Filip Springer: Południe na Północy

Filip Springer: Smutek na Gocławiu

Nie wiem czy byłem na Południu. Najdalej dojechałem do Armenii. Czyli nie, że jakoś bardzo daleko. Nigdy mnie tam nie ciągnęło. Nie lubię upału i tłumu. A tam się tego nie da uniknąć (tak czytałem, tak sobie to przeczytane zostawiłem w głowie, z lenistwa postanowiłem nie weryfikować). Dlatego tam nie jeżdżę. To się miało nie zmienić.
Khor Virac to już było dla mnie za dużo. Jak jakaś zakaukaska Etiopia. Rano przyszedł śniady chłopak, oparł się o drzewo i po prostu patrzył. Stał niemal w wejściu namiotu, jego obecność mnie męczyła. Tak jak tych dwóch pozostałych – Armana i taksiarza, którego imienia nie umiałem wymówić. Przyszli jeszcze wieczorem, pili piwo, palili papierosy i po prostu patrzyli. Nie byli groźni. Nie chcieli jeść. Nie rozumieli, że skoro jedzenia wyszło za dużo, to się je po kolacji wyrzuca. Nie ogarniałem tej ich nieustannej obecności. Niby bankomaty, lodówki z coca -colą, komórki i drogie fury na drogach, a to wszystko w Khor Virac było jak w środkowej Afryce, tyle, że mieli buty. Jeszcze ten upał, sucha ziemia i wypalona trawa.

Chyba tam do mnie dotarło, że nie chcę jechać już dalej, że mnie to nie interesuje. Albo może i trochę interesuje, ale zbyt by to było męczące, by mi się chciało. Miałem potem jakieś takie propozycje, miałem jechać do Caracas na kilka tygodni, fotografować jakiś Irak czy coś z tych rzeczy. Jakoś odmawiałem, a znajomi pukali się w głowę. „Bo przecież każdy chciałby zobaczyć Caracas” – mówili. Ale ja nie chciałem.

A potem Andrzej Muszyński napisał „Południe”. Jakby zrobić listę krajów, które znalazły się w tej książce, to żaden mnie nie obchodzi bardziej niż to, co o nim piszą w BBC albo w Guardianie. Jakoś nie mam potrzeby ich oglądania. Ale wszyscy mówili, że „Południe” to jest coś dobrego, więc postanowiłem przeczytać. Otworzyłem na pierwszej stronie i po kilkunastu godzinach zamknąłem na ostatniej. Wsiąkłem, wpadłem, przenicowała mnie ta książka, wywróciła na lewą stronę, zostawiła z niedosytem. Bo chciałbym jeszcze, ale już nie ma. Trzeba czekać na następną.

Nie jestem recenzentem, nie będę pisał, w czym tkwi cały kunszt Muszyńskiego, w czym tkwi wspaniałość tej książki. Nie lubię wychodzić ze swoich butów. Dla mnie „Południe” to była przede wszystkim lekcja pokory. Po jej przeczytaniu mam znów ochotę pojechać do Khor Virac, rozbić namiot na tym zaśmieconym parkingu i przemyśleć wszystko jeszcze raz. I może potem, rano, obudzić się i ruszyć dalej. I zupełnie nie na północ.

Może się tym południem rozczaruję, bo sprawdzą się wszystkie moje obawy, ale znów mi się chce to sprawdzić. Nie wszystkie książki mają taką moc.