1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Retro horrory - lista najlepszych filmów grozy z lat 60, 70, 80 i 90

Retro horrory - lista najlepszych filmów grozy z lat 60, 70, 80 i 90

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Noc żywych trupów". (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Celem dobrego horroru jest nie tylko wystraszenie widza, ale również trzymanie w napięciu do granic możliwości. Współczesne horrory często nie dorównują klimatem produkcjom sprzed kilku dekad, dlatego z okazji zbliżającego się Halloween, przyglądamy się najlepszym filmom grozy z lat 60, 70, 80 i 90. 

"Dziecko Rosemary" (1968)

Na początku była książka Iry Levina, potem legendarny film Romana Polańskiego. "Dziecko Rosemary" przedstawia historię Rosemary i Guya, młodego małżeństwa, które wprowadza się do starej kamienicy skrywającej wiele tajemnic. Po pewnym czasie kobieta zachodzi w ciążę w niejasnych dla niej okolicznościach. "Dziecko Rosemary" to perełka światowego kina grozy - rewelacyjnie zgrana, starannie zmontowana i opatrzona znakomitą ścieżką dźwiękową Krzysztofa Komedy. W rolach głównych wyśmienity duet Mia Farrow i John Cassavetes. Polecamy wszystkim fanom mocnych wrażeń i mrocznych retro-historii z dreszczykiem.

Kadr z filmu 'Dziecko Rosemary'. (Fot. RDA/Rue des Archives/Forum) Kadr z filmu "Dziecko Rosemary". (Fot. RDA/Rue des Archives/Forum)

"Noc żywych trupów" (1968)

"Noc żywych trupów" George'a Romero to niskobudżetowy klasyk kina grozy z lat 60. Amerykańska rakieta wystrzelona w kierunku planety Wenus eksploduje przed osiągnięciem celu. Powstała w wyniku wybuchu radiacja dociera na Ziemię i powoduje masowe zmartwychwstanie nieboszczyków. Grupa osób barykaduje się więc w domu, aby przetrwać atak zombie. Film stał się przełomem dla światowej kinematografii i zapoczątkował nowożytną epokę horroru. Wprowadził do kultury masowej postać zombie, złamał wszelkie zasady kina grozy, a także jak na realia lat 60. był niezwykle krwawy i brutalny. Mimo to, produkcja doczekała się licznych kontynuacji i remake'ów.

Kadr z filmu 'Noc żywych trupów'. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum) Kadr z filmu "Noc żywych trupów". (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)

"Egzorcysta" (1973)

"Egzorcysta" w reżyserii Williama Friedkina uznawany jest za jeden z najlepszych filmów grozy w historii kina. Oparty na głośnej historii rzekomego opętania pewnego chłopca, które miało miejsce w stanie Iowa w 1949 roku film opowiada o 12-letniej Regan, która również przejawia objawy opętania przez diabła, a w jej otoczeniu dochodzi do paranormalnych zjawisk. Lekarze nie są w stanie jej pomóc, przerażona matka kontaktuje się więc z egzorcystą. W główną postać brawurowo wcieliła się 14-letnia wówczas Lindy Blair, która niezwykle realistycznie odegrała sceny opętania. Mimo, że film powstał prawie 50 lat temu, wciąż cieszy się popularnością i nieustannie budzi niepokój u widzów.

Kadr z filmu 'Egzorcysta'. (Fot. BEW Photo) Kadr z filmu "Egzorcysta". (Fot. BEW Photo)

"Obcy - ósmy pasażer Nostromo" (1979)

Kultowy horror Ridleya Scotta "Obcy - ósmy pasażer Nostromo" to pierwsza część filmowej serii o Obcym. Jest rok 2122. Statek kosmiczny Nostromo wraca na Ziemię, jednak po drodze odbiera tajemniczy sygnał, który może być dowodem istnienia innej formy życia. Ląduje więc na niewielkiej planetoidzie, gdzie jeden z członków załogi zostaje zaatakowany przez - jak się można domyśleć - Obcego. Film Scotta to legenda kina grozy połączona z fantastyką naukową. Krytycy są zgodni: to dzieło perfekcyjne - genialny pomysł, znakomity scenariusz, bezbłędna dramaturgia i rewelacyjne jak na lata 70. efekty specjalne. Produkcję polecamy każdemu, nie tylko fanom horrorów czy kina sci-fi.

Kadr z filmu 'Obcy - ósmy pasażer Nostromo'. (Fot. NG Collection/Interfoto/Forum) Kadr z filmu "Obcy - ósmy pasażer Nostromo". (Fot. NG Collection/Interfoto/Forum)

"Lśnienie" (1980)

Jak mawiał Stephen King: "Horror jest pełnym grozy zmyślaniem". Za jego kultową powieść "Lśnienie" zabrał się w 1980 roku Stanley Kubrick i postanowił przenieść ją na duży ekran. Bohaterem filmu jest Jack Torrance (w tej roli przerażająco dobry Jack Nicholson), który wraz z rodziną przeprowadza się do górskiego hotelu, w którym został zatrudniony jako stróż. Spokój opuszczonego kurortu ma umożliwić mu skoncentrowanie się na twórczości literackiej, jednak złowroga atmosfera miejsca stopniowo popycha go w obłęd. "Lśnienie" na początku nie spodobało się krytyce oraz autorowi pierwowzoru, jednak po latach zyskało status klasyka gatunku oraz jednego z najlepszych dzieł Kubricka.

Kadr z filmu 'Lśnienie'. (Fot. Warner Brothers/Entertainment Pictures/Forum) Kadr z filmu "Lśnienie". (Fot. Warner Brothers/Entertainment Pictures/Forum)

"Koszmar z ulicy Wiązów" (1984)

"Cokolwiek byś nie robił, nie zasypiaj!" - to główna zasada obowiązująca bohaterów "Koszmaru z ulicy Wiązów" Wesa Cravena, pierwszego filmu ze słynnej serii slasherów. Grupę nastolatków męczą senne koszmary, w których prześladuje ich mężczyzna ze spaloną twarzą. To psychopatyczny morderca Freddy Krueger znany dzieciom z wyliczanek i powiedzeń rodziców ("Jak będziesz niegrzeczny, to przyjdzie po ciebie Freddy"). Jedna z dziewczynek w trakcie takiego snu zostaje zabita przez niewidzialnego napastnika. Jedynym świadkiem wydarzenia jest chłopak ofiary, który automatycznie staje się podejrzanym o dokonanie morderstwa.

Kadr z filmu 'Koszmar z ulicy Wiązów'. (Fot. New Line Cinema/Entertainment Pictures/Forum) Kadr z filmu "Koszmar z ulicy Wiązów". (Fot. New Line Cinema/Entertainment Pictures/Forum)

"Blair Witch Project" (1999)

Dokumentalizowany "Blair Witch Project" to jeden z najbardziej oryginalnych i zarazem kontrowersyjnych horrorów w historii kina. Zrealizowany w konwencji found footage film został nakręcony za pomocą zwykłej kamery wideo. Trójka studentów wyrusza do lasu, aby nakręcić materiał o Wiedźmie z Blair, która według lokalnej legendy od dwóch wieków torturuje i zabija dzieci. Wkrótce wycieczka zmienia się w koszmar. W filmie zagrali w większości amatorzy, którzy przed "Blair Witch Project" wystąpili maksymalnie w jednej produkcji. Miało to potęgować u widza wrażenie, iż bohaterowie nie są aktorami, a rzeczywistymi ofiarami klątwy leśnej wiedźmy.

Kadr z filmu 'Blair Witch Project'. (Fot. BEW Photo) Kadr z filmu "Blair Witch Project". (Fot. BEW Photo)

"Jeździec bez głowy" (1999)

Scenariusz mrocznego "Jeźdźca bez głowy" oparto na opowiadaniu Washingtona Irvinga "Legenda o Sennej Kotlinie". Za kamerą stanął Tim Burton, a główną rolę zagrał ulubiony aktor ekscentrycznego reżysera, czyli Johnny Depp. Nowojorski policjant przybywa do małej osady, aby rozwiązać sprawę tajemniczych morderstw dokonywanych rzekomo przez jeźdźca bez głowy. "Jeździec bez głowy" jest mieszanką horroru i kina przygodowego. Odczuwa się tu również posmak baśni i starych legend. To dzieło z pewnością przełomowe: nietuzinkowe i, jak na Burtona przystało, szczegółowo dopracowane.

Kadr z filmu 'Jeździec bez głowy'. (Fot. Paramount Pictures/Entertainment Pictures/Forum) Kadr z filmu "Jeździec bez głowy". (Fot. Paramount Pictures/Entertainment Pictures/Forum)

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

„Jak wywołałem byłą żonę” z Judi Dench – poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

„Jak wywołałem byłą żonę”. W rolach głównych Dan Stevens, Leslie Mann, Isla Fisher i laureatka Oscara Judi Dench w swojej najzabawniejszej roli od lat. 
(Fot. materiały prasowe M2 Films)
„Jak wywołałem byłą żonę”. W rolach głównych Dan Stevens, Leslie Mann, Isla Fisher i laureatka Oscara Judi Dench w swojej najzabawniejszej roli od lat. (Fot. materiały prasowe M2 Films)
Do kina weszła właśnie najgłośniejsza komedia tego lata. Gwiazda filmu, wspaniała Judi Dench, tylko nam zdradza, dlaczego ta produkcja ma dla niej wartość sentymentalną i, opowiadając o pracy na planie, wraca do swojej młodości i dzieciństwa.

– Propozycja, żebym zagrała Madame Arcati jest w pewnym sensie spełnieniem marzeń – mówi Dench siedząc w studiu, gdzie powstawała część zdjęć do filmu „Jak wywołałem byłą żonę”. Ta przyjemna komedia jest adaptacją teatralnej farsy brytyjskiego dramaturga Noëla Cowarda (1899-1973). Zgodnie z polskim tytułem (innym niż oryginalny „Blithe spirit”, czyli dosłownie „beztroska duszyczka”, choć u nas sztuka Cowarda znana jest jako „Seans”) to opowieść o wywołanym podczas seansu spirytystycznego duchu pierwszej żony. Duch wywołany zostaje przypadkiem, kiedy niejaki Charles Condomine, pisarz w kryzysie twórczym, wraca myślami do swojej nieżyjącej małżonki, muzy, źródła natchnienia i najlepszych literackich pomysłów. Nostalgia dopada go akurat w czasie prywatnej sesji wywoływania duchów prowadzonej przez cenione medium Madame Arcati. Efekt? Arcati ściąga panią Condomine z zaświatów, a Charles odzyskuje źródło natchnienia. Problem w tym, że w posiadłości państwa Condomine’ów rezyduje już druga żona. Czy można wysłać ducha z powrotem na tamten świat? A może lepiej próbować jakoś wytrwać w tak nietypowym trójkącie? Kto na tej sytuacji zyska a kto bezpowrotnie wszystko straci?

– Nie śmiem zdradzić, co jeszcze przydarzy się bohaterom, żeby nie psuć komuś zabawy – uśmiecha się Judi Dench. Ikona kina, słynna M. z serii o Bondzie, Królowa Elżbieta z „Zakochanego Szekspira” czy Evelyn Greenslade z „Hotelu Marigold”, o swojej najnowszej roli opowiada z rozbawieniem, ale i wzruszeniem, bo właśnie ta współpraca z kilku powodów miała dla niej wartość sentymentalną.

55-letniemu reżyserowi „Jak wywołałem byłą żonę” Edwardowi Hallowi na planie Dench cały czas powtarzała, jak bardzo przypomina on swojego ojca. Bo to właśnie ojciec Eda Halla był w karierze początkującej Judi Dench postacią kluczową. Peter Hall, wizjoner brytyjskiego teatru z doskonałą intuicją do wyłuskiwania aktorskich talentów, namówił młodziutką Judi, żeby opuściła dotychczasowy zespół Old Vic i grała u niego. Miał rację, to wtedy zaczęła się jej wielka sceniczna kariera, jej głośne szekspirowskie role, do których wkrótce dołączyły role filmowe.

– Poznałam Petera w roku 1962, przekonał mnie do rozwinięcia skrzydeł. Poznałam też wtedy jego rodzinę. Ed odziedziczył po ojcu talent. To takie osobliwe, bo „Jak wywołałem byłą żonę” jest przecież filmem o duchach i ja w pewnym sensie na planie widziałam nawet więcej niż ducha Petera w Edzie. Jestem bardzo szczęśliwa, że mogłam tego doświadczyć.

(Fot. materiały prasowe M2 Films)(Fot. materiały prasowe M2 Films)

Judi Dench przyznaje również, że jest inne wydarzenie, którego nie może zapomnieć, a które przywołują pytania o najnowszy film z jej udziałem. Film, przypomnę, oparty na sztuce Noëla Cowarda, postaci na Wyspach bardzo znanej, w środowisku teatralnym wręcz legendarnej:

– Byłam wtedy bardzo młodą aktorką i kiedy akurat nie grałam spektakli w Old Vicu, znajomi pokazywali mi wszystko, co się da w Londynie. Jednego wieczoru obejrzałam w Teatrze Savoy jakąś adaptację sztuki Cowarda, być może chodziło nawet o „Seans”, tego już nie pamiętam, w każdy razie po spektaklu powiedziano mi, że muszę kogoś poznać. To był on, Coward, ujrzałam go na szczycie schodów. Podszedł do mnie, przedstawiono nas sobie, uścisnęliśmy sobie dłonie. Nigdy tego nie zapomnę, moja ręka pachniała potem jego wodą po goleniu. Chyba potem specjalnie nie myłam jej jakiś czas [śmiech]. Dla mnie to był magiczny moment.

I wreszcie, praca na planie nad filmem, którego akcja toczy się w latach 30. XX wieku była dla Dench podróżą sentymentalną aż do czasów, kiedy była dzieckiem. Kręcili we wnętrzach modernistycznej willi zbudowanej przed II wojną światową, wypełnionej meblami z tamtego okresu, imponujący jest też wybór kostiumów, z których część pochodzi z archiwalnych muzealnych zbiorów z lat 30.

– Pamiętam te czasy. Urodziłam się przecież w 1934 roku – dodaje aktorka – Mój ojciec był lekarzem, z moją mamą, Dublinianką, mieszkali w Yorku. Najpierw urodzili się moi bracia, potem ja. Dużą popularnością cieszyło się wtedy pewne medium, kobieta nawiązująca kontakt z duchami. Mój ojciec ją osobiście poznał, nie wiem, czy jako lekarz czy to on przyszedł do niej. To był dzień po moich narodzinach. Wiem, że owa kobieta powiedziała mu „Bardzo miło mi słyszeć o twojej córce Judith”. Ojciec nie wiedział jeszcze, jak będę miała na imię. I tak właśnie zostałam Judith [śmiech].

Na pytanie, czy wierzy w życie pozagrobowe, Dench odpowiada, że ciężko jest stwierdzić, że po drugiej stronie niczego nie ma, zwłaszcza biorąc pod uwagę niektóre rzeczy, które jej się przydarzyły: – Uważam, że jest cały świat zjawisk, o którego istnieniu nie wiemy.

Dodaje też, że właśnie teraz jest idealny moment na historie takie, jak ta z filmu. O duchach, o miłości aż po grób. Zaadaptowaną na potrzeby kina, ale i naszych czasów, bo twórcy filmu postarali się, żeby wątek rywalizacji między dwoma żonami miał pro kobiece przesłanie. O zmianach względem oryginału Dench mówi z szelmowskim uśmieszkiem: – Ktoś je pokocha, kto inny uzna ją za zbrodnię na oryginale.

Ważne, jak podkreśla, że widzowie mają szansę zapomnieć. O czym?

– O słowie na sześć liter – Judi Dench najpierw zniża głos, po czym zaczyna bezgłośnie sylabizować „c-o-r-o-n-a” – Którego specjalnie nie wypowiem na głos.

I trudno nie przyznać jej racji. „Jak wywołałem byłą żonę” to film skutecznie poprawiający humor. Angielskie niebo wygląda tu jak niebo nad Toskanią, do tego dochodzą intensywnie kolorowe stroje, wnętrza i pocztówkowe krajobrazy, na czele z nieziemsko Białymi Klifami z Dover. Dzieje się dużo i szybko, sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie, a w finale sprawiedliwości staje się zadość. Przyłączam się do rekomendacji Judi Dench: skoro mamy lato, niech więc będzie lekko i przyjemnie.

  1. Kultura

Filmy i seriale na weekend – poleca Joanna Olekszyk

Kadr z filmu „Francuskie wyjście” w reżyserii Azazela Jacobsa (dostępny przez serwis Premiery CANAL+). (Fot. materiały prasowe)
Kadr z filmu „Francuskie wyjście” w reżyserii Azazela Jacobsa (dostępny przez serwis Premiery CANAL+). (Fot. materiały prasowe)
Szukacie rozrywki na weekend? Zapraszamy przed ekran! Redaktor naczelna miesięczników "Zwierciadło" i "Sens" Joanna Olekszyk poleca filmy i seriale, które obejrzycie zarówno w kinie, jak i w domu. Gwarantujemy, że każdy znajdzie coś dla siebie.

„Śniegu już nigdy nie będzie”

Żenia ma dar. Dzięki jego masażom zestresowane i nieszczęśliwe mieszkanki pewnego zamkniętego osiedla pod Warszawą mogą zaznać chwili wytchnienia. Ale to dzięki jego spokojowi, umiejętności słuchania innych oraz… hipnozy – mogą zrozumieć, czego naprawdę potrzebują. Kim naprawdę jest Żenia? Jaką tajemnicę z przeszłości ukrywa? I jakie tajemnice mieszkańców ujawni? Świetne aktorstwo, zwłaszcza Aleca Utgoffa i Agaty Kuleszy.

Film „Śniegu już nigdy nie będzie” (reż. Małgorzata Szumowska, Michał Englert), w kinach. (Fot. materiały prasowe)Film „Śniegu już nigdy nie będzie” (reż. Małgorzata Szumowska, Michał Englert), w kinach. (Fot. materiały prasowe)

„Oslo”

można spojrzeć na ten film jako na opowieść o niemożności rozwiązania konfliktu izraelsko-palestyńskiego albo zobaczyć w nim przebłysk nadziei. Zrealizowany trochę jak sztuka teatralna, a trochę jak dokument, pokazuje historię tajnych negocjacji między Izraelczykami i Palestyńczykami, które doprowadziły do porozumień z Oslo w 1993 roku. Ich cichymi bohaterami byli Mona Juul z Ministerstwa Spraw Zagranicznych Norwegii i jej mąż Terje Rød-Larsen, socjolog. Choć rozejm wkrótce zerwano, pamięć o nim pozwala wierzyć, że dobra facylitacja czyni cuda.

Film „Oslo” (reż. Bartlett Sher), dostępny na HBO i HBO GO. (Fot. materiały prasowe)Film „Oslo” (reż. Bartlett Sher), dostępny na HBO i HBO GO. (Fot. materiały prasowe)

„Francuskie wyjście”

Stolica Francji ma długą historię bycia filmowym ratunkiem dla zagubionych amerykanów. Nie inaczej jest tym razem. W rejs z Nowego Jorku do Paryża wyruszają matka (świetna Michelle Pfeiffer) i syn. Ona nie przepracowała w życiu ani godziny, on też nie kwapi się do stabilizacji, a w zaniepokojenie jest go w stanie wprawić jedynie brak szampana w lodówce. Próżniaczy styl życia ma jednak swoją cenę – kompletne oderwanie od rzeczywistości i utrata więzi. Widmo rychłego bankructwa może być więc dla nich ratunkiem.

Film „Francuskie wyjście” (reż. Azazel Jacobs), dostępny przez serwis Premiery CANAL+. (Fot. materiały prasowe)Film „Francuskie wyjście” (reż. Azazel Jacobs), dostępny przez serwis Premiery CANAL+. (Fot. materiały prasowe)

„Pogoń za miłością”

Brawurowa ekranizacja powieści nancy mitford jest bardzo na czasie. W końcu już księżna Diana mówiła, że największą współczesną chorobą jest poczucie bycia niekochanym. Lindzie, bohaterce „Pogoni za miłością”, jak każdej panience z dobrego angielskiego domu w latach 20. doskwiera nie tylko brak rodzinnego ciepła, ale też przemożna nuda. W romansach upatruje jedynej radości życia. Nadmiernie uczuciowa, spontaniczna i niewykształcona… napyta tym sobie trochę biedy.

Serial „Pogoń za miłością” (reż. Emily Mortimer), dostępny na BBC Prime. (Fot. materiały prasowe)Serial „Pogoń za miłością” (reż. Emily Mortimer), dostępny na BBC Prime. (Fot. materiały prasowe)

„Dochodzenie”

O śmierci szwedzkiej dziennikarki kim wall, która przeprowadzała wywiad z wizjonerem i biznesmenem na jego łodzi podwodnej, było głośno kilka lat temu. Film pokazuje dochodzenie, jakie rozpoczęła kopenhaska policja po zgłoszeniu jej zaginięcia. Tym, co odróżnia ten serial od wielu podobnych, jest jego niezwykła ascetyczność i kameralność. A także szacunek wobec ofiary i jej bliskich oraz brak niezdrowej fascynacji jej mordercą.

Serial „Dochodzenie” (reż. Tobias Lindholm), dostępny przez serwis Premiery CANAL+. (Fot. materiały prasowe)Serial „Dochodzenie” (reż. Tobias Lindholm), dostępny przez serwis Premiery CANAL+. (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

Tilda Swinton u Almodovara – historia jednego spotkania

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Takiego filmowego projektu nikt się ani po Pedrze Almodóvarze, ani po Tildzie Swinton nie spodziewał.

Nigdy wcześniej razem nie współpracowali. Almodóvar nigdy nie nakręcił anglojęzycznego filmu. I jeszcze długość „Ludzkiego głosu” – pół godziny. Co z pozostałą niemal godziną seansu? Po tym, jak wybrzmi ostatnia scena filmu, zaglądamy z wizytą do mistrza hiszpańskiego kina i do ikony kina brytyjskiego. W gabinecie u Pedra, wiadomo, feeria kolorów i spacerujący leniwie kot. U Tildy – minimalistyczne wnętrze ze ścianami w tym samym odcieniu co jej strój. Zgodnie z nową pandemiczną tradycją rozmawiają online, każde od siebie. O inspiracjach, współpracy, różnicach językowych, przyjaźni. Taki oto zestaw: film plus spotkanie z jego twórcami, możemy oglądać w kinie. I to się sprawdza. Najpierw bardzo almodóvarowska opowieść, wściekłość zranionej kobiety, czysta furia idealnie równoważona powściągliwością Swinton. A po tym wszystkim dowiadujemy się od samych zainteresowanych, jak ten efekt wypracowali i co jeszcze dla nas razem szykują.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

Tomasz Kot: "Wolę tango niż walkę na pięści"

Tomasz Kot: W trudnych warunkach człowiek odkrywa w sobie obszary, których wcześniej nie znał. Dzięki temu doświadczeniu (praca na planie filmu
Tomasz Kot: W trudnych warunkach człowiek odkrywa w sobie obszary, których wcześniej nie znał. Dzięki temu doświadczeniu (praca na planie filmu "Wróg doskonały", przyp.red) jestem teraz bardziej pewny siebie i gotowy na kolejne wyzwania. (Fot. materiały prasowe)
Już za chwilę do kin trafi nakręcony w Hiszpanii thriller „Wróg doskonały”, gdzie zagrał głównego bohatera. Ta intrygująca rola to dobry pretekst, żeby zapytać Tomasza Kota, co u niego słychać.

Ostatnio grasz regularnie za granicą. Duszno ci w Polsce?
Nie jest mi duszno. Im więcej pracuję za granicą, tym większą mam przyjemność, kiedy gram na polskim planie, a scenariusz czytam w naszym języku.

A pandemia? Co z wynikającymi z niej ograniczeniami? Bardzo ci doskwierają?
Radzę sobie. Nawet jeśli mnie dopada jej duchota, to w dalszym ciągu mam co analizować. Od trzech lat wydarzają się w moim życiu rzeczy, których jeszcze pięć lat temu kompletnie się nie spodziewałem, mówię to bez grama kokieterii. Dobitnie uświadomiłem to sobie na festiwalu w Cannes, na którym promowaliśmy „Zimną wojnę”. Nie jestem osobą, która żyje przeszłością, a tam musiałem dokonać podsumowania swojego życia zawodowego.

Dlaczego?
Bo zagraniczni dziennikarze wypytywali mnie, w ilu filmach zagrałem, jakie role były dla mnie najważniejsze. Prześledziłem swoją filmografię i jeszcze raz uświadomiłem sobie coś banalnego: że każde z doświadczeń na mojej drodze wpłynęło na to, kim teraz jestem, jak gram, na czym się skupiam, co jest dla mnie na planie istotne. Policzyłem wtedy wszystkie role i wyszło mi, że między „Skazanym na bluesa”, który pozwolił mi wypłynąć w kinie, a „Bogami”, gdzie mogłem pokazać szerokiej publiczności moje inne niż komediowe oblicze (a z nim właśnie mnie przecież widzowie najczęściej kojarzyli), minęło dziesięć lat. Film Łukasza Palkowskiego stał się przebojem frekwencyjnym i wszystko zmienił. To po nim posypały się propozycje obsadzania mnie w dramatach. Paweł Pawlikowski zdradził mi, że zaproponował mi rolę właśnie ze względu na „Bogów”, a reżyser „Wroga doskonałego” chciał mnie ze względu na „Zimną wojnę”. Wszystko ma swoją naturalną ciągłość.
Spodziewałem się, że kolejny tak ważny projekt w moim życiu jak „Bogowie” przyjdzie za kolejną dekadę. Tymczasem pojawiła się „Zimna wojna”, po czym nie minęła chwila i miałem szansę zagrać w międzynarodowej produkcji w Hiszpanii.

W Polsce masz status gwiazdy, wszyscy cię znają i wiedzą, na co cię stać. Za granicą musisz na nowo udowadniać, że masz nieograniczony wachlarz możliwości aktorskich. Nie przeszkadzało ci to?
Na szczęście nie mam dużych problemów z własnym ego – może być schowane, pobite, może leżeć w kieszeni. Najważniejsze jest dla mnie zaadaptowanie się do nowych warunków. W 2019 roku spędziłem trzy miesiące w Los Angeles, gdzie może nie byłem zupełnie nieznany, ale odnosiłem wrażenie, że na każdym spotkaniu lub castingu, w którym brałem udział, spodziewano się dziwnego gościa z czarno-białego filmu z Europy Wschodniej. Odkrywałem siebie i swoją pozycję na nowo. Pamiętam pierwszą imprezę, na którą poszedłem. To była ceremonia przyznania nagród, a ja siedziałem między Glenn Close a Michaelem Douglasem i nie mogłem uwierzyć w to, gdzie jestem i co się dzieje. Czułem się, jakbym wszedł na panteon moich własnych mistrzów. Krępowałem się nawet patrzeć w ich stronę. Ale kiedy zaczynaliśmy rozmawiać, okazywali się skromnymi, ciekawymi drugiego człowieka ludźmi. Jeśli można być pokorną gwiazdą w Hollywood, to tym bardziej można być pokornym aktorem z Polski w Hiszpanii. Choć akurat w tym kraju „Zimna wojna” jest niezwykle popularna. Byłem zatem facetem z „Zimnej wojny”, który nagle przyjechał na plan, co ustawiło poprzeczkę dość wysoko.

Czułeś presję?
Oczywiście, ale ja na stresie potrafię budować. Strach jest doskonałym paliwem, jeśli się go właściwie wykorzysta, potrafi nie tylko zasilić, ale też wyznaczyć odpowiednie granice. Każdy aktor inaczej radzi sobie z tremą, ale ważne jest, żeby uświadomić sobie, że ona pojawia się nie po to, żeby nas pokonać. My nie przychodzimy na plan się z nią bić. Często pracuję z dzieciakami, bardzo to lubię. Kiedy pytają mnie, jak sobie z nią radzić, odpowiadam, że najlepiej jest z nią po prostu zatańczyć. Jak trema jest duża, wtedy to będzie dynamiczne, trudne tango, a jak mała – to walczyk. Tańczymy razem po partnersku, nie naparzamy się.

Uściślijmy. We „Wrogu doskonałym”, nakręconym na motywach głośnej książki Amélie Nothomb „Kosmetyka wroga”, grasz architekta, który właśnie czeka na samolot. Te parę godzin z jego życia okaże się kluczowe – dzięki pewnemu spotkaniu. Reżyser Kike Maíllo („Eva”, „Toro”) zmienił książkowego francuskiego Jérôme’a na Polaka Jeremiasza, a z ponad 40-letniego Texela – mężczyzny, którego bohater spotyka na lotnisku – zrobił filmową Texel, młodą kobietę, którą zagrała południowoafrykańska aktorka Athena Strates. W obsadzie są też między innymi Francuz Dominique Pinon i Hiszpanka Marta Nieto. Zakładam, że praca w tak międzynarodowym gronie, komunikacja, wymiana doświadczeń mogą być wyzwaniem.
Przy wszystkich wcześniejszych produkcjach towarzyszyli mi Polacy. Międzynarodowe projekty, w których brałem udział, opierały się na przykład na współpracy polsko-brytyjskiej, jak „Bikini Blue”. „Warning” nawet kręciliśmy w Polsce, więc naturalne było, że członkowie ekipy byli Polakami. A w szalonym czasie, związanym z promowaniem „Zimnej wojny” za oceanem, miałem w pobliżu Asię Kulig. Została nam z pracy przy tym filmie niemal bratersko-siostrzana relacja. Troszczyliśmy się o siebie, podnosiliśmy na duchu, poprawialiśmy sobie nawzajem humor. Wiedziałem, że zawsze mam w niej wsparcie. W Hiszpanii natomiast byłem zupełnie sam i na początku przechodziłem z tego powodu przez serię kryzysów.
Próbowałem zdefiniować siebie na nowo na bardzo trudnym planie. Dookoła wszyscy porozumiewali się po hiszpańsku, a oprócz tego oczywiście po angielsku. Najciekawszym doświadczeniem z mojej perspektywy było to, że brakowało mi nawet koła ratunkowego w postaci „telefonu do przyjaciela”, ponieważ pracowałem od rana do wieczora jako główny bohater filmu. W końcu zadałem sobie pytanie, czego mi najbardziej brakuje i co mogę zrobić, żeby upodobnić sytuację pracy na obczyźnie do polskich warunków.

Znalazłeś odpowiedź?
Pomyślałem sobie, że zazwyczaj żartuję, dbam o dobrą atmosferę na planie. Zacząłem używać translatora w komórce, żeby przetłumaczyć swoje śmieszne myśli i skojarzenia na hiszpański, co oczywiście nie zawsze mi wychodziło. Ale jeśli się udawało, czułem się spokojniejszy, bardziej rozluźniony. Szybko się zintegrowaliśmy.
W trudnych warunkach człowiek odkrywa w sobie obszary, których wcześniej nie znał. Dzięki temu doświadczeniu jestem teraz bardziej pewny siebie i gotowy na kolejne wyzwania. Zresztą to nie jest tak, że ja w Polsce mam wszystko podane na tacy. Cały czas muszę udowadniać, że potrafię grać. Pamiętam, jak ogłoszono w mediach, że Kot zagra Religę. Pojawiło się wiele krytycznych głosów – mówiono, że to błąd, że nie pasuję, że się nie nadaję z moim komediowym emploi. Bolały mnie te słowa, ale zadziałały też stymulująco. „A ja wam pokażę, że Kot do roli Religi pasuje dobrze!”. Zagryzłem zęby i starałem się wykonywać swoją robotę najlepiej jak potrafię, choć presja była gigantyczna. W Hiszpanii podobnie: ciśnienie było duże, ale i ambicja, i chęć doskoczenia do poprzeczki też.

Przysłuchujesz się uważnie głosom krytyków?
Ktoś kiedyś powiedział: „Korzystaj z feedbacku, skoro za niego nie płacisz”. Spodobało mi się to powiedzenie. Nie jest to łatwe, ale polecam każdemu. Zawsze jestem ciekawy, co na temat mojej pracy mają do powiedzenia inni, ponieważ taka jest specyfika tej roboty, bez publiczności i jej opinii raczej ten zawód nie istnieje. Nie chodzi o to, że jak ktoś mnie zjedzie, bo coś mu się nie spodobało, to potem nie śpię po nocach, bo przeżywam czyjeś zdanie na swój temat. Znam własne ograniczenia, wiem, że nie zadowolę wszystkich. Natomiast ważne jest dla mnie, że dałem z siebie wszystko, żeby spróbować. Na początku zawodowej drogi przejmowałem się znacznie bardziej, bo zainteresowanie mediów było dla mnie czymś nowym. Z czasem nauczyłem się sobie z nim radzić znacznie lepiej.

Praca na planie filmu nierzadko wiąże się z dłuższą nieobecnością w domu. Jak reagujesz na rozłąkę?
Zawsze towarzyszy mi pewność, że mam dokąd wracać, poza tym za każdym razem dbam o to, żeby te przerwy nie były za długie. Wiem, gdzie znajduje się moja baza.
Pamiętam, jak podczas kręcenia „Zimnej wojny” bywało, że wychodziłem z domu rano, kiedy dzieci jeszcze spały, i wracałem wieczorem, kiedy już spały. Wypracowałem sobie wówczas pewien system. Zawsze po ukończeniu pracy nad filmem nadrabiam czas nieobecności – niezależnie od tego, jakie padają propozycje, biorę wolne. Chcę, żeby moja żona poczuła wtedy życiową swobodę, a ja sam spełniam się w dowożeniu dzieci do szkoły i całej reszcie domowej codzienności.

Potrafisz zrezygnować z ważnego projektu, żeby się tego układu trzymać?
Mam swoje nienaruszalne zasady, na których opieram życie. Jedną z nich jest partnerstwo. Jestem w relacji z moją żoną na równych prawach, a fundamentem tej relacji jest wsparcie, które umożliwia nam wzajemnie rozwijanie się. Ja wiem, że po każdym wyjeździe mam dokąd wracać, a moja żona – że wrócę i zajmę się domem, i wtedy ona może poświęcić się swoim projektom. Dzięki temu zakończyła niedawno zdjęcia do swojego debiutu reżyserskiego pod tytułem „Jeszcze jeden koniec świata”.

Długo się nie widzieliście, kiedy kręciłeś w Hiszpanii?
W czasie zdjęć miałem dwie dwuipółtygodniowe przerwy w zdjęciach – musiałem poczekać, aż urośnie mi broda. Leciałem wtedy do Polski, zdecydowałem się nie wyściubiać nosa poza dom, nie udzielałem się medialnie ani towarzysko. Czerpałem z energii domu, nadrabiałem okres rozdzielenia. Ta rozłąka uświadomiła mi zresztą, jak istotne z punktu widzenia aktora jest negocjowanie kontraktu tak, żeby rodzina mogła się pojawiać na planie. To nie jest fanaberia gwiazd, tylko autentyczna potrzeba. Kiedy widziałem, jak moje dzieci chłoną pobyt w Los Angeles – byliśmy tam razem – wiedziałem, że nie zatracę się w zabieganiu o spotkania z producentami i innymi ważnymi osobami ze świata filmu, tylko znajdę równowagę choćby w organizowaniu im wycieczek po okolicy. Obserwowanie, jak ich to rozwija, ile radości im daje, było bardziej satysfakcjonujące niż sukcesy na gruncie zawodowym. Nie chodzi mi o to, żeby pojeździć sobie po świecie, a potem opowiadać rodzinie, jak było, tylko by zabrać bliskich w podróż ze sobą.

Tomasz Kot z Atheną Strates na plakacie filmu „Wróg doskonały”. (Fot. materiały prasowe)Tomasz Kot z Atheną Strates na plakacie filmu „Wróg doskonały”. (Fot. materiały prasowe)

Podpatrzyłeś przy okazji, czym praca na planie w Hiszpanii różni się od polskich realiów?
Na pewno podobało mi się to, że tam wszystkich traktuje się tak samo – ja byłem tak samo ważny jak oświetleniowiec. Poza reżyserem na czele każdego pionu szefem była kobieta. Sprzęt wykorzystywany przez Hiszpanów jest nowocześniejszy, a większy budżet daje większe możliwości. Pracowaliśmy w trzech różnych krajach przez cztery miesiące. Najwięcej czasu, miesiąc, spędziliśmy na planie w Barcelonie, a dwa tygodnie w Reus, gdzie dosłownie stworzono dla nas centrum konferencyjne i lotnisko. No i hiszpański catering, on również mnie zaskoczył.

Catering?
U nas zasada jest prosta. Jedz szybko i zwolnij miejsce następnemu, masz tylko godzinę wolnego, a do końca dnia jeszcze daleko, więc warto w tej przerwie zmieścić chociaż kwadrans drzemki, co się często udaje. W Hiszpanii organizują wielką godzinną ucztę, podczas której wszyscy są razem do końca. Wrażenie jest takie, jakby jakaś restauracja rozstawiła gigantyczny ogródek, oferując przy tym bardzo duży wybór dań.

Co teraz? Ściągniesz hiszpańską ekipę na premierę do Polski?
Plany były imponujące. Huczne premiery miały się odbyć w Barcelonie, Paryżu, Berlinie i Warszawie, ale pandemia sprowadziła to wszystko do jednego pokazu na festiwalu w Sitges. W obecnej sytuacji zobaczyć swój film w kinie to wielka radość. Nie wiem, jaka będzie sytuacja, ale wyobrażenie o normalnej premierze jest chyba nierealne. 

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Tomasz Kot urodzony w 1977 roku w Legnicy. Był czas, kiedy marzył o karierze artysty malarza, jest absolwentem krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Na dużym ekranie zadebiutował główną rolą w filmie „Skazany na bluesa” (2005) Jana Kidawy-Błońskiego. Ma na koncie między innymi Złote Lwy i Orła za rolę Zbigniewa Religi w filmie „Bogowie” (2014) Łukasza Palkowskiego oraz nominację do Europejskiej Nagrody Filmowej dla najlepszego aktora za rolę w „Zimnej wojnie” (2018) Pawła Pawlikowskiego.



  1. Kultura

Filmy o tańcu – najlepsze produkcje dostępne w Internecie

Kadr z filmu „Czarny łabędź”. (Fot. TASS/Forum)
Kadr z filmu „Czarny łabędź”. (Fot. TASS/Forum)
Taniec często gości na dużym ekranie, stanowiąc główny temat filmu lub niezwykle efektowne tło dla fabuły. Dziś bierzemy pod lupę kultowe filmy o tańcu, dzięki którym z pewnością nabierzecie ochoty na beztroskie pląsy.

”Step Up – Taniec zmysłów”

Tyler (Channing Tatum) to buntowniczy chłopak z nizin, który codziennie balansuje na granicy prawa, a jego największym marzeniem jest wyrwanie się z dołującej rzeczywistości. Z kolei Nora (Jenna Dewan) jest utalentowaną tancerką, dziewczyną z dobrego domu, która uczy się w elitarnej Akademii Muzyki i Tańca. Jedyne, co stoi jej na przeszkodzie to brak odpowiedniego partnera, który wystąpiłby z nią podczas prezentacji dyplomowej. Na skutek kolejnego konfliktu z prawem, Tyler skazany zostaje na prace społeczne w Akademii. Gdy gniewny outsider ujawnia swój talent przed Norą, ta postanawia uczynić go swym partnerem w zbliżającym się przedstawieniu.

Dostępny na: Apple TV

Kadr z filmu „Step Up – Taniec zmysłów”. (Fot. Touchstone Pictures/Entertainment Pictures/Forum)Kadr z filmu „Step Up – Taniec zmysłów”. (Fot. Touchstone Pictures/Entertainment Pictures/Forum)

„Gorączka sobotniej nocy”

W ciągu dnia jest zwykłym sprzedawca z Brooklynu, nocą natomiast zamienia się w niekwestionowanego króla parkietu. Tony Manero (John Travolta) w każdą sobotę zakłada koszulę z szerokim kołnierzem, błyszczące spodnie oraz buty na platformach i udaje się do miejsca, gdzie uważany jest za Boga, a nie zwykłego mężczyznę. W ciemności, z dala od migających świateł i pełnej przepychu zabawy, rozgrywa się jednak pełna rozczarowań, przemocy i smutku historia. Gra Travolty uczyniła z niego hollywoodzką legendę, ale "Gorączka sobotniej nocy" to coś więcej, to film, który wyznaczył trendy ówczesnego pokolenia w muzyce i modzie. To potężna i prowokująca tragedia miejskiego życia, która mimo upływu lat wydaje się wciąż niesamowicie aktualna.

Dostępny na: Apple TV, CHILI

Kadr z filmu „Gorączka sobotniej nocy”. (Fot. BEW Photo)Kadr z filmu „Gorączka sobotniej nocy”. (Fot. BEW Photo)

„Footloose”

Film opowiada historię Rena McCormacka (Kevin Bacon), nastolatka, który wraz z matką przeprowadza się z wielkomiejskiego Chicago do małej teksańskiej miejscowości Bomont. Jak się okazuje, jej społeczność jest niemal całkowicie wyizolowana od tego, co dzieje się w szerokim świecie. Nocne życie mieszkańców ogranicza się do wizyt w lokalnym McDonaldsie, a niemal absolutną władzę dzierży tam pastor Shawn (John Lithgow), który po stracie ukochanego syna doprowadza do wprowadzenia w miasteczku zakazu tańca. Ren próbuje przełamać opór mieszkańców, buntuje się przeciwko zakazom i władzy pastora. Chce przekonać wszystkich, że życie bez odrobiny szaleństwa jest pozbawione sensu.

Dostępny na: Apple TV, CHILI

Kadr z filmu „Footloose”. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)Kadr z filmu „Footloose”. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)

„Zatańcz ze mną”

Prawnik z Chicago John Clark (Richard Gere) wiedzie niemal idealne życie. Ma piękną kochającą żonę (Susan Sarandon), dwójkę wspaniałych dzieci, odnosi imponujące sukcesy zawodowe... A jednak czegoś w tym wzorcowym życiu brakuje. Znużony monotonią dnia codziennego, John postanawia zrobić coś szalonego. Pewnego dnia wracając z pracy, wysiada bez namysłu z pociągu i w tajemnicy zaczyna uczęszczać na lekcje tańca, prowadzone przez młodą instruktorkę (Jennifer Lopez). Ten nagły impuls odmieni całe jego życie. Mężczyzna wkracza w świat pełen nowych emocji, muzyki, przyjaźni i namiętności, i staje przed szansą spełnienia najskrytszych marzeń.

Dostępny na: Netflix, Apple TV, CHILI

Kadr z filmu „Zatańcz ze mną”. (Fot. BEW Photo)Kadr z filmu „Zatańcz ze mną”. (Fot. BEW Photo)

„Czarny łabędź”

„Czarny łabędź” to psychologiczny thriller w reżyserii Darrena Aronofsky'ego ("Zapaśnik") ze zdobywczynią Oscara Natalie Portman w roli głównej. Jej bohaterka, Nina to niesamowicie utalentowana, lecz groźnie niestabilna psychicznie balerina u progu sławy. Doprowadzona do granic wytrzymałości psychicznej i fizycznej przez dyrektora artystycznego (Vincent Cassel) i świadomość zagrożenia, które stanowi jej rywalka (Mila Kunis), Nina zatraca granice pomiędzy fikcją, a rzeczywistością. Wraz z rosnącą presją, obsesje Niny wymykają się spod kontroli przenosząc ją w świat koszmarnych wizji, które zagrażają nie tylko jej psychice, lecz także jej życiu.

Dostępny na: Apple TV, CHILI

Kadr z filmu „Czarny łabędź”. (Fot. TASS/Forum)Kadr z filmu „Czarny łabędź”. (Fot. TASS/Forum)

„Flashdance”

Za dnia 18-letnia Alex (Jennifer Beals) pracuje w hucie w Pittsburgu jako spawaczka, w nocy natomiast dorabia jako tancerka w barze. Jej życie kształtuje wielkie marzenie: kariera primabaleriny. Umacniana jest w tym dążeniu przez przyjaciółkę Hannę (Lilia Skala). Przyjęcie do szkoły baletowej udaje się przy pomocy zakochanego w Alex szefa Hanny (Michael Nouri). Historia ta jest jednak tylko tłem dla fenomenalnych i perfekcyjnie zrealizowanych z punktu widzenia choreografii, techniki i montażu scen tanecznych. Na uwagę zasługuje również znakomita ścieżka dźwiękowa, dzięki której ciężko usiedzieć w miejscu. Nogi same rwą się do tańca!

Dostępny na: Apple TV, CHILI

Kadr z filmu „Flashdance”. (Fot. BEW Photo)Kadr z filmu „Flashdance”. (Fot. BEW Photo)