Ida Marszałek - Po „Tego lata stałam się piękna” i „Off Campus” czas na kolejną obsesję. Ten serial Prime Video opowiada o nastoletnich relacjach z zaskakującą autentycznością
00:00
08:28
Chociaż w „Sterling Point” nie zabrakło ani ogranych tropów, ani trójkąta miłosnego, ani sporej dawki dramy, ani dorosłych zachowujących się jak dzieci, nowy serial Prime Video przyciąga zwłaszcza odświeżającym podejściem do siostrzeństwa. Dziewczyńskość pokazana jest tutaj w pełnej krasie, bez unikania trudnych emocji i nieodzownych konfliktów, bez pudrowania na różowo. To także pierwsza od dawna streamingowa produkcja, w którym nastolatki naprawdę ze sobą rozmawiają.
Przyszłam po dramę, zostałam dla dziewczyn. Platforma Prime Video wyspecjalizowała się w treściach coming of age, więc w poszukiwaniu kolejnego serialu guilty pleasure, który zapełni pustkę po zeszłorocznym rytuale cotygodniowych seansów „Tego lata stałam się piękna”, udałam się właśnie tam. „Sterling Point” był idealną odpowiedzią na wszystkie moje potrzeby: piękni ludzie, równie piękne stylówki, wakacyjny romans, dom na wodą. Ale produkcja, po której nie spodziewałabym się niczego poza rozrywką, wzięła mnie z zaskoczenia.
Kadr z serialu „Sterling Point” (Fot. materiały prasowe)
Najnowszy serial Amazona to historia 17-letniej Annie (Ella Rubin znana z „Na samą myśl o Tobie”), adoptowanej jako niemowlę wraz ze swoim bratem bliźniakiem, Connorem (Keen Ruffalo), przez dobrze sytuowaną nowojorską parę. Niedługo po otrzymaniu praw do opieki przybrana mama umiera, a rodzeństwo jest wychowywane przez samotnego ojca (Jay Duplass), w izolacji od reszty rodziny. W lato przed osiemnastymi urodzinami do nastolatków dociera wieść o śmierci dziadka, którego nigdy nie poznali oraz o nieoczekiwanym spadku. Annie wraz Connorem mają odziedziczyć mała wyspę w Kanadzie, a w testamencie wymieniona zostaje jeszcze trzecia, nieznana im osoba. Dziewczyna postanawia pojechać do domu dziadka i dowiedzieć się prawdy o przeszłości swoich rodziców. Na wyspie poznaje swoją przyszywaną siostrę Ramonę (Amélie Hoeferle), która także nie miała pojęcia o jej istnieniu. Kanadyjskie odludzie kryje jednak znacznie więcej tajemnic.
Pierwszym zaskoczeniem były zdjęcia. W taśmowych produkcjach dla nastolatków łatwo iść pod tym względem na łatwiznę. Nie oszukujmy się, nikt nie ogląda ich ze względu na artystyczne doznania. Tymczasem estetycznej wrażliwości operatorek, Kristen Correll i Ante Cheng, ciężko było nie docenić. Kadry opowiadały o bohaterach często lepiej niż słowa. Surowe portrety były niespieszne, pozwalały trwać i wybrzmieć poszczególnym emocjom. Autorkom zdjęć udało się oddać nieznośną lekkość okresu dojrzewania. Ella Rubin jako Annie, Amélie Hoeferle jako Ramona, Bo Bragason jako ich przyjaciółka Oona prawdopodobnie już nigdy nie będą tak eteryczne. Poza tym fikcyjne miasteczko Sterling Point, a tak naprawdę region jezior Muskoka Lakes, był wizualnym samograjem, urodą zdecydowanie przewyższającym Cousins Beach.
Kadr z serialu „Sterling Point” (Fot. materiały prasowe)
Jako drugie, urzekły mnie dialogi. „Gdy brałam udział w wielu różnych projektach nie zawsze czułam, że były one autentyczne w stosunku do tego, jak naprawdę przeżywałam swoją młodość, ani jak obserwowałam, że przeżywają ją moi rówieśnicy” – powiedziała w jednym z wywiadów twórczyni serialu, Megan Park, dawniej aktorka i piosenkarka. Jej produkcja miała być inna. Zależało jej, żeby bohaterowie mówili autentycznym językiem, a sceny przebiegały naturalne. I tak, neurotyczna Annie często wpada w słowotok, milcząca Ramona odpowiada półsłówkami, Connor posługuje się nonszalancką gadką bananowego dzieciaka, Rory (Daniel Quinn Toye), bogaty przyjaciel Annie z Nowego Jorku, jest na tym poziomie elokwencji, jakby cały życie przygotowywał się do studiów w Ivy League. Nastolatki wchodzą sobie w zdanie, bełkoczą z zażenowaniem, w stresie gubią wątek, ale każdy zachowuje swoją językową autonomię. Łatwo zapomnieć, że tutaj rządzi prawo scenariusza, że ktoś te kwestie wcześniej napisał. W szaloną fabułę „Sterling Point” nie da się uwierzyć, ale realizm poszczególnych bohaterów jest aż nadto wiarygodny.
Kadr z serialu „Sterling Point” (Fot. materiały prasowe)
Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o nostalgii. Małomiasteczkowy klimat i sieć rodzinnych kłamstw odsyła w sentymentalną podróż do „Życia na fali” czy „Pogody na miłość” – dwóch kultowych teen dram z początku lat 2000. Podobieństwa można się doszukać nie tylko w klaustrofobicznej lokacji, adopcyjnych zawiłościach, testach na rodzicielstwo i skomplikowanych konfiguracjach miłosnych, ale także w klasowym wyścigu. W „Sterling Point” występuje wyraźny podział na prowadzących skromne, zgodne z naturą życie, miejscowych wyspiarzy oraz bogatych przyjezdnych (w większości Amerykanów), dla których luksusowe wille nad brzegiem jeziora to domki wakacyjne. Annie znajduje się na tożsamościowym rozdrożu. Została wychowana w zbytku, a jednak ze względu na pochodzenie, nie do końca można ją określić mianem „pączka w maśle”. Znacznie lepiej w towarzystwie aroganckich bogaczy odnajduje się Connor, którego bezceremonialność stanowi doskonałe comic relief dla mocno dramatycznej fabuły. W tej roli niezwykle przekonująco wypada syn Marka Ruffalo, któremu tytuł „nepo baby” przysługuje także w prawdziwym życiu.
Kadr z serialu „Sterling Point” (Fot. materiały prasowe)
Konflikt między grubymi i małymi rybami odbywa się jednak przede wszystkim w ramach miłosnego trójkąta. O serce Annie rywalizuje jej znajomy z Nowego Jorku Rory oraz pracujący w przystani Ellis (Jacob Whiteduck-Lavoie). Walka klas jest przy tym bardzo wyrównana, a twórczyni serialu wstrzymuje się od łatwych ocen i stereotypowych kategoryzacji. Wręcz przeciwnie, stereotypy zostają odwrócone na lewą stronę. Rory ma większą głębię i pokłady empatii, niż można by się spodziewać po złotym chłopaku. Tajemniczy Ellis za chmurami niedostępności skrywa wrodzoną nieśmiałość. Każdy z chłopaków, bez względu na obecność lub brak funduszu powierniczego, stanowi dla bohaterki dobry wybór. A publika naprawdę może obstawiać zakłady: kogo i które życie wybierze Annie?
Zamiast rysować w czarno-białych barwach pogubionych nastolatków, twórczyni woli wytknąć błędy poprzedniego pokolenia. „Sterling Point” można by określić jako serial o dzieciach, które próbują posprzątać po swoich skrajnie nieodpowiedzialnych rodzicach. A te porządki to coś, z czym każde młody człowiek (lub taki, który kiedyś był młody) może się utożsamiać. Organiczność serialu może wynikać z faktu, że nie został on oparty na żadnej książce, a prawdziwych przeżyciach Megan Park. Letnich miesiącach spędzonych w rejonach Muskoki oraz dorosłości, która spadła na nią nagle, wraz z karierą aktorską i rolą w serialu „Tajemnica Amy”.
Kadr z serialu „Sterling Point” (Fot. materiały prasowe)
Ale to, co tak naprawdę zatrzymało mnie przy „Sterling Point” było to, jak serial sportretował relacje między dziewczynami, te siostrzane i te przyjacielskie. W swojej produkcji dla młodych dorosłych Megan Park udało się uchwycić całokształt ceremonii przejścia. Ciężar drobnych momentów, tych ładnych: jak zaplecenie warkocza, czy uplecenie wianka, szczery komplement, słowo otuchy. Oraz tych mniej ładnych: jak szczera rozmowa o bólu podczas okresu, o zazdrości o uwagę rodzica, czy babskie wycie do księżyca. Wagę pozornie błahych interakcji, które zaważą na całym życiu tych dziewczyn. Park prezentuje pokolenie, które odrzuca ściemę swoich rodziców. Zamiast upychać prawdę pod dywanem, wolą powiedzieć wprost, dokładnie tak, jak jest. „Sterling Point” zawiera w sobie nadzieję, że nasi rodzice nas nie definiują, a rodzinę ostatecznie wybieramy sobie sami.
Wszystkie odcinki 1 sezonu „Sterling Point” są dostępne na platformie Prime Video.