Robert Choiński - Ariana Grande zamieniła łzy w diamenty. „Petal” to artystyczny triumf i policzek dla tych, którzy ją skreślili
00:00
10:45
„Petal” nie jest próbą tłumaczenia się z plotek ani medialnych kontrowersji. To album, na którym Ariana Grande odzyskuje własny głos i kontrolę nad swoją narracją. A przy okazji udowadnia, że jako autorka, producentka i wokalistka należy dziś do ścisłej czołówki współczesnego popu.
Przez ostatnie lata media bardziej interesowały się jej życiem prywatnym czy wyglądem niż muzyką. Nagłówki portali plotkarskich żyły jej rozwodem, nowym związkiem z Ethanem Slaterem, oskarżeniami o rozbicie małżeństwa, kolejnymi komentarzami na temat jej bardzo szczupłej sylwetki czy spekulacjami dotyczącymi zdrowia. Równolegle Ariana Grande kończyła kilkuletni etap związany z dwiema częściami filmu „Wicked”, a dopiero niedawno ruszyła w długo wyczekiwaną trasę koncertową promującą „Eternal Sunshine” z 2024 roku. Wielu mogło się spodziewać, że po takim okresie artystka postawi na bezpieczny, lekki materiał. Zamiast tego nagrała album, który jest odpowiedzią na niemal wszystko, co w ostatnich latach mówiono o niej w mediach. Tyle że Ariana nie odpowiada wywiadami ani oświadczeniami. Odpowiada muzyką i robi to najlepiej, jak potrafi.
Już na początku warto podkreślić coś, o czym mówi się zdecydowanie za rzadko. Ariana Grande nie jest wyłącznie jedną z najlepszych wokalistek swojego pokolenia. Jest również znakomitą autorką tekstów, kompozytorką i producentką. Na „Petal” jej nazwisko pojawia się praktycznie przy każdym aspekcie tworzenia utworów – od tekstów i kompozycji, przez produkcję, produkcję wokalu i aranżacje, aż po realizację nagrań. Oczywiście współpracuje z innymi twórcami (m.in. Ilya, Max Martin i Davide Rossi), ale skala jej zaangażowania robi ogromne wrażenie. W czasach, gdy wiele największych gwiazd popu nawet nie pisze własnych piosenek, Ariana po raz kolejny udowadnia, że jest artystką z krwi i kości. A „Petal” chyba najmocniej ze wszystkich jej dotychczasowych albumów pokazuje, jak świadomie buduje swoje brzmienie.
Album jest fantastycznie wyprodukowany, pełen chwytliwych melodii, subtelnych aranżacji i dopracowanych wokali. Wszystko brzmi niezwykle lekko, ale pod tą lekkością kryje się imponująca liczba detali. Każdy dźwięk wydaje się przemyślany, a żadna piosenka nie sprawia wrażenia przypadkowej. Ariana od lat słynie z perfekcjonizmu i na „Petal” słychać to właściwie w każdej sekundzie.
(Fot. Katia Temkin)
Największą siłą albumu są jednak teksty. To nie jest zbiór przypadkowych piosenek o miłości. To spójna historia kobiety, która przez lata pozwalała innym opowiadać własne życie za siebie, a teraz odzyskuje nad nim kontrolę. Już otwierające album „Kiss Me” pokazuje kierunek całej płyty.
Grande śpiewa: „Społeczeństwo rozpaczliwie szuka lekarstwa. Empatio, napraw tę rzeczywistość. Wiesz, że nie wierzę, że tu pasuję”.
To wyznanie osoby zagubionej we współczesnym świecie, zmęczonej rzeczywistością pozbawioną empatii i nieustannym poczuciem wyobcowania. To nie tylko krytyka świata, ale również bardzo osobiste przyznanie, że czasem trudno jej odnaleźć w nim swoje miejsce.
Jeszcze mocniej wybrzmiewa to w „Hate That I Made You Love Me”. Ariana śpiewa, że „zamieniła łzy w diamenty”. To piękna metafora przekuwania bólu w sztukę, ale cały utwór jest czymś znacznie więcej. To manifest przeciwko oczekiwaniu, że kobieta – zwłaszcza kobieta sławna – ma odpowiadać za emocje i fantazje innych ludzi. Grande przypomina, że przez lata była nośnikiem cudzych projekcji. Idealizowano ją, oceniano i tworzono wokół niej wyobrażenia, za które nigdy nie powinna ponosić odpowiedzialności. To ludzie sami zdecydowali się ją pokochać, śledzić każdy jej krok i komentować każdą decyzję. Ona nie ma obowiązku spełniać ich oczekiwań.
Kulminacją tej opowieści jest utwór tytułowy. „Petal” jest właściwie rozliczeniem z własnym publicznym wizerunkiem. Ariana śpiewa, że ma dość „malowania wciąż od nowa obrazów życia, które wcale nie jest jej” i „przymierzania kolejnych chłopaków, jakby byli ubraniami”. Trudno o bardziej dosadny komentarz do tego, jak przez lata media sprowadzały jej tożsamość niemal wyłącznie do kolejnych związków i tabloidowych historii. Jednocześnie nie robi z siebie ofiary. Wręcz przeciwnie, przyznaje, że ma świadomość swojego sukcesu i uprzywilejowanej pozycji. Nie szuka współczucia. Chce jedynie żyć na własnych zasadach.
Symboliczny wydaje się również wers: „Bo wszystkie moje ulubione historie kończą się jakąś katastrofą. Ale nie potrzebuję nikogo, kto mnie uratuje. Bo ta muzyka i ja nigdy nie umrzemy”. To właściwie manifest całego albumu.
Jeśli jednak miałbym wskazać utwór, który poruszył mnie najbardziej, byłoby to „Stay”. Przede wszystkim dlatego, że Ariana daje tu prawdopodobnie jeden z najlepszych wokalnych popisów w swojej karierze. Jej głos dosłownie unosi tę piosenkę. Ale równie piękny jest tekst. „Mam związane ręce, trudno do mnie dotrzeć, ale… nie chcę być kolejnym doświadczeniem, które ma cię czegoś nauczyć”. To niezwykle dojrzała refleksja o relacjach. Po wielu trudnych doświadczeniach Grande nie marzy już o wielkich romantycznych gestach. Marzy o bezpieczeństwie. O kimś, przy kim nie będzie musiała się bać i nie będzie kolejną osobą odpowiedzialną za uzdrawianie cudzych ran. To chyba najbardziej dojrzały motyw, jaki pojawił się dotąd w jej twórczości.
Równie mocne emocje wywołuje „Oh Well”. To rozliczenie z toksycznymi relacjami i jednocześnie jedna z najbardziej wyzwalających piosenek na albumie. Ariana przyznaje, że przez lata próbowała zagłuszać własne rany, szukając w partnerach czegoś, czego nikt nie był w stanie jej dać. Ostatecznie dochodzi jednak do prostego, ale bardzo ważnego wniosku, że zdrowa relacja nie rodzi się z obsesji ani potrzeby wzajemnego naprawiania. Ariana w końcu zdała sobie sprawę z tego, że prawdziwe uzdrowienie zaczyna się wtedy, gdy przestajemy oczekiwać, że ktoś inny wypełni nasze braki.
Na drugim biegunie znajduje się „Big Feelings” – najbardziej odważny i seksualny utwór na całym albumie. Ariana bawi się symboliką kobiecej seksualności i odwraca klasyczny popowy schemat, w którym to mężczyzna jest zdobywcą. To ona przejmuje kontrolę nad narracją. Jednocześnie pod warstwą erotyki wciąż kryje się coś więcej. Tytułowe „wielkie uczucia” można rozumieć zarówno jako namiętność, jak i zakochanie czy emocjonalną bliskość. Dzięki temu utwór nie staje się prowokacją dla samej prowokacji.
(Fot. Katia Temkin)
Jedynym momentem, w którym album delikatnie zwalnia, jest balladowe „Freak”. To chyba najmniej wyrazisty utwór na płycie. Nie jest zły, ale po prostu nie zostawia po sobie równie silnych emocji jak większość materiału. Szkoda, bo tekst o marzeniu, by w końcu przestać spełniać cudze fantazje i po prostu być sobą, należy do ciekawszych na albumie. Muzycznie jednak ta piosenka nie wykorzystuje swojego potencjału. Podobne odczucia mam wobec „Never get over me”, które również wypada nieco blado na tle reszty.
Bardzo ciekawym momentem jest też krótkie „Warning Signs” (Interlude), w którym Ariana praktycznie wykrzykuje: „Chciałabym, żeby ktoś w końcu mnie usłyszał”.
To zaledwie interludium, ale chyba najbardziej gorzki fragment całej płyty. Opowiada o relacjach, w których druga osoba pojawia się tylko wtedy, gdy czegoś potrzebuje, jednocześnie czerpiąc z jej emocji, bólu i twórczości.
W „Like I Do” Grande wraca do relacji z mediami, hejterami i fanami. Z ogromną pewnością siebie śpiewa: „Noszę wysokie obcasy, ale trzymam ego w ryzach. A mimo to wciąż jestem Grande”. Jest w tym autoironia, ale też świadomość własnej pozycji. Jeszcze mocniej wybrzmiewa to w słowach: „To seksowne, jak bardzo chcecie mnie oglądać”. Ariana doskonale wie, że od lat zawładnęła wyobraźnią milionów ludzi. I po raz pierwszy nie próbuje z tym walczyć.
Muzycznym zaskoczeniem albumu jest „Bad Thing (Bunny Hop)”. Ariana do tej pory raczej nie sięgała po tak szybkie, gitarowe, momentami wręcz pop-rockowe brzmienia. To odświeżający moment na płycie. Wszystko wskazuje również na to, że utwór opowiada o ponownym zakochaniu się w kimś z przeszłości i daniu dawnej relacji drugiej szansy. Spekuluje się, że utwór został napisany z myślą o o jej byłym (obecnym?) chłopaku Rickym Alvarezie. To jedna z najbardziej ciepłych i pełnych nadziei piosenek na albumie.
Całość zamyka przepiękne „Nowhere, Nobody”, czyli epilog całej historii. Po wszystkich piosenkach o sławie, lęku i potrzebie kontroli Ariana dochodzi do miejsca, w którym przestaje walczyć.
Śpiewa: „Nie obchodzi mnie jutro. Kocham cię teraz”.
Nie wierzy już w idealne zakończenia ani życie pozbawione lęku, ale odkrywa, że nie musi znać przyszłości, żeby pozwolić sobie kochać. Zamiast próbować kontrolować wszystko wokół, wybiera obecność. Tu i teraz. To niezwykle spokojne, piękne zakończenie albumu, który jest przede wszystkim historią o odzyskiwaniu siebie.
„Petal” nie jest płytą, na której Ariana Grande próbuje przekonać kogokolwiek do swojej racji. Nie tłumaczy się z decyzji, nie rozlicza hejterów i nie szuka współczucia. Robi coś znacznie ciekawszego. Opowiada własną historię na własnych zasadach. A przy okazji nagrywa prawdopodobnie najbardziej dopracowany, najbardziej szczery i najbardziej dojrzały album w swojej karierze.
5/5
Okładka albumu Ariany Grande – „Petal” (Fot. mat. prasowe Universal Music Polska)