Za nami 68. ceremonia wręczenia Oscarów. Wieczór, który dla jednych był spełnieniem marzeń, dla innych okazał się bolesnym rozczarowaniem. Kto w tym roku musiał opuścić Dolby Theatre z niczym, mimo że miał wszelkie powody, żeby liczyć na więcej?
Dziś w nocy poznaliśmy kolejnych laureatów najważniejszych i najbardziej prestiżowych nagród w przemyśle filmowym. Powodów do świętowania nie zabrakło twórcom filmu „Jedna bitwa po drugiej”, „Frankenstein” i „Grzesznicy”, które obsypano deszczem statuetek. Nie obyło się jednak bez rozczarowań, bo gala Oscarów to także wieczór niespełnionych nadziei. Dla niektórych filmów 68. ceremonia zakończyła się tak, jak zaczęła – bez upragnionej nagrody, mimo że wszystko zdawało się im sprzyjać.
Największą porażką tegorocznych Oscarów okazał się „Wielki Marty”, komediodramat z Timothéem Chalametem w roli głównej. Film od premiery zbierał entuzjastyczne recenzje, a krytycy zgodnie wróżyli mu oscarowy triumf. Tymczasem mimo dziewięciu nominacji ani jedna statuetka nie trafiła w ręce jego twórców.
Dla samego Chalameta był to wieczór wyjątkowo bolesny. Trzecia nominacja w kategorii najlepszy aktor – i po raz trzeci musiał bić brawo komuś innemu. Tym razem laureatem Oscara został Michael B. Jordan. Brytyjski „Daily Mail” nie owijał w bawełnę, pisząc, że Timothée został „brutalnie zlekceważony”. Niewykluczone, że przyczynił się do tego ostatni wywiad aktora, w którym niepochlebnie wypowiedział się on na temat opery i baletu. Oczywiście prowadzący galę Conan O’Brien nie przepuścił okazji, by rzucić na ten temat kąśliwy żart.
Czytaj także: Najostrzejsze żarty Conana O’Briena na Oscarach 2026
Dziewięć nominacji i jedna statuetka – to bilans „Wartości sentymentalnej”, norweskiego dramatu rodzinnego w reżyserii Joachima Triera, który opowiada o dwóch siostrach i ich skomplikowanej relacji z powracającym do ich życia ojcem. Film przez całą oscarową kampanię był uznawany za poważnego kandydata w kilku kategoriach, a jego subtelna, emocjonalna narracja zjednała mu rzeszę wielbicieli na całym świecie. Ostatecznie jednak Akademia doceniła go jedynie w kategorii „najlepszy film międzynarodowy”. To zaszczytne wyróżnienie, ale biorąc pod uwagę oczekiwania – odczuwalne rozczarowanie.
Nominowany w ośmiu kategoriach „Hamnet” – adaptacja głośnej powieści Maggie O’Farrell o synu Williama Szekspira i żałobie, która naznaczyła całą rodzinę – mógł cieszyć się tylko z jednego wyróżnienia. Jessie Buckley zabrała do domu Oscara dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej, a jej kreacja rzeczywiście należała do najbardziej poruszających w tym sezonie. Reszta ekipy wróciła z pustymi rękami.
Szczególny niesmak zostawia nieobecność na liście laureatów Małgosi Turzańskiej, nominowanej za kostiumy. Polska projektantka była wyjątkowo wyczekiwaną kandydatką – jej praca przy „Hamnecie” zachwyciła zarówno widzów, jak i branżowych ekspertów. Oscar trafił jednak na konto „Frankensteina”.
Do grona tegorocznych przegranych dołączyły też trzy tytuły, które na starcie miały po cztery nominacje. „Sny o pociągach”, „Bugonia” i „Tajny agent” – trzy zupełnie różne produkcje, które tej nocy połączył wspólny mianownik: na konto żadnej z nich nie trafiła statuetka.
Czytaj także: 7 najciekawszych momentów z Oscarów 2026: „Get away from him, you b*tch!” [filmiki]
Patrząc na tę listę, najłatwiej byłoby mówić o przegranych. Ale w przypadku Oscarów taka narracja bywa bardzo myląca. Sama nominacja jest przecież ogromnym osiągnięciem – znakiem, że dany film został dostrzeżony i doceniony przez Akademię wśród setek produkcji z całego świata. Niezależnie od tego, czy chodzi o role aktorskie, kostiumy, muzykę czy scenariusz. Dlatego tegoroczni nominowani – nawet ci wracający do domu z pustymi rękami – mają pełne prawo do świętowania. Bo w oscarowej rzeczywistości już samo znalezienie się w tym gronie to bezapelacyjny powód do dumy.