fbpx

Christian Boltański – Dzieło sztuki powinno być otwarte na widza

Christian Boltański - Dzieło sztuki powinno być otwarte na widza
Fostertravel

Christian Boltański jest jednym z najważniejszych współczesnych artystów. Tworzy instalacje, maluje, działa w teatrze. Na tegorocznym Biennale w Wenecji zaprezentuje swą najnowszą instalację zatytułowaną „Przypadek”. Nam opowiada o swojej twórczości oraz tym co inspiruje go do tworzenia.
– Pana instalacje to ciągła gra z granicami, między życiem i śmiercią, między obecnością i nieobecnością, między pamięcią i zapomnieniem. Czy Pana nowa instalacja „Przypadek”, którą będzie Pan reprezentował Francję na czerwcowym Biennale w Wenecji, odbiega od tego schematu?

– Ta instalacja jest również tego rodzaju grą. Opowiada o przypadku i przypadkowości – czyli o motywach, które interesują mnie w sposób szczególny, a które tym razem są jeszcze wzmocnione przez kontekst narodzin. W nowej instalacji pojawiają się setki zdjęć noworodków i osób umarłych, które pociąłem na poziome pasy, i które w różnych konfiguracjach pokazywać się będą na ogromnych ekranach. Oglądając zdjęcia noworodków zadajemy sobie pytania : Kim się staną? Jakie będzie ich życie? Czy żyją jeszcze? Jakie jest ich przeznaczenie? Moja nowa instalacja to próba refleksji nad tym, czy i w jakim stopniu nasze życie zależy od przeznaczenia, a w jakim od przypadku. Ja uważam, że życie tych noworodków nie dość, że zależy od przypadku, to poniekąd całe nim jest.

– W swojej twórczości często nawiązuje Pan do dzieciństwa. Przeszłość jest dla Pana głównym źródłem inspiracji?

– Wśród osób, które najbardziej cenię i które wywarły na mnie ogromny wpływ jest Tadeusz Kantor. Był on moim mistrzem i prawdziwym przyjacielem. I to właśnie Kantor powiedział, że każdy z nas nosi w sobie umarłe dziecko. Wspomnienia z dzieciństwa są czymś bardzo ważnym, moim zdaniem one nas konstruują. Byliśmy dziećmi, teraz jesteśmy starzy, ale jest w nas część tych dziecięcych wspomnień. W moich pracach staram się te wspomnienia pielęgnować, aby nie przepadły.

– Jednak te wspomnienia z dzieciństwa są często rekonstrukcją, w której ważną rolę gra właśnie zapomnienie, niepamięć.

– To prawda, dziecięce wspomnienia są w dużej mierze naszymi wymysłami. Faktem jest, że moje prace są czasami odbierane jako projekt przeciw zapomnieniu, ale proszę zauważyć, że ten projekt zawsze kończy się klęską. Weźmy na przykład moje „Archiwum Serc” (M.D. Projekt rejestrowania bicia serc przeprowadzony przez Boltanskiego w piętnastu krajach). To, że zachowamy nagranie bicia serca jakiejś osoby, nie oznacza, że zachowamy tę osobę. Pewnego dnia przyszli do mnie rodzice zmarłej dziewczyny, aby posłuchać jej bicia serca, które zostało zarejestrowane w archiwum. Chcieli przez to poczuć na nowo obecność ich córki. Powiedziałem im, że w ten sposób odnajdą raczej jej nieobecność niż obecność. To tak jak ze zdjęciem osoby umarłej, które daje nam odczuć, że tej osoby już z nami nie ma, albo jak z ubraniami – chodzi o przedmiot, który oznacza nieobecność podmiotu. W dodatku w ubraniach często znajdujemy zapach osoby, nawet kiedy samej osoby już nie ma. To jest rodzaj obecności, który mówi nam o nieobecności. Wydaje mi się, że nie jesteśmy w stanie uchronić czegokolwiek przed przemijalnością. Permanentnie staramy się to uczynić i permanentnie ponosimy klęskę

– W instalacji „Personnes” (przedstawionej w 2010 w paryskim Grand Palais), pojawił się dźwig rozrzucający na wszystkie strony stosy ubrań. Dla wielu ta maszyna reprezentowała boga, który decyduje o naszym losie, a na który sami nie mamy wpływu. Czy ta instalacja jest Pańską imaginacją siły wyższej?

– Rzeczywiście ta maszyna wyraża boga, który rządzi wszystkim według własnych, niezrozumiałych dla ludzi, praw. Jestem w stanie sobie wyobrazić istnienie takiego boga. Chodzi jednak o boga zupełnie nieosiągalnego, ślepego, z którym nie można się komunikować, bardzo od nas oddalonego.

– Czy wierzy Pan, że nosimy w sobie, w sposób zupełnie nieświadomy może, pamięć naszych przodków?

– Nie jestem tego pewien, ale wydaje mi się, że w taki sam sposób w jaki mamy usta naszej ciotki i oczy naszego pradziadka, w naszych umysłach mogą tkwić resztki umysłów naszych przodków. Moja rodzina ze strony matki, to korsykańscy chrześcijanie, od strony ojca – Żydzi z Europy Środkowej. Ja sam nigdy nie byłem w synagodze i bardzo słabo znam tradycję żydowską, bo wychowany byłem w duchu chrześcijańskim. Jednak mimo to, czasami zdarzają mi się w mojej pracy jakby nieświadome aluzje do kultury żydowskiej. Moi żydowscy przyjaciele mi o tym mówią, ale ja sam zupełnie jestem tego nieświadomy. Może właśnie chodzi o pewne emocje, odczucia, które były mi przekazane przez moich przodków. Wystawiając mój „Powrót” w Europie Środkowej, miałem bardzo dziwne uczucie jakbym rzeczywiście wracał w moje strony, mimo że nigdy tam nie mieszkałem. Były to natomiast rodzinne strony mojego ojca.

– Czy kolekcjonuje Pan rzeczy?

– Nie, zupełnie nie. Niczego nie zbieram, nie kolekcjonuję, nie zależy mi na pamiątkach… Nawet moje dzieła są skrajnie kruche, bo przecież po wystawie zazwyczaj się je niszczy. Moje prace pokazują, że czas idzie do przodu i że nie można się uchować przed jego skutkami.

– Pana pomysł stworzenia „Archiwum serc” powstał w 2005 roku. Czy łatwo było przekonać ludzi do udziału w projekcie?

– Nie, nie wszyscy byli chętni. Samo słuchanie bicia własnego serca nie zawsze jest przyjemne. To jest dziwnie niepokojące, nie potrafię wyjaśnić dlaczego. W dodatku chodzi o część nas samych, którą oddajemy. Dlatego było dla mnie zupełnie zrozumiałe, że nie wszyscy się na to decydowali. Dzisiaj całe archiwum liczy ponad czterdzieści tysięcy serc i znajduje się na japońskiej wyspie Teshima.

– Jak wygląda to archiwum?

– Znajduje się ono w małym domku położonym na plaży. Ogólnie miejsce jest cudowne! Dom podzielony jest na dwie części. Pierwsze pomieszczenie, które zawsze kojarzy mi się z gabinetem dentystycznym, zawiera całą część techniczną. Przechodząc przez nie, odwiedzający trafia do kabiny gdzie znajduje się komputer, za pomocą którego można odszukać bicie serca danej osoby. Wszystko jest skomputeryzowane. Natomiast obok, w oddzielnym budynku, znajduje się sala gdzie można słuchać bez przerwy bicia serc wszystkich uczestników, które następują jedno po drugim.

– Do czego zmierza ten projekt? Jaki jest sens nagrywania bicia serc?

– Chodzi w nim o wiele rzeczy. W większości kultur, serce jest symbolem życia i duszy. To co chciałem przekazać w tej pracy, to że każdy człowiek jest unikalny, wyjątkowy i że każdy człowiek jest słaby. Zdjęcie, imię, bicie serca jest świadectwem naszego bytu. Bicie serca mówi, że ktoś tu był, żył, pozostawił ślady. Dlatego bardzo ważne było dla mnie udokumentowanie całego projektu. Każde bicie serca opatrzone jest dokładnymi danymi jego właściciela. Za każdym biciem serca kryje się konkretna osoba. Dzisiaj wyspa Teshima jest wyspą życia, ale za kilka lat stanie się wyspą śmierci, bo bić będą na niej serca osób umarłych.

– Na początku Pana kariery, głównie zajmował się Pan malarstwem, ale bardzo szybko wymienił Pan pędzel na kamerę i aparat fotograficzny. Dlaczego?

– Bardzo szybko zacząłem malować i równie szybko przestałem. Miałem chyba wtedy 20 lat. Każdy artysta poszukuje środków, które najlepiej pasują do jego stylu, do jego wrażliwości. Wybrałem zdjęcia i film bo szukałem czegoś co zbliżyłoby mnie do rzeczywistości. Często się uważa, że zdjęcie jest dowodem, ale pewnie chodzi o iluzję. Mimo wszystko, brakuje mi tego w malarstwie. W dodatku malując, naciskając pędzlem na płótno, byłem cały czas w bezpośrednim kontakcie z moim dziełem. A ja potrzebuję pewnego dystansu, na co pozwala mi z kolei fotografia. Prawdę mówiąc, ja nie widzę ogromnej różnicy między malarstwem, fotografią czy instalacjami. Pytania jakie stawiam w moich pracach nie są pytaniami nowymi, to stare pytania egzystencjalne jakie zadawali sobie ludzie od dawna, ale wyrażam je językiem mojego czasu.

– Na czym polega wyjątkowość instalacji, jeśli chodzi o relację jaka tworzy się między odbiorcą i dziełem?

– To co różni obraz od instalacji, to między innymi pozycja oglądającego. W przypadku instalacji, nie stajemy przed dziełem, ale w samym jego środku. Instalacja nas ogrania, czujemy jej chłód (zależało mi, aby sala w Grand Palais nie była ogrzewana podczas wystawy „Personnes”), słyszymy muzykę, co oczywiście wzmacnia w sposób szczególny emocje. W mojej instalacji „Reserve” z kolei bardzo ważny był zapach starych ubrań. Zależy mi na pobudzeniu wszystkich zmysłów, chcę aby oglądający czuł dzieło i stawał się jego częścią.

– W Pana pracach pojawia się zawsze dużo ludzi, ukrytych w zdjęciach, biciach serc, ubraniach… Czy zależy Panu na masowym odbiorze?

– Moim zdaniem dzieło sztuki powinno być otwarte na każdego kto je ogląda. Każdy patrzy na dzieło poprzez pryzmat swojej własnej historii, swoich doświadczeń, tego co przeżył, co zobaczył, każdy widzi w nim co innego, co samo w sobie jest pasjonujące. Sam dużo podróżuję, wystawiam moje prace w rożnych częściach świata i za każdym razem jest to zupełnie nowe, wyjątkowe doświadczenie. W zależności od miejsca, ludzie inaczej moje prace odbierają. Jeśli pokażę górę ubrań w Polsce, ludzie pomyślą automatycznie o Shoah, ale na przykład w Japonii interpretacje będą zupełnie inne. Japończycy nie znali Shoah, normalne jest więc, że o nim nie myślą. Sterta ubrań staje się dla nich na przykład symbolem morza.

– A Pan o czym myślał tworząc instalację „Personnes” ? O Shoah?

– Myślałem o prawach boskich i o śmierci. Ale nie chodziło mi o tę specyficzną śmierć, ale o śmierć ogólnie, każdą.

– Wiele osób krytykuje Pana instalacje, wielu zadaje sobie pytanie czy w tym wszystkim chodzi jeszcze o sztukę. Jaką funkcję według Pana pełni sztuka?

– Zadaniem sztuki jest wzbudzanie emocji, stawianie pytań, zmuszanie do refleksji. W moich pracach łączy się wiele stylów i nurtów. Nie jestem ani specjalnie malarzem, ani rzeźbiarzem, ani fotografem, jestem tym wszystkim jednocześnie. To tak jak ze sztuką Kantora, to były jednocześnie obrazy i teatr. Chodzi mi o obraz, muzykę, zapachy, o dzieło totalne.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze