Zażartował kiedyś, że wygląda jak typowy chłopak z sąsiedztwa – pod warunkiem, że to sąsiedztwo jakiegoś monumentalnego grobowca. Praktykuje jogę, mieszka na farmie pod Rzymem, chodzi w pokazach Miu Miu i z niezmiennym entuzjazmem gra role, które przesuwają granice – czasem gatunku filmowego, czasem społecznej normy. 70-letni Willem Dafoe jest idolem generacji Z.
„Czy pan myśli, że austriaccy urzędnicy nie mają nic lepszego do roboty niż słuchać Amerykanina czytającego po włosku o zwyczajach latynoamerykańskich ssaków?” – jeśli w filmie pada tak surrealne zdanie, to jest szansa, wysoce realna, że jedną z głównych ról gra tu Willem Dafoe. Cytat pochodzi z „Ostatniego konsjerża”, nowej produkcji z udziałem amerykańskiego aktora, którą w polskich kinach będzie można oglądać od 31 lipca. To utrzymana w niespiesznym tempie refleksyjnego eseju opowieść o strachu przed zmianą. Dafoe gra menedżera hotelu w Wiedniu, który kiedyś wabił tłumy innowacyjnymi usługami, a dziś jawi się jako trochę smutny relikt z minionej epoki. Gdy okazuje się, że nowy właściciel zamierza dokonać rozbiórki, konsjerż rozpoczyna aktywistyczna walkę o miejsce, w którym spędził całe życie. Film Gastona Solnickiego, reżysera z Buenos Aires, jest wręcz perwersyjnie nużący, a estetycznie melancholijne kadry podkreślają niechybną porażkę bohatera, który zaczyna rozważać przeprowadzkę na wieś, gdzieś we Włoszech…
Filozofia? Wolę owce
W krótkim monologu o skromnej hodowli alpak scenariusz „Ostatniego konsjerża” pożycza sobie z życia samego Dafoe, który lata temu wyprowadził się ze Stanów Zjednoczonych i osiadł na dobre na włoskiej prowincji, gdzie wspólnie ze swoją drugą żoną, reżyserką Giadą Colagrande prowadzi niedużą farmę. „W zasadzie jestem wegetarianinem, więc hodujemy te wszystkie zwierzęta dla samej przyjemności płynącej z ich towarzystwa” – mówił w rozmowie z „The Guardian”. „I naiwnie wierzę, że dajemy im dobre życie”. Gdy Mark Ruffalo – grali razem w „Biednych istotach” Yorgosa Lanthimosa – odwiedził Dafoe na farmie i opublikował zdjęcie z alpaką, Instagram oszalał. 1,5 mln polubień, ponad 6 tys. komentarzy. Willem Dafoe mógłby spokojnie zbijać kapitał na zdjęciach z życia na włoskiej wsi, wśród owiec i kurczaków, tyle że niespecjalnie lubi opowiadać o tym, co robi, gdy schodzi z planu. „Pamiętam jeden z pierwszych filmów, w których grałem. Nie znałem zwyczajów hollywoodzkiego studia, byłem przyzwyczajony do towarzystwa z nowojorskiej awangardy. Przyjeżdżałem więc na plan zdjęciowy z przekonaniem, że wszyscy w przerwach między ujęciami rozmawiają o poezji, historii kina i filozofii. A oni gadali o swoich psach, koniach i prywatnych ranczach. Co za nuda! A teraz widzę, że sam zamieniam się w takiego gościa…” – to również z wywiadu dla „The Guardian”. Gdy pytają go jogę, którą praktykuje od czterdziestu lat, też rzuca kilka ogólników i zastrzega, że nie chce pozować na eksperta od asan. Za to bardzo chętnie rozmawia o filmach, w których występuje.
Żadnej roli się nie boi
Grał Van Gogha, Chrystusa i Zielonego Goblina. Wywodzi się z eksperymentalnego teatru, całe lata spędził w zespole wpływowej nowojorskiej Wooster Group, aż wreszcie i kino zaczęło doceniać jego naturalną charyzmę, inteligencję, wolę podejmowania ryzyka i zapał w walce o sukces filmu. Jeśli aktor współpracował kilka razy z tym samym reżyserem, można zakładać, że potrafi się zachować – nie zgrywa gwiazdy, nie wchodzi w konflikty z resztą ekipy, nie kręci nosem, gdy trzeba brać udział w promocji tytułu. Dafoe regularnie pojawia się w filmach Wesa Andersona czy Roberta Eggersa, współpracował z Larsem Von Trierem, a niedawno dołączył do dworu Yorgosa Lanthimosa, który też lubi otaczać się sprawdzonymi nazwiskami. Dafoe zaznacza w wywiadach, że procentuje tu doświadczenie pracy w teatrze, która wymaga zupełnie innego ustawienia priorytetów. Teatr uświadamia, że aktorstwo jest grą zespołową, a nie sportem indywidualnym. Kształtuje zdrowe ego? „Ego sprawia, że chce nam się wstać rano z łóżka i robić rzeczy, potrzebujemy go. Nie można jednak popaść w złudne przekonanie o własnej wyjątkowości” – mówił w tym samym wywiadzie dla „The Guardian”. Z aktorskiego portfolio Willema Dafoe można wyciągnąć jeszcze jeden wniosek. To ten wyjątkowy typ aktora, który nie boi się projektów ryzykownych, wzbudzających dużo ambiwalentnych emocji – jak krytykowana za mizoginię „Nimfomanka” Von Triera czy oprotestowane przez religijnych radykałów „Ostatnie kuszenie Chrystusa” Martina Scorsese. Interesuje go kino transgresywne, mierzące się z tematami tabu. „Gdy zaczynasz, każdy film może ci zrujnować karierę. Dziś mogę częściej ryzykować. Już nie zastanawiam się, kto to w ogóle obejrzy i co ja będę z tego miał” – mówił na łamach „The New York Times”. Ale Dafoe nie obraża się na wysokobudżetowe produkcje, służące przede wszystkim rozrywce, a Zielony Goblin, nieobliczalny złoczyńca z uniwersum Spider-Mana, to jedna z jego najbardziej rozpoznawalnych ról.
Drugie życie twarzy
To ta twarz. Charakterystyczna, ekspresyjna, można z niej robić memy – co internet z lubością czyni, bo kadry z Dafoe są często przerabiane na zabawne obrazki. Gdy Louis Theroux wyciągał mu w swoim podcaście ten żart sprzed lat o aparycji chłopaka, który mieszka po sąsiedzku z mauzoleum, aktor przypomniał sobie anegdotę z nowojorskiego metra. „To było jeszcze w czasach, gdy Nowy Jork wciąż był niebezpiecznym miastem. Jechaliśmy z synem do zoo, gdy do wagonu wsiadło dwóch podejrzanie wyglądających typów. Gapili się na mnie, szeptali, czułem, że nawet obecność dziecka ich nie powstrzyma. Okradną nas, pobiją. Aż usłyszałem, jak jeden rzuca do drugiego: Tak, to na pewno on. Nikt inny nie wygląda jak ten skurczybyk” – wspominał. I dodawał: „Często słyszę, że mam bardzo dynamiczną mimikę, ale prawda jest taka, że moja twarz żyje własnym życiem. Wydaje nam się, że mamy kontrolę nad ekspresją ciała, które spontanicznie manifestuje przeżywane emocje…”. Aktorzy z pokolenia Dafoe nieczęsto zjednują sobie miłość młodej widowni, a on z powodzeniem poszerza strefy wpływu. Najpewniej od premiery „Florida Project”, filmu tak niskobudżetowego, że reżyser Sean Baker ostatnie sceny kręcił iPhonem. Produkcja okazała się przełomową w karierze aktora, który wreszcie został obsadzony na przekór sugestywnej fizjonomii – w roli dobrotliwego, empatycznego zarządcy motelu. „Florida project” przyniosła mu nominację do Oscara i otworzyła parę furtek, bo film przypomniał, że Willem Dafoe jest wszechstronnym aktorem, o złożonej wrażliwości. Dafoe nie byłby też tak wielbiony, gdyby nie jego związki z modą. Od wielu lat przyjaźni się z Miuccią Pradą, chętnie chodzi w pokazach Miu Miu, jest spełnionym snem każdego stylisty czy każdej stylistki, bo nie boi się oryginalnych, zdecydowanych stylizacji. Tak, to prawda, że „nikt inny nie wygląda tak jak ten skurczybyk”.