak łatwo się domyślić – dowiedzieli się, że są bezduszni, bo męczą biedne zwierzę. Cóż, została jeszcze jedna opcja: obaj zeskoczyli z konia i wędrowali, prowadząc go za uzdę. A w kolejnej osadzie dosięgły ich słowa: „Iść pieszo, kiedy ma się konia do dyspozycji? Trudno o większą głupotę!”.

Cokolwiek wybierzesz, innym może się to nie spodobać. Nie przekonasz ich, nie zmienisz. Jak przypominają Hellerowie, możesz zmienić tylko siebie. Ale to zmienia wszystko!

Czyj to wujek?

Zdaniem Josefa Kirschnera ten, kto chce sam kształtować swoje szczęście, musi pokonać dwóch przeciwników: środowisko i opór wewnętrzny.

Cóż, wszyscy staramy się dostosować do otoczenia – zakładamy, że w pewien sposób nas określa. Dostarcza potrzebnej uwagi, uznania, zaszczytów, lajków. Zapewnia poczucie bezpieczeństwa. Nic dziwnego, że od dziecka słyszymy, jakie to obrzydliwe być egoistą i że myśląc tylko o sobie, źle skończymy. Naginamy się do tych oczekiwań, ale cena jest bardzo wysoka. Spoglądając wciąż w stronę innych, starając się spełnić ich życzenia, zaniedbujemy nasze pragnienia, zakopujemy marzenia. Nawet nie dostrzegamy tego, że zostaliśmy zmanipulowani, ubezwłasnowolnieni – innym niespecjalnie zależy na naszej niezależności... „Gdyby wszyscy ci, którzy obiecują nam pomoc, mówią o naszym szczęściu i bezpieczeństwie, rzeczywiście dotrzymywali swych obietnic, ludzie staliby się bezgranicznie szczęśliwi. Ale tak nie jest” – zauważa Kirschner. „Kto bowiem szuka oparcia w innych, a nie w sobie samym, oddaje się iluzji, która nigdy nie może być spełniona. Dlatego każdy z nas ma pełne prawo myśleć bardziej o sobie niż o innych”.

Opory wewnętrzne związane są z lękiem przed oceną, przed odrzuceniem. Z lojalnością. Ta ostatnia była kluczowym spoiwem w czasach prehistorycznych – zauważają Hellerowie. Człowiek pozbawiony wspólnoty tracił praktycznie dostęp do pożywienia, schronienia, jego szanse przeżycia znacznie malały. Oczywiście, dziś też jesteśmy wplątani w siatkę pewnych zależności – żyjemy przecież wśród ludzi. Rzecz w tym, że niektórzy wciąż zachowują się tak, jakby bez aprobaty rodziny czy przyjaciół nie byli w stanie przetrwać: stosują się do absurdalnych żądań, pozwalają innym na krytykę, uszczypliwości i różnego rodzaju nadużycia. „Nigdy nie gódź się na takie zachowanie członka rodziny, jakie uznałbyś za niedopuszczalne u kogoś obcego” – ostrzegają Rachael i Richard Hellerowie. Fakt, że to twój brat, kuzyn, twoja ciotka, twoja krew, nie wystarczy za usprawiedliwienie.

Autorzy „Zdrowego egoizmu” przytaczają historię o wujku Louie. Pewna para odkrywa, że wujek, którego dawno temu przyjęli pod dach, jest zwykłym pasożytem. Najpierw nieśmiało zaczynają przyznawać się do dyskomfortu, sprawdzają, co sądzi na ten temat druga strona. Skarżą się na lenistwo wujka, bezużyteczność, wyciągają jego kolejne przewinienia, nie starając się już nawet ściszać głosu. Wreszcie stawiają sprawę na ostrzu noża: trzeba się rozmówić z niewygodnym lokatorem! Tylko kto ma to zrobić? „Ty mu powiedz, to twój wujek!” – mówi mąż. „Jak to? Byłam przekonana, że twój!”.

Taki wujek może mieszkać u każdego z nas. Może to być jakiś sztuczny byt, przymus, który utrzymujemy przy życiu, dajemy mu energię i nawet tego nie zauważamy (a kiedy już zauważymy, myślimy, że to nie nasze). Jak to wygląda na co dzień? Powiedzmy, że para wybiera się do znajomych. Żona wolałaby zostać w domu (notabene ma ochotę na seks), ale poświęca się, przekonana, że mężowi zależy na tym wyjściu. Tymczasem mąż, który na co dzień widuje mnóstwo osób, z niechęcią myśli o kolejnym spotkaniu (notabene ma ochotę na seks), ale nie wspomina o tym, żeby nie krzyżować planów żony. Idą więc, oboje niezadowoleni. Kto wie, może gospodarze wieczoru też chętnie spędziliby go inaczej... Cóż, wujek Louie objawił się w całej krasie! Zdrowy egoista szybko by go zdemaskował, nie pozwoliłby się wykorzystywać.

Trzy zasady

Jeśli już pokonasz zewnętrze i wewnętrzne opory, uzbrój się w konsekwencję i cierpliwość. Do zostania zdrowym egoistą potrzebne ci będzie przestrzeganie trzech zasad.

Szczerość. Załóżmy, że masz przyjaciela, którego zachowanie budzi w tobie dezaprobatę. Nie mówisz mu tego, znosisz coraz mniej cierpliwie kolejne „niestosowności”. Myślisz, że go chronisz, robisz mu przysługę. Otóż nie. Pozwalasz mu tkwić w miejscu, być może z dala od rzeczywistości. Niewykluczone też, że uzależniasz go od siebie, bo inni nie tolerują już jego zachowań, a od ciebie wciąż dostaje sygnały, że jest wspaniały. Zaciskając zęby, poświęcając się „dla dobra sprawy”, nie wyświadczasz przysługi ani jemu, ani sobie. O wiele lepiej by się stało, gdybyś – z jak najbardziej egoistycznych, czyli zdrowych, pobudek – powiedział mu prawdę.

Stawianie granic. Zdaniem autorów „Zdrowego egoizmu” każdego od czasu do czasu nachodzi myśl, by porzucić dotychczasowe życie. Im częściej roztaczasz wizje, by rzucić to wszystko w diabły, tym większa dawka zdrowego egoizmu jest ci potrzebna. A może rzeczywiście zechcesz wyobrazić sobie swoje życie na odległej wyspie?

Sporządź listę przyjaciół, którym chciałbyś podać swój nowy numer – proponują Hellerowie. Poczuj, że jesteś w nowym miejscu i słyszysz dzwoniący telefon – to ktoś z listy. Po tym, gdy opowiesz o swoich doświadczeniach, rozmowa toczy się jak dawniej. Czy cieszysz się, że słyszysz tę osobę? Chciałbyś, żeby odezwała się do ciebie ponownie? Nie jesteś przekonany? Skreśl to nazwisko! – sugerują terapeuci.

Oczywiście możesz zacząć rozwijać tę umiejętność w mniej zobowiązujących relacjach. Zdaniem Josefa Kirschnera każdy człowiek potrzebuje swojego rewiru. Świadomość własnej przestrzeni może być źródłem siły, niezbędnej do jej obrony. Tą przestrzenią może być ziemia, na której żyjemy, mieszkanie, pokój, biurko. Ale też to, co stanowi naszą osobowość. Terapeutka Robin Norwood uważa, że do bycia samolubnym – czyli kochającym siebie – niezbędne jest przeświadczenie, że jesteś kimś wartościowym i utalentowanym. I że masz prawo to uzewnętrznić. „To właśnie twoja wyjątkowa osobowość jest największym darem, który możesz ofiarować całemu światu, a zwłaszcza najbliższym” – twierdzi Amerykanka.

Równowaga w wymianie. Jako przykład jeszcze jedna historia od Hellerów. Pewien skąpiec kupił konia. Wykorzystywał go w gospodarstwie do najcięższych prac, a że koń spisywał się świetnie, chłop ograniczył mu wkrótce racje żywieniowe – uznał, że zwierzę i tak doskonale sobie poradzi. Kiedy koń zaczął słabnąć, mężczyzna stwierdził, że przepłacił za niego. I zaczął jeszcze bardziej oszczędzać na karmie. Niedożywiony koń słabł w oczach, a jego właściciel wściekał się, że ubił kiepski interes. Wreszcie wygłodzone zwierzę padło. A gospodarz? Utwierdził się w przekonaniu, że go okradziono... Wykorzystywanie innych niewiele ma wspólnego ze zdrowym egoizmem.

Czego chcę?

Stawianie siebie w centrum to wymagająca umiejętność. Każe wciąż stawiać pytania: Czy jestem zadowolony, szczęśliwy? Czy to, co robię, jest w zgodzie ze mną? Czy daje mi poczucie spełnienia? Rachael i Richard Hellerowie twierdzą, że powinniśmy na każdym kroku zadawać sobie jedno pytanie: czego chcę? Działa ono jak strzałka nawigatora: „Jeśli chcesz dbać o szefa, o szwagierkę albo sprzedawczynię z pobliskiego sklepu, pójdziesz taką drogą. Jeżeli chcesz przyznać sobie prawo do zdrowego egoizmu, wybierzesz inną”. W pewnym sensie decyzja zapadnie sama.

Zdrowy egoista daje sobie prawo do własnych potrzeb, rozpoznaje je i stara się zaspokoić – bez naruszania granic innych ludzi, ale też bez poczucia winy. Troszczy się o własne dobro i dąży do samorealizacji, ale nigdy po trupach

Zdrowy czy pozytywny?

Termin „pozytywny egoizm” wypromowali Dagmara i Tomasz Skalscy, autorzy książki „Egoizm to nie grzech!” i twórcy „Projektu Egoistka”. Dlaczego „pozytywny”, a nie „zdrowy”? Na czym polega różnica? Słowo „pozytywny” wywodzi się z łacińskiego positivus, który oznacza też „uzasadniony”, „ugruntowany”, „oparty”. Pozytywny egoista zwraca się więc ku sobie nie tylko po to, by zaspokajać swoje potrzeby czy zachcianki, ale by w samym sobie znaleźć oparcie, swój „grunt”. Pozytywny egoizm kładzie duży nacisk na samoświadomość: nie zatracam się w wyścigu o pieniądze czy władzę, w różnych przepychankach. Jeśli o coś zabiegam, to dlatego, że ma to związek z moim rozwojem, celem życiowym (czy wręcz misją). W tym ujęciu mniej chodzi o bunt i udowadnianie, że moje potrzeby są ważniejsze od potrzeb innych. Kluczowa jest ich weryfikacja: które naprawdę są moje (nie narzucone, wyimaginowane), płynące z głębi serca, w pełni ze mną spójne? To pozwala żyć w bardziej autentyczny sposób.

  1. Psychologia

Rozumienie zamiast zrozumienia

Rozumienie polega na tym, żebyśmy umieścili w naszym systemie pojęć, emocji, pragnień, dążeń itd. to, co prezentuje druga osoba. (Fot. Getty Images)
Rozumienie polega na tym, żebyśmy umieścili w naszym systemie pojęć, emocji, pragnień, dążeń itd. to, co prezentuje druga osoba. (Fot. Getty Images)
Porozumienie jest raczej cudem niż realnością. Dlatego proponuję inny cel: rozumienie. Jeśli ono zakiełkuje, pojawia się szansa na poprawę relacji – mówi filozof, profesor Leszek Koczanowicz z Uniwersytetu SWPS.   

Różnimy się, ale żyjemy razem, więc powinniśmy się jakoś dogadać. Dlaczego nie potrafimy?
Chcę powiedzieć jasno, że nie za bardzo wierzę w pełne porozumienie. Ono jest raczej cudem niż realnością. Normalnym stanem, co potwierdza literatura, psychologia, socjologia, wydaje się raczej konflikt, ścieranie się interesów. Porozumienie jest niemożliwe z jednego powodu – dlatego że i tak wszystko odnosimy do siebie, że nie jesteśmy w stanie z siebie zrezygnować. Już Jezus w słynnym kazaniu na górze Synaj powiedział: kochaj bliźniego jak siebie samego, a nie: kochaj siebie samego jak bliźniego swego. Zakładał zatem, że każdy z nas jest w naturalny sposób egocentryczny.

Ale od czego mamy rozum?
Politolodzy zauważają zgodnie, że przekonania polityczne nie są racjonalne. Ludzie mogą, oczywiście, przedstawiać takie czy inne argumenty, ale one tak naprawdę mało kogo przekonują. To znaczy: te argumenty są potwierdzeniem albo też radykalnym zaprzeczeniem tego, co ludzie już i tak z góry wiedzą, do czego są przekonani. Podobnie jest w życiu małżeńskim, co potwierdzają psychoterapeuci zajmujący się terapią par. Otóż okazuje się, że ludzie kierują się bardzo mocno schematami życiowymi, w psychologii nazywa się je skryptami albo utrwalonymi postawami. I w zasadzie bardzo trudno jest je przełamać, być może nawet to niemożliwe.

To brzmi strasznie pesymistycznie.
Raczej realistycznie. Zaproponowałem politykom, ale ta propozycja może odnosić się do ludzi w ogóle, żeby przyjęli inny cel: rozumienie, a nie porozumienie. Moim zdaniem najważniejsze jest to, żeby spróbować zrozumieć drugą stronę mimo dzielących nas różnic, czasem bardzo głębokich.

Na czym to rozumienie ma polegać?
Na tym, żebyśmy umieścili w naszym systemie pojęć, emocji, pragnień, dążeń itd. to, co prezentuje druga osoba. My się nie musimy z tym zgadzać, powinniśmy jednak dopuścić to do siebie. Do takiej koncepcji zainspirowały mnie rozmowy z ludźmi, między innymi z moją żoną, która opowiedziała mi o tym, jak była zszokowana, kiedy jako młoda dziewczyna usłyszała od koleżanki:  „Rozumiem cię, ale tego nie akceptuję”. Mojej żonie wydawało się, że jak się kogoś rozumie, to znaczy, że trzeba to zaakceptować. Ale nie na tym polega rozumienie. Ważne jest, po pierwsze, samo otwarcie się, chęć wejścia w dialog, słuchanie drugiej osoby. To już jest wyraźne przełamanie, bo oznacza wyjście poza samego siebie, próbę umieszczenia w sobie kogoś innego. Po drugie, to nigdy nie jest proces bez konsekwencji. Przyjmując argumenty kogoś innego, otwierając się na inne racje, trochę także zmieniamy siebie. Ale na ogół nie jest to radykalna zmiana, choć, oczywiście, i takie się zdarzają, gdy na przykład ludzie nagle się na coś nawracają, co psychologowie nazywają konwersją. Generalnie jednak takie otwarcie się na drugą osobę, jeżeli ten proces jest niezakłócony, ma charakter spirali, to znaczy raz mówi interlokutor, a my słuchamy, a potem odwrotnie. No i jeżeli obydwie strony zaakceptują ten proces, to można go ciągnąć właściwie w nieskończoność.

Załóżmy nawet, że wzajemnie się rozumiemy, nikt jednak nie ma zamiaru ustąpić. Co dalej?
Z punktu widzenia mojej koncepcji jedno rozwiązanie jest takie, że ktoś po prostu narzuci swoje zdanie, a inni się mu podporządkują. Jedni chętnie, inni niechętnie. W większości przypadków jest to wygodne. Drugie wyjście, bardziej optymistyczne, polega na tym, że wszyscy nawzajem zaczynają rozumieć swoje postawy, że się zastanawiają: „Dla niego to niesłychanie ważne, a czy dla mnie również?”. Mechanizm takiego rozumienia, które nazywam za rosyjskim filozofem Michaiłem Bachtinem refleksyjnym, wydaje mi się kluczowy w relacjach międzyludzkich.

Bać się różnorodności?
Zdecydowanie nie, to cecha demokracji. Jedność natomiast jest cechą systemów totalitarnych. Demokracja to ciężki system do życia, bo nic nie jest z góry określone. Dlatego po jakimś czasie dochodzi do głosu mechanizm zmęczenia różnorodnością, tęsknota za porządkiem, twardą ręką. Jak wynika z badań socjologicznych, postawy niedemokratyczne wielu Polaków wynikają właśnie ze zmęczenia różnorodnością. Jedna z moich doktorantek trafnie określiła demokrację jako system neurotyczny, bo wymaga od nas akceptacji punktów widzenia absolutnie nam obcych. W systemie totalitarnym wszyscy mówią tym samym głosem, co najwyżej narzekają po kątach. No, ale wiemy, że systemy totalitarne się nie sprawdzają.

Także te domowe.
Oczywiście. Do czego bowiem doprowadza narzucona jedność? Do unieszczęśliwienia rodziny albo do jej rozpadu. Poszanowanie różnorodności jest po prostu zdrowsze. I wzbogaca obie strony. Jeżeli kobieta ustępuje mężowi z miłości, bo na przykład rozumie, że on tak został wychowany, to on to doceni, a potem też będzie starał się ją zrozumieć, a wtedy z kolei ona to doceni. Tu nie chodzi o wymianę, ale o samo rozumienie drugiej strony. Jeśli ono zakiełkuje, to życie małżeńskie, społeczne, polityczne ma szansę rozkwitnąć.

Leszek Koczanowicz profesor doktor habilitowany, filozof z Wydziału Zamiejscowego Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu. Zajmuje się filozofią współczesną, teorią polityczną, filozofią polityczną, a także metodologią nauk społecznych. Wykładał na Uniwersytecie w Buffalo i na Columbia University w Nowym Jorku. Autor m.in. książki „Wspólnota i emancypacje: spór o społeczeństwo postkonwencjonalne”. Laureat konkursu „Mistrz” Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

 

  1. Psychologia

Czego kobieta od mężczyzny… może się nauczyć?

Zamiast się kłócić, czerpmy od siebie nawzajem. (Fot. Getty Images)
Zamiast się kłócić, czerpmy od siebie nawzajem. (Fot. Getty Images)
Właśnie tak: nauczyć. Nie spodziewać, wymagać, żądać. Ani na co machnąć ręką. Czerpać siłę z różnic płci – czy to nie jest sexy?

Freud twierdził, że zazdrościmy mężczyznom penisa, ale z rozmów z kobietami wynika, że bardziej zazdrościmy im luzu i „nieprzejmowania się wszystkim”, z czym zwykle same mamy problem.

– Chciałabym bardzo nauczyć się od mężczyzn egoizmu – mówi gorzko Lena, pracująca mama dwójki dzieci. – Łatwości, z jaką można sobie wyjść z domu, iść na spacer i nie myśleć kompletnie o tym, co ugotować na obiad i czy dzieci za mną tęsknią. Przydałaby mi się też pewna doza narcyzmu i umiejętność autoreklamy, czyli brylowania w towarzystwie i sypania jak z rękawa przeczytanymi gdzieś i zapamiętanymi od kogoś informacjami.

– A ja z kolei chciałabym nauczyć się od mężczyzn absolutnego nieprzejmowania się sprawami niegodnymi najwyższej uwagi – mówi 36-letnia Kasia. – Przewróciło się? Niech leży… I tego, jak potrafią odreagować z kolegami ciężkie momenty, jak prą do przodu, nie przejmując się przeszłością, najczęściej własną.

Grzegorz, 43-latek, który wyraża raczej podziw niż zazdrość w stosunku do odmiennej płci, też chętnie nauczyłby się czegoś od kobiet: praktycznego podejścia do spraw rodzinnych: – Planowania wydatków, ogarniania potrzeb, myślenia nie tylko o dziś i jutrze. Potraficie dużo znieść, mniej myśleć o sobie, a więcej o rodzinie. Dla mnie wyjazd na wczasy we dwójkę, bez dzieci, jest do zrealizowania, dla mojej żony to niewyobrażalne. Troska o dzieci wygrywa u was z romantyzmem. Jednak chciałbym zachować te różnice między płciami, w końcu to one uzupełniają związek, tworzą jedność.

Różnimy się, to piękne!

Kobiety nastawione są na relacje, a mężczyźni na zdobywanie świata. Takie jest powszechne przekonanie, a psycholodzy nie odmawiają mu słuszności. Ich zdaniem różnimy się fizycznie i psychicznie, i to się nie zmieni. Natomiast nieprawdą jest, że nie możemy się porozumieć. Zamiast się kłócić, czerpmy od siebie nawzajem.

– Różnica między płciami jest faktem i jest niezaprzeczalna – potwierdza Paweł Droździak, psycholog i psychoterapeuta. – Jest też niemożliwa do zatarcia. Płcie się różnią i będą się różnić. Kilka dni temu uczestniczyłem w spotkaniu towarzyskim w prywatnym mieszkaniu. Tak się złożyło, że były tam tylko dobrane już pary i okoliczności nie stwarzały żadnych szans na flirty. Co się stało? To, co najczęściej dzieje się w takich przypadkach. Uczestnicy spotkania, mogąc poruszać się po domu swobodnie, zachowywali się jak cząsteczki mieszaniny wody i oleju. Taka substancja, zostawiona przez jakiś czas sama sobie, nieuchronnie utworzy dwie warstwy. Stopniowo powstały więc dwie grupy w dwu różnych pomieszczeniach. Nikt tego nie planował, nie nakazał ani nie zauważył, póki nie stało się ewidentne. Samo tak wyszło. W pierwszym pokoju usiedli panowie. Rozmowa zeszła na temat reformy emerytalnej i motocykli. W drugim pokoju rozsiadły się panie. Tu rozmowa krążyła wokół ciąż, dzieci i ewolucji „ja” w zetknięciu z ważnymi zmianami w życiu. Nie miało znaczenia, że wszyscy goście byli wykształceni, niezależni finansowo, że wiele kobiet było feministkami. To silniejsze od nas samych.

Role społeczne są dość mocno zakorzenione w naszej świadomości i same, nie zdając sobie z tego sprawy, ochoczo wyręczamy mężczyzn (synów, braci, partnerów) w takich czynnościach jak pranie, sprzątanie. Dajemy im sygnały, że oczekujemy od nich wsparcia, silnego ramienia, pomocy. Z drugiej strony domagamy się zrozumienia i rozmów o emocjach, zapominając, że mężczyźni mają z tym problem. Czy nie lepiej skupić się na tym, co wychodzi każdemu najlepiej?

Program zajęć

Niektóre cechy mojego męża szczerze podziwiam. Myślę, że dzięki niemu staję się spokojniejsza, bardziej cierpliwa, nabieram dystansu do siebie i świata. Lubię słuchać, gdy w ciekawy sposób mówi o funkcjach mózgu, ale pogodziłam się z tym, że nie wszystko lubimy w tym samym stopniu i że sporo nas różni – ale te różnice są fajne, bo sprawiają, że nasze odrębne światy są wciąż dla nas atrakcyjne. Nie czekam już, że domyśli się, gdy dorzuca do przepełnionego kosza na śmieci kolejną rzecz, że się nie zmieści. Po prostu zawiązuję worek, stawiam w przedpokoju i wiem, że wtedy wyniesie. Dawniej był to dla mnie dowód, że mnie nie docenia, dziś szkoda mi na to czasu. Tak jest i już, i nikt nikomu tu na złość nie robi. Zamiast skupiać się na tym, co dzieli, zaczęłam koncentrować się na tym, co łączy.

Dorota Kałużyńska, psycholog, trenerka biznesu i fotografka, też ogniskuje uwagę na tym, co podziwia u swojego partnera. – Chciałabym nauczyć się od niego precyzji w działaniu i dokładności. Jest inżynierem lotnictwa i zajmuje się silnikami odrzutowymi, a to, jak funkcjonuje na co dzień, nosi znamiona „inżynierskiej dokładności”. Ja często działam, wyznając zasadę „na oko” i „mniej więcej”, a mój Marek – wręcz przeciwnie. Podziwiam to u niego i trochę chciałabym uszczknąć tej dokładności dla siebie. Czego jeszcze mogłabym się nauczyć? Dbałości o szczegóły i pamiętania o pewnych zasadach właściwego użytkowania przedmiotów codziennego użytku, np. samochodu. Skrupulatnego czytania instrukcji obsługi i stosowania się do zaleceń producenta. Kolejna rzecz – skupienie na jednej czynności.

Czy warto się uczyć od mężczyzn? – Myślę, że tak – mówi Dorota Kałużyńska. – Męski umysł to ciekawy twór, który nam, kobietom, może służyć czasem jako drogowskaz w gąszczu myśli i zawikłanych połączeń przyczynowo-skutkowych. To, czego możemy się uczyć od mężczyzn, to z pewnością prostota w myśleniu. Mówienie zdaniami pojedynczymi, a nie wielokrotnie złożonymi.

A czy mężczyźni chcieliby uczyć się od nas? Szczerze mówiąc, robiąc research do tego artykułu, zauważyłam, że nie przyznają się do tego zbyt chętnie (może poza 43-letnim Grzegorzem, który chciałby nauczyć się od nas „planowania wydatków, ogarniania potrzeb, myślenia nie tylko o dziś i jutrze”) albo obstają przy tym, że to, czego możemy nauczyć się od innych, nie zależy od płci.

Potrzebni sobie

Dzięki temu, że umiemy czerpać od siebie nawzajem – niezależnie od płci, statusu, pochodzenia – świat przetrwał i rozwija się dalej. Pomimo różnych pomysłów, że kobiety i mężczyźni mogą być sobie równi, te dwa światy wciąż są odległe.

– Myślę, że wielu mężczyzn marzyłoby o tym, żeby być na jeden dzień kobietą, a kobiet – mężczyzną, by zobaczyć, jak to jest „po drugiej stronie” – mówi dr Tomasz Sobierajski, socjolog. – Takie rzeczy nie są jeszcze możliwe, więc lepiej byłoby, żebyśmy tymczasem z uwagą i wrażliwością obserwowali siebie, po to, aby czerpać jak najwięcej z doświadczeń płci przeciwnej i uczyć się tego, co najlepsze. Bo przecież od wieków mężczyźni i kobiety są razem, spotykają się ze sobą przede wszystkim jako ludzie, od których można się wiele dowiedzieć. Dlatego nie rozumiem postawy niektórych środowisk, uznających się za feministyczne, które z uporem próbują stawiać mur między kobietami a mężczyznami. To cementuje stereotypy, bo odseparowani mentalnie, nie możemy dzielić się swoimi doświadczeniami, a przez to wzbogacać swoich wnętrz.

Po co walczyć, wzmacniać różnice? Choć mówimy w nieco innych językach, jakoś się od lat porozumiewamy. Może więc uznajmy, że zamiary Marsjan są wobec Wenusjanek przyjazne. I niech mężczyźni przestaną być straszeni wizją, że nie są nam potrzebni. Są potrzebni. Potrzebujemy siebie nawzajem.