fbpx

Noblista

Noblista
fot. Michał Korta

Mirosław Zajdel, jeden z najczęściej nagradzanych studentów w Polsce. To właśnie do niego dzwonili dziennikarze, kiedy podczas Love Parade w Niemczech doszło do tragedii. Spanikowanych ludzi porównuje do ławicy ryb.

To było w zeszłe wakacje w Duisburgu. Podczas imprezy wybuchła panika w tunelu, zginęło kilkanaście osób zadeptanych przez innych. Dziennikarze dzwonili, prosząc o komentarz, czy można było uniknąć tragedii, jakich zaniedbań dopuścili się organizatorzy? Jakiś czas temu Zajdel nawiązał też współpracę ze strażakami z komendy wojewódzkiej w Katowicach. Chodzi o usprawnianie programów z zakresu ratownictwa. Sam powtarza, że czuje się wyróżniony. Że nie jest jeszcze autorytetem w swojej dziedzinie, ale ludzie chcą go słuchać. Ci, którzy się do niego zgłaszają, znają go z telewizji i z gazet. Od kiedy w zeszłym roku dostał Studenckiego Nobla, udzielił sporo wywiadów.

ŁOWCA NAGRÓD

Mówił w nich między innymi o pracy doktorskiej, którą ma zamiar obronić na jesieni. Pisze o mechanizmach, jakie rządzą tłumem w stanie zagrożenia. W dużym uproszczeniu Mirek porównuje spanikowanych ludzi do ławicy ryb czy kolonii mrówek. Na tej podstawie może potem opracować specjalne programy komputerowe, które są pomocne np. w tworzeniu skuteczniejszych planów ewakuacji. W Polsce brakuje ekspertów, którzy mieliby wiedzę na ten temat.
Ale Studenckiego Nobla nie dostaje się za oryginalne tematy prac. Ważne są wyniki w nauce, średnia ocen, wyróżnienia, liczy się też działalność pozanaukowa, publikacje własnych artykułów. Wszystko to Mirek zgromadził na 17 stronach życiorysu. I w sporych kartonowych pudłach, które stoją teraz w jego pokoju w akademiku. Leżą w nich dyplomy, świadectwa, medale, statuetki. Trudno uwierzyć, że należą tylko do jednej osoby. Do tego dochodzą stypendia naukowe. Tylko w tym roku Mirek zdobył ich siedem.

Długo był we wszystkim najlepszy, nauka przychodziła mu z łatwością. Do podstawówki chodził w Widaczu, niewielkiej wsi pod Krosnem. 600 mieszkańców, łąki, pola uprawne, las i rzeczka, w której w dzieciństwie lubił łowić ryby. Do liceum dojeżdżał do Krosna. Jechało się tylko pół godziny, za to PKS był zawsze przeładowany. Ludzie cisnęli się jak sardynki, wypadali na przystankach.
Czy kiedykolwiek miał kompleksy, że nie jest z miasta?
– Nie, nigdy.
A jednak zostało mu w głowie wspomnienie konkursu recytatorskiego. Był małym chłopcem, a komuś z komisji przy wręczaniu dyplomów wyrwało się, że „dzieci ze wsi nigdy nie przechodzą do następnego etapu”.
Dziś jest doktorantem Informatyki na Akademii Górniczo-
-Hutniczej w Krakowie. Na tej samej uczelni studiuje zarządzanie i inżynierię produkcji. Z rąk rektora odebrał Złotą Odznakę Stanisława Staszica za wyniki w nauce. Przed Studenckim Noblem, przyznawanym przez Niezależne Zrzeszenie Studentów, zdobył konkurencyjną nagrodę. Na najlepszego studenta Primus Inter Pares.

NOTATKI SPOD PRYSZNICA

Wstyd się przyznać, ale wyobrażałam sobie, że ktoś z takimi osiągnięciami w nauce musi być chorowity i nosić okulary. Okulary nawet kiedyś nosił. Od piątego roku życia jeździł na operacje, bo miał zeza. Musiał potem biegać z jednym szkłem zalepionym plastrem. Do tego był niejadkiem, chował kotlety po kieszeniach. Mówi, że resztę mogę sobie sama dopowiedzieć. W liceum zapisał się na karate. Doszedł do niebieskiego pasa (ósme kyū), zanim uznał, że to mu wystarczy. Podnosił ciężary, grał w tenisa stołowego, teraz jest w uczelnianej sekcji badmintona, codziennie chodzi na basen.

(…)

Więcej w Zwierciadle 07/2011