Tytuł książki „Wszystko jest OK” brzmi jak obietnica spokoju, a jednocześnie jak ironia. Co sprawiło, że zdecydowałaś się opowiedzieć tak intymną historię?
Tytuł książki jest parafrazą głośnego sloganu „Aborcja jest OK”. Ja idę dalej: wszystko jest OK. Każda decyzja podjęta w zgodzie ze sobą, z własnym sumieniem jest OK. Choć można również odczytać ten tytuł ironicznie, bo przecież nie wszystko, co nam się przydarza, jest OK. Decyzję o upublicznieniu osobistej historii podjęłam, gdy w mediach zaczęły pojawiać się informacje o kobietach, które w konsekwencji obowiązującej ustawy poniosły najwyższą cenę - straciły życie. Uznałam, że moja historia może pomóc kobietom zrozumieć, jakie mają prawa. I tym samym ustrzec je przed niepotrzebnym cierpieniem.
Opisujesz poronienie, porody i aborcję, jako doświadczenie jednej kobiety. Który moment był najtrudniejszy do opisania?
Poronienie pierwszej ciąży i przemoc szpitalna, która temu towarzyszyła, były dla mnie bardzo trudne, spowodowały traumę i wywołały pourazowy stres. Taki sam, jaki odczuwają ofiary wypadków, gwałtu, czy żołnierze w czasie wojny. Na wiele lat odsunęłam od siebie te wspomnienia, przez co powrót do nich nie był prosty. Jednak dużo trudniejsze okazało się znalezienie słów do nazwania i opisania doświadczenia aborcji. Zwłaszcza, że zostałam wychowana w systemie, który stygmatyzuje kobiety decydujące się na zakończenie własnej ciąży. Szukanie odpowiednich fraz, bez oceniania, wykluczania i demonizowania było długim i żmudnym procesem. Ale bardzo potrzebnym. Postawiłam na fakty a nie opinie, wybrałam prawdę zamiast dogmatów, ponieważ wierzę, że o poronieniu i aborcji możemy rozmawiać bez poczucia winy, wstydu i osądzania.
Piszesz o traumie szpitalnej i poczuciu odczłowieczenia. Czego twoim zdaniem zabrakło najbardziej: empatii, rozmowy, wyboru?
Polski system opieki zdrowotnej stawia pacjenta w nierównej relacji z lekarzem. Zwłaszcza kobietę. Jesteśmy traktowane z góry, często bezosobowo i bez szacunku. Co więcej, w naszym społeczeństwie nadal panuje przyzwolenie na przekroczenia ze strony lekarzy, bo przecież „pan doktor wie lepiej”. Z perspektywy czasu uważam, że zabrakło empatii, życzliwego, ludzkiego podejścia. Szacunku do drugiego człowieka, jego ciała i emocji. Zabrakło też podstawowych informacji, co przełożyło się na odebranie mi prawa do samostanowienia. Prawa wyboru.
"Boję się rzucić choćby snop światła na swoje wnętrze, na to, co się dzieje w środku" – piszesz. Czego obawiałaś się najbardziej w tej trudnej sytuacji?
Obawiałam się niezrozumienia i krytyki. Oraz tego, że nie udźwignę własnego cierpienia. Przytoczony cytat opisuje czas po poronieniu, gdy to, co czułam nie współgrało z tym, co mówiła mi rodzina i znajomi. Często słyszałam, w odniesieniu do poronienia i do przemocy szpitalnej, że nic się nie stało, że przesadzam, że inni mają gorzej. Podczas gdy miałam pewność, że stało się aż nadto. Taka narracja nie pomaga. To prosta droga do umniejszenia i unieważnienia własnych uczuć, po czym jeszcze trudniej się pozbierać i wrócić do siebie.
Sporo miejsca w książce poświęcasz macierzyństwu. Co twoim zdaniem definiuje narodziny matki? Który moment jest początkiem matczynej relacji?
Narodziny matki definiuje wolna wola. Cytując fragment książki: „W głowie kobiety, która chce zostać matką, dziecko pojawia się wraz z dwiema kreskami na teście ciążowym. Wszystko zależy od chcenia lub niechcenia, od nastawienia, od czegoś, co wychodzi z naszych najgłębszych trzewi, z samego środka naszego jestestwa.”
Twoja książka dotyka tematów wciąż budzących w Polsce ogromne emocje i lęk. Z jakim uczuciem chciałabyś zostawić kobiety, które odnajdą w tej książce siebie?
Chciałabym wzmocnić w kobietach poczucie sprawczości. Przywrócić im siłę, godność. Chciałabym, by rozumiały swoje prawa i świadomie podejmowały decyzje. Te dotyczące ciała i ducha, życia i zdrowia. Prokreacji. Książki mają niezwykłą moc. Pokazują nam, że jest gdzieś na świecie choćby jedna osoba, która czuje, myśli i doświadcza tego samego. A świadomość, że nie jesteśmy sami, pomaga nam podejmować decyzje w zgodzie sobą. Skoro ona tak mogła, to ja też. Skoro jej się udało, to mi też. Z tym chciałabym zostawić moje czytelniczki – z absolutną pewnością, że nie są same.