Kurczą się, kurczą się nasze wyspy” – powiedział mi kiedyś Miłosz. Tak, poezja dzisiaj skurczyła się i mniej waży, jednak nadal ludzie piszą wiersze. Lepsze, gorsze, ale robią to z pasją i z oddaniem.
Właśnie skończyłem czytać aż ponad 900 (!) zestawów wierszy, które nadesłano na konkurs we wsi Chybie. Sporo strasznych, ale też sporo dobrych. Obserwuję coś w rodzaju „turystyki poetyckiej”, grupy poetów z całej Polski jeżdżą na własny koszt na festiwale, czytają wiersze, finansują wydanie swoich tomików i wymieniają się nimi jak znaczkami.
Nysa to ładne, niewielkie miasto. Mieszka w nim Małgorzata Bobak-Końcowa i organizuje tam poetyckie festiwale. Tak ją poznałem. I po raz pierwszy ośmielę się wstawić w Okno ładny wiersz poetki nieznanej. Niech stanie w Oknie w imieniu wszystkich poetów, których wierszy nie ma w księgarniach. Jej wiersz o egzekucji drzewa poruszył mnie. Napisałem podobny o świerku, który stał do niedawna w oknie mojej pracowni, jak wielkie zwierzę w zielonym, gęstym futrze. Sójki, sroki i sikorki miały tam plac zabaw, czasami zaglądały wiewiórki. Świerk został niedawno ścięty przez sąsiadów. Ja też zamykałem oczy, gdy okrutni ludzi ocinali mu ręce, nogi, został gruby pień, kikut, który wiele pamiętał. On też został ścięty. Wiersz napisałem, by się pocieszyć po stracie, podobnie jak autorka. Poeta ma to szczęście, że może ból zmieniać w poezję, a to niesie pocieszenie.
„Przywiązana”
Zamknęłam oczy,
gdy za kamienicą
ścinali białą morwę.
Może nie wiedzieli,
że podtrzymywała dla mnie
całe niebo.
Wystarczył jej
deszcz, cień chmury
i rozmowa ze słowikiem,
więc nie była kłopotliwa
w utrzymaniu.
Po pracy wpatrywałam się w nią
jak w oblicze dziecka,
które opowiada dzień.
Gdybym była sławną poetką,
taką, wiesz, z Noblem,
mogłabym kupić
to uroczysko na Kościuszki.
Ale jestem lokalna
i tylko wycieram kąty
w mieście.
Zielone dzięcioły,
wiewiórki,
kowaliki
i jeże.
Dla własnego dobra
nie patrzę
w górę...