Marta Waszkiewicz - Najtrudniej żegna się nie ludzi, lecz miejsca. Ten przejmujący film z Willemem Dafoe o stracie i przemijaniu przypomina o czymś, o czym wolimy nie myśleć
00:00
06:49
Lucius od dekad opiekuje się wiedeńskim hotelem – miejscem, które stało się jego całym życiem i drugim domem. Gdy budynek zostaje sprzedany z planami rozbiórki, codzienność mężczyzny wywraca się do góry nogami. Wraz z córką i wiernymi współpracownikami stojący u progu emerytury konsjerż podejmuje jednak desperacką, czasem absurdalną walkę o ocalenie hotelu. Ten wchodzący właśnie na ekrany polskich kin film to pełna uroku czarna komedia w stylu slow cinema, niezwykle melancholijna refleksja nad przemijaniem oraz filmowy hołd dla miejsc, które – z powodów czasem niewytłumaczalnych – kochamy najbardziej.
Od ponad ćwierć wieku ponadczasowy wiedeński Hotel Intercontinental, zaprojektowany przez Carla Appela i otwarty w 1964 r. jako pierwsze tak luksusowe miejsce na mapie Europy, znajduje się pod opieką Luciusa Glanza, oddanego hotelarza (Willem Dafoe). Amerykański menago, którego los wepchnął w samo serce stolicy Austrii, wspierany m.in. przez pogrążoną w kłopotach córkę, czarującą kochankę i lojalną ekipę pracowników pamiętających złoty wiek hotelu, zna każdy zakamarek gmachu jak własną kieszeń i od rana do nocy dogląda każdego aspektu działania instytucji, dbając o najmniejsze szczegóły. Legendarny hotel to bowiem nie tylko jego praca, ale i całe życie, chociaż budynek, niegdyś symbol nowoczesności, dziś wyraźnie zdradza swoje pochodzenie z minionej epoki.
(Fot. materiały prasowe)
Problem w tym, że owe dzieło życia Glanza i jedyny dom, jaki znała jego córka, która pracuje u jego boku i została praktycznie wychowana przez hotelową załogę, ma zostać sprzedany nowemu właścicielowi – pewnemu argentyńskiemu biznesmenowi (w tej roli reżyser filmu Gastón Solnicki), bez reszty zakochanemu w wiedeńskiej perełce już od czasów dzieciństwa, kiedy przyjechał do Austrii ze swoimi rodzicami. Co gorsza, w planach jest również radykalna przebudowa obiektu, więc zburzenie go wydaje się tylko kwestią czasu.
(Fot. materiały prasowe)
„To jest dom, w którym żyję. Teraz znalazłem się w sytuacji, która zmusza mnie do jego opuszczenia” – mówi wręcz zrośnięty z hotelem – zarówno rodzinnie, jak i emocjonalnie – Lucius i wypowiada przybyszowi wojnę, podejmując tym samym nierówną walkę o ocalenie miejsca swojej pracy, które od lat jest jego prawdziwym domem. Jednocześnie desperacko stara się trzymać fason, choć wszystko wokół niego zaczyna tracić dla niego sens. Tym bardziej, że wraz z przyjazdem inwestora do austriackiej stolicy staje się jasne, że w tym historycznym domu nie ma miejsca dla dwóch tak potężnych ego...
(Fot. materiały prasowe)
Doceniony przez krytyków „Ostatni konsjerż” w reżyserii mistrza argentyńskiego kina Gastóna Solnickiego, to zamknięta zaledwie w 78 minutach liryczna opowieść o przemijaniu ludzi i miejsc, konieczności bycia potrzebnym oraz o tym, że zawsze trzeba być gotowym na nowy rozdział w życiu. To także opowieść o domu, pracy i człowieku, który całe swoje „ja” zbudował wokół miejsca, które właśnie przestaje istnieć. Człowieku, który nie godzi się na przemijanie, a teraz musi się pogodzić ze swoją emeryturą.
(Fot. materiały prasowe)
Oryginalny tytuł filmu „The Souffleur” nawiązuje natomiast do popisowego dania szefa hotelowej restauracji – sufletu, który niemal przez cały film nie chce wyrosnąć, co symbolizuje ostatni akt życia hotelu, w którym od lat szwankują piec i rury, z wentylacji wydostaje się zagrzybione powietrze, tapety odchodzą od ścian, a zegary stają w miejscu. Nic więc dziwnego, że obserwowanie rozpadu tego miejsca i egzystencjalnych zmagań jego opiekuna wywołuje u widza smutek, tęsknotę, a nawet żal.
(Fot. materiały prasowe)
Czytaj także: Co daje nam świadomość przemijania? Co to znaczy i jak spokojnie doświadczać przemijalności życia?
Scenariusz składa się jednak tylko z kilku scen, a całość opiera się na przede wszystkim na klimacie i ciekawym koncepcie. To w zasadzie teatr absurdu, równie surrealistyczny, co intrygujący. Pełen specyficznego humoru, anegdotek, historyjek w historyjkach i narracji z offu. Solnicki z niezwykłą precyzją lawiruje natomiast między powagą i ironią, co z jednej strony przywołuje kino Jima Jarmuscha, a z drugiej przypomina ekscentryczną odpowiedź na „Grand Budapest Hotel” Wesa Andersona, która raz atakuje nieoczekiwanym, cynicznym humorem, aby za moment uderzyć chwilą zadumy i melancholii.
(Fot. materiały prasowe)
Wisienką na tym filmowym torcie, a w zasadzie niewyrośniętym suflecie, jest natomiast wykwintna kreacja aktorska wybitnego Willema Dafoe (jak zawsze klasa) – jednego z najciekawszych aktorów charakterystycznych w historii kina – który uwielbia grać w skromnych filmach i nie jest to pierwszy raz, kiedy pojawia się w tak niszowym projekcie. Aktor dodaje bowiem uroku całej historii i błyszczy tu jak nigdy wcześniej (naprawdę trudno oderwać od niego wzrok), a wspaniałe zdjęcia tylko podkreślają jego aktorski talent i wcale nie będę zdziwiona, gdy ten przejmujący portret człowieka targanego sprzecznymi emocjami, który wie, że jego czas się kończy, ale buntuje się i nie zamierza oddawać hotelu nowemu właścicielowi bez walki, zapisze się w historii kina jako kultowy.
(Fot. materiały prasowe)
Czytaj także: 12 filmów „na wyciszenie”, które otulają jak ciepły koc. Idealne na wieczór, gdy masz wszystkiego dość
„Ostatni konsjerż” to zatem zrealizowane z sercem, subtelne i zaskakująco kojące kino, które być może zrazi do siebie niektórych swoją formą i powolnym tempem narracji, ale zdecydowanie warto dać mu szansę, bo seans zupełnie zmienia spojrzenie zarówno na stare i nieco trącące myszką miejsca, jak i ludzi, którzy poświęcili im całe swoje życie.
„Ostatni konsjerż” w kinach od 30 lipca.