Ewa: Wiek średni – co to znaczy?
Robert: Cofnijmy się do 1965 roku. Wtedy to Elliott Jaques – kanadyjski lekarz, psychoanalityk i badacz – wprowadził pojęcie kryzysu wieku średniego. Termin ten szybko wszedł do języka psychologii i kultury popularnej, a z czasem zaczął być łączony także z procesami biologicznymi takimi jak menopauza u kobiet czy andropauza u mężczyzn. Jaques wskazywał okolice czterdziestego roku życia jako moment szczególny, związany z konfrontacją z własną ograniczonością i przemijaniem. Dziś wiek średni ujmuje się zwykle szerzej, a kryzysy z nim związane nie zaczynają się dopiero w jego połowie.
Ewa: Tylko kiedy?
Robert: Erik Erikson, twórca teorii rozwoju psychospołecznego, opisywał kryzysy jako naturalne rozwojowe napięcia wpisane w kolejne etapy naszego funkcjonowania. Jeśli spojrzymy na życie całościowo, zobaczymy, że każda jego faza niesie inne wyzwania i inny rodzaj destabilizacji. We wczesnej dorosłości częściej chodzi o pytania o tożsamość, wybór drogi i wejście w samodzielność, w połowie życia – o bilans, sens i przemijanie, a w późniejszym wieku – o utratę ról, zależność czy samotność. Taki sposób myślenia dobrze wpisuje się w perspektywę rozwoju przez całe życie.
Dlatego kryzys wieku średniego wcale nie musi być najważniejszy. Jest najbardziej rozpoznawalny kulturowo, ale niejedyny i nie zawsze najcięższy. Badania pokazują, że także wczesna dorosłość może być okresem silnego napięcia, związanego z niestabilnością, presją wyborów i wchodzeniem w dojrzałe role. Innymi słowy: środek życia nie ma monopolu na kryzys, bo każdy etap życia ma swój własny.
Ewa: No proszę, to w pewnym sensie wywraca do góry nogami klasyczne myślenie o kryzysie wieku średniego.
Robert: W środku życia rzeczywiście pojawiają się pytania charakterystyczne dla tego etapu. Są to m. in. przygnębienie, niezadowolenie, złość, poczucie samotności, zauroczenie inną osobą czy pragnienie ucieczki od codzienności i odpowiedzialności. Ale przecież takie uczucia mogą pojawić się w każdym wieku.
Ewa: Skoro więc kryzysy nie są zarezerwowane dla połowy życia, to czy są jakieś momenty, które szczególnie sprzyjają takiemu zachwianiu?
Robert: Dwudziesty piąty rok życia to dla wielu osób pierwszy poważny próg rozwojowy. Kończy się czas względnego zawieszenia, a zaczyna konfrontacja z dorosłością: pracą, samodzielnością, odpowiedzialnością i koniecznością podejmowania decyzji, które mają realne konsekwencje. To moment, w którym wiele osób po raz pierwszy naprawdę zderza się z pytaniem, kim jest i jak chce żyć.
Katarzyna: W okresie edukacji mamy dość wyraźną wizję własnej przyszłości. Jeśli studiujemy, wiemy np. , co będzie jutro i w następnym roku. Istnieje pewna ciągłość wydarzeń. Jednak wraz z końcem nauki człowiek spostrzega, że ma przed sobą życie, z którym powinien coś zrobić. Mnogość możliwości, które się przed nim otwierają, wolność czy przymus wyborów, a przede wszystkim odpowiedzialność bywają przytłaczające.
Ewa: Do tego dochodzi niepewność: czy znajdę pracę, czy się utrzymam, czy osoba, z którą jestem, to ta właściwa – albo kiedy i czy w ogóle spotkam miłość.
Katarzyna: Właśnie ta wielka niewiadoma dla niektórych osób jest bardzo trudna.
Ewa: Co z czasem po sześćdziesiątych piątych urodzinach?
Robert: W tym okresie życia pojawia się realne spotkanie z tematem śmierci, a właściwie z jej nieuchronnością. Wcześniej często żyjemy iluzją, że mamy na tym świecie nieskończoną ilość czasu. Jedna z moich pacjentek użyła bardzo obrazowej metafory – to jest moment, w którym już widać horyzont.
Katarzyna: Wielu autorów, m. in. Irvin Yalom, zwraca uwagę, że pewne straty i doświadczenia życiowe uruchamiają w nas lęk przed śmiercią. To, co potocznie nazywamy kryzysem wieku średniego, często jest właśnie momentem uświadomienia sobie własnej śmiertelności. Bywa to poruszające, czasem przerażające i często wywołuje kryzys.
Gdy jesteśmy młodzi, jak powiedział Robert, wydaje nam się, że jesteśmy nieśmiertelni. Temat umierania wraca do nas dopiero wtedy, gdy zaczynamy konfrontować się z żegnaniem rodziców i bliskich osób: spotykamy się ze śmiercią nie jako incydentalnym zdarzeniem, ale jako czymś, co staje się wokół nas obecne. Do tego dochodzą inne straty, np. wyprowadzka dzieci z domu, czasem rozwód, utrata pracy, zmiana statusu zawodowego. Po śmierci rodziców, jak powiedziała jedna osoba u mnie w gabinecie, uświadamiamy sobie, że my jesteśmy następni.
Robert: Zauważcie, że dwudziesty piąty rok życia to moment wejścia na rynek pracy, a sześćdziesiąty piąty zazwyczaj zejścia z niego.
Ewa: Racja. Natomiast kryzys wieku średniego – jeśli już posługujemy się tym popularnym określeniem – wyobrażam sobie również jako moment zderzenia się z rzeczywistością, kiedy dociera do nas, że część naszych marzeń już się raczej nie spełni, a życie potoczyło się inaczej, niż sobie wyobrażaliśmy.
Katarzyna: Jest to moment uświadomienia sobie, że w niektórych obszarach życia pewne drzwi są już zamknięte. Dopiero później zauważamy, że inne zaczynają się otwierać.
Robert: W tym czasie zaczynają też pojawiać się wątpliwości i pytania: „Co tak naprawdę sprawia mi przyjemność?”, „Gdzie jest sens tego, co robię?”, „Jaki mam teraz cel w życiu?”, „Czy poza zabezpieczeniem podstawowych potrzeb jest jeszcze coś, co mnie cieszy i nadaje sens mojej codzienności?”.
Katarzyna: Wychowanie dzieci, zbudowanie domu, spłacenie kredytu, zaangażowanie się w różne aktywności – to wszystko przez lata nadaje naszemu życiu kierunek. Kryzys wieku średniego pojawia się zwykle w chwili, gdy te zobowiązania zostają w dużej mierze wypełnione. Nagle okazuje się, że to, co przez lata porządkowało nasze życie, jest już „odhaczone”. Próbujemy znaleźć coś nowego, jednak niewiele jest już przed nami zadań, których się od nas społecznie oczekuje – chyba że koncentrujemy się na opiece nad wnukami czy starzejącymi się rodzicami.
Robert: Wiek średni to przede wszystkim moment bilansu: zatrzymujemy się, podsumowujemy to, co się wydarzyło, i zadajemy sobie pytanie, co teraz ma naszemu życiu nadawać wartość.
Katarzyna: Bardziej niż o kryzysie wieku średniego mówiłabym o kryzysie etapu rozwojowego, bo, jak powiedzieliśmy, ludzkie życie składa się właśnie z różnych faz, które mogą być dla nas trudne.
Ewa: Jeden z moich znajomych powiedział mi, że po pięćdziesiątych urodzinach dotarło do niego, że już się w życiu „nie dorobi”. Od dwudziestu lat pracuje w jednym miejscu – jest urzędnikiem – i nagle poczuł, że jego marzenia o sportowym samochodzie oraz pięknym domu pod lasem się nie spełnią. Pomyślałam wtedy: A dlaczego? Przecież może mieć przed sobą nawet kilkadziesiąt lat życia! Jak pomóc takiej osobie, aby nie traktowała tego momentu jako punktu bez powrotu?
Katarzyna: Mając dwadzieścia czy trzydzieści lat myślimy, że sportowy samochód i dom pod lasem dadzą nam szczęście, a często to iluzja. Czasami pary mówią: „Gnieździmy się tyle lat na czterdziestu metrach w bloku, gdy wreszcie przeprowadzimy się do domu, wszystko się ułoży” – po czym wprowadzają się do niego… a w ciągu roku dochodzi do rozwodu.
Robert: Sportowy samochód czy piękny dom pod lasem są typowymi symbolami sukcesu, które mają przede wszystkim… imponować innym. W poprzednim rozdziale, w którym rozmawialiśmy o pieniądzach, zwracaliśmy uwagę na myślenie życzeniowe w rodzaju „Gdybym był bogaty/gdybym była bogata, to…”. Wtedy łatwo jest przegapić to, co dzieje się tu i teraz, i nie potrafić się cieszyć tym, co się ma.
Można przez lata funkcjonować w narracji deficytu: skupiać się na tym, czego nam brakuje, powtarzając niczym mantrę, że „jak już będę miał/miała”, „jak zdobędę/zarobię”, „jak dojdę tam i tam” – to dopiero wtedy zacznie się życie. A lepiej spróbować przejść na narrację potencjału, tzn. zobaczyć, co jest możliwe na danym etapie. Bo można być szczęśliwym w kawalerce i nieszczęśliwym w pałacu.
Katarzyna: Prawdziwy przełom – bez względu na wiek – pojawia się wtedy, gdy uświadamiamy sobie, że to, o czym kiedyś marzyliśmy, w dużej mierze było fantazją. Wtedy pojawia się konkluzja, że może nie dojdziemy już do dużych pieniędzy, ale być może nigdy nam na nich tak bardzo nie zależało – bo gdyby to był główny cel, bralibyśmy więcej pracy, podporządkowalibyśmy temu wszystko itp. To moment, w którym zamiast rozpaczać po wyidealizowanym obrazie życia, można spróbować zrozumieć własne wybory i zobaczyć, że one też mogą prowadzić do spełnionego życia.
Robert: Pojawia się pewien rodzaj dojrzałości i urealnienia marzeń oraz oczekiwań wobec samego siebie.
Katarzyna: Stąd tytuł naszej książki – Całe szczęście to kryzys. Urealnienie, o którym mówi Robert, bywa właśnie takim momentem kryzysowym, wymagającym czasu, przejścia przez rozczarowanie, ale też zmiany priorytetów. Odkrywamy wtedy, że coś, co przez lata wydawało się naszym celem, było w gruncie rzeczy fantazją lub społecznym wyobrażeniem sukcesu. Pamiętajmy, że z wiekiem zmieniają się też nasze siły i potrzeby, co czasem pomaga nam w odpuszczaniu.