1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Dom Pracy Twórczej w Burdągu

Dom Pracy Twórczej w Burdągu

Dom Pracy Twórczej Burdąg to miejsce dla ludzi potrzebujących skupienia i odcięcia od codzienności. Oferujemy komfortowe warunki do mieszkania i pracy w pięknym, spokojnym miejscu. Przestrzeń spotkań oraz artystycznego i osobistego rozwoju w odizolowanej od świata okolicy.

Dom Pracy Twórczej Burdąg wspiera projekty edukacyjne, badawcze i odosobnienia. Jest to miejsce mające pozytywny wpływ na ludzi, którzy tu przyjeżdżają. Oferujemy komfortowe warunki do mieszkania i pracy w nowocześnie, prosto urządzonej przestrzeni. Na posesji znajdują się 3 budynki: dom mieszkalny oraz przebudowana obora i stodoła. W oborze znajduje się sala (do tańca) o wymiarach 13 na 9 m z drewnianą lub baletową podłogą, 4 dwuosobowe sypialnie, kuchnia oraz salon. W stodole mieści się duży, 8-osobowy pokój oraz 2 mniejsze - dwu- i trzyosobowe, kilka łazienek, duża kuchnia i taras - jadalnia. Maksymalnie możemy zakwaterować 21 osób. W ogrodzie rosną warzywa, słoneczniki i maliny. Jest również staw, w którym można się kąpać. Niedaleko znajduje się piękne i bardzo czyste jezioro Świętajno.

Dotychczas odbyły się u nas:

  • tańce w kręgu,
  • warsztaty metody Feldenkraisa,
  • międzynarodowe warsztaty improwizacji w kontakcie,
  • wakacje ze świadomością ciała,
  • warsztaty tańca współczesnego,
  • kurs Ajurwedy  (joga i gotowanie).
Jeśli chcesz przyjechać do Burdąga aby pracować indywidualnie lub z grupą ludzi (np. uczestników warsztatów) - napisz do nas. Kalendarz warsztatów oraz dostępnych terminów widnieje na naszej stronie w zakładce „zgłoszenia”.
Dom Pracy Twórczej Burdąg Kontakt: Maria Jędrzejewska, telefon: +48 - 516-520-453, e-mail: info@burdagstudio.com

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Moda i uroda

Skuteczny sposób na poprawę konturu twarzy

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Nic tak nie dodaje lat, jak zacierający się kontur dolnych części twarzy – linii żuchwy, policzków i podbródka, który jest konsekwencją wiotczejącej z wiekiem skóry. Urządzenie Alma SpaDeep wykorzystuje skoncentrowaną energię unipolarnych fal radiowych, które stymulują powstawanie nowego kolagenu i obkurczają istniejące włókna kolagenowe, poprawiając ich grubość i ułożenie w skórze właściwej. Efektem jest wyraźnie zarysowany owal twarzy, wygładzone zmarszczki i młodszy wygląd.

Kolagen jest niezwykle ważnym białkiem w organizmie ludzkim – wpływa na jego zdrowie i kondycję – przyspiesza gojenie ran, wzmacnia kości, stawy, ścięgna i naczynia krwionośne. Stanowi 90 procent ciężaru skóry, zapewnia jej jędrność i gładki wygląd. Niestety po 25 roku życia zaczyna zanikać ok. 1 procent kolagenu rocznie, po 40 roku życiu tempo zaniku wzrasta – nie mamy już w organizmie ok. 30 procent całego zapasu kolagenu. Jego niedobór obniża wytrzymałość włókien kolagenowych i powoduje zwiększenie się odległości między nimi, co narusza rusztowanie skóry – kolagen nie pełni rolę podpory dla skóry tak, jak robił to wcześniej. Na szczęście można na niego wpłynąć i to zarówno stymulując proces powstawania nowego kolagenu (tzw. neokolagenogeneza), jak i wzmocnić istniejącą już konstrukcję włókien. Z pomocą przychodzi urządzenie Alma SpaDeep, stworzone przez izraelskiego producenta laserów wykorzystywanych m.in. w medycynie estetycznej – Alma Lasers.

Alma SpaDeep wykorzystuje falę radiową unipolarną UniPolar™ o bardzo wysokiej częstotliwości 40,68 MHz, falę radiową bipolarną oraz technologie mikroplazmy. Jest to doskonałe rozwiązanie do ujędrniania i modelowania twarzy i ciała, a także do niwelowania niedoskonałości strukturalnych skóry. Zastosowana w urządzeniu technologia AlmaWave ułatwia jednorodne podgrzewanie tkanki na różnych głębokościach skóry, co powoduje obkurczenie włókien kolagenowych i w konsekwencji napięcie skóry, poprawia jej sprężystość i jędrność. W przypadku tkanki podskórnej wysoka temperatura przyczynia się do uwalniania tłuszczu z adipocytów, czyli komórek tłuszczowych, co powoduje ich zmniejszenie. Zabieg wyszczupla i poprawia owal twarzy, wyrównuje koloryt skóry, niweluje zmarszczki, blizny i niedoskonałości. Efekt liftingu i rozświetlenia zauważalny jest już po pierwszym zabiegu, ale dla optymalnego i trwałego rezultatu zalecana jest seria 4-6 w odstępie jednotygodniowym, ponieważ neokolagenogeneza zachodzi od 1 do 6 miesięcy, a to właśnie ona zapewnia długotrwałe i naturalne efekty na lata.

Zabieg z użyciem platformy Alma SpaDeep jest nieinwazyjny i bezbolesny – aplikatory Unilarge i Coaxipolar są wyposażone we wbudowany termometr na podczerwień do monitorowania temperatury, a energia jest skupiona tylko w miejscu deponowania. Dzięki temu można uzyskać dużo szybszy i lepszy efekt. Poza tym urządzenie posiada udoskonalony system chłodzenia oraz wstępnie skonfigurowany plan zabiegów, co czyni go niezwykle bezpiecznym. Nie wymaga rekonwalescencji – bezpośrednio po nim może wystąpić powierzchniowe zaczerwienienie skóry, które znika po kilkunastu, kilkudziesięciu minutach. Jedynymi przeciwskazaniami do wykonania zabiegu są: ciąża, infekcje, nowotwory, metalowe implanty.

Więcej informacji itpestetyka.pl

  1. Styl Życia

Hildegarda z Bingen. Czego może nauczyć nas średniowieczny coach?

Każdego dnia mamy wybór; możemy rozpoznać, co nas niszczy, i postawić na to, co wzmacnia i buduje. (Fot. iStock)
Każdego dnia mamy wybór; możemy rozpoznać, co nas niszczy, i postawić na to, co wzmacnia i buduje. (Fot. iStock)
Wcześniej nie rozumiałam, jak żywym potencjałem jest nasze duchowe IQ. To jest fenomen społeczeństwa, w którym żyjemy - idziemy w niedzielę do kościoła, słuchamy o duszy, o aniołach, o życiu po śmierci, ale nie rozumiemy, co to dla nas tak naprawdę znaczy – mówi Barbara Ravensdale, terapeutka certyfikowana z duchowości hildegardiańskiej. Przekonuje, że wizja świętej z XII wieku jest nadal aktualna.

Jesteś twórczynią Technologii Wielowymiarowej – metody opartej na duchowości świętej Hildegardy z Bingen, która żyła tysiąc lat temu. W jaki sposób jej duchowość może być dla nas inspirująca, żywa?
Hildegarda była fenomenalną kobietą. Budowała klasztory. Nauczała. Tworzyła muzykę. Znała się na medycynie. Uzdrawiała. Jako jedyna kobieta w swoich czasach miała zgodę na głoszenie kazań w klasztorach męskich, co chętnie robiła. Jako pani po siedemdziesiątce objeżdżała Europę z kazaniami. Była autorytetem moralnym, etycznym, intelektualnym. Jej rady zasięgał m.in. cesarz niemiecki Fryderyk Barbarossa. Za pontyfikatu papieża Benedykta XVI została uznana świętą i – jako czwarta kobieta w historii – została doktorem Kościoła. Papież uznał, że jej wizje są wciąż drogowskazem dla całej wspólnoty katolickiej. Dla mnie jej nauki, przekazy są nieustająco żywe. Mówiła i pisała, że naszym zadaniem tu, na ziemi, jest respektowanie praw duszy. To dusza jest naszym centrum zarządzania. Nie dając jej przewodnictwa, pozbawiamy się ogromnej części naszego potencjału: świadomości, szczęścia i zdrowia. Dusza schodzi na ziemię po lekcje, aby wzrastać, hartować się. Konfrontujemy się z różnymi ziemskimi strachami – o przetrwanie, pieniądze, prestiż – jednak istnieją wartości ducha i to one są najważniejsze. Wzrastamy duchowo, gdy poszerzamy świadomość, rozwijamy wewnętrzną siłę.

Twoja przygoda ze świętą zaczęła się od tego, że kilkanaście lat temu jako rzutka bizneswoman pojechałaś do Niemiec, w Alpy na szkolenie, organizowane przez Stowarzyszenie św. Hildegardy…
Pojechałam tam z pobudek merkantylnych. Jestem właścicielką Ośrodka „Siódmy Las”, w którym proponuję kuracjuszom diety oczyszczające. Pragnęłam poznać detoks orkiszowy świętej Hildegardy, która była (i jest) znana z ogromnej wiedzy na temat ziół, zdrowego jedzenia, diet. Mentorka, która prowadziła szkolenie z diety, okazała się specjalistką z duchowości hildegardiańskiej. Pochłaniałam tę wiedzę, robiłam notatki, próbowałam obejmować rozumem to, czego się dowiadywałam. Jestem absolwentką Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, chodziłam na pielgrzymki do Częstochowy, jednak wtedy w Alpach miałam wrażenie, że otwierają się przede mną światy dotychczas nieznane, moja świadomość się poszerzyła. Wcześniej nie rozumiałam, jak żywym potencjałem jest nasze duchowe IQ, jak realną jakością jest dusza. To właśnie fenomen społeczeństwa, w którym żyjemy – idziemy w niedzielę do kościoła, słuchamy o duszy, o aniołach, o tym, że jak ktoś umiera, to idzie do nieba, ale nie rozumiemy, co to dla nas tak naprawdę znaczy. Nie rozumiemy, że to wszystko jest żywe w nas.

Dlaczego nie rozumiemy?
Ponieważ nie poszerzamy świadomości, nie rozwijamy tego potencjału. A on jest dostępny. Tam są skarby: bezmiar zdolności, talentów, radości, szczęścia. Raj, który mamy. W sięganiu do tego potencjału nie ma nic złego. Wręcz przeciwnie.

Pierwsza przychodzi chyba świadomość, że jest dużo, dużo więcej niż to, co widzimy i czujemy na co dzień…
Ta świadomość daje niesamowitą ulgę. Czasem mówimy, że istnieje druga strona życia… Ale tak naprawdę nie ma drugiej strony, wszystko jest w nas. Śmierć jest rozdzieleniem ciała fizycznego i świetlistego, jednak ta świetlista świadomość istnieje cały czas. Kontakt z nią to największe odkrycie mojego życia.

„Mamy wszystko na planecie Ziemia do tego, aby przeżyć życie w szczęściu” – pisała Hildegarda. To bardzo nowoczesne podejście. Możemy być szczęśliwi teraz, nie w wieczności.
Mamy w taki sposób rozwijać swoją świadomość, żebyśmy mogli współpracować z pragnieniami duszy, rozpoznawać je i dawać im pierwszeństwo. W koncepcji Hildegardy jesteśmy fuzją dwóch materii – fizycznej i świetlistej, czyli ciała i duszy. W czasie ziemskiej wędrówki mamy nauczyć się, w jaki sposób współpracować z duszą, ponieważ to dusza wprowadza boskie światło do ciała fizycznego, przepełnia je energią życia. Tę boską promienistą energię Hildegarda nazywała Viriditas. Viriditas przenika cały wszechświat. Gdy przepełnia nasze ciało fizyczne, czujemy się świetnie, zregenerowani, pełni życia. To znak, że nasza dusza jest zadowolona.

Czym zadowolić duszę?
Naszym zadaniem jest odkryć swoją misję, powołanie poprzez poszerzanie świadomości. Hildegarda mówiła, że sensem życia człowieka jest rozwój, zwiększanie dostępu do światła w swojej świadomości. Jej fenomen polegał na tym, że była w stanie wizytować wyższe stany świadomości, a jednocześnie wykonywać codzienne czynności.

Jako przeorysza benedyktynek zarządzała klasztorem, ogarniała mnóstwo bieżących spraw, pisała, a w tym samym czasie rozmawiała z przewodnikami duchowymi, słyszała śpiewy anielskie. Ponieważ działała w takiej jedności, mówi się o niej „trzeźwa mistyczka”. Hildegarda była niezwykle aktywną kobietą. Oderwała zakon żeński benedyktynek od męskiego, czym naraziła się na wściekłość możnych jej czasów.

Zakonników mężczyzn.
Tak. Cała kontrowersja wobec niej polegała na tym, że była kobietą silną, stanowczą, upartą, gdy chodziło o jej wewnętrzną prawdę. Działała jak silny mężczyzna. Miała – jak powiedzielibyśmy dzisiaj – kwantową świadomość. Mówiła, że wszystko w naszym wszechświecie jest energią. To właśnie w wyższych wymiarach znajdowała odpowiedzi na pytania, siłę do działania, pewność siebie. A także wszelką wiedzę – na temat stworzenia świata, kontaktów człowieka z Bogiem, czyli teologii, antropozofii, kosmologii. Na temat ziół, medycyny, uzdrawiania. Była znaną jasnowidzką i uzdrowicielką. Wiedzę tę dyktowała swojemu sekretarzowi Wolmarowi. Jej książki były i są tłumaczone na całym świecie.

Tak mocno wierzyła w swoje wizje, przekazy z wyższych wymiarów, że nie obawiała się przeciwstawić ówczesnej władzy, instytucjom kościelnym. Na przykład udzieliła schronienia szlachcicowi podejrzanemu o morderstwo, za co została ukarana przez biskupów z Moguncji różnymi zakazami – zakazem śpiewów, bicia w dzwony itp. Była pewna, że jest niewinny. Gdy umarł, pochowała go na klasztornym cmentarzu, także wbrew władzom. Potem okazało się, że to ona miała rację; szlachcic był niewinny.

To się nazywa wierność sobie, swojej prawdzie.
To jest jakość, której życzę każdemu z nas. Wtedy właśnie wzrasta nasza wewnętrzna moc, następuje ten rozwój, po który dusza schodzi tu, na ziemię. My – tak jak Hildegarda – bardzo często jesteśmy wystawieni na naciski z zewnątrz, ze strony różnych instytucji, autorytetów, jesteśmy uwikłani finansowo, prestiżowo, towarzysko. I – jakże często – odstępujemy od naszej wewnętrznej prawdy, żeby kogoś nie zawieść, żeby nie zostać ukaranym, nie stracić stanowiska, prestiżu.

Wybory duszy różnią się od wyborów dokonywanych przez ograniczoną ludzką istotę. W jaki sposób zmieniły się twoje wybory?
Przede wszystkim przestałam oczekiwać, że świat coś mi da. Odkryłam, że to ja mam do dania coś wartościowego i wcześniej czy później zostanie to zauważone. Zaczęłam odnosić sukcesy w życiu osobistym i biznesowym, gdy przesunęłam świadomość od wymagań i żądań w kierunku doceniania i wdzięczności. Byłam osobą, która bała się śmierci. Czasami budziłam się o trzeciej nad ranem z wewnętrzną trwogą, w bezdechu. Jakby mi ktoś lał ołów w żyłę. W tej chwili inaczej postrzegam życie. Człowiek ze świadomością wielowymiarową zyskuje dystans do ziemskich strachów. Wie, że gdy coś się psuje, rujnuje, jest w tym lekcja. I jeśli wtedy nie przestraszymy się, na pewno wyjdziemy z tarapatów zwycięsko. Gdy kogoś spotykam, widzę w nim wyjątkową duszę. Cieszę się dziećmi, drzewami, ziemią, niebem, całym boskim stworzeniem. Widzę piękno tego stworzenia. Hildegarda bardzo szanowała fizyczną energię; była radosną osobą, śpiewała, dbała o ciało. Pisała, że ciało to szata duszy i że to dzięki niemu dusza realizuje się tu, na ziemi. Szanujmy radość i piękno, które nas otacza – taki jest przekaz Hildegardy. Radość regeneruje wewnętrznie; czujemy się swobodnie, bezpiecznie, mamy energię.

Na czym polega twoja autorska terapia wielowymiarowa?
Na świadomości, że jesteśmy obywatelami ogromnego uniwersum i w związku z tym możemy być w kontakcie ze wszystkim. Wszystko jest w nas. Wszelkie nasze niedomagania są spowodowane frustracjami duszy, zaciemnieniami energii. Możemy wejść do wyższych światów i z miejsca tej poszerzonej świadomości dotknąć ciemności w nas. Hildegarda pisała, że miłość jest siłą porządkującą wszechświata. Doświadczamy tego w terapii wielowymiarowej.

Z miłością, czułością i współczuciem dotykamy wszelkich bolesnych miejsc w sobie, a wtedy następuje transformacja na poziomie energetycznym; wracamy do zdrowia. Transformacja na poziomie energetycznym natychmiast przekłada się na kondycję komórek w ciele, dosłownie odżywia łańcuchy DNA.

Trzeba jednak chcieć zbliżyć się do tych ciemnych miejsc w nas.
„Odważnie realizuj swój potencjał” – pisała Hildegarda. Nie zakopuj talentów. Rozwijaj je. Nie oglądaj się na nikogo. Nie czekaj. Działaj – bez względu na to, co ludzie powiedzą; bez względu na wszystko. A jednocześnie rozpoznaj swoje lekcje, zrób porządek wewnątrz siebie, odzyskaj wolność, pogodę ducha. Zmierz się ze swoimi lękami, bo nigdy nie jesteś sam; cały wszechświat cię wspiera.

Talenty to nasze duchowe możliwości.
Oczywiście. Czujemy impuls, pragnienie, do czegoś nas ciągnie. Nie lekceważmy tego. Talenty są bezpośrednio związane z rozwojem duszy: dusza pragnie stworzyć coś na ziemi. To mogą być proste rzeczy – założenie ogrodu, pisanie, malowanie, hodowanie papużek. Pójść za pasją duszy to dać sobie ogromną porcję radości.

Duchowość Hildegardy to duchowość małych rzeczy, codziennej radości. Dbaj o swoje szczęście, zdrowie, o rozwój świadomości pisała. Każdy dzień jest ważny, każda chwila.

Jakbyśmy dziś powiedzieli: bardzo proaktywna duchowość.
Tak, każdego dnia mamy wybór; możemy rozpoznać, co nas niszczy, i postawić na to, co wzmacnia i buduje.

  1. Psychologia

Projekcja emocji, czyli nieświadome obciążanie innych swoimi niepożądanymi uczuciami

Droga do uświadomienia sobie własnych projekcji jest długa i mozolna. Ale jeśli ją pokonamy, zyskamy wyższy stopień wewnętrznego zintegrowania, a więc i harmonii.(Fot. iStock)
Droga do uświadomienia sobie własnych projekcji jest długa i mozolna. Ale jeśli ją pokonamy, zyskamy wyższy stopień wewnętrznego zintegrowania, a więc i harmonii.(Fot. iStock)
Chroni nas przed konfliktem wewnętrznym, redukuje poziom lęku, frustracji, poczucia winy. Pomaga utrzymać wysoką samoocenę, ale... bardzo obciąża innych.

Kiedy Marta przyłapała męża na przeglądaniu jej komórki, pierwszy raz w życiu zrobiła mu karczemną awanturę.

– Tym razem przesadził – mówi zdenerwowana, choć od tego czasu upłynął już miesiąc. – Nie wiem, co się z nim dzieje, ale zachowuje się coraz gorzej. Jest o wszystko zazdrosny i nieustannie podejrzliwy. Ilekroć gdzieś wychodzimy, oskarża mnie, że kokietuję i uwodzę innych mężczyzn. Złośliwie insynuuje, że pewnie mam ochotę na skok w bok. Gdy kupiłam nową sukienkę, zapytał, kogo chcę w niej uwieść. Odrobina zazdrości dodaje życiu pikanterii, ale jej nadmiar może je zamienić w piekło. Poza tym, ciągłe wmawianie mi, że tylko czekam na okazję, by go zdradzić, obraża mnie.

Marta nie daje żadnych powodów do tego typu podejrzeń. Kocha męża, jest mu wierna, a w jej kanonie wartości nie ma miejsca na zdradę. Skąd więc te podejrzenia, a nawet oskarżenia?

Zdaniem Jolanty Łagodzińskiej, psychoterapeutki, w grę może tu wchodzić projekcyjna zazdrość o partnera, czyli nieświadome przenoszenie na niego własnego pragnienia zdrady.

Projekcja to jeden z mechanizmów obronnych, który chroni nasze ego przed zagrażającymi informacjami, przed konfliktem wewnętrznym – redukuje poziom lęku, frustracji i poczucia winy, pomagając tym samym utrzymać wysoką samoocenę. Polega na nieświadomym obciążaniu innych własnymi uczuciami, cechami, pragnieniami, które z jakichś względów są nieodpowiednie.

– Jeśli mąż Marty uważa wierność za fundament związku, a zdradę za coś nagannego, to bardzo trudno mu przyznać się do pragnienia niezobowiązujących przygód erotycznych z innymi kobietami. Wtedy mógłby poczuć się złym mężem, nieodpowiedzialnym partnerem. Łatwiej swoje pragnienia projektować na zewnątrz i z całą mocą poddać je krytyce – tłumaczy psychoterapeutka. Dlaczego? Bo u innych łatwiej niż u siebie można je dostrzec i napiętnować. Denerwować się też lepiej na innych niż na samego siebie. Dotyczy to również przedmiotów.

Niewolnica własnych rzeczy

Anka zawsze była pedantką. Nie potrafi usiąść i odpocząć, dopóki wszystko nie leży na swoim miejscu. Jej mieszkanie lśni czystością. Rok temu poznała Łukasza.

– Fantastyczny facet – rozpromienia się na samo jego wspomnienie – pełen fantazji, opiekuńczy, wesoły. Ale szlag mnie trafia, że taki bałaganiarz. Jego ubrania leżą wszędzie, tylko nie w szafie. Ostatnio kubek po kawie, którą rano wypił, stał przy komputerze do wieczora.

Tłumaczy mu, że w ten sposób mieszkanie w kilka tygodni zarośnie brudem, ale Łukasz nic sobie z tego nie robi. Uważa, że dziewczyna przesadza i to nawet bardzo. Ostatnio zirytowany stwierdził, że jest niewolnicą własnych rzeczy. – Chcę tylko, żeby było czysto i przyjemnie – mówi rozżalona Anka.

Skąd jej irytacja i niepokój na widok najmniejszego nieporządku? – Niewykluczone, że wyprojektowuje swoje wnętrze w otoczenie. Skoro aż tak potrzebuje, by było ono uporządkowane, to może i w sobie ma emocjonalny bałagan? – zastanawia się Łagodzińska. – Jeśli tak, to porządkowanie przestrzeni daje jej poczucie wprowadzania ładu do samej siebie. W związku z tym, jeśli ktoś narusza ten zewnętrzny porządek, czuje się zagrożona, nie może skorzystać z ulubionej metody wyciszania siebie. Zewnętrzny chaos zaczyna wówczas korespondować z jej wewnętrznym chaosem, a to powoduje rozdrażnienie i niepokój.

Pozostaje jednak pytanie, czy nawet najskuteczniejsza kontrola zewnętrznego porządku rozwiązuje problem wewnętrznego chaosu? Z pewnością przynosi krótkotrwałą ulgę, ale w dłuższej perspektywie nie jest skuteczna, bo wewnętrzny chaos nadal istnieje, tyle że unikamy z nim konfrontacji.

Lęk przed potworem

Prawie wszyscy stosujemy czasami mechanizmy obronne, ale ich nadużywanie jest niczym obosieczny miecz. Wówczas dochodzi bowiem do zniekształceń rzeczywistości, a my – jeśli nadmiernie wyprojektujemy z siebie różne treści – możemy poczuć pustkę, a nawet doprowadzić do powstania nerwic i fobii. Tak właśnie się stało w przypadku Agnieszki. Panicznie boi się pająków. Jeśli spędza noc poza domem, dokładnie sprawdza każdy kąt, zanim położy się spać. A nuż włochate potwory czyhają w ukryciu?!

– Jeśli w kimś nagromadzi się zbyt dużo lęków, może zacząć szukać obiektu, który je zogniskuje – wyjaśnia Łagodzińska. – Wówczas zamiast trudnego do przeżywania wszechogarniającego strachu umiejscowionego w naszym wnętrzu, pojawia się łatwiejsze do ogarnięcia zewnętrzne źródło niebezpieczeństwa, a przed nim można się bronić, chociażby tak jak Agnieszka – sprawdzając wszystkie zakamarki, w których mogą ukrywać się pająki.

Problem pojawia się, kiedy nasze fobie zaczynają organizować nam życie, kiedy nieustannie zastanawiamy się, co zrobić, by uniknąć zagrożenia. To częsty sposób wyrzucania z siebie trudnych emocji – złości czy agresji. Bo wtedy nie trzeba się ich bać, wystarczy lęk przed choćby takim pająkiem, który jest obrzydliwy i niebezpieczny. Zdarza się jednak, że na panicznym strachu przed jedną rzeczą wcale się nie kończy – pojawia się coraz więcej zagrożeń. Wyjściem z sytuacji jest powrót do rzeczywistych źródeł naszych obaw. Ale nie jest to łatwe.

Wnętrze ładne, ale puste

Projekcje mają również charakter zbiorowy. Najlepiej obrazuje to przykład tzw. kozła ofiarnego. Umiejscawiamy w nim najgorsze nasze cechy, uczucia, pragnienia. Staje się uosobieniem tego, co najgorsze, a my z czystym sumieniem obwiniamy go, krytykujemy, podejrzewamy, sami czując się czyści, dobrzy i sprawiedliwi.

Nie zawsze projektujemy tylko treści negatywne, czasami też pozytywne. Robimy tak szczególnie, gdy mamy gorszy nastrój lub jesteśmy w sytuacji zaniżonej samooceny. Wtedy bywamy wobec siebie nadmiernie krytyczni, a zalety widzimy tylko u innych.

Joanna chwali swoje koleżanki za ich zaradność, urodę, inteligencję, a o sobie ma jak najgorsze mniemanie. – Nic mi się nie udaje, nie umiem zarządzać moim czasem. Nie wiem, jak inne kobiety to robią, że potrafią nad wszystkim zapanować. A do tego są zadbane i uśmiechnięte. Ja wyglądam jak strach na wróble, w cokolwiek bym się nie ubrała.

Jest zgrabną i bardzo ładną kobietą. Pięknie gra na pianinie, ślicznie rysuje, wychowuje dwójkę dzieci, świetnie gotuje, mieszkanie urządza pomysłowo i ze smakiem. Pracuje, dużo czyta, interesuje się historią kina. Tyle że... tego wszystkiego nie dostrzega. Widzi jedynie swoje słabe strony i porażki.

– Jeśli pozbywamy się dobrych cech, projektując je na innych, pogłębia się w nas pustka. Idealizując innych, niemal masochistycznie pogrążamy się w samoudręczeniu – wyjaśnia psychoterapeutka.

Tego typu projekcje stosują niekiedy osoby, które w dzieciństwie były nieustannie krytykowane, a bardzo rzadko chwalone. Jako dorośli projektują swoje dobre strony na innych, bo mają problem z dostrzeżeniem i docenieniem swoich zalet i sukcesów.

– Siłę naszych projekcji warunkuje stosunek do samego siebie – tłumaczy Łagodzińska. – Jeśli mamy to szczęście, że nasi rodzice akceptowali w nas różne trudne uczucia, jak złość, smutek, lęk czy niezdecydowanie, i ze zrozumieniem dawali nam prawo do ich wyrażania, wówczas przejmujemy z czasem funkcję rozumiejącego rodzica i uczymy się poznawać samych siebie. W efekcie łatwiej nam zaakceptować w sobie cechy, które z jakichś względów uważamy za niewłaściwe.

– Do pełni człowieczeństwa każdy potrzebuje nie tylko zalet, ale i wad – wyjaśnia terapeutka. – Dlatego warto zaakceptować fakt, że nie jesteśmy doskonali i nie musimy wcale tacy być, a nasze słabości nie niwelują naszych zalet. Tymczasem ambiwalentne oceny i uczucia są dla nas trudne i staramy się ich raczej unikać.

O wiele łatwiej powiedzieć, że ten jest dobry, a tamten zły, niż zastanowić się, rozwiać wątpliwości. Ciężko nam też myśleć o sobie dwutorowo, np. kocham swoją żonę, chcę być jej wierny, dbać o nią, ale jednocześnie tkwi we mnie pokusa zdrady, bycia niezależnym. Dlatego tak ważne jest rozpoznać swoje uczucia i zrozumieć siebie. To pomoże nam uporać się z faktem, że ani my, ani nikt inny nie jest dobry w skali od zera do nieskończoności.

Czy nasze zachowania nie noszą znamion projekcji? Jolanta Łagodzińska uważa, że jeśli zauważymy, że ktoś lub coś nas irytuje nieproporcjonalnie do sytuacji, a wokół tej złości zaczyna się obracać nasze myślenie, albo jesteśmy w stanie godzinami rozprawiać o czyjejś przywarze, analizować ją drobiazgowo i z pasją – to może oznaczać, że właśnie dokonujemy projekcji. Wówczas dokładniej przyjrzyjmy się swoim reakcjom i emocjom, choć nie będzie to łatwe, bo przecież projektujemy nieświadomie, chroniąc nasze ego.

Droga do uświadomienia sobie własnych projekcji jest długa i mozolna. Ale jeśli ją pokonamy, zyskamy wyższy stopień wewnętrznego zintegrowania, a więc i harmonii. Staniemy się bardziej spójni, pogodzeni ze sobą i już nie będziemy tak łatwo piętnować innych za ich uchybienia. Mając rozeznanie w swoich emocjach, stajemy się bardziej wyrozumiali dla zachowań innych ludzi. Richard Rohr w książce „Enneagram”, opisującej dziewięć typów osobowości, mówi: „Poznawanie siebie jest trudnym i bolesnym procesem, a wszelkie zmiany w ludzkiej psychice dokonują się w bólach. Trzeba odwagi i uporu,by podążać taką drogą”.

  1. Kultura

Vivian Maier – fotografka, która była jak duch

Portret młodej elegantki autorstwa Vivian Maier. (Fot. materiały prasowe © Estate of Vivian Maier, Courtesy of Maloof Collection and Howard Greenberg Gallery, NY)
Portret młodej elegantki autorstwa Vivian Maier. (Fot. materiały prasowe © Estate of Vivian Maier, Courtesy of Maloof Collection and Howard Greenberg Gallery, NY)
To zdjęcie autorstwa Vivian Maier, jedno z co najmniej 150 tysięcy, które zrobiła przez pół wieku. Dziś możemy tylko snuć teorie, dlaczego za życia nigdy żadnego nie opublikowała, zachowując je tylko dla siebie.

Portret młodej elegantki, która wygląda, jakby weszła w kadr prosto ze „Śniadania u Tiffany’ego”, został zrobiony w 1954 roku przed biblioteką publiczną w Nowym Jorku. Bohaterka zdjęcia przykuwa uwagę urodą, ale jej tożsamość pozostaje nieznana. W jeszcze głębszym cieniu tajemnicy pogrążona była jednak twórczość autorki tego portretu. Vivian Maier (1926–2009) – dziś zalicza się ją do najwybitniejszych postaci amerykańskiej fotografii drugiej połowy XX wieku. Tyle że za życia artystki świat nie miał pojęcia o jej istnieniu, a tym bardziej o jej imponującym dorobku.

Maier była jak duch. Żyła samotnie i pilnie strzegła swojej prywatności. Przez kilkadziesiąt lat utrzymywała się z opieki nad dziećmi, mieszkając w domach kolejnych pracodawców. Mówiła z akcentem, więc brano ją za Francuzkę, ale rodziny, z którymi żyła, nie wiedziały tak naprawdę nic pewnego o jej pochodzeniu, przeszłości czy rodzinie. W pamięci podopiecznych zapisała się jako ktoś w rodzaju Mary Poppins – ekscentryczna, choć inspirująca niania. A także osoba, która nie rozstaje się z aparatem fotograficznym.

W 2007 roku John Maloof, z zawodu agent nieruchomości, a z zamiłowania zbieracz staroci, kupił pudło pełne fotograficznych negatywów. Zbiór pojawił się na aukcji majątku pochodzącego z przechowalni do wynajęcia, których klienci przestali płacić za swoje schowki. Jedną z takich niewypłacalnych klientek była Maier, która przekroczyła już osiemdziesiątkę, zmagała się z problemami psychicznymi i powoli traciła kontakt z rzeczywistością; dwa lata później zmarła w domu opieki.

Tymczasem Maloof, studiując nabyte negatywy, nabierał przekonania, że ma do czynienia z pracami artystki wybitnej – z kimś na miarę klasyków fotografii dokumentalnej, takich jak Robert Frank czy Diane Arbus. Poszedł więc tropem tajemniczej autorki, zaczął skupować i promować jej dorobek, a w 2013 roku wyprodukował film dokumentalny „Szukając Vivian Maier”, który zdobył nominację do Oscara i stał się hitem filmowych festiwali. Dziś zdjęcia fotografki krążą po świecie, pokazywane na cieszących się ogromną popularnością wystawach.

Historia Vivian Maier jest niezwykła, ale byłaby tylko interesującą anegdotą, gdyby nie magnetyczna siła jej prac. Fotografowała życie codzienne, ale potrafiła zmieścić w kadrze niezwykłość kryjącą się w zwykłych sytuacjach. Była samotniczką, a jednak w jej portretach obcych osób, które fotografowała na ulicach Nowego Jorku czy Chicago, jest głębokie zrozumienie drugiego człowieka. Formalnie rzecz biorąc, była amatorką. Ale czy to słowo pasuje do kobiety, która fotografowała przez pół wieku i wykonała co najmniej 150 tysięcy zdjęć? Dlaczego nikomu ich nie pokazywała? Odpowiedzi na to pytanie już nie poznamy, podobnie jak nie dowiemy się, czy cieszyłaby się ze sławy, jaką dziś otoczone jest jej nazwisko. Pewne jest tylko, że choć Vivian Maier za życia uznania się nie doczekała, i być może nawet w ogóle go nie pragnęła, to w pełni na nie zasługuje.

Najbliższe wystawy fotografii Vivian Maier to ta w FoLa w Buenos Aires, otwarta do 4 lipca, oraz w Musée du Luxembourg w Paryżu, której otwarcie przesunięto z marca na 15 września.

„Szukając Vivian Maier”, dokument poświęcony fotografce, można obejrzeć na platformach: Nowe Horyzonty, Cineman, VOD.pl, E-Kino pod Baranami.

  1. Kultura

Odetchnij na "Łące Leśmiana" – rusza V edycja letnich wydarzeń kulturalno-edukacyjnych

"Łąka Leśmiana" to plenerowa instalacja na zielonym skwerze przed Muzeum Polin na Muranowie, która jest miejscem spotkań, wydarzeń kulturalnych i rekreacyjnych. (Fot. materiały prasowe)
Spotkajmy się w plenerze i online, by zwolnić i odetchnąć w ten piękny, wakacyjny czas. Zatrzymajmy się i zrelaksujmy na "Łące Leśmiana" – zielonej plenerowej instalacji przed Muzeum Polin w Warszawie. W złapaniu oddechu i kontakcie z przyrodą pomoże wyjątkowy program, w tym cykl mindfulness, wydarzenia literackie czy warsztaty miejskiego ogrodnictwa. "Łąkę Leśmiana" otworzy koncert online zespołu Tęskno oraz pokaz filmów Pollywood w kinie Muranów. Wydarzenie potrwa od 26 czerwca do 31 sierpnia.

Muranowska "Łąka Leśmiana" zawita po raz kolejny także w naszych domach. Tegoroczna edycja będzie bowiem miała formę hybrydową. Dzięki przeniesieniu części naszych wydarzeń do sieci będzie można w nich uczestniczyć z każdego zakątka Polski.

Otwarcie "Łąki Leśmiana" uświetni koncert online zespołu Tęskno. To nagradzany, unikalny projekt wokalistki, kompozytorki i autorki tekstów Joanny Longić. Marzycielskie kompozycje z pogranicza alternatywnego popu będą zapowiedzią relaksującej atmosfery pozostałych łąkowych wydarzeń. Zespół zagra znane i lubiane utwory z obu swoich płyt.

'Łąkę Leśmiana' otworzy koncert online zespołu Tęskno, unikalnego projektu wokalistki, kompozytorki i autorki tekstów Joanny Longić. (Fot. materiały prasowe)"Łąkę Leśmiana" otworzy koncert online zespołu Tęskno, unikalnego projektu wokalistki, kompozytorki i autorki tekstów Joanny Longić. (Fot. materiały prasowe)

W tym roku spotkaniom patronować będzie nie tylko Bolesław Leśmian, ale szerokie grono pisarzy, artystów, filmowców i naukowców, których poznać będzie można w nowo otwartej galerii "Dziedzictwo". Julian Tuwim, Józef Agnon, czy Billy Wilder to tylko niektóre z nazwisk, które Muzeum Polin przypomni podczas V edycji "Łąki Leśmiana".

Wokół tematów literackich będziemy spotykać się w formie hybrydowej. Uczestnicy przekonają się, że klasyka jest stale obecna w wyobraźni twórców współczesnych, a Agnieszka Matan (komiczka, improwizatorka i stand-up’erka) oraz Grzegorz Uzdański (komik i improwizator, autor strony "Nowe wiersze sławnych poetów" oraz powieści "Wakacje" i "Zaraz będzie po wszystkim") w ramach „Stand-up Matan | Uzdański: Bardzo ciekawe osoby” udowodnią, że potrafi być także całkiem zabawna. Przewodnicy poprowadzą przez Warszawę śladem Bolesława Leśmiana podczas spaceru miejskiego "Idzie poeta - niebieski wycieruch", zaś wesoła lokomotywa zabierze na spotkania z literaturą również najmłodszych, którzy co tydzień będą mogli spotkać się z innym bohaterem wierszy Tuwima w ramach warsztatów dla rodzin "Lokomotywą przez Łąkę".

Na "Łące Leśmiana" nie może zabraknąć dobrego kina. Tym razem spotkamy się z wybitnymi twórcami filmowymi o polsko-żydowskich korzeniach, którzy mieli ogromny wkład w budowanie potęgi Hollywood. Przygotowano "pollywoodzkie" pokazy filmowe, zarówno w uwielbianym przez wszystkich, klimatycznym Kinie Muranów, jak i w scenerii plenerowej. Muzeum zaprasza również na Gwiazdy Pollywood - pokaz filmów w kinie Muranów oraz Kino letnie: Przegląd filmów Billy’ego Wildera.

Jak co roku będzie można zrelaksować się podczas zajęć jogi na Łące Leśmiana, gimnastyki dla seniorów metodą Moshe Feldenkraisa oraz warsztatów ogrodniczych "Sąsiedzka rabatka". Razem z miejskim ogrodnikiem, Łukaszem Skopem, uczestnicy dowiedzą się, jakie rośliny, które w swojej poezji wymieniał Bolesław Leśmian. Jednocześnie otrzymają szereg praktycznych porad, jak sadzić, pielęgnować i wykorzystywać poszczególne gatunki roślin.

Jak co roku będzie można zrelaksować się podczas zajęć jogi. (Fot. Maciek Jaźwiecki)Jak co roku będzie można zrelaksować się podczas zajęć jogi. (Fot. Maciek Jaźwiecki)

W złapaniu oddechu i równowagi pomoże ćwiczenie uważności w ramach specjalnego cyklu mindfulness "poŁĄCZenie" przygotowanego we współpracy z Polskim Instytutem Mindfulness. Będzie można skorzystać zarówno z krótkich spotkań online: Złap oddech - Czym jest mindfulness i świecka medytacja?, Uważność na poezję - co łączy poezję i medytację?, jak i wspólnie praktykować uważność na zielonej "Łące" w plenerze podczas warsztatów: Jak praktykowanie uważności może wspierać kreatywność?, PrzeŁĄCZ się z trybu działania na tryb bycia z naturą.

Na zakończenie "Łąki Leśmiana" odbędzie się muzyczne pożegnanie wakacji z zespołem Tęskno. Tym razem muzycy wystąpią z nowo opracowanymi i zaaranżowanymi przez artystkę Joannę Longić wierszami Zuzanny Ginczanki.

W 2017 roku, w okrągłą rocznicę urodzin i śmierci Bolesława Leśmiana (1877-1937) Muzeum Polin rozpoczęło projekt, inspirowany jego twórczością, pod nazwą "Łąka Leśmiana". To plenerowa instalacja na zielonym skwerze przed Muzeum Polin na Muranowie, która jest miejscem spotkań, wydarzeń kulturalnych i rekreacyjnych.