1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Egoizm to pułapka. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Egoizm to pułapka. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Naruszając uniwersalne zasady sumienia, płacimy za to zdrowiem, a w konsekwencji cierpi na tym nasze życie. (Fot. iStock)
Naruszając uniwersalne zasady sumienia, płacimy za to zdrowiem, a w konsekwencji cierpi na tym nasze życie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Nasze cele i działania powinny służyć nie tylko nam, ale i światu. Wtedy odniesiemy życiowy sukces i odnajdziemy głęboką satysfakcję. Aby nam się to udało, musimy tylko... wyjść poza egoizm. Jak go w sobie pokonać? – mówi Wojciech Eichelberger.

Jak walczyć z egoizmem, kiedy uczy się nas myśleć tylko o sobie? Wmawia, że życie to rywalizacja, a myślenie z troską o innych to domena społeczników i... nieudaczników.
Jak przebić się przez nasz egocentryzm? Dopóki tego nie zrobimy, nasz interes będzie w sprzeczności z interesem innych, w konflikcie z interesem przyrody, a nawet nabywców naszych usług czy produktów. Taki sposób widzenia uniemożliwia osiągnięcie prawdziwego sukcesu. A egoizm, który poprzedza zdobycie wglądu w zasadę jedności, jest ciągle udziałem większości i niechętnie rezygnuje z zarządzania naszym umysłem i życiem.

Bo każdy z nas chce być wyjątkowy i wierzy, że właśnie to przyniesie mu sukces.
W obowiązującej definicji sukcesu wyjątkowość uznaje się za coś, co go warunkuje. Wydaje się, że im bardziej rozdęte jest nasze ego, im mocniejsze przekonanie, że jesteśmy wybrańcem – tym pewniej osiągniemy to, co zamierzyliśmy. Jednak nieuchronną konsekwencją i końcem tej drogi jest pycha, która doprowadza nasze życie do katastrofy.

Wstydzić się egocentrycznego sukcesu? Do tego potrzebne jest sumienie, a dziś mówi się: bądź cwany, nie uczciwy…
To zasadnicze elementy egocentrycznej wizji świata opartej na przekonaniu, że nasz sukces musi dokonać się kosztem innych. Na szczęście wzrasta liczba świadomych ludzi, którzy ostrzegają, że w naszych relacjach – zarówno biznesowych, jak i prywatnych, a nawet tych z przyrodą – jest niezbędna znana od lat strategia „win – win” (wygrana – wygrana). Obie egocentrycznie rywalizujące strony znajdują dzięki niej rozwiązanie, które uwzględnia ich żywotne interesy. Mamy więc narzędzie, które umożliwia świadome, niedualistyczne wyznaczanie celów i dróg ich osiągania.

Ale potrzebne nam też sumienie…
Sumienie ma każdy. Choć jeśli się postaramy, możemy je w sobie zagłuszyć. Ale nawet wtedy wcześniej czy później odezwie się: w snach, w przebłyskach intuicji, a w wypadku zatwardzialców – w godzinie śmierci. To, co nazywamy sumieniem, nie należy do świadomości indywidualnej. Jest przejawem świadomości pozaosobistej, jednoczącej. Można więc powiedzieć, że odruchy sumienia są bezcennymi przebłyskami prawdziwej świadomości. Dlatego zawsze gdy naruszamy uniwersalne zasady sumienia, płacimy za to zdrowiem, a w konsekwencji cierpi na tym nasze życie.

Jak oddzielić dobre dbanie o siebie od szkodliwego egoizmu?
Na poziomie egoizmu rządzą nami trzy motywacje. Pierwsza to przetrwać jako organizm. Gdy zachowanie jest motywowane przekonaniem, że nasza egzystencja jest całkowicie uwarunkowana istnieniem ciała, to wszystko i wszyscy stają się zagrożeniem. Naszym wrogiem staje się też nieustanny proces przemiany, umierania i odradzania, który jest sposobem przejawiania się życia. A więc – paradoksalnie – nasz wróg to życie jako takie. W konsekwencji wszyscy, których potrzeby powinniśmy uwzględniać i z którymi powinniśmy wchodzić w naturalny proces wymiany, stają się  zagrożeniem. Żyjemy w iluzji; „albo ja, albo inni”, „albo ja, albo świat”. To przekonanie tak zaślepia, że nie zauważamy, że to innym zawdzięczamy istnienie i że bez przyrody i subtelnej mechaniki wszechświata nie bylibyśmy w stanie przeżyć. Wtedy jesteśmy najbardziej bezkompromisowi, bezwzględni i nieetyczni w realizacji naszych celów.

Nie chciałabym spotykać takich ludzi, ale mam wrażenie, że spotykam.
Wielu z nas utyka w tym „tunelu świadomości”. Na szczęście kolejna motywacja egocentryczna już nie wszystkich traktuje jak wrogów. Pozwala dostrzec coś ważnego w niektórych ludziach, lecz też nakazuje używać ich w celu maksymalizowania własnej przyjemności. Inni są po to, żeby nam było ślicznie, bezpiecznie, mięciutko. Uważamy się za kogoś, komu należy się komfortowe życie. Taka motywacja to potężny motor sukcesu materialnego. Otaczamy się pięknymi przedmiotami, mamy pięknych partnerów i dzieci, pięknie jemy i mamy piękne, wiecznie młode i zdrowe ciała.

Co w tym złego?
Taki iluzoryczny świat może przetrwać jedynie jako wyidealizowana, wydzielona z rzeczywistości enklawa. Jeśli cokolwiek go zaburza, musimy się całkowicie od tego odciąć. Tak więc odwracamy się od wszystkiego, co trudne, co jest cierpieniem, co nieestetyczne. Manipulujemy światem i ludźmi, ignorując ich prawdziwe, niewygodne dla nas potrzeby. Oczywiście przejawia się to też w naszych relacjach osobistych. Wystarczy, że zrobi się w nich choć trochę trudno czy nieprzyjemnie, zabieramy nasze zabawki i przenosimy się do innej, przyjemniejszej piaskownicy.

Hm, coraz bardziej podoba mi się ta motywacja. Jestem zmęczona sprzątaniem piaskownicy…
Uważaj, bo ogromną ilość życiowej energii gotowi jesteśmy zaangażować w podtrzymywanie iluzji takiego pseudonieba. No i sumienie prędzej czy później się też odezwie. Trzecia z kolei motywacja, która nas egocentryzuje, to wszechogarniająca potrzeba autokreacji, budowania własnego znaczenia, popularności i wizerunku w celu osiągnięcia mocy, władzy i wpływu. Wtedy nieświadomie kreujemy taką wizję samych siebie, naszej historii i życiowej misji, która uzasadnia realizację tej potrzeby.

Jak można kreować iluzje władzy i mocy?
Wystarczy stworzyć środowisko klakierów – miernych, biernych, ale wiernych – którzy zawsze chętnie potwierdzą, że jesteśmy kimś wielkim, wspaniałym, opatrznościowym. Taka sytuacja skłaniać nas będzie do tyranii, do robienia wszystkiego, co uznamy za właściwe, byle tylko podtrzymać iluzję naszej wyjątkowości, a tym samym prawo do sprawowania rządu dusz. To smutny los wielu politycznych dyktatorów. Zwykle już za życia odbierają oni bolesną lekcję pokory: zostają obaleni lub giną z rąk pokrzywdzonych. A jeśli – dzięki terrorowi – dożywają naturalnej śmierci, to już w chwilę po niej okazuje się, kim naprawdę byli.

Łatwo zauważyć, że żadna z trzech egocentrycznych motywacji nie może być źródłem prawdziwego sukcesu. Nie można go osiągnąć, koncentrując się na budowaniu iluzorycznego „ja”, które usiłuje zabezpieczyć się przed obnażeniem jego iluzoryczności. Nie można też osiągnąć sukcesu w izolacji, w oblężonej twierdzy, wszystkich traktując jak wrogów. Podobnie jak nie da się dotrzeć tam, gdzie naprawdę byśmy chcieli, podążając ślepo za potrzebą przyjemności.

Ale dzięki tym motywacjom można osiągnąć sukces finansowy. A wielu uzna to za wystarczający cel.
Prawdziwego sukcesu nie osiągniemy, obsesyjnie dążąc do bezpieczeństwa, komfortu, władzy, lecz tylko dzięki takiemu działaniu, które pozostaje w zgodzie z naszymi najgłębszymi potrzebami i sumieniem. Prawdziwy sukces zapewniają poczynania w niewielkim stopniu inspirowane przez egocentryczne przekonania i potrzeby – one służą innemu celowi, który można by zdefiniować w kategoriach dobra wspólnego, i są realizowane poprzez strategię „win – win”. Choć w rezultacie często zarabiamy tyle pieniędzy, że stać nas na zaspokojenie egocentrycznych potrzeb. Lecz nie mają one charakteru obsesji – nie jesteśmy już bowiem przywiązani ani do bezpieczeństwa, ani do komfortu i przyjemności, ani do władzy i wpływu. Jeśli w imię realizacji nieegocentrycznych celów przyjdzie nam z nich zrezygnować, zrobimy to bez trudu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Zdrowy egoizm - daj sobie prawo do własnych potrzeb

Jeśli nie rozwiążesz własnych problemów, niewiele wniesiesz do rozwiązania problemów świata. (Fot. iStock)
Jeśli nie rozwiążesz własnych problemów, niewiele wniesiesz do rozwiązania problemów świata. (Fot. iStock)
Chyba nikt, komu zależy na relacjach z innymi, nie chciałby być nazwany egoistą. Bo przecież egoista to samolub, sobek, osoba aspołeczna – tak przynajmniej najczęściej jest postrzegany. A jednak, jak przekonuje austriacki dziennikarz Josef Kirschner, który spopularyzował pojęcie zdrowego egoizmu, kto nie rozwiąże własnych problemów, niewiele wniesie do rozwiązania problemów świata. Zatem: bądźmy mądrze egoistyczni.

Jeśli masz wątpliwości, czy zajmowanie się sobą jest słuszne, zastanów się, czy zajmowanie się innymi nie jest też formą egoizmu. Czasem służy temu, żeby poczuć się lepszymi, zyskać nad kimś przewagę, podporządkować go sobie. A przynajmniej się wykazać. Tworzą się zależności, nie zawsze zdrowe. Josef Kirschner, autor książek „Biblia egoistów” i „Jak być egoistą, czyli jak żyć szczęśliwie, nawet jeśli innym to się nie podoba”, zauważa, że pomóc sobie w sposób trwały możemy tylko my sami. „Gdyby rzeczywiście każdy troszczył się więcej o siebie niż o innych, na świecie byłoby mniej ludzi nieszczęśliwych. Również takich, którzy tracą czas, przerzucając na bliźnich odpowiedzialność za własne niepowodzenia”.

Najpierw trzeba zacząć od siebie, jak w często przywoływanej sytuacji z maską tlenową w samolocie, którą zakładasz dziecku dopiero, kiedy sam odzyskasz oddech i zdolność działania. Zdrowy egoista daje sobie prawo do własnych potrzeb, rozpoznaje je i stara się zaspokoić – bez naruszania granic innych ludzi, ale też bez poczucia winy. Zna swoje możliwości i ograniczenia, akceptuje niedoskonałości. Troszczy się o własne dobro i dąży do samorealizacji, ale nigdy po trupach. Taka postawa daje same korzyści. Tobie gwarantuje odkrywanie siebie i własnego potencjału, rozwijanie go, wyrażanie. Pełnię życia. Innym – satysfakcję z tego, że dzielisz się z nimi tym, co w tobie najlepsze.

Filtrować wydarzenia

Zdrowy egoizm to jednak złożony temat. I proces – wewnętrzny oraz zewnętrzny. Nie wystarczy deklaracja: „Od dziś na pierwszym miejscu stawiam swoją osobę”. Potrzebna jest odwaga, determinacja i zaufanie do siebie. Umiejętność odróżniania rzeczy ważnych, umiarkowanie ważnych i nieistotnych. Wreszcie odpowiedzialność – za siebie, swoje wybory.

Chcesz sprawdzić, czy jesteś gotów kierować się takim egoizmem? – pytają terapeuci Rachael i Richard Hellerowie, autorzy książki „Zdrowy egoizm” (wyd. Czarna Owca). Oto prosty test: wyobraź sobie, że dostałeś czarodziejską lampę. Gdybyś mógł mieć tylko jedno życzenie, o co byś poprosił? Dobrze się zastanów, nie wymieniaj pierwszej rzeczy, jaka przyjdzie ci na myśl! Tu chodzi bowiem o priorytety, o to, by ustalić, czego naprawdę chcesz, i konsekwentnie dążyć do celu. „Codzienność przytłacza każdego i jeśli nie ma się pomysłu, jak filtrować wydarzenia dnia, popada się w ogromne tarapaty” – powiedział kiedyś Henry Kissinger. Chodzi o to, żeby samodzielnie sterować własnym życiem, bez oglądania się na innych.

Oczywiście ci inni będą protestować, odsądzać cię od czci i wiary. W takich chwilach możesz wspomnieć przytoczoną przez autorów „Zdrowego egoizmu” przypowieść. Pewnego dnia ojciec i syn wyruszyli w długą podróż. Wzięli konia, ojciec usadowił na nim chłopaka. Wkrótce minęli ludzi, którzy stwierdzili: „Rozpieszczony, samolubny dzieciak, jedzie sobie wygodnie, podczas gdy ojciec musi męczyć nogi”. Zawstydzony chłopiec ustąpił miejsca ojcu, a w najbliższej wiosce usłyszeli: „Żaden przyzwoity ojciec nie rozsiadałby się, narażając dziecko na niewygody”. Wsiedli więc na konia razem i wtedy – jak łatwo się domyślić – dowiedzieli się, że są bezduszni, bo męczą biedne zwierzę. Cóż, została jeszcze jedna opcja: obaj zeskoczyli z konia i wędrowali, prowadząc go za uzdę. A w kolejnej osadzie dosięgły ich słowa: „Iść pieszo, kiedy ma się konia do dyspozycji? Trudno o większą głupotę!”.

Cokolwiek wybierzesz, innym może się to nie spodobać. Nie przekonasz ich, nie zmienisz. Jak przypominają Hellerowie, możesz zmienić tylko siebie. Ale to zmienia wszystko!

Czyj to wujek?

Zdaniem Josefa Kirschnera ten, kto chce sam kształtować swoje szczęście, musi pokonać dwóch przeciwników: środowisko i opór wewnętrzny.

Cóż, wszyscy staramy się dostosować do otoczenia – zakładamy, że w pewien sposób nas określa. Dostarcza potrzebnej uwagi, uznania, zaszczytów, lajków. Zapewnia poczucie bezpieczeństwa. Nic dziwnego, że od dziecka słyszymy, jakie to obrzydliwe być egoistą i że myśląc tylko o sobie, źle skończymy. Naginamy się do tych oczekiwań, ale cena jest bardzo wysoka. Spoglądając wciąż w stronę innych, starając się spełnić ich życzenia, zaniedbujemy nasze pragnienia, zakopujemy marzenia. Nawet nie dostrzegamy tego, że zostaliśmy zmanipulowani, ubezwłasnowolnieni – innym niespecjalnie zależy na naszej niezależności... „Gdyby wszyscy ci, którzy obiecują nam pomoc, mówią o naszym szczęściu i bezpieczeństwie, rzeczywiście dotrzymywali swych obietnic, ludzie staliby się bezgranicznie szczęśliwi. Ale tak nie jest” – zauważa Kirschner. „Kto bowiem szuka oparcia w innych, a nie w sobie samym, oddaje się iluzji, która nigdy nie może być spełniona. Dlatego każdy z nas ma pełne prawo myśleć bardziej o sobie niż o innych”.

Opory wewnętrzne związane są z lękiem przed oceną, przed odrzuceniem. Z lojalnością. Ta ostatnia była kluczowym spoiwem w czasach prehistorycznych – zauważają Hellerowie. Człowiek pozbawiony wspólnoty tracił praktycznie dostęp do pożywienia, schronienia, jego szanse przeżycia znacznie malały. Oczywiście, dziś też jesteśmy wplątani w siatkę pewnych zależności – żyjemy przecież wśród ludzi. Rzecz w tym, że niektórzy wciąż zachowują się tak, jakby bez aprobaty rodziny czy przyjaciół nie byli w stanie przetrwać: stosują się do absurdalnych żądań, pozwalają innym na krytykę, uszczypliwości i różnego rodzaju nadużycia. „Nigdy nie gódź się na takie zachowanie członka rodziny, jakie uznałbyś za niedopuszczalne u kogoś obcego” – ostrzegają Rachael i Richard Hellerowie. Fakt, że to twój brat, kuzyn, twoja ciotka, twoja krew, nie wystarczy za usprawiedliwienie.

Autorzy „Zdrowego egoizmu” przytaczają historię o wujku Louie. Pewna para odkrywa, że wujek, którego dawno temu przyjęli pod dach, jest zwykłym pasożytem. Najpierw nieśmiało zaczynają przyznawać się do dyskomfortu, sprawdzają, co sądzi na ten temat druga strona. Skarżą się na lenistwo wujka, bezużyteczność, wyciągają jego kolejne przewinienia, nie starając się już nawet ściszać głosu. Wreszcie stawiają sprawę na ostrzu noża: trzeba się rozmówić z niewygodnym lokatorem! Tylko kto ma to zrobić? „Ty mu powiedz, to twój wujek!” – mówi mąż. „Jak to? Byłam przekonana, że twój!”.

Taki wujek może mieszkać u każdego z nas. Może to być jakiś sztuczny byt, przymus, który utrzymujemy przy życiu, dajemy mu energię i nawet tego nie zauważamy (a kiedy już zauważymy, myślimy, że to nie nasze). Jak to wygląda na co dzień? Powiedzmy, że para wybiera się do znajomych. Żona wolałaby zostać w domu (notabene ma ochotę na seks), ale poświęca się, przekonana, że mężowi zależy na tym wyjściu. Tymczasem mąż, który na co dzień widuje mnóstwo osób, z niechęcią myśli o kolejnym spotkaniu (notabene ma ochotę na seks), ale nie wspomina o tym, żeby nie krzyżować planów żony. Idą więc, oboje niezadowoleni. Kto wie, może gospodarze wieczoru też chętnie spędziliby go inaczej... Cóż, wujek Louie objawił się w całej krasie! Zdrowy egoista szybko by go zdemaskował, nie pozwoliłby się wykorzystywać.

Trzy zasady

Jeśli już pokonasz zewnętrze i wewnętrzne opory, uzbrój się w konsekwencję i cierpliwość. Do zostania zdrowym egoistą potrzebne ci będzie przestrzeganie trzech zasad.

Szczerość. Załóżmy, że masz przyjaciela, którego zachowanie budzi w tobie dezaprobatę. Nie mówisz mu tego, znosisz coraz mniej cierpliwie kolejne „niestosowności”. Myślisz, że go chronisz, robisz mu przysługę. Otóż nie. Pozwalasz mu tkwić w miejscu, być może z dala od rzeczywistości. Niewykluczone też, że uzależniasz go od siebie, bo inni nie tolerują już jego zachowań, a od ciebie wciąż dostaje sygnały, że jest wspaniały. Zaciskając zęby, poświęcając się „dla dobra sprawy”, nie wyświadczasz przysługi ani jemu, ani sobie. O wiele lepiej by się stało, gdybyś – z jak najbardziej egoistycznych, czyli zdrowych, pobudek – powiedział mu prawdę.

Stawianie granic. Zdaniem autorów „Zdrowego egoizmu” każdego od czasu do czasu nachodzi myśl, by porzucić dotychczasowe życie. Im częściej roztaczasz wizje, by rzucić to wszystko w diabły, tym większa dawka zdrowego egoizmu jest ci potrzebna. A może rzeczywiście zechcesz wyobrazić sobie swoje życie na odległej wyspie?

Sporządź listę przyjaciół, którym chciałbyś podać swój nowy numer – proponują Hellerowie. Poczuj, że jesteś w nowym miejscu i słyszysz dzwoniący telefon – to ktoś z listy. Po tym, gdy opowiesz o swoich doświadczeniach, rozmowa toczy się jak dawniej. Czy cieszysz się, że słyszysz tę osobę? Chciałbyś, żeby odezwała się do ciebie ponownie? Nie jesteś przekonany? Skreśl to nazwisko! – sugerują terapeuci.

Oczywiście możesz zacząć rozwijać tę umiejętność w mniej zobowiązujących relacjach. Zdaniem Josefa Kirschnera każdy człowiek potrzebuje swojego rewiru. Świadomość własnej przestrzeni może być źródłem siły, niezbędnej do jej obrony. Tą przestrzenią może być ziemia, na której żyjemy, mieszkanie, pokój, biurko. Ale też to, co stanowi naszą osobowość. Terapeutka Robin Norwood uważa, że do bycia samolubnym – czyli kochającym siebie – niezbędne jest przeświadczenie, że jesteś kimś wartościowym i utalentowanym. I że masz prawo to uzewnętrznić. „To właśnie twoja wyjątkowa osobowość jest największym darem, który możesz ofiarować całemu światu, a zwłaszcza najbliższym” – twierdzi Amerykanka.

Równowaga w wymianie. Jako przykład jeszcze jedna historia od Hellerów. Pewien skąpiec kupił konia. Wykorzystywał go w gospodarstwie do najcięższych prac, a że koń spisywał się świetnie, chłop ograniczył mu wkrótce racje żywieniowe – uznał, że zwierzę i tak doskonale sobie poradzi. Kiedy koń zaczął słabnąć, mężczyzna stwierdził, że przepłacił za niego. I zaczął jeszcze bardziej oszczędzać na karmie. Niedożywiony koń słabł w oczach, a jego właściciel wściekał się, że ubił kiepski interes. Wreszcie wygłodzone zwierzę padło. A gospodarz? Utwierdził się w przekonaniu, że go okradziono... Wykorzystywanie innych niewiele ma wspólnego ze zdrowym egoizmem.

Czego chcę?

Stawianie siebie w centrum to wymagająca umiejętność. Każe wciąż stawiać pytania: Czy jestem zadowolony, szczęśliwy? Czy to, co robię, jest w zgodzie ze mną? Czy daje mi poczucie spełnienia? Rachael i Richard Hellerowie twierdzą, że powinniśmy na każdym kroku zadawać sobie jedno pytanie: czego chcę? Działa ono jak strzałka nawigatora: „Jeśli chcesz dbać o szefa, o szwagierkę albo sprzedawczynię z pobliskiego sklepu, pójdziesz taką drogą. Jeżeli chcesz przyznać sobie prawo do zdrowego egoizmu, wybierzesz inną”. W pewnym sensie decyzja zapadnie sama.

Zdrowy egoista daje sobie prawo do własnych potrzeb, rozpoznaje je i stara się zaspokoić – bez naruszania granic innych ludzi, ale też bez poczucia winy. Troszczy się o własne dobro i dąży do samorealizacji, ale nigdy po trupach

Zdrowy czy pozytywny?

Termin „pozytywny egoizm” wypromowali Dagmara i Tomasz Skalscy, autorzy książki „Egoizm to nie grzech!” i twórcy „Projektu Egoistka”. Dlaczego „pozytywny”, a nie „zdrowy”? Na czym polega różnica? Słowo „pozytywny” wywodzi się z łacińskiego positivus, który oznacza też „uzasadniony”, „ugruntowany”, „oparty”. Pozytywny egoista zwraca się więc ku sobie nie tylko po to, by zaspokajać swoje potrzeby czy zachcianki, ale by w samym sobie znaleźć oparcie, swój „grunt”. Pozytywny egoizm kładzie duży nacisk na samoświadomość: nie zatracam się w wyścigu o pieniądze czy władzę, w różnych przepychankach. Jeśli o coś zabiegam, to dlatego, że ma to związek z moim rozwojem, celem życiowym (czy wręcz misją). W tym ujęciu mniej chodzi o bunt i udowadnianie, że moje potrzeby są ważniejsze od potrzeb innych. Kluczowa jest ich weryfikacja: które naprawdę są moje (nie narzucone, wyimaginowane), płynące z głębi serca, w pełni ze mną spójne? To pozwala żyć w bardziej autentyczny sposób.

  1. Psychologia

Rozumienie zamiast zrozumienia

Rozumienie polega na tym, żebyśmy umieścili w naszym systemie pojęć, emocji, pragnień, dążeń itd. to, co prezentuje druga osoba. (Fot. Getty Images)
Rozumienie polega na tym, żebyśmy umieścili w naszym systemie pojęć, emocji, pragnień, dążeń itd. to, co prezentuje druga osoba. (Fot. Getty Images)
Porozumienie jest raczej cudem niż realnością. Dlatego proponuję inny cel: rozumienie. Jeśli ono zakiełkuje, pojawia się szansa na poprawę relacji – mówi filozof, profesor Leszek Koczanowicz z Uniwersytetu SWPS.   

Różnimy się, ale żyjemy razem, więc powinniśmy się jakoś dogadać. Dlaczego nie potrafimy?
Chcę powiedzieć jasno, że nie za bardzo wierzę w pełne porozumienie. Ono jest raczej cudem niż realnością. Normalnym stanem, co potwierdza literatura, psychologia, socjologia, wydaje się raczej konflikt, ścieranie się interesów. Porozumienie jest niemożliwe z jednego powodu – dlatego że i tak wszystko odnosimy do siebie, że nie jesteśmy w stanie z siebie zrezygnować. Już Jezus w słynnym kazaniu na górze Synaj powiedział: kochaj bliźniego jak siebie samego, a nie: kochaj siebie samego jak bliźniego swego. Zakładał zatem, że każdy z nas jest w naturalny sposób egocentryczny.

Ale od czego mamy rozum?
Politolodzy zauważają zgodnie, że przekonania polityczne nie są racjonalne. Ludzie mogą, oczywiście, przedstawiać takie czy inne argumenty, ale one tak naprawdę mało kogo przekonują. To znaczy: te argumenty są potwierdzeniem albo też radykalnym zaprzeczeniem tego, co ludzie już i tak z góry wiedzą, do czego są przekonani. Podobnie jest w życiu małżeńskim, co potwierdzają psychoterapeuci zajmujący się terapią par. Otóż okazuje się, że ludzie kierują się bardzo mocno schematami życiowymi, w psychologii nazywa się je skryptami albo utrwalonymi postawami. I w zasadzie bardzo trudno jest je przełamać, być może nawet to niemożliwe.

To brzmi strasznie pesymistycznie.
Raczej realistycznie. Zaproponowałem politykom, ale ta propozycja może odnosić się do ludzi w ogóle, żeby przyjęli inny cel: rozumienie, a nie porozumienie. Moim zdaniem najważniejsze jest to, żeby spróbować zrozumieć drugą stronę mimo dzielących nas różnic, czasem bardzo głębokich.

Na czym to rozumienie ma polegać?
Na tym, żebyśmy umieścili w naszym systemie pojęć, emocji, pragnień, dążeń itd. to, co prezentuje druga osoba. My się nie musimy z tym zgadzać, powinniśmy jednak dopuścić to do siebie. Do takiej koncepcji zainspirowały mnie rozmowy z ludźmi, między innymi z moją żoną, która opowiedziała mi o tym, jak była zszokowana, kiedy jako młoda dziewczyna usłyszała od koleżanki:  „Rozumiem cię, ale tego nie akceptuję”. Mojej żonie wydawało się, że jak się kogoś rozumie, to znaczy, że trzeba to zaakceptować. Ale nie na tym polega rozumienie. Ważne jest, po pierwsze, samo otwarcie się, chęć wejścia w dialog, słuchanie drugiej osoby. To już jest wyraźne przełamanie, bo oznacza wyjście poza samego siebie, próbę umieszczenia w sobie kogoś innego. Po drugie, to nigdy nie jest proces bez konsekwencji. Przyjmując argumenty kogoś innego, otwierając się na inne racje, trochę także zmieniamy siebie. Ale na ogół nie jest to radykalna zmiana, choć, oczywiście, i takie się zdarzają, gdy na przykład ludzie nagle się na coś nawracają, co psychologowie nazywają konwersją. Generalnie jednak takie otwarcie się na drugą osobę, jeżeli ten proces jest niezakłócony, ma charakter spirali, to znaczy raz mówi interlokutor, a my słuchamy, a potem odwrotnie. No i jeżeli obydwie strony zaakceptują ten proces, to można go ciągnąć właściwie w nieskończoność.

Załóżmy nawet, że wzajemnie się rozumiemy, nikt jednak nie ma zamiaru ustąpić. Co dalej?
Z punktu widzenia mojej koncepcji jedno rozwiązanie jest takie, że ktoś po prostu narzuci swoje zdanie, a inni się mu podporządkują. Jedni chętnie, inni niechętnie. W większości przypadków jest to wygodne. Drugie wyjście, bardziej optymistyczne, polega na tym, że wszyscy nawzajem zaczynają rozumieć swoje postawy, że się zastanawiają: „Dla niego to niesłychanie ważne, a czy dla mnie również?”. Mechanizm takiego rozumienia, które nazywam za rosyjskim filozofem Michaiłem Bachtinem refleksyjnym, wydaje mi się kluczowy w relacjach międzyludzkich.

Bać się różnorodności?
Zdecydowanie nie, to cecha demokracji. Jedność natomiast jest cechą systemów totalitarnych. Demokracja to ciężki system do życia, bo nic nie jest z góry określone. Dlatego po jakimś czasie dochodzi do głosu mechanizm zmęczenia różnorodnością, tęsknota za porządkiem, twardą ręką. Jak wynika z badań socjologicznych, postawy niedemokratyczne wielu Polaków wynikają właśnie ze zmęczenia różnorodnością. Jedna z moich doktorantek trafnie określiła demokrację jako system neurotyczny, bo wymaga od nas akceptacji punktów widzenia absolutnie nam obcych. W systemie totalitarnym wszyscy mówią tym samym głosem, co najwyżej narzekają po kątach. No, ale wiemy, że systemy totalitarne się nie sprawdzają.

Także te domowe.
Oczywiście. Do czego bowiem doprowadza narzucona jedność? Do unieszczęśliwienia rodziny albo do jej rozpadu. Poszanowanie różnorodności jest po prostu zdrowsze. I wzbogaca obie strony. Jeżeli kobieta ustępuje mężowi z miłości, bo na przykład rozumie, że on tak został wychowany, to on to doceni, a potem też będzie starał się ją zrozumieć, a wtedy z kolei ona to doceni. Tu nie chodzi o wymianę, ale o samo rozumienie drugiej strony. Jeśli ono zakiełkuje, to życie małżeńskie, społeczne, polityczne ma szansę rozkwitnąć.

Leszek Koczanowicz profesor doktor habilitowany, filozof z Wydziału Zamiejscowego Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu. Zajmuje się filozofią współczesną, teorią polityczną, filozofią polityczną, a także metodologią nauk społecznych. Wykładał na Uniwersytecie w Buffalo i na Columbia University w Nowym Jorku. Autor m.in. książki „Wspólnota i emancypacje: spór o społeczeństwo postkonwencjonalne”. Laureat konkursu „Mistrz” Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

 

  1. Psychologia

Czego kobieta od mężczyzny… może się nauczyć?

Zamiast się kłócić, czerpmy od siebie nawzajem. (Fot. Getty Images)
Zamiast się kłócić, czerpmy od siebie nawzajem. (Fot. Getty Images)
Właśnie tak: nauczyć. Nie spodziewać, wymagać, żądać. Ani na co machnąć ręką. Czerpać siłę z różnic płci – czy to nie jest sexy?

Freud twierdził, że zazdrościmy mężczyznom penisa, ale z rozmów z kobietami wynika, że bardziej zazdrościmy im luzu i „nieprzejmowania się wszystkim”, z czym zwykle same mamy problem.

– Chciałabym bardzo nauczyć się od mężczyzn egoizmu – mówi gorzko Lena, pracująca mama dwójki dzieci. – Łatwości, z jaką można sobie wyjść z domu, iść na spacer i nie myśleć kompletnie o tym, co ugotować na obiad i czy dzieci za mną tęsknią. Przydałaby mi się też pewna doza narcyzmu i umiejętność autoreklamy, czyli brylowania w towarzystwie i sypania jak z rękawa przeczytanymi gdzieś i zapamiętanymi od kogoś informacjami.

– A ja z kolei chciałabym nauczyć się od mężczyzn absolutnego nieprzejmowania się sprawami niegodnymi najwyższej uwagi – mówi 36-letnia Kasia. – Przewróciło się? Niech leży… I tego, jak potrafią odreagować z kolegami ciężkie momenty, jak prą do przodu, nie przejmując się przeszłością, najczęściej własną.

Grzegorz, 43-latek, który wyraża raczej podziw niż zazdrość w stosunku do odmiennej płci, też chętnie nauczyłby się czegoś od kobiet: praktycznego podejścia do spraw rodzinnych: – Planowania wydatków, ogarniania potrzeb, myślenia nie tylko o dziś i jutrze. Potraficie dużo znieść, mniej myśleć o sobie, a więcej o rodzinie. Dla mnie wyjazd na wczasy we dwójkę, bez dzieci, jest do zrealizowania, dla mojej żony to niewyobrażalne. Troska o dzieci wygrywa u was z romantyzmem. Jednak chciałbym zachować te różnice między płciami, w końcu to one uzupełniają związek, tworzą jedność.

Różnimy się, to piękne!

Kobiety nastawione są na relacje, a mężczyźni na zdobywanie świata. Takie jest powszechne przekonanie, a psycholodzy nie odmawiają mu słuszności. Ich zdaniem różnimy się fizycznie i psychicznie, i to się nie zmieni. Natomiast nieprawdą jest, że nie możemy się porozumieć. Zamiast się kłócić, czerpmy od siebie nawzajem.

– Różnica między płciami jest faktem i jest niezaprzeczalna – potwierdza Paweł Droździak, psycholog i psychoterapeuta. – Jest też niemożliwa do zatarcia. Płcie się różnią i będą się różnić. Kilka dni temu uczestniczyłem w spotkaniu towarzyskim w prywatnym mieszkaniu. Tak się złożyło, że były tam tylko dobrane już pary i okoliczności nie stwarzały żadnych szans na flirty. Co się stało? To, co najczęściej dzieje się w takich przypadkach. Uczestnicy spotkania, mogąc poruszać się po domu swobodnie, zachowywali się jak cząsteczki mieszaniny wody i oleju. Taka substancja, zostawiona przez jakiś czas sama sobie, nieuchronnie utworzy dwie warstwy. Stopniowo powstały więc dwie grupy w dwu różnych pomieszczeniach. Nikt tego nie planował, nie nakazał ani nie zauważył, póki nie stało się ewidentne. Samo tak wyszło. W pierwszym pokoju usiedli panowie. Rozmowa zeszła na temat reformy emerytalnej i motocykli. W drugim pokoju rozsiadły się panie. Tu rozmowa krążyła wokół ciąż, dzieci i ewolucji „ja” w zetknięciu z ważnymi zmianami w życiu. Nie miało znaczenia, że wszyscy goście byli wykształceni, niezależni finansowo, że wiele kobiet było feministkami. To silniejsze od nas samych.

Role społeczne są dość mocno zakorzenione w naszej świadomości i same, nie zdając sobie z tego sprawy, ochoczo wyręczamy mężczyzn (synów, braci, partnerów) w takich czynnościach jak pranie, sprzątanie. Dajemy im sygnały, że oczekujemy od nich wsparcia, silnego ramienia, pomocy. Z drugiej strony domagamy się zrozumienia i rozmów o emocjach, zapominając, że mężczyźni mają z tym problem. Czy nie lepiej skupić się na tym, co wychodzi każdemu najlepiej?

Program zajęć

Niektóre cechy mojego męża szczerze podziwiam. Myślę, że dzięki niemu staję się spokojniejsza, bardziej cierpliwa, nabieram dystansu do siebie i świata. Lubię słuchać, gdy w ciekawy sposób mówi o funkcjach mózgu, ale pogodziłam się z tym, że nie wszystko lubimy w tym samym stopniu i że sporo nas różni – ale te różnice są fajne, bo sprawiają, że nasze odrębne światy są wciąż dla nas atrakcyjne. Nie czekam już, że domyśli się, gdy dorzuca do przepełnionego kosza na śmieci kolejną rzecz, że się nie zmieści. Po prostu zawiązuję worek, stawiam w przedpokoju i wiem, że wtedy wyniesie. Dawniej był to dla mnie dowód, że mnie nie docenia, dziś szkoda mi na to czasu. Tak jest i już, i nikt nikomu tu na złość nie robi. Zamiast skupiać się na tym, co dzieli, zaczęłam koncentrować się na tym, co łączy.

Dorota Kałużyńska, psycholog, trenerka biznesu i fotografka, też ogniskuje uwagę na tym, co podziwia u swojego partnera. – Chciałabym nauczyć się od niego precyzji w działaniu i dokładności. Jest inżynierem lotnictwa i zajmuje się silnikami odrzutowymi, a to, jak funkcjonuje na co dzień, nosi znamiona „inżynierskiej dokładności”. Ja często działam, wyznając zasadę „na oko” i „mniej więcej”, a mój Marek – wręcz przeciwnie. Podziwiam to u niego i trochę chciałabym uszczknąć tej dokładności dla siebie. Czego jeszcze mogłabym się nauczyć? Dbałości o szczegóły i pamiętania o pewnych zasadach właściwego użytkowania przedmiotów codziennego użytku, np. samochodu. Skrupulatnego czytania instrukcji obsługi i stosowania się do zaleceń producenta. Kolejna rzecz – skupienie na jednej czynności.

Czy warto się uczyć od mężczyzn? – Myślę, że tak – mówi Dorota Kałużyńska. – Męski umysł to ciekawy twór, który nam, kobietom, może służyć czasem jako drogowskaz w gąszczu myśli i zawikłanych połączeń przyczynowo-skutkowych. To, czego możemy się uczyć od mężczyzn, to z pewnością prostota w myśleniu. Mówienie zdaniami pojedynczymi, a nie wielokrotnie złożonymi.

A czy mężczyźni chcieliby uczyć się od nas? Szczerze mówiąc, robiąc research do tego artykułu, zauważyłam, że nie przyznają się do tego zbyt chętnie (może poza 43-letnim Grzegorzem, który chciałby nauczyć się od nas „planowania wydatków, ogarniania potrzeb, myślenia nie tylko o dziś i jutrze”) albo obstają przy tym, że to, czego możemy nauczyć się od innych, nie zależy od płci.

Potrzebni sobie

Dzięki temu, że umiemy czerpać od siebie nawzajem – niezależnie od płci, statusu, pochodzenia – świat przetrwał i rozwija się dalej. Pomimo różnych pomysłów, że kobiety i mężczyźni mogą być sobie równi, te dwa światy wciąż są odległe.

– Myślę, że wielu mężczyzn marzyłoby o tym, żeby być na jeden dzień kobietą, a kobiet – mężczyzną, by zobaczyć, jak to jest „po drugiej stronie” – mówi dr Tomasz Sobierajski, socjolog. – Takie rzeczy nie są jeszcze możliwe, więc lepiej byłoby, żebyśmy tymczasem z uwagą i wrażliwością obserwowali siebie, po to, aby czerpać jak najwięcej z doświadczeń płci przeciwnej i uczyć się tego, co najlepsze. Bo przecież od wieków mężczyźni i kobiety są razem, spotykają się ze sobą przede wszystkim jako ludzie, od których można się wiele dowiedzieć. Dlatego nie rozumiem postawy niektórych środowisk, uznających się za feministyczne, które z uporem próbują stawiać mur między kobietami a mężczyznami. To cementuje stereotypy, bo odseparowani mentalnie, nie możemy dzielić się swoimi doświadczeniami, a przez to wzbogacać swoich wnętrz.

Po co walczyć, wzmacniać różnice? Choć mówimy w nieco innych językach, jakoś się od lat porozumiewamy. Może więc uznajmy, że zamiary Marsjan są wobec Wenusjanek przyjazne. I niech mężczyźni przestaną być straszeni wizją, że nie są nam potrzebni. Są potrzebni. Potrzebujemy siebie nawzajem.

  1. Psychologia

Jestem w związku z egoistą. Gdy partner skupia się tylko na swoich potrzebach

Jeśli mężczyzna jest skupiony wyłącznie na swoich potrzebach, wtedy zaniedbuje związek. (Fot. iStock)
Jeśli mężczyzna jest skupiony wyłącznie na swoich potrzebach, wtedy zaniedbuje związek. (Fot. iStock)
Kobieta czuje, że nie ma oparcia w mężczyźnie „synku”. Trudno być z nim w kontakcie. Trudno poczuć: „Tak, jesteśmy razem”. Jeśli mężczyzna jest skupiony wyłącznie na swoich potrzebach, wtedy zaniedbuje związek i szybko może go stracić – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

On chce, żeby go podrapać po pleckach, zrobić jajeczko na miękko, kogel-mogel z miodkiem. Troszczyć się, opiekować, organizować, chwalić, doceniać… By kobieta była dla niego matką. Nie rozumie, dlaczego ona zaczyna mówić o rozstaniu. To już trzecia, która chce odejść z tego powodu. Czy na psychoterapię przychodzą mężczyźni, którzy biorą sobie do serca zdrowe kobiece granice: „Nie jestem twoją matką”?
Oczywiście. Jest wielu mężczyzn, którym zależy, żeby dociekać, dlaczego wciąż potrzebują matki, mimo że już dawno nie są chłopcami. Jest wielu takich, którzy szukają partnerskich relacji z kobietami. To, co płoszy kobiety w zetknięciu z mężczyznami, o których mówisz, to nie kogel-mogel z miodkiem, ale ich postawa, stan wewnętrzny, w którym się znajdują. Kobieta czuje, że nie ma oparcia w takim mężczyźnie. Trudno w ogóle być z nim w kontakcie. Trudno przy nim poczuć: „Tak, jesteśmy razem”. Jeśli mężczyzna jest skupiony wyłącznie na swoich potrzebach, wtedy zaniedbuje związek, zaniedbuje coś, co psychoterapeuta par Stan Tatkin nazywa systemem ochrony więzi. On buduje system ochrony siebie i system zaspokajania własnych potrzeb. Gdy rodzi się dziecko, sytuacja jeszcze bardziej się pogarsza. Mężczyzna jest zazdrosny, popada w depresję, trudno mu odnaleźć się w nowej roli. Jak ma być ojcem, skoro jest synkiem?

Chociaż ogólnie nie ma nic złego w traktowaniu siebie nawzajem z czułością, po dziecięcemu.
Szczególnie w sytuacjach kryzysowych, w czasie choroby możemy być dla siebie nawzajem matką i ojcem, troszczyć się, opiekować. Jednak partnerstwo polega na tym, że ta troska płynie w obie strony. Nasuwa się pytanie, czy mężczyzna traktuje swoją partnerkę równie czule i troskliwie, na przykład proponuje, że zrobi jej masaż.

No nie.
W takiej relacji nie ma symetrii. Jest dawczyni i biorca. Najczęściej taki układ wyczerpuje się, ponieważ kobieta czuje się przeciążona, po pewnym czasie wyeksploatowana, i odchodzi.

To, co czasem wstrzymuje kobiety przed odejściem, to jego deklarowana miłość: on przyrzeka, że ją kocha.
Być może naprawdę kocha. Gdy jednak do głosu dochodzą chłopięce deficyty, braki, niezaspokojone potrzeby, miłość zostaje nimi przykryta, przytłoczona. On jest naprawdę zaangażowany, naprawdę mu zależy, a równocześnie robi wiele, żeby ją stracić. Nie potrafi dawać i dlatego traci. Jest tu jeszcze inna ciekawa dynamika: jeśli mężczyzna ma taki deficyt, to – paradoksalnie – pojawia się tendencja, żeby wchodzić w relacje, w których tego nie dostanie. I to jest właśnie to wyzwanie, które należy podjąć. Zaczynamy od świadomości: co sprawia, że tak bardzo potrzebuję matki?

Czego potrzebuję? Czego mi zabrakło? Czego dotyczy żal, tęsknota?
Jeśli dziecko nie otrzymało wystarczającej ilości troski, opieki i wszystkiego, co je nakarmi, wtedy w dorosłym życiu te potrzeby odzywają się i domagają zaspokojenia, wyrównania. Jednak może być też tak, że ten mężczyzna wiele dostał, i nie chodzi tu o deficyty. Chodzi o tradycję rodzinną – po prostu jest to jedyny model związku, jaki zna. W jego rodzinie właśnie tak było – kobiety opiekowały się mężczyznami, matkowały im, ale nie nauczyły syna, jak samodzielnie ma się o siebie troszczyć. Gdy był mały, mama robiła kanapeczki, kroiła jabłuszka, głaskała po główce, tuliła, leczyła. Znalezienie źródła trudności, które pojawiają się w dorosłym życiu, jest istotne, ponieważ wtedy można lepiej zrozumieć, o co chodzi; dlaczego coś jest dla mnie tak ważne, dlaczego mną kieruje.

Załóżmy, że takie rozpoznanie zostało dokonane.
Teraz czas na zatroszczenie się o siebie, a jednocześnie o potrzeby partnerki. Możemy sprawdzać, dowiadywać się, czego ona pragnie, potrzebuje, co dałoby jej szczęście, radość bycia razem. Żeby tak mogło się stać, mężczyzna potrzebuje najpierw w sobie odnaleźć źródło troski, opieki i miłości – odnaleźć wewnętrznych rodziców, być dla siebie matką i ojcem. W psychologii nazywa się to odzyskaniem lub rozwinięciem swojego wewnętrznego rodzicielstwa. Wewnętrzni rodzice opiekują się, kochają, wybaczają, dają prezenty.

Jak by to miało wyglądać w praktyce?
Zacznijmy od prostych rzeczy: możemy sobie zafundować wyjście do kina, na koncert. Pamiętam wiele lat temu, po 21-dniowym kursie, w którym brałem udział, byłem tak zmęczony, że już niczego nie przyswajałem. Marzyłem, żeby się oderwać. Od razu po zajęciach poszedłem do kina. Sam, ponieważ akurat żona gdzieś wyjechała. Pamiętam, że to mi sprawiło wielką przyjemność. Zrelaksowało mnie poczucie satysfakcji, że zadbałem o siebie. A przecież mogłem się poużalać, że no tak, jej nie ma, znowu nie dostanę tego, czego potrzebuję, jak zwykle… Weź los w swoje ręce, mówi przysłowie. No, to weźmy, kupmy bilet do kina, pójdźmy na spacer do lasu, zróbmy sobie prezent – książkę, płytę. Ja często tak robię: po przeprowadzonym warsztacie czy szkoleniu kupuję sobie książkę niezwiązaną ze sprawami zawodowymi i zanurzam się w lekturze. Prezenty od innych mogą być rozczarowujące, ale kiedy sam wybieram to, co lubię, wtedy pojawia się przyjemne uczucie zaspokojenia. Po zajęciach w innym mieście idę do dobrej wegetariańskiej restauracji. Fantastyczna sprawa. Gdy gotuję sam, jest w tym macierzyńska troska i opieka; karmię sam siebie. Karmienie siebie i innych to wspaniała forma afirmowania istnienia.

Ta świadomość zmienia energię w relacji, odpręża, uwalnia.
Mężczyzna, który potrafi sam o siebie zadbać, z radością i z wdzięcznością przyjmie od swojej partnerki wszelkie przejawy troski. Jednak to nie jest być albo nie być dla jego szczęścia. Nie będzie w nim presji, którą mężczyźni „synkowie” wywierają na swoje partnerki. Gdy kobieta jest bardziej rozluźniona, chętniej daje to, czego jej bliski mężczyzna potrzebuje. Daje z obfitości i wie, że ta obfitość jest także w nim.

Troska o siebie to także wybaczanie sobie, bycie dla siebie życzliwym.
„Nie jestem tak idealny, jak bym chciał, popełniam błędy, mam ograniczenia, nie jestem samcem alfa”. „Byłbym bardziej atrakcyjny dla mojej partnerki, gdybym osiągnął więcej, zrobił karierę”. Mężczyźni mają stereotypowe oczekiwania w stosunku do siebie, kompleksy, poczucie niskiej wartości: bo nie sprostali społecznym stereotypom albo stereotypom swojej rodziny. „Powinni” się zmusić, a już nie dają rady. Najwyższy czas z życzliwością akceptować swoje ograniczenia, wybaczyć sobie, że je mamy.

Troska o siebie przełoży się na siłę, męskość, decyzyjność?
Wyobraźmy sobie, że w relacji trzeba podjąć ważną decyzję, a mężczyzna mówi: „Ale najpierw mnie przytul i ugotuj coś pysznego”. Mężczyzna wypada wtedy z roli partnera i wchodzi w rolę dziecka, synka. Gdyby to jeszcze działało w taki sposób, że po tych czułościach on staje do pionu i mówi: „No, to teraz mogę po męsku podjąć wyzwanie!”. Problem w tym, że ta pieszczota może dodatkowo doprowadzać do regresji wiekowej; można się łatwo cofnąć do roli, która była właściwa dawno temu. Tak mu dobrze, że już nie chce się zajmować dylematami, trudnymi wyborami, więc unika odpowiedzialności, odkłada na później. Szkoda mu tracić przyjemność, błogostan. Dlatego warto, aby mężczyzna wyobraził sobie, że radzi sobie w życiu sam, podejmuje decyzje, jest odpowiedzialny.

No właśnie, kobiety „synków” słyszą: „Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie!”. Na swój sposób cudowne… i przerażające.
Zniewalające. Dobrze poćwiczyć wyobraźnię: jak by to było, gdybym mieszkał sam? W jaki sposób zorganizowałbym wtedy swoje życie? Jak mógłbym się troszczyć o siebie? Jak mógłbym realizować swoją ścieżkę życiową, talenty, zainteresowania? Dobrze jest też sprawdzić – na przykład przez miesiąc pomieszkać samemu.

Są mężczyźni, którzy przechodzą z kobiecych rąk do rąk. Mówią, że w ich rodzinie od zawsze tak było.
Czas sięgnąć po męskie wzorce. W filmie, w literaturze jest ich mnóstwo. Ale także w zaprzyjaźnionych rodzinach. Gdy rozejrzymy się dookoła, zobaczymy, że świat funkcjonuje na różne sposoby i może już czas pożegnać stare rozwiązania, przekroczyć próg, poeksperymentować trochę. Eksperymenty polegają na tym, że przyjmujemy rolę, która dotąd była nam obca. I sprawdzamy, jak się w niej odnajdujemy, jak działa, jak reaguje partnerka. Na przykład kobieta wraca z pracy. Zamiast prosić: „To teraz się mną zajmij”, możemy zaproponować: „Chciałbym ci zrobić masaż, masz ochotę? Teraz nie? W porządku, jednak gdybyś zechciała, daj znać”. A kolejnego dnia możemy zapytać, jak chciałaby spędzić wieczór, weekend. Jeśli kobieta nie ma specjalnych oczekiwań, sami możemy coś zaproponować. Możemy zrobić listę nowych zachowań i sprawdzać, eksperymentować, ćwiczyć. Pytać: „Jak było w pracy? Co mogę dla ciebie zrobić?”. Budujemy wtedy system ochrony więzi partnerskiej. Skupiamy się na tym, co naszą więź pogłębia, dożywia. Zwiększamy świadomość, co możemy zrobić ze swojej strony, abyśmy w relacji czuli się szanowani, respektowani i kochani.

Pytać, interesować się, szczodrze dzielić się sobą. To wydaje się bardzo proste, pod warunkiem że mężczyzna widzi w tym sens.
Często otrzeźwieniem jest groźba rozstania. Eksperymentowanie, sprawdzanie nowych rozwiązań pozwala wyjść z tendencji do skupiania się wyłącznie na sobie. Potocznie mówi się, że przełamuje egoizm. To zbyt trywialne określenie. Chodzi o to, że mężczyzna rozwija w ten sposób umiejętność dostrzegania szerszego spektrum rzeczywistości, wykracza poza stereotypy. To naprawdę wiele zmienia, uruchamia empatię, kreatywność. Zdarza się jednak, że uczucie tęsknoty za opieką macierzyńską jest tak dotkliwe i nieprzyjemne, że żadne starania i eksperymenty nie przynoszą efektów. Wtedy trzeba oczywiście poprosić o profesjonalną pomoc.

  1. Psychologia

Katarzyna Miller i pochwała zdrowego egoizmu

Dobry egoizm to bycie sobą. (Fot. iStock)
Dobry egoizm to bycie sobą. (Fot. iStock)
Egoizm to postawa, która istnieje, by budować dobre życie, w miarę spełnione, dające satysfakcję, ale nie wyłącznie. Mądry człowiek zdaje sobie sprawę, że nie będzie miał wszystkiego. Egoizm związany jest z szacunkiem dla siebie, a zaraz potem dla innych ludzi.

Jestem wielką zwolenniczką egoizmu. Dodałabym do tego jeszcze: zdrowego albo oświeconego. Nie chodzi o prymitywny egoizm, jaki się wyłącznie z tym słowem często kojarzy. Bardzo wiele szkód w wychowaniu i myśleniu społecznym przynosi straszenie egoizmem, ponieważ tak naprawdę wszyscy jesteśmy egoistami. Przecież myślimy o sobie najwięcej, jesteśmy dla siebie całym światem. Kobiety kulturowo bardzo często są wychowywane do tego, aby służyć innym. Córkom w procesie wychowania wpaja się na ogół przekaz: „Nie bądźcie egoistkami”. Synom rzadko tak się mówi. Mężczyznom po prostu wolno być egoistami, kobietom nie i przez to marnują swoje życie, same starają się być na szarym końcu układu, w którym się znajdują. Jednocześnie myślą o sobie bez przerwy, że są nieszczęśliwe i biedne, czyli i tak wciąż egoistycznie koncentrują się na sobie, tylko że w negatywny sposób, psując sobie frajdę z życia.

Zdrowy egoizm polega na tym, że człowiek lubi siebie, zgadza się na to, że ma mocne i słabe strony, że nie wszystko potrafi. Zdaje sobie sprawę, że inni ludzie tak jak on traktują siebie poważnie. Żyje szczęśliwie i daje światu odetchnąć. Egoista, który jest spełniony, jest zadowolony z tego, że siebie kocha i akceptuje, przyjmuje ludzi takimi, jacy są. Jest tolerancyjny, bo wie, że sam nie będzie wszechmocny, nie oczekuje też tego od innych, nie ma postawy roszczeniowej. Egoizm to postawa, która istnieje, by budować twoje dobre życie, w miarę spełnione, dające satysfakcję, ale nie wyłącznie. Mądry człowiek zdaje sobie sprawę, że nie będzie miał wszystkiego.

Bez ego nie ma zdrowia psychicznego, nie ma człowieka, nie ma charakteru, osobowości. I nie ma też człowieka. Tylko ten egoizm najczęściej jest zakłamany. Udajemy, że można inaczej, ale wszyscy jesteśmy egoistami. W dodatku często chorymi zamiast zdrowymi. Właśnie dlatego to słowo jest nacechowane negatywnie, ponieważ je wypaczamy. Nie pracujemy nad tym, żeby egoizm stał się świadomy, związany z szacunkiem przede wszystkim dla siebie, a zaraz potem dla innych ludzi. W polskim języku istnieją natomiast jeszcze takie słowa, jak „egocentryzm” i „egotyzm”, i to one właśnie oznaczają ego, które jest chore, nie widzi innych ludzi, nie chce im poświęcać uwagi. Zdrowy egoista wie, że jest dla siebie tak ważny jak każdy inny człowiek dla siebie samego. Zdaje sobie z tego sprawę, bierze to pod uwagę i zgodnie z tym działa. Egocentryk traktuje innych jak tło swojego życia, środek do celu. W czasie terapii w reakcji na potrzeby i żądania ego, które zostało puszczone za bardzo samopas, mówię często pacjentom: „Nie jesteś pępkiem świata”.

Moje ego najbardziej karmi się tym, że jestem potrzebna, że klienci mi dziękują, są mi wdzięczni, czasem fantastycznie reagują, nie- którzy, nie wszyscy. Tym, że oni biorą to, co ja im daję, że się dogadujemy. Kiedy moi klienci rosną, dostaję wielką nagrodę i serce mi rośnie. Druga strona tego medalu, trudniejsza, jest taka, że terapeuta jest czasem dla nich takim Panem Bogiem, niektórzy tak nas traktują. Łatwo popaść w egotyzm i pychę. Relacja z klientem to ogromna odpowiedzialność.

Kultura, w której żyjemy, każe nam się koncentrować na osiągnięciach. Popularny trend mówi: wygraj ranking, bo wtedy dopiero zaistniejesz dla ludzi, pokaż im, że coś masz. To, oczywiście, jest zgubne w skutkach. Nie znaczy jednak, że mamy zaprzeczyć wartości myślenia o sobie, ponieważ jak wspominałam, człowiek i tak myśli o sobie nieustannie. Może najwyżej udawać, że tego nie robi, ale wtedy bywa tak pogubiony, że już w ogóle nie wie, co począć.

Zdegenerowany egoizm polega na pazerności, zawziętości, niechęci do ludzi, nieustannym współzawodnictwie, porównywaniu. Człowiek ma wrócić do egoizmu pod tytułem „Naprawdę jestem ważny, troszczę się o siebie”. Jedno z najpiękniejszych zdań w terapii, jakie znam i jakiego używam, brzmi: „Zmiana to stać się tym, kim się jest”. Dotrzeć do siebie, a nie do tego, że mamusia sobie życzyła, żebym była baletnicą, bo ona nie zdołała. Ani do tego, że musisz mieć samochód określonej wartości, bo inaczej niektórzy ludzie nie będą się z tobą kolegować. To jest chore, przerost totalny materializmu, mieć zamiast być. Dla mnie egoizm to bycie sobą. Niektórzy nie wiedzą, co to znaczy. Im się wydaje, że być sobą to jest dostać awans, zrobić karierę, pokazać wszystkim, że na coś mnie było stać. Jeśli mam zdolności i to wszystko zrobię, to cudownie, ale to nie może być jedyny cel życia. Bo co z życiem w zgodzie ze sobą, w porozumieniu z ludźmi, w akceptacji tego, co się dzieje, a nie w zdobywaniu?!

Fragment książki „Życie od A do Z”, w której Katarzyna Miller dzieli się z czytelnikami swoim terapeutycznym doświadczeniem. Autorka nie ucieka przed trudnymi tematami ani przed podpowiadaniem konkretnych rozwiązań, ale też zachęca do autorefleksji. Nie brakuje tu jej dosadnego poczucia humoru, ciepła, a przede wszystkim – szczerości, dzielenia się bardzo osobistymi historiami. Książka powstała dzięki rozmowom z Dariuszem Janiszewskim, redaktorem „Zwierciadła”.