1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Felietony

Szwagier Gierka: Introligator dla singli

Artur Andrus (Fot. Krzysztof Opaliński)
Artur Andrus (Fot. Krzysztof Opaliński)
Czy specjalizacja usług nie idzie trochę za daleko?! Rozumiem jeszcze konserwatywny podział na fryzjerstwo damskie albo męskie, ale co, jak się zaczną pojawiać tapicerzy dla rozwiedzionych?!

Ktoś podpisany jako „EleMele72” reaguje na mój tekst sprzed miesiąca. I donosi, że w Bytomiu również remontowano place zabaw w ramach budżetu obywatelskiego pod nazwą „Wczoraj trawa, dziś zabawa”. Więcej – była też akcja o nazwie: „Fikanie na polanie”. W Internecie znalazłem fotografie efektów „fikania”. Ładnie odnowione albo świeżo postawione karuzele, zjeżdżalnie, trampoliny i huśtawki przy przedszkolach. Czegoś mi tu jednak brakuje. Według Słownika Języka Polskiego PWN „fikać, fiknąć” to nie tylko „machnąć nogami” czy „przewrócić się”, ale również „wystąpić przeciw komuś”. Czyli oprócz zjeżdżalni, huśtawki czy trampoliny w ramach programu „Fikanie na polanie” powinno się jeszcze postawić profesjonalne ringi, na które można się udać po usłyszeniu zaczepnego: „Fikasz?!”. Tylko może nie przy przedszkolach, raczej w pobliżu dyskotek i sklepów monopolowych.

Nie poprzestawałbym na rymowaniu nazw tego typu przedsięwzięć. Wierszem należy również spisać regulaminy korzystania z takich miejsc. Jeżeli ze względu na warunki atmosferyczne dzieci nie powinny bawić się na placu od jesieni do wiosny, jeden z punktów regulaminu może brzmieć: „Od połowy października na polanie się nie fika”. A zimą, w związku z oblodzeniem i opadami śniegu, przy wejściu na plac „Fikanie na polanie” niech się odbywa akcja „Fiku-miku na chodniku”. Jak ktoś mi coś jeszcze podeśle, albo sam coś znajdę, natychmiast o tym napiszę.

W książce „Tunes, Tunes” Ewy Szumańskiej, reporterskiej opowieści o podróży do Afryki, trafiłem na taki fragment: „…Jean-Paul, fotograf, bardzo szczupły, wysoki i delikatny, pewno by mi się podobał, gdybym miała więcej czasu…”. Proszę, jak różnie literatura może oddziaływać na czytelnika. Ktoś na podstawie takiego opisu zacząłby snuć rozważania o miłości, przeznaczeniu, wszechobecnym pośpiechu albo zauroczeniu. A ja sobie przypomniałem, że muszę zrobić zdjęcie do dowodu. Tylko taka refleksja – żadnego wzruszenia, żalu, współczucia, że do niczego nie doszło. Ale jak tu się wzruszać przy czytaniu książki, jak od paru tygodni bank mi regularnie przypomina, że niedługo kończy się ważność mojego dowodu osobistego? A nawet nie tylko przypomina. Bank mnie straszy, że jak nie wymienię, to „Bez dowodu nic się nie da – dziś zabawa, jutro bieda”. Przepraszam, znowu rymuję, to skutek fascynacji nazwami budżetów obywatelskich z Białegostoku i Bytomia. Do rzeczy. Postanowiłem złożyć wniosek o nowy dowód. Okazało się, że potrzebne jest zdjęcie. No to jaki problem? Idę do fotografa! Tylko… Gdzie w pobliżu jest fotograf ? Wpisuję do Internetu moją lokalizację i hasło „fotograf ”. Natychmiast pokazuje się sześć propozycji pod nazwą „Fotografia ciążowa”. I żadnej innej! Najbliższa „nieciążowa” – jakieś pięć kilometrów ode mnie. Na szczęście okazało się, że obok urzędu dzielnicowego jest zakład robiący zdjęcia do dowodu osobom również niebędącym w ciąży. A gdyby takiego nie było? Gdzie bym zrobił zdjęcie do dowodu? Czy ta specjalizacja usług nie idzie trochę za daleko? Rozumiem jeszcze konserwatywny podział na fryzjerstwo czy krawiectwo damskie albo męskie, ale jak się zaczną pojawiać cukiernicy ciążowi? Albo szewc tylko od lewych butów? Tapicer dla rozwiedzionych? Albo zegarmistrz światła purpurowy? Tymi pytaniami – zupełnie niepotrzebnie – podzieliłem się ze szwagrem. „Eee tam, przesadzasz. Zadzwoniłbyś do »fotografii ciążowej« i powiedział, że planujecie ciążę, ale masz taką zasadę, że dopiero po ślubie. A do ślubu przecież musisz mieć dowód. Zlitowaliby się”.

Artur Andrus, Mistrz Mowy Polskiej, dziennikarz, poeta, autor piosenek

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze