1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Wyjść ze strefy mroku

Wyjść ze strefy mroku

Jeśli doznaliśmy dużo miłości i akceptacji, mamy mocne poczucie własnej wartości i lubimy siebie, depresja prawdopodobnie ominie nas z daleka. WHO podaje, że w 2020 r. będzie to drugie co do częstości występowania schorzenie – po chorobie niedokrwiennej serca – i dotknie 17 proc. ludzi.

Światowa Organizacja Zdrowia alarmuje, że z powodu depresji 500 tys. osób rocznie odbiera sobie życie. Przypuszcza się, że w Polsce stany depresyjno-lękowe może mieć co trzecia osoba. Depresja nie wybiera ani wieku, ani płci.

– To choroba, której na pierwszy rzut oka nie widać, poza tym że człowiek jest smutny i powolny – mówi prof. Joanna Meder, zastępca dyrektora Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Osoba z depresją odczuwa zmęczenie życiem, lęk o teraźniejszość i przyszłość, nie widzi sensu w działaniu i spotkaniach z ludźmi, ma zaburzenia snu i apetytu. Niektórzy mówią o „mdłościach psychicznych”, które towarzyszą im przez cały dzień.

Depresja ma różne stopnie nasilenia, od łagodnej, gdy występują pojedyncze objawy, po ciężką, gdy nie można już wykonać prostej czynności, np. umyć zębów. Aaron Beck, nazywany ojcem psychoterapii poznawczej, napisał, że kiedy człowiek nie jest w stanie dostosować się do wymagań rzeczywistości, wszystkie trudne sytuacje zaczyna widzieć w fatalnym świetle. Gdy cierpienie staje się zbyt silne, pojawiają się myśli samobójcze. Słynna triada depresyjna Becka, w którą wierzą pogrążeni w cierpieniu duszy, brzmi: „Wszystko, co mnie spotkało w przeszłości, było negatywne, to ja jestem sprawcą negatywnych zdarzeń, sam sobie to życie zepsułem, przyszłość będzie równie fatalna”. Osoba w depresji czuje się bezwartościowa i obwinia siebie za swój stan.

Czy depresja ma jakiś sens?

Nie jest oznaką słabości – nawet ludzie z silną i barwną osobowością mogą jej doświadczyć. Gdy oglądamy filmy z Jimem Carreyem, nie przyszłoby nam do głowy podejrzewać go o czarne myśli, tymczasem ten popularny amerykański aktor pisze właśnie książkę o depresji dwubiegunowej, na którą cierpi. Eksrzecznik Tony’ego Blaira Alastair Campbell publicznie powiedział kiedyś, że poprzez depresję odkrył samego siebie. Także zdaniem niektórych psychiatrów i filozofów przejście przez cierpienie  psychiczne i głębokie przepracowanie depresji to droga do zmiany własnego życia na pełniejsze i bardziej wartościowe.

Podobną opinię głosi dr Paul Keedwell z King’s College London, autor książki „Jak smutek przetrwał”. Według niego „zdolność” do depresji odziedziczyliśmy po naszych przodkach i jest ona rodzajem mechanizmu obronnego. Przetrwała w toku ewolucji jako sposób na porzucenie szkodliwego dla nas funkcjonowania w świecie i wyniszczających relacji z innymi ludźmi.

Z kolei wybitny polski psychiatra, twórca teorii dezintegracji pozytywnej prof. Kazimierz Dąbrowski uważał, że nerwice, stany lękowe i depresyjne powinny być traktowane jako bodźce pomagające nam przekształcić własną osobowość i przenieść ją na wyższy poziom.

W sieci czarnych myśli

Nie da się powiedzieć, kto wpadnie w depresję. Z pewnym prawdopodobieństwem można jedynie określić grupę ryzyka. Ciężkie przeżycia w dzieciństwie mogą czynić nas podatnymi na depresję w przyszłości. Osoby z traumatycznymi zdarzeniami w rodzinie, takimi jak nadużycia seksualne oraz przemoc fizyczna i emocjonalna, cztery razy częściej zapadają na tę chorobę niż inni. Są też pacjenci, którzy nie mają za sobą takich ciężkich doświadczeń, a również cierpią. Depresja pojawia się często na skutek dramatycznego wydarzenia życiowego, gdy wszystkie dostępne nam uczuciowe i praktyczne sposoby radzenia sobie z trudnościami przestają się sprawdzać. Oczywiście nie każdy w takiej sytuacji zachoruje.

Dr Łukasz Święcicki z II Kliniki Psychiatrycznej z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie porównuje skłonność do depresji do kliszy, którą część z nas nosi w psychice. Jeśli klisza zostanie „naświetlona” przez ciężkie doświadczenie (np. przewlekłej choroby, śmierci bliskiej osoby, utraty pracy itp.), może rozpocząć się proces prowadzący do depresji. Nie jesteśmy w stanie zapanować nad nim sami, gdyż odbywa się całkowicie poza naszą kontrolą i świadomością. Gdy rozwinie się do postaci utrudniającej życie, konieczne są leki przeciwdepresyjne. Jednak same tabletki to za mało, gdyż depresja związana jest z wypartymi emocjami i niszczącymi nas schematami myślowymi, którymi się posługujemy. Żeby się z nią rozprawić, trzeba dotrzeć do głęboko ukrytych we własnej psychice uczuć i przekonań. W innym przypadku stany beznadziei po pewnym czasie zaczną nawracać.

 

– Pacjent musi wiedzieć, że np. smutek, obojętność, brak sił i chęci do życia są symptomami choroby, a nie lenistwa czy wad charakteru. W trakcie terapii możemy dostrzec i zmienić mechanizmy, które sprzyjają depresji – mówi psychoterapeuta Michał Czyżewski z Fundacji ITAKA, która od 2001 r. prowadzi Antydepresyjny Telefon Zaufania.

Terapia nie jest procesem szybkim, odbywa się małymi kroczkami. Z reguły potrzeba kilkumiesięcznych, cotygodniowych sesji, aby odczuć poprawę. Ale pierwsze efekty mogą pojawić się już po kilku spotkaniach.

Jednym z kluczowych uczuć, do których docieramy w czasie psychoterapii, jest złość. To właśnie zablokowana i niewyrażana w uzasadnionych sytuacjach złość kieruje się w pewnym momencie przeciwko nam, prowadząc do autoagresji, a więc depresji. Atakujemy siebie najróżniejszymi oskarżeniami, także o bezradność wobec własnych uczuć, pogrążając się w nieustannym poczuciu winy. W wielu przypadkach to stan mający swoje podłoże w związkach z ważnymi osobami z dzieciństwa. W czasie terapii uczymy się przeżywania wszystkich swoich uczuć, dajemy sobie na nie przyzwolenie i wyrażamy je w bezpiecznej relacji z psychologiem, a potem powoli wnosimy w kontakty z innymi ludźmi. Dla większości osób terapia jest pierwszym spotkaniem z innym człowiekiem, podczas którego ich uczucia i życie stają się najważniejsze, a przyszłość godna zaangażowania i rysująca się optymistycznie. Pacjenci, którzy wyszli z depresji, mówią wręcz, że to doświadczenie pomogło im odmienić swój los, poczuć się dobrze z samym sobą, odnaleźć sens życia.

Tabletka szczęścia na biologię smutku

Istnieje kilka teorii tłumaczących procesy zachodzące w naszym organizmie podczas depresji. Jedne mówią, że depresja jest związana z błędną komunikacją między neuronami mózgu oraz zaburzeniami w wydzielaniu neuroprzekaźników, takich jak np. serotonina i noradrenalina. Dr Robert Sapolsky, neurolog ze Stanford University, twierdzi nawet, że niektóre szlaki neuronalne mózgu ulegają wówczas degeneracji. Zgodnie z tymi teoriami depresja uderza w część układu limbicznego – hipokamp, który m.in. odpowiada za przetwarzanie wspomnień. Gdy za pomocą rezonansu magnetycznego zbadano osoby z „dobrym” i „złym” dzieciństwem, okazało się, że u ludzi dorastających bez traum hipokamp jest większy niż u pozostałych. Naukowcy tłumaczą to tym, że długotrwałe cierpienia w dzieciństwie są dla neuronów hipokampa zabójcze. Uważa się, że przeciwdepresyjne działanie leków polega na podniesieniu poziomu neuroprzekaźników szczęścia, które potem ułatwiają regenerację komórek hipokampa. Jednym ze sposobów działania leku jest także zwiększenie w hipokampie ilości białek BDNF niezbędnych do pełnego rozwoju układu nerwowego i pełniących funkcję jego czujnych opiekunów. Najnowocześniejszą grupą tego typu leków są SSRI – selektywne inhibitory wychwytu zwrotnego serotoniny. Niestety wpływają one na mniej więcej 70 proc. osób z depresją.

Zupełnie inaczej został pomyślany najnowszy lek o nazwie Valdoxan (agomelatyna) – w lutym tego roku dopuszczony do użycia w krajach UE, w Polsce będzie dostępny w czerwcu. Agomelatyna nie ingeruje w poziom neuroprzekaźników, wpływa za to na nasze rytmy okołodobowe. Idea tego leku opiera się na założeniu, że istnieje związek między objawami depresji a procesami zachodzącymi cyklicznie w organizmie, zły nastrój pojawia się natomiast w wyniku zaburzeń zegara biologicznego odgórnie sterującego tymi reakcjami fizjologicznymi.

U osób depresyjnych silnie zakłócone są cykle snu i czuwania – mówi psychiatra dr Raymond Lam z University of British Columbia, specjalizujący się w biologii nocnego wypoczynku. 95 proc. cierpi na bezsenność i budzi się o czwartej albo piątej rano, pozostali śpią za dużo i także w ciągu dnia. Niekorzystnej zmianie ulega również tzw. architektura snu. Faza głęboka jest przyspieszona i spłycona, w związku z czym chory prawdopodobnie nie przeżywa w nocy typowych marzeń sennych, które mają leczniczy wpływ na psychikę. Depresja zmienia też inne parametry biologiczne organizmu, jak temperatura ciała, poziom hormonów związanych ze stresem – kortyzolu i prolaktyny, a także hormonu wzrostu i melatoniny, od której zależy zasypianie i dobry sen. Naprawiając zegar biologiczny, można więc wpływać na samopoczucie. Tabletkę Valdoxanu zażywa się na godzinę przed snem. Zawarta w nim agomelatyna wspomaga działanie naturalnej melatoniny.

Jak wynika z badań klinicznych, na 4 tys. osób cierpiących na średnią i ciężką depresję lek poprawia samopoczucie już w pierwszym tygodniu terapii. Naukowcy przypuszczają, że może stanowić przełom w farmakologicznym leczeniu depresji.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Moda i uroda

Jackob Buczyński – ubrania mówią

Flashmob Tęcza wraca na Zbawixa (Fot. Natalia Poniatowska); Jackob Buczyński (Fot. Max Zieliński)
Flashmob Tęcza wraca na Zbawixa (Fot. Natalia Poniatowska); Jackob Buczyński (Fot. Max Zieliński)
W 2016 roku kupił w lumpeksie dżinsową kurtkę i ozdobił ją kolorowymi frędzlami. Autorski projekt stał się nie tylko sztandarowym produktem Jackoba Buczyńskiego, ale także ikoną idei upcyklingu oraz manifestem sprzeciwu wobec problemu naprodukcji w modzie. Na początku czerwca projektant zrezygnował z realizacji zamówień i w tym czasie przygotowywał tęczowe frędzle i naszywki, które rozdawał za darmo w swojej warszawskiej pracowni. „Tęcza wraca na Zbawixa” to społeczna kampania zainicjowana przez projektanta, dla którego moda stała się językiem rewolucji.

Choć od debiutu marki minęło kilka lat, projektant doskonale pamięta uczucia, który towarzyszyły mu w tamtym momencie: niepewność, lęk oraz obawę o to, czy moda, którą zamierza robić, nie będzie zbyt dziwna i niestandardowa, jak na polskie warunki. „Wszystko na początku wydawało mi się nieosiągalne, najmniejsze rzeczy wydawały się trudne, nie do przejścia. Opinie innych najważniejsze, a ja zagłębiony w szale dziwnych spojrzeń ludzi. Tym chcesz się zajmować w życiu? A emerytura, a stabilność, a rodzina, z czego będziesz żyć, puknij się w głowę - słyszałem”.

Customizacja to określenie, które najlepiej opisuje to, czym zajmuje się Buczyński. Projektant wykorzystuje ubrania, które zostały już wyprodukowane - wyszukuje je w lumpeksach, zbiera od znajomych, dostaje od klientów - i daje im drugie, kolorowe życie, tworząc z nich patchworkowe dżinsowe kurtki, pojemne torby, obszerne swetry czy obiekty dekoracyjne. Każda kurtka jest inna, każde ubranie ozdabia inna aplikacja, inny kawałek materiału, inna historia. „Uważam, że ubrania mogą mieć głos – opowiadajmy o tym, jak zostały wykonane i kto stoi za ich produkcją”.

Jackob Buczyński w swojej pracowni (Fot. archiwum prywatne)Jackob Buczyński w swojej pracowni (Fot. archiwum prywatne)

Twórczość Jackoba Buczyńskiego od początku wzbudzała spore emocje. Nie brakowało negatywnych głosów tych, którzy uważali, że ubrania z odzysku nie powinny tyle kosztować, ale byli też tacy, według których upcykling i rękodzieło powinny być bardziej luksusowe, czyli droższe. Projektant od początku wiedział, że chce prowadzić biznes w sposób zrównoważony, etyczny i transparentny, dlatego na przykładzie jednego ze swoich sztandarowych projektów #byjacob dokładnie przedstawił, co składa się na końcową cenę produktu. „Są to przede wszystkim moje comiesięczne koszty stałe: podatek dochodowy, ZUS, opłata czynszu pracowni, wypłaty pracowników, opłata księgowości, koszty materiałów (np. kurtek bazowych vintage), marketing, pralnia i miesięczne zaopatrzenie pracowni. Chciałbym, żebyście wiedzieli, że funkcjonowanie takiego biznesu zależne jest od wielu finansowych aspektów. I każdy ten punkt zawarty jest w cenie mojego produktu”.

„Nie czuję braku, czuję przesyt”

Buczyński sprzeciwia się systemowi i modelowi biznesowemu, którym od kilku dekad podąża branża odzieżowa, mówi stanowcze „nie” masowej nadprodukcji, która już teraz jest ogromnym zagrożeniem dla ludzi i planety, na swoim Instagramie opowiada o pułapkach konsumpcjonizmu. To właśnie z tych powodów postanowił zostać nie tylko świadomym konsumentem mody, ale przede wszystkim odpowiedzialnym projektantem. „Któregoś dnia zorientowałem się, że to, co jest dookoła, wystarczy na zrobienie rzeczy o nowej, lepszej wartości. Uzmysłowiłem sobie, że ubrań jest za dużo i czas zacząć korzystać z tej cholernej nadprodukcji, która niszczy świat i umysły ludzi”.

Buczyński przyznaje, że odejście od masowej produkcji i docenianie rzeczy wyjątkowych, skrojonych do indywidualnych potrzeb, upcyklingowanych i powstałych na bazie ubrań vintage, to proces, który wymaga dyscypliny i wytrwałości. „Przed twórcami i konsumentami ciężka praca do wykonania, poprzednie pokolenia wyprodukowały dóbr materialnych na milion lat do przodu”. Czy oswoimy się z nowymi zasadami „chciejstwa”, czy zabijemy w sobie chciwość i staniemy wśród ludzi i zaczniemy się dzielić? Takie jest moje marzenie, aby zamienić jednorazowość na przetwarzanie i świadomość, co nas otacza”.

Czy wiedząc, w jaki sposób funkcjonuje branża odzieżowa, znając „grzechy” tego przemysłu, można być odpowiedzialnym projektantem? „To od nas zależy, co pokażemy, co wypuścimy na rynek i jak będziemy dziś produkować – jaką obierzemy etykę, i jaką będziemy kształtować świadomość.”- przyznaje Jackob. Buczyński jest również wielkim miłośnikiem idei ekonomii współdzielenia. „Jestem pewny, że już niedługo dotrzemy do momentu, kiedy zauważymy, że możemy się dzielić, nie musimy się wiecznie bogacić, posiadać coraz więcej.”

„Mamy tę tęcze w sobie i nikt z nas jej nie wyrwie”

Trzy lata po przerobieniu pierwszych kurtek Buczyński przyjął zaproszenie od organizatorów muzycznego festiwalu Open’er i w zaaranżowanym showroomie zaprezentował swoje projekty – wszystko, co się w nim znalazło, pochodziło z drugiej ręki – patchworkowe, jeansowe kapy, firany z odzysku, odnowiony fotel vintage, wieszaki ze starej topoli, łapacze snów ze starych tkanin i torby z ekologicznego papieru. Zarobione podczas festiwalu pieniądze zainwestował w pierwszą, małą pracownię , którą wyposażył w maszyny do szycia i wszystkie niezbędne akcesoria potrzebne do pracy. To właśnie tutaj powstają pełne koloru i miłości ubrania, ponieważ dla Jackoba ważne są nie tylko ekologiczne aspekty, ale także wpływ, jaki moda może wywierać na ludzi i otoczenie.

Projekt Jackob Buczyński (Fot. Szymon Cieślak)Projekt Jackob Buczyński (Fot. Szymon Cieślak)

Projektant od samego początku angażuje się w ważne, społeczne akcje. W październiku 2020 r. na znak solidarności z kobietami i w ramach sprzeciwu wobec wyroku Trybunału Konstytucyjnego, Buczyński przygotował czerwone, patchworkowe błyskawice, które wysyłał do osób w całej Polsce, które w ten sposób chciały zamanifestować swoje poglądy. W maju 2021 razem z organizatorami warszawskiej Parady Równości Jackob uszył patchworkowy obraz, aby w ten sposób uczcić Międzynarodowy Dzień Pamięci o Zmarłych na AIDS i okazać solidarność z osobami, które są nosicielami wirusa HIV. Na początku czerwca Jackob Buczyński wystartował z kampanią społeczną pod hasłem „Tęcza wraca na Zbawixa” i wyprodukował setki tęczowych naszywek, które można było za darmo odbierać w jego pracowni albo otrzymać listownie. Kampanii towarzyszy kilkuminutowe nagranie, na którym grupa roześmianych, ubranych w kurtki upcyklingowane przez projektanta kurtki, tańczy i w ten symboliczny sposób przywraca tęczę na plac Zbawiciela. To właśnie w tym miejscu, w 2012 roku, stanęła słynna Tęcza, której autorką była polska artystka Julita Wójcik. Instalacja była siedmiokrotnie podpalana, a w 2015 r. została ostatecznie zdewastowana w trakcie „Marszu Niepodległości”. „Polska stała się najbardziej homofobicznym miejscem w Europie. (…) Chciałbym dziś wszystkim przypomnieć, czym jest ta tęcza. To coś, co nosimy w sobie i w każdym momencie możemy z tego skorzystać. To język miłości, wolności i równości. Mamy tę tęczę w sobie i nikt z nas jej nie wyrwie, nie zabierze nam. Tęcza to ludzie – wszyscy Ci, którzy wierzą, że miłość i dobro wygrywa”.

  1. Kuchnia

Zdrowe, pożywne śniadania. Nie tylko dla dzieci

Domowa granola (fot. Karolina i Maciej Szaciłło)
Domowa granola (fot. Karolina i Maciej Szaciłło)
Czy może być smacznie i zdrowo? - Jak najbardziej! Dzieci są otwarte na nowe smaki, dlatego warto zaszczepić w nich dobre nawyki żywieniowe już od najmłodszych lat. Karolina i Maciej Szaciłło w książce „Zdrowe dziecko w zgodzie z naturą” podają nie tylko całą masę przepisów kulinarnych, ale również dzielą się wiedzą z dziedziny medycyny ajurwedyjskiej i praktycznymi poradami, dotyczącymi diety oraz naturalnych metod leczenia.

Śniadanie to podstawa zdrowej diety. Zacznijmy więc od posiłków, które z pewnością zasmakują dzieciom i dorosłym. Poniżej kilka wybranych przepisów:

Domowa granola z owocami i mlekiem owsianym

Ta porcja granoli wystarczy na kilka śniadań. Dobrze jest przełożyć ją po wystygnięciu do słoika. Z dodatkami można „eksperymentować” według uznania.

Składniki:

• 150 g płatków owsianych
• 2 łyżki masła sklarowanego dobrej jakości (najlepiej domowej roboty)
• 50 ml syropu klonowego

Dodatki:

• 1 łyżka jagód goji
• garść orzechów włoskich
• 1 łyżka pestek słonecznika
• 1 łyżka nasion chia

Do podania:

• napój owsiany (letni lub lekko ciepły)
• owoce sezonowe (np. maliny, borówki, ekologiczny banan pokrojony w plasterki)

Płatki owsiane mieszamy z masłem sklarowanym i syropem klonowym. Rozkładamy równomiernie na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 200°C z termoobiegiem, aż staną się przypieczone i chrupiące. Łączymy z pozostałymi składnikami suchymi. Podajemy z mlekiem owsianym w temperaturze pokojowej i owocami.

Grzanki francuskie z cynamonem i owocami

Fot. Karolina i Maciej SzaciłłoFot. Karolina i Maciej Szaciłło

Są boskie! Na dodatek stanowią pełnowartościową propozycję śniadaniową. Węglowodanów złożonych dostarczy pieczywo na zakwasie, białka – mąka z ciecierzycy. Do tego poprawiający trawienie i cyrkulację cynamon cejloński oraz po brzegi wypełnione witaminami owoce jagodowe.

Składniki:

• 50 g mąki z ciecierzycy
• 50 g mąki z brązowego ryżu (można zmielić brązowy ryż na mąkę, np. w młynku do kawy)
• 1/2 łyżeczki mielonego cynamonu cejlońskiego
• 1/4 łyżeczki kurkumy
• napój owsiany (my użyliśmy 150 ml)
• kromki dobrej jakości orkiszowego, żytniego lub gryczanego pieczywa na zakwasie
• dobrej jakości masło sklarowane (najlepiej domowej roboty) lub zimno tłoczony olej kokosowy do smażenia

Dodatki:

• mielony cynamon cejloński do posypania
• owoce sezonowe, jak np. truskawki, borówki, maliny, jeżyny
• syrop klonowy (niewielka ilość) lub melasa buraczana/jęczmienna

Suche składniki mieszamy z taką ilością napoju owsianego, aby powstało ciasto o konsystencji ciasta naleśnikowego. Kromki chleba maczamy w cieście i smażymy z dwóch stron na rozgrzanym tłuszczu. Posypujemy cynamonem cejlońskim. Polewamy niewielką ilością syropu klonowego. Podajemy z owocami.

Tofucznica ze szczypiorkiem

Fot. Karolina i Maciej SzaciłłoFot. Karolina i Maciej Szaciłło

Poniższe śniadanie to letnia klasyka gatunku. Kto z lat dzieciństwa nie pamięta jajecznicy ze szczypiorkiem? Jednak ajurweda, zarówno w przypadku dorosłych, jak i dzieci, zaleca dietę laktowegetariańską (w skrócie: bez jaj). Dlatego my już od lat naszą poranną jajecznicę ze szczypiorkiem przyrządzamy z dobrego jakościowo tofu. Ostatnio kupujemy wyłącznie tofu ekologiczne, przyrządzone z soi bez GMO.

Składniki:

  • 2 łyżki dobrej jakości masła sklarowanego (najlepiej domowej roboty)
  • 2 poszatkowane szalotki
  • 150 g rozkruszonego, naturalnego tofu (bez GMO)
  • 2–3 łyżki dobrej jakości sosu sojowego (najlepiej tamari; bez dodatku m.in. syntetycznego glutaminianu sodu)
  • 30 ml napoju owsianego
  • garść poszatkowanego szczypiorku

Do podania:

  • kromki dobrej jakości orkiszowego, żytniego lub gryczanego pieczywa na zakwasie
  • plasterki ogórka i/lub rzodkiewki i/lub pomidora
  • listki sałaty rzymskiej
  • garść ulubionych kiełków dziecka, np. lucerny lub rzodkiewki

Na tłuszczu podsmażamy szalotkę, aż się zeszkli. Dodajemy rozkruszone tofu. Podsmażamy jeszcze 2–3 minuty. Dodajemy sos sojowy i napój owsiany. Dokładnie mieszamy. Zdejmujemy z ognia. Przed podaniem posypujemy szczypiorkiem. Podajemy z chlebem i warzywami.

Orkiszowe naleśniki z tahini i owocami

Fot. Karolina i Maciej SzaciłłoFot. Karolina i Maciej Szaciłło

Z samopszy, płaskurki, mąki gryczanej czy orkiszu – przerobiliśmy już mnóstwo wersji porannych naleśników. Kilka lat temu, znudzeni jaglankami, gryczankami, owsiankami i komosiankami, zaczęliśmy przyrządzać odżywcze wersje wspomnianych racuchów, naleśników i gofrów. Ku naszemu wielkiemu zadowoleniu racuszki z mąki atta (stara, indyjska odmiana pszenicy) są jednym ze śniadań serwowanych dla dzieci w indyjskiej panchakarmie, z której co roku prowadzimy warsztaty. Ostatnio naleśniki uwielbiamy jeść z ciemną pastą tahini (z niełuskanego sezamu). Ta ostatnia, w przeciwieństwie do jasnej, jest produktem nieoczyszczonym, pełnym błonnika, który wspiera m.in. perystaltykę jelit. Dostarczy dzieciom m.in. tak potrzebnego w ich diecie wapnia i żelaza.

Ciasto na naleśniki:

750 ml mleka sojowego (bez cukru)
200 g mąki orkiszowej typ 750
150 g mąki drobno mielonej typ 2000 orkiszowej lub z płaskurki
2 łyżki dobrej jakości masła sklarowanego (najlepiej domowej roboty)

Dodatki:

ciemna pasta tahini
truskawki i/lub borówki i/lub maliny
melasa buraczana lub syrop klonowy do polania

Wszystkie składniki naleśników miksujemy ręcznym blenderem do uzyskania jednolitej masy. Naleśniki smażymy na oleju (niewielką ilość oleju rozprowadzamy na patelni pędzelkiem lub papierową chusteczką). Ciasto rozprowadzamy tak, aby było jak najcieńsze. Po przewróceniu smażymy dosłownie chwilkę. Naleśniki smarujemy tahini. Składamy. Polewamy syropem klonowym i podajemy z dużą ilością owoców.

Kanapki z „pastą serową”

Fot. Karolina i Maciej SzaciłłoFot. Karolina i Maciej Szaciłło
  • 100 g uprażonych na suchej patelni pestek słonecznika
  • 2 łyżki jasnego miso
  • 2 łyżki zimno tłoczonego oleju rzepakowego
  • 100 ml wody
  • 1 szczypta pieprzu

Do podania:

  • kromki dobrej jakości orkiszowego, żytniego lub gryczanego pieczywa na zakwasi
  • plasterki rzodkiewki
  • plasterki zielonego ogórka lub ogórka małosolnego
  • liść sałaty, np. rzymskiej

Składniki pasty miksujemy do uzyskania jednolitej konsystencji. Pastą smarujemy kromki dobrej jakości pieczywa na zakwasie. Podajemy z dodatkami.

Przepisy pochodzą z książki Karoliny i Macieja Szaciłło „Zdrowe dziecko w zgodzie z naturą. Dieta, ajurweda i praktyczne porady.”

  1. Retro

Jacek i Gaja Kuroniowie – miłość bezwzględnie rozdzielona przez los i historię

Ok. 1958-1959 r. Jacek Kuroń z przyszłą żoną Grażyną (Gajką), archiwum prywatne. (Fot. FoKa/Forum)
Ok. 1958-1959 r. Jacek Kuroń z przyszłą żoną Grażyną (Gajką), archiwum prywatne. (Fot. FoKa/Forum)
Poznali się na jednym z obozów. On, wówczas 21-letni, miał wyrzuty sumienia, że zakochał się w podopiecznej, 15-letniej zastępowej. Byli ze sobą niemal trzy dekady. W tym czasie jego zatrzymywali i zamykali na dłużej cztery razy. Ją raz internowali. I to wtedy wyszło na jaw, że jest śmiertelnie chora. Jacek i Grażyna „Gaja” Kuroniowie. Setki listów, słanych z i do więzienia, choć pisanych ze świadomością, że czytać je będą także funkcjonariusze SB, mówią o łączącym ich uczuciu właściwie wszystko. Oto fragmenty niektórych.

Wybrała Zofia Fabjanowska.

Więzienie 1965-67

Jacek został aresztowany po tym, jak wraz z Karolem Modzelewskim napisał krytyczny wobec ustroju „List otwarty do partii”.

Maleńka,
jak tu jest? No trudno powiedzieć, że dobrze, ale w każdym razie można żyć. Jem (na koszt państwa), śpię (w państwowej pościeli), palę (sąsiedzi z celi mają papierosy), no i oczywiście prowadzę bardzo miłe konwersacje z funkcjonariuszami państwowymi. Traktujmy tę historię jako mój urlop. Żałuję tylko, że nie zdążyłem Ci powiedzieć, jak bardzo Ciebie kocham. Całuję Ciebie, a Ty pocałuj Maćka [pięcioletniego wówczas syna Jacka i Gai, zwanego też Makiem – przyp. red.]. Ojca poproś, żeby się nie denerwował, ja sobie tu odpocznę – wrócę i na pewno szybko zrobię doktorat. Poza tym uściśnij wszystkich i każdemu powiedz, że go pozdrawiam z osobna.
Aha – co dzień pół godziny się gimnastykuję.
Ściskam.

Jacusiu!
Żyjemy zdrowi i cali. Jeśli przez moment pomyślisz, że jest inaczej, to należy Ci się pranie. To pismo musi być oficjalne i dlatego nie wiem zupełnie, co pisać, a chciałoby się pisać dużo. Proszę Cię, oszczędzaj siły i myśli na lepszą przyszłość.

Słoneczko,
tutaj cała sztuka polega na tym, aby żyć czasem teraźniejszym. Jak dotąd udaje mi się to znacznie lepiej niż moim współwięźniom. Bardzo dużo czytam. W absolutnym spokoju ducha przeszkadza mi troska o Ciebie – jak sobie dajesz radę w sprawach finansowych, no i czy Mak nie zabiera Ci za wiele czasu. Niestety, psiakrew, ja Ci nic nie mogę pomóc! Tylko pocieszam się, jak umiem, że sobie dasz radę. Strasznie Ci dziękuję za przesyłkę – teraz mogę już zgodnie z Twoimi poleceniami myć dwa razy dziennie zęby. Ale ta przesyłka to było coś więcej niż pasta, kapcie, papierosy i tak dalej. To przecież były przedmioty, których dotykałaś, które wysłałaś do mnie. We wszystkim był kawałek Ciebie.
Jest niedziela, tak sobie myślę, że jesteś w tej chwili na Mokotowie, u mamy – bardzo blisko ode mnie, ale przecież nie o odległość chodzi: myślisz o mnie, ja o Tobie. Kiedy się czeka, każdy dzień ciągnie się w nieskończoność. Spróbuj nie czekać, a zobaczysz – minie ten czas.
Pa, moje wszystko.
A to jest moja kartka do Maćka. Chyba już sam przeczyta:
MAK, BĄDŹ BARDZO DZIELNY. NIE PŁACZ, ALE SŁUCHAJ MAMY. NIEDŁUGO WRACAM. TATA JACEK.

Jacusiu!
Od dwóch dni na dworze rozpoczęła się wiosna. Zrobiło się zielono, cieplej, no i pachnie tak, że szaleństwo. Może to sadyzm pisać o wiośnie do człowieka, który widzi tylko skrawek nieba, a może nie jest aż tak źle? Miły mój, będę wysyłać listy, mimo że nie wiem, czy je czytasz. Następny będzie o Maćku – nazbierało się sporo historyjek.
Całujemy Cię mocno.
KOHANY TATA, BOŃĆ ZDRÓW. MIAŁEM PSYGODY. CAŁUSA POSYŁAM. MACIEK.

Dzień dobry, mój miły!
Dostałam dzisiaj Twój list na nasze dziesięciolecie. Znowu, po raz któryś (zliczyć nie potrafię), miałam okazję, żeby zacząć wierzyć w telepatię. Otóż w końcu lipca na spotkaniu towarzyskim (być może w dniu, kiedy Ty pisałeś ten list do mnie) rozmowa zeszła na temat Twój i Karola. Uczestnicy spotkania zaczęli: „Jacka poznałem w…”, „Znam go od…” i tak to trwało długo, długo. Chciałam przerwać tę falę kombatanckich wspominek i dla żartu powiedziałam: „Jacka znam od 1955 roku” i wtedy sama odkryłam, że to minęło już dziesięć lat. Odkrycie to wprowadziło mnie w bardzo seriozny nastrój i przestało mi być do żartu. Sumowałam sobie to dziesięciolecie i wtedy, i później.
Wtedy, dawno, dawno, kiedy nosiłam warkocze i chodziłam ubrana jak pensjonarka, Ty byłeś dorosłym czy prawie dorosłym (dla złagodzenia efektu) człowiekiem. I o ile potrafię zrozumieć swoją postawę (była jednak jak na ten wiek typowa), to zrozumienie Ciebie w tej sytuacji przekracza moje zdolności wyobraźni. Już kilkakrotnie rozmawialiśmy sobie o tym, jak to było na początku, i nie pamiętam, czy Ci to mówiłam, ale zawsze po takiej rozmowie czułam, że niewiele tu można wyjaśnić, powiedzieć, komentować. Zawsze zostaje to „coś”, co w rezultacie przyniosło nam tyle szczęścia, że zachłannością jest marzenie o dalszym jego tworzeniu. Ale nie wstydzę się tej zachłanności i nie wyrzeknę się jej nigdy.
Uśmiechaj się.

Dzień dobry,
ten list powinien być urodzinowy. Ty przecież 2 stycznia kończysz dwadzieścia sześć lat. Popatrz, jakie to dziwne – kiedy byłem z Tobą, zawsze zapominałem o tej dacie, jak zresztą i o wszystkich innych. Życzenia to taki substytut prawdziwych stosunków międzyludzkich. A po co ja Ci miałem mówić coś miłego raz do roku, kiedy zawsze starałem się Ci to mówić co dzień?
Cały mój świat – te zasadnicze wartości i te ulotne, przemijające i niepowtarzalne – to wszystko jest Tobą. Wybraliśmy sobie życie Don Kichotów, ale nie na zasadzie Sancho, który dał się zmamić nadzieją wyspy i gubernatorstwa, ale właśnie tak jak ten stary z La Manchy, wierząc, że jest jeszcze na świecie miejsce dla błędnych rycerzy. I za to najmocniej chcę Ci podziękować. I jeszcze za to, że kochamy te same wiersze i tak samo czujemy zapach bzu, nocny wiatr i jesienny deszcz. Za to wszystko i za mnóstwo rzeczy, których nawet nie potrafię nazwać, dziękuję Ci, moja mała Dziewczynko, w Twoje dwudzieste szóste urodziny.
A życzeń nie będzie, po co?

Więzienie 1968-71

Kuronia zatrzymano 8 marca 1968 roku jako inspiratora protestów studenckich przeciwko zdjęciu z afisza „Dziadów” w reżyserii Kazimierza Dejmka.

Miły mój,
inaugurując nowy sezon, całuję Cię mocno, mocno. Co prawda na myśl, że znowu trzeba będzie pisać listy dla różnych „postronnych”, wzbiera we mnie agresja i gdybym mogła, zabiłabym, tylko nie wiem kogo.
Całuję wiele, wiele razy.

Mój Grażynku,
wczoraj dostałem paczkę. Dziękuję Ci, moja idealna żono kryminalisty. Niepokoisz się w listach, czy zawartość jest dobra. Wszystko, co przyślesz, będzie dobre, tylko – błagam – nie za drogo! Zielenina strasznie mi smakowała (sałata też) – dziękuję, jest już prawie zjedzona. Tempo wynika stąd, że dożywiam tu jednego młodocianego bigbitowca (gitarzysta basowy). Ale najbardziej, najpokorniej dziękuję Ci za listy, są naprawdę piękne, pomagają żyć, dodają sił. Przekonałem się już, jak bardzo jesteś dzielna, jak pięknie potrafisz sobie radzić, a to przecież 80 procent mojego samopoczucia. Gdybyś tylko jeszcze umiała podjąć jakąś pracę badawczą, właściwie mógłbym o sobie powiedzieć, że jestem szczęśliwy. Piszesz, że już tyle razy obiecywałaś i nic z tego nie wychodziło, ale pomyśl tylko, maleńka, że teraz sytuacja jest specjalna. Ja nie mogę pracować naukowo. W Tobie więc, moja maleńka, cała nasza nadzieja. Musisz żyć za mnie i za siebie. Nie wiem w tej chwili, co byś mogła robić. Przeczytaj jeszcze raz konspekt mojej pracy doktorskiej – może znajdziesz coś ciekawego dla siebie? To zresztą nieważne co, ważne, żebyś nie marnowała czasu. To właśnie powinien być Twój wybór i o to Cię proszę najbardziej, jak potrafię.
Uśmiechnij się do mnie, moje wszystko na świecie.

Więzienie 1977

Aresztowanie Kuronia razem z dziesięcioma innymi członkami i współpracownikami Komitetu Obrony Robotników miało miejsce 16 maja, bezpośrednio po akcji protestacyjnej wobec zabójstwa przez SB krakowskiego studenta Stanisława Pyjasa.

Grażyna, Grażka, Gajka,
wiadomo, że wyjdę i nawet w najgorszym układzie w dającej się zobaczyć perspektywie, ale nie teraz – teraz zaś muszę żyć tutaj i na tym życiu się skoncentrować. Cela jest moim mieszkaniem. Stopniowo wszystko, co jest za bramą, staje się nierealne. Im prędzej potrafisz osiągnąć taki stan i mniej w nim dziur wypełnionych marzeniami o wyjściu, tym łatwiej się siedzi. W moim życiu tutaj nie mogę przestać myśleć o Tobie i wcale nie chcę, nie chcę. Co to jednak znaczy: myśleć o Tobie? Często, może najczęściej – pragnienie. Tak, oczywiście pragnienie fizyczne także. Ale na ogół nie ono jest najważniejsze. Pragnę, łaknę Twojej obecności, rozmowy z Tobą, Twojej troski, uśmiechów, zainteresowania, uwag i relacji z tego, co się zdarzyło, co myślisz, co Ci się podoba… Pragnę, łaknę Twoich naburmuszeń – po to, żebym mógł Cię przepraszać i przeprosić. Pragnę Twojego gniewu, bo przecież za chwilę Ci przejdzie. Pragnę i łaknę być z Tobą, razem z Tobą przeżywać nasz świat. Czasem z olśniewającą jasnością przychodzi świadomość, że całe moje życie i cały świat są wspólne z Tobą. W takich chwilach – a na szczęście zdarzają się one i trwają – to, że kocham Ciebie, znaczy, że kocham życie... Zmęczenie, wielkie zmęczenie pracą i wtedy świt, a jeszcze chwilę przed tym, kiedy noc jest najciemniejsza, cisza. Nagle gwizd pierwszego ptaka, a za nim inne i niebo zaczyna różowieć. Ty śpisz i dopiero kiedy przynoszę Ci kradziony bez, otwierasz oczy. Mak – kłopoty z Maćkiem, że czegoś nie zrobił czy znów coś zrobił, a najpewniej, że myśli tylko o tym, jak wesoło spędzić czas, nie czyta i nie uczy się. Mamy zmartwienie, ale ja się do Ciebie uśmiecham i mówię, że przesadzasz. Woda w Wigrach – tak gęsto zielona i my płyniemy w horyzont. Książki [Jeana] Piageta. Ludzie, których kochamy, przyszli, siedzą, rozmawiamy, ja się ostro o coś kłócę. Później, kiedy już pójdą, powiesz, że było za ostro i będę się wstydził. Ale oni jeszcze wciąż siedzą i palą, a Tobie już zamykają się oczy. Nocny spacer i Wigilia na Mokotowie, i pasterka u Świętego Jacka. Kotlety baranie, lekko schrypnięty głos Okudżawy, wielowarstwowy smak koniaku… i znowu nagle gwizd ptaków w ciszy popołudnia – to idzie zmierzch. Widzisz, to wszystko jest nie całkiem o życiu za bramą. Tu też próbuję coś pisać, czytać, poznaję ludzi i staram się ich zrozumieć. Tu też wieczorem i przed świtem słychać gwizd ptaków. Ale przede wszystkim to jest o naszym wspólnym życiu. Z tak przeżywanej miłości jest cała moja siła, pogoda, spokój.
Z tego wszystkiego zapomniałbym Ci napisać, że zostałem skazany przez kolegium do spraw wykroczeń na 5 tysięcy złotych grzywny i 50 złotych kosztów za to, że „w dniu 15 kwietnia 1977 w mieszkaniu Heleny Łuczywo w Warszawie kierował zgromadzeniem pomimo rozwiązania tego zgromadzenia przez organa Milicji Obywatelskiej”. Historia jest tak ewidentnie wyssana z brudnego palca, że aż mi się nie chce pisać odwołania. Niemniej pewnie napiszę, dla zasady, choć wynik jest wiadomy.
Dziękuję Ci za to, że jesteś w moim życiu i za to, że jesteś taka.

Internowanie 1981-82

Jacek został internowany wraz z ogłoszeniem stanu wojennego 13 grudnia, Gaja - m.in. „z uwagi na współuczestnictwo w redagowaniu i przygotowaniu odzew i apeli o proklamowanie strajku generalnego” - dwa dni później.

Dzień dobry, moja śliczna, mała Dziewczynko,
wciąż mi się przypomina moje pierwsze więzienie. Pamiętam tamtą tęsknotę za Tobą. Lata mijają, a moje zakochanie, moja miłość nie powszednieje, nie szarzeje, jest tylko po wielokroć większa i może dziś, tu i teraz, bardziej bolesna. Ale nic to. Widać tak trzeba, to przecież cena naszego szczęścia. I wiem, po prostu wiem – dziś, tak samo jak przez te wszystkie lata, tylko ze znacznie większą pewnością, bo o te wszystkie lata jestem bogatszy – że nie ma mnie bez Ciebie.
Czekam na Twój list jak na Wolność albo i więcej.

Dzień dobry, mój jedyny, najdroższy, wspaniały,
źle zniosłam piętnastogodzinny transport więzienną suką, miałam po tym wielodniowe krwawienia. Okazało się w trakcie badań ginekologicznych, że mam guz na macicy, tak zwany mięśniak, który wymaga szybkich badań histopatologicznych i operacji.
Nie zgodzę się na szpital więzienny, podobno w Warszawie trwają starania o zezwolenie na szpital wojskowy. Piszę to po to, żebyś nie przestraszył się, kiedy się dowiesz, że jestem w trakcie operacji.
Uczę się tutaj, miły mój, francuskiego. Korzystam z okazji, że na moim piętrze mieszka pani docent z warszawskiej romanistyki.
Poza francuskim niewiele udaje mi się zrobić. W tak licznym skupisku, przy braku warunków do odizolowania się, mnóstwo czasu przecieka przez palce.
Bardzo tęsknię, ale o tym boję się pisać, nawet dotknąć – boli jak cholera.

Dzień dobry, mój mały, śliczny Dziewczynku,
przez pewien czas traktowałem pobyt tutaj jak rekolekcje. Czytałem Pismo Święte, medytowałem, starałem się usilnie uczestniczyć w mszach, a nie tylko być obecnym. W Wielkim Tygodniu bardzo ściśle pościłem. Dodaj, że brałem udział w głodówce, którą wywalczyliśmy sobie msze. W sumie miał to być taki psychiczny eksperyment. Nie wiem, czy należy uznać, że się powiódł, czy przeciwnie. W każdym razie nie przeżyłem nawrócenia. Nie mogę, nie chcę, nie potrafię mieć cudzych (żadnych) bogów przed Tobą. Tylko Tyś jest Bogiem, tylko Tyś jest święta…
Jestem po prostu poganinem i wcale, ale to wcale nie mam ochoty tego zmieniać. Modlę się do Ciebie co noc, patrząc na Wenus. W malutkim trójkąciku nieba widocznym z mojej celi około 23.00 pojawia się Wenus i przed północą uchodzi. Zaproponowałem Ci te nocne spotkania, jeśli możesz, bądź.
Całuję Ciebie najmocniej, jak potrafię.

Jedyny mój, dzień dobry,
dwa dni po wizycie w Białołęce byłam w szpitalu warszawskim, żeby ustalić termin operacji. Mili i dobrzy panowie doktorzy uznali bezwzględne wskazanie do natychmiastowej amputacji macicy i jajowodów i ze skierowaniem do szpitala na 7 czerwca wylądowałam w domu. Żal mi było, że tak nagle, że drugi raz Was nie zobaczę. Postanowiłam jeszcze poprosić Marka Edelmana o umówienie mi konsultacji w Łodzi u profesora Sieroszewskiego, sławy ginekologicznej. Marek zadziałał błyskawicznie, już 9 czerwca miałam termin. Wyruszyłam do Łodzi w letniej sukieneczce i z torbą na ramieniu. Marek zawiózł mnie do profesora, obejrzała mnie jeszcze pani docent i werdykt był wspaniały: można się wstrzymać z operacją, najpierw co najmniej dwumiesięczne leczenie hormonalne, potem decyzja, co dalej. Wracając z kliniki ginekologicznej do szpitala Edelmana, żeby odwiedzić leżącą tam Teresę [Bogucką – socjolog, dziennikarkę, pisarkę – przyp. red.], Marka zaniepokoił mój kaszel i dla spokoju własnego sumienia ustawił pod RTG. W trakcie wizyty u Teresy nagle się zakotłowało, lekarka radiolog uznała, że zdjęcie popsute, zrobiono następne, potem jeszcze dwa i nie było dla mnie ratunku. W łóżku znalazłam się natychmiast. Leczenie jest tak intensywne, że jeszcze nie ochłonęłam z wrażenia. Jestem niemiłosiernie pokłuta. Nie mówię o tyłku, bo do tego służy, ale o brzuchu, który atakują trzy razy dziennie, i o straszliwej kroplówce, która przez pięć–osiem godzin sączy się w żyłę z zawartością 30 milionów jednostek penicyliny. Łapa boli, słabość ogólna dopiero teraz się zaczęła.
Popatrz, taki ten list egocentryczny, ale chciałam, żebyś wszystko wiedział o mnie i jak najmniej się denerwował. Trochę się pomęczę, ale wygrzebię się z choróbska, to pewne.

Dzień dobry, moje Słoneczko,
z tego napięcia wysiadła mi alarmowa instalacja samoobrony. No i cześć – wolno mi teraz myśleć o wszystkim, myślę więc tylko o Tobie. Nie czytam gazet naziemnych ani podziemnych, nie słucham radia, chromolę lewicę, prawicę, centrum, w dupie mam etosy…
We dnie i w nocy piszę do Ciebie i piszę…

Jacku mój wspaniały, kochanie moje,
nadzieje na powrót do Warszawy w listopadzie są nierealne, dobrze będzie, jak wrócę około Bożego Narodzenia.
Ciekawość we mnie wielka, co przed nami, a to znaczy, mój miły, że zdrowieję i nabieram rozpędu do nowego etapu. Dotąd (oczywiście w tej chorobie) żyłam przeszłością, cały czas odwrócona za siebie, za nas. Teraz budzi się niepokój, ciekawość o przyszłość, chęć popróbowania życia. Nie martw się o mnie, powoli jest coraz lepiej, a będzie zupełnie dobrze. Doczekamy się na siebie i tym razem.
Całuję Twoje oczy. Bądź spokojny i szczęśliwy.

Dzień dobry Ci, moja przenajświętsza Dziewczynko,
coś, Córeńko najdroższa, pokręciłaś. Bo [w ostatnim liście] piszesz naprzód, że zdrowiejesz – powoli, ale systematycznie. Następnie, że tego Twojego zdrowienia nie uwzględnia prześwietlenie, które „ani drgnie”. A następnie, że na podstawie prześwietlenia różni koledzy Marka obawiali się, że umrzesz. W pierwszej chwili myślałem, że mnie sparaliżuje ze strachu. Uprzytomniłem sobie jednak, że gdyby tak to było, jak Ci się napisało, to Marek powiedziałby Ci, że sądząc na podstawie Twego „obrazka” – umrzesz. A tego on powiedzieć nie mógł. Ergo coś, kochanie moje, w tym liście pokręciłaś, dzięki Bogu. Tylko, Słoneczko moje najcudowniejsze, nie zmartw się tym, że mnie przestraszyłaś. Jak widzisz, tamto już sobie wytłumaczyłem, a fakt, że Marek opowiada Ci o tym, co było, nim „niebezpieczeństwo minęło”, już mnie ucieszył na długie zimowe wieczory. Kocham Ciebie. Tego nie sposób opisać ani nawet nazwać, to jest ze mną w każdym momencie, w każdym oddechu.
Pa.

24 grudnia 1982

Miesiąc wcześniej Kuronia przewieziono (uzyskał wreszcie zgodę władz) do szpitala w Łodzi, żeby pożegnał się z żoną. Nazajutrz Gaja umarła. W Wigilię pogrążony w żałobie Jacek napisał do swoich najbliższych list wspomnienie.

Opowieść wigilijna o Miłości, to znaczy o Gajce.
Kiedy mówię: „Wigilia”, to przeżywam najprzeróżniejsze blaski, zapachy, smaki, które w mojej pamięci przetrwały z wszystkich chyba moich wieczerzy wigilijnych. Przede wszystkim jednak przeżycia wigilijne wiążą się we mnie z ludźmi, z którymi dzieliłem stół i opłatek. Wszystko to jest przepojone Gają i w tym, i nad tym jest Gaja, Grażyna, Gaszka…
Żyjemy otoczeni bezmiarem okrucieństwa. Wcale nie dlatego, że są wojny, ludobójstwa, więzienia, tortury. Te i inne eksplozje zła są dlatego, że w tłumie, w którym żyjemy, każdy jest, musi być, egoistą i wszyscy jesteśmy, musimy być, obojętni dla siebie. Tymczasem człowiek może żyć tylko w miłości. Można powiedzieć, że każdy bezinteresowny ludzki gest ocala świat przed zagładą.
Noc wigilijna. Zimno i ciemno za oknem. Światło i ciepło w nas. Świątecznie. Jednak i tej świątecznej nocy wiemy, że miłość nie jest świętem. Jest pracą. Jest też bólem, strachem, gniewem, żalem, zgryzotą… Nie chcemy uniknąć tych ciężarów, bo to ciemność pozwala istnieć światłu, chłód – ciepłu, rozpacz – szczęściu.
Już teraz, tutaj wiem: Miłość jest nieśmiertelna, to tylko życie trwa zbyt krótko.

Jacek Kuroń rocznik 1934; polityk, historyk, działacz tzw. Czerwonego Harcerstwa, współzałożyciel KOR-u, dwukrotny minister pracy i polityki socjalnej, poseł na Sejm, kawaler Orderu Orła Białego. Zmarł 17 czerwca 2004 roku.

Grażyna Kuroniowa rocznik 1940; formalnie nigdy nie była członkiem KOR-u, choć aktywnie go wspierała. Zmarła 23 listopada 1982 roku na zwłóknienie płuc (wcześniej podejrzewano gruźlicę), chorobę wówczas nieuleczalną.

Listy pochodzą z książki 'Listy jak dotyk', Wyd. Karta. (Fot. materiały prasowe)Listy pochodzą z książki "Listy jak dotyk", Wyd. Karta. (Fot. materiały prasowe)

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.

  1. Seks

Lato służy seksualności – dlaczego na wakacjach mamy większą ochotę na seks?

Lato to najlepsza pora, żeby poczuć przyjemność z życia, zacząć robić coś nowego, poznawać nowych ludzi i nowe miejsca, przeżyć coś naprawdę ekscytującego. (Fot. iStock)
Lato to najlepsza pora, żeby poczuć przyjemność z życia, zacząć robić coś nowego, poznawać nowych ludzi i nowe miejsca, przeżyć coś naprawdę ekscytującego. (Fot. iStock)
Wiele jest rzeczy, które zasilają naszą seksualność i dają jej moc do wzrostu. Jest ich szczególnie dużo w lecie i wcale nie dlatego, że dziewczyny noszą krótkie kiecki, a faceci prężą wypracowane w pocie czoła muskuły - pisze sex coach Marta Niedźwiecka.

Siedzę schowana w cieniu palmy, na plaży po której stąpał nieśmiertelny Jack Sparrow. Wiatr goni chmury po niebie nieprzyzwoicie zaiste niebieskim, a ja z zadowoleniem wpatruję się w trzy kolory morza i sączę mojito. Drink jest nagrodą za starania dzisiejszego dnia, w końcu sporo dziś doznałam pod wodą. Myślę nad tym, jak naprawdę cudownie jest siedzieć na egzotycznej plaży i wchłaniać urodę tego świata. I jak wiele jest fenomenalnych rzeczy, które zasilają naszą seksualność i dają jej moc do wzrostu. Jest ich szczególnie dużo w lecie i wcale nie dlatego, że dziewczyny noszą krótkie kiecki, a faceci prężą wypracowane w pocie czoła muskuły.

Jeżeli jedziemy na urlop realizować plan, a nie poszukiwać przygody i przyjemności, to mogą nam umknąć podstawowe zalety wakacji. Wymienię więc pokrótce rzeczy, które latem robią dobrze na życie, ze szczególnym uwzględnieniem seksu. Wymienię z nadzieją, że komuś będzie się chciało pozbierać nieco tych wrażeń, doświadczeń, by wejść potem w polski, jesienny spleen w pełni mocy i radośnie pobudzonym. Lato to najlepsza pora, żeby poczuć przyjemność z życia, zacząć robić coś nowego, poznawać nowych ludzi i nowe miejsca, przeżyć coś naprawdę ekscytującego.

Słońce

Żyjemy w ciemnym, zimnym i mokrym kraju. A ciemno i zimno może przyczynia się do produkcji wyżu demograficznego, ale na pewno nie służy ars amandi. Słońce energetyzuje, wprawia w świetny humor, podnosi poziomu endorfin. Korzystanie z niego zazwyczaj wymaga wyjścia z budynku, co przekłada się zarówno na ilość niefejsbukowych znajomości, poprawę ukrwienia ciała, opaleniznę, jak i daje możliwość przeżycia czegoś w blasku słońca i w realu.

Lenistwo

Możecie wierzyć albo nie, ale nicnierobienie pomaga podnieść poziom libido. Ten prosty sposób stosowali już władcy Wschodu, zabraniając swym żonom i nałożnicom w haremach robić cokolwiek. Właśnie po to, by swoją energię kierowały na nocne aktywności. Ponieważ zazwyczaj jesteśmy przemęczeni, dociśnięci i skoncentrowani na zadaniach, psychiczny odpoczynek polegający na oddawaniu się lenistwu może nam pomóc zregenerować się i odzyskać zainteresowaniem światem, a może i seksualnością.

Aktywność

Wiem, że przed chwilą napisałam krótką pochwałę lenistwa. Jednak ludzie się od siebie różnią i są tacy, którzy zmuszeni do pozostawania w spoczynku w krótkim czasie robią się niebezpieczni dla otoczenia. Rozsądna porcja aktywności, szczególnie tych podnoszących poziom adrenaliny, działa cuda. Byle nie sport, bo zabiera tyle energii, że na zmysłowe i seksualne przyjemności może już nie wystarczyć. Szczególnie warte uwagi są aktywności wymagające kontaktu z ciałem i pobudzające większą ilość zmysłów (dotyk, zmysł równowagi, słuch, węch). Moim osobistym i zawodowym numerem jeden pozostaje od lat nurkowanie, które jest najskuteczniejszą i najszybszą drogą do poczucia się mocno połączonym ze swoim ciałem. A przyjemności przy tym jest co niemiara.

Jedzenie

Można o nim bez końca, bo to jedna z niewielu przyjemności porównywalnych z seksem. Pomijając afrodyzjaki czy rozbudzające działanie niektórych pokarmów, cieszenie się jedzeniem jest wspaniałe same w sobie. Cieszenie się nieznanymi dotąd smakami, w pięknym miejscu, najlepiej w dobrym towarzystwie jest niezmiennie na liście największych przyjemności świata. Każde pobudzanie zmysłowe - smaku, węchu, wzroku podkręca nasze libido i owocuje większym zainteresowaniem seksem. Wakacje bez orgii smaków są zmarnowaną okazją.

Nowości

Nasz mózg potrzebuje nowości, świeżych bodźców, wrażeń zmysłowych. Wakacyjne podróżowanie jest najlepszym momentem do zaznania tego wszystkiego. Miejsca, ludzie, przygody mogą stać się inspiracją na długo, wnieść coś wartościowego do naszego życia, otworzyć nas na zmiany. Przygody nie popsują się, ani nie wyjdą z mody, będą z nami na zawsze. I nie muszą to być dosłownie egzotyczne przygody erotyczne, żeby skorzystało na tym nasze życie intymne. Chociaż mogą, bo w sumie - czemu nie?

  1. Psychologia

Zazdrość o partnera? – Przyjrzyj się swoim uczuciom

Zanim zazdrość zatruje na dobre twoje samopoczucie, postaraj się najpierw wykonać kilka ćwiczeń. (fot. iStock)
Zanim zazdrość zatruje na dobre twoje samopoczucie, postaraj się najpierw wykonać kilka ćwiczeń. (fot. iStock)
Jak wygląda twoja zazdrość? Jaką niesie informację? - Rozmowa z trudnymi emocjami może przynieść wiele korzyści. Dlatego, jeśli nie możesz poradzić sobie z odczuwaną zazdrością, spróbuj wykonać poniższe ćwiczenia.

Jeśli odczuwanie zazdrości zaburza twoje dobre samopoczucie, jeśli zbyt dużo czasu poświęcasz na bycie zazdrosną o swojego partnera, przeprowadź mały eksperyment. Pomyśl przez chwilę, jak mogłaby wyglądać twoja zazdrość. Wyobraź ją sobie, nie otwierając oczu. Stoi naprzeciwko ciebie. Przyjrzyj się jej, zobacz, co to za postać. Kobieca czy męska? Ludzka czy zwierzęca? W co jest ubrana? Jaki ma wyraz twarzy, jak się czuje?

Teraz stań na miejscu zazdrości, wciel się na chwilę w tę postać. Jak to jest być zazdrością? Co jako zazdrość chciałabyś sobie powiedzieć? Dlaczego czujesz to, co czujesz? Czego naprawdę potrzebujesz? Kiedy poczujesz, że wyraziłaś wszystko, co było do wyrażenia na ten moment, wróć na swoje miejsce i spójrz na postać, która reprezentuje twoją zazdrość. Czy ma taki sam wygląd? Czy jej wyraz twarzy się zmienił? Czego się nauczyłaś o sobie od swojej zazdrości?

Na koniec ćwiczenia sprawdź, czy czujesz potrzebę powiedzenia czegoś tej postaci. Powiedz jej to i podziękuj za współpracę.

O co tak naprawdę jesteś zazdrosna?

Powiedzmy, że jesteś zazdrosna o czas, jaki twój partner poświęca pracy. Zadaj sobie kilka pytań:

  • Czy mam realny wpływ na to, co robi mój partner? Obiektywnie patrząc – nie, ponieważ to jego wybór.
  • Co zatem mogę zrobić? Mogę zapytać go, czy jest możliwe, by wcześniej wracał do domu, abyśmy mieli więcej czasu dla siebie. Mogę też zająć się swoimi sprawami, szanując jego wybór.

Inny przykład: Jesteś zazdrosna o jego nową koleżankę z pracy, ponieważ to bardzo atrakcyjna osoba i podejrzewasz, że twojemu partnerowi również się podoba. Zadaj sobie kilka pytań:

  • Czy mam realny wpływ na to, kto podoba się mojemu partnerowi? Obiektywnie patrząc – nie, tak samo jak on nie ma wpływu na to, kto mnie się podoba.
  • Co mogę zatem zrobić? Mogę powiedzieć wprost: „Czuję zazdrość, kiedy myślę o twojej nowej koleżance z pracy, czuję obawę, że mógłbyś się z nią umówić”. Mogę się skupić na tym, dlaczego porównuję się do innej kobiety. Dlaczego zużywam swoją energię na rozmyślania, co by było gdyby? Mogłabym zamiast tego wzmocnić poczucie własnej wartości i powiedzieć do siebie kilka miłych słów.

Komu zazdrościsz?

Osoba, której zazdrościsz, pokazuje ci, jak wielki potencjał jest w tobie. Potencjał, którego jeszcze nie odkryłaś, nie przebudziłaś. Kiedy następnym razem uświadomisz sobie, że odczuwasz zazdrość wobec jakiejś kobiety, która jest atrakcyjna i odnosi sukcesy, podziękuj jej w myślach, ponieważ jest twoim lustrem. Projektujesz na nią coś, czego nie dostrzegasz w sobie. Pomyśl o wszystkich osobach, którym czegoś zazdrościsz, i zapytaj siebie, czego dobrego o tobie uczy cię zazdrość.

Dagmara Gmitrzak: trenerka rozwoju osobistego, socjolożka, terapeutka technik holistycznych, autorka książek.