1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Poprawność polityczna - terror czy lek na całe zło?

Poprawność polityczna - terror czy lek na całe zło?

Napis
Napis "Stop calling me murzyn" ("Nie nazywaj mnie murzynem") pojawił się na jednym z transparentów podczas ubiegłorocznych protestów przeciwko rasizmowi, które odbyły się pod Ambasadą USA w Warszawie. Stał się on symbolem i początkiem społecznego dyskursu na temat poprawności politycznej. (Fot. Rafal Milach/Magnum Photoss/Forum)
Czy przepuszczanie kobiet w drzwiach jest dziś przejawem seksizmu, czy oznaką dobrego wychowania? A słowo „murzyn” to już obraza czy wciąż akceptowalne określenie? Afroamerykanin – przesada czy zwrot politycznie poprawny? Czym jest polityczna poprawność, kiedy się kończy, a zaczyna szaleństwo, zastanawia się filozofka Agata Bielik-Robson.

Artykuł pochodzi z archiwum miesięcznika "Zwierciadło". 

Polityczna poprawność panuje w świecie zachodniej cywilizacji, szczególnie w Ameryce Północnej. Niektórzy uważają, że zjawisko ma już charakter terroru języka i myśli, inni – że to najlepsza metoda, by naprawić dawne krzywdy, które dotyczą wielu grup społecznych.
Polityczna poprawność (political correctness) – pp, zakłada, że w świecie jest wiele zła, na które zapracowały rozmaite tradycje. I że to wszystko mieszka w języku. A ten można zmienić, unikając pewnych tematów i używając nowych słów, a tym samym zmieni się rzeczywistość. Ja jednak nie wierzę w moc zmiany myślenia przez samą tylko językową represję, czyli w to, że jeżeli zapanujemy nad językiem i wyrugujemy wszystkie mroczne stereotypy, pejoratywne określenia dotyczące jakiejś grupy etnicznej, obyczajowej, to znikną problemy. Jeden z ciętych publicystów amerykańskich Robert Hughes nazwał tę wiarę „lingwistycznym Lourdes”. Zanurza się jakąś brzydką frazę w tym Lourdes i wychodzi nam Przenajświętsza Panienka. Pisarz Saul Bellow także był przekonany, że tego rodzaju wiara w językowy cud nic nam nie pomoże i że lewica, która zainwestowała w pp, przestała widzieć obiektywną rzeczywistość i tylko udaje, że rozwiązuje jej problemy. Poza tym pp nie jest po prostu tylko fenomenem lewicowym. Cywilizowani ludzie przecież zawsze stosują jakąś poprawność, moja jest częścią elementarnej grzeczności.

Nie lubię stereotypów, nie sprawia mi przyjemności obrażanie ludzi generalizacjami. Zawsze więc będę bronić pp jako stałego elementu cywilizowanej gry – ale już nie jako strategii rozwiązywania społecznych problemów.

Nowością naszych czasów jest egalitaryzm też w chamstwie, każdy może wszystko powiedzieć, każde głupstwo i każdą podłość. Może więc był czas, by użyć radykalnych metod?
Tak, to jest jakaś korekta wobec populizmu, masowego gniewu, namierzania wroga, zrzucania zła na obcego. Warto się jednak zastanowić nad granicami takiej językowej represji, bo tłumienie bywa bardziej szkodliwe niż ujawnianie. Ludzie w Polsce często posuwają się do absolutnego chamstwa między innymi dlatego, że czują, że ich poglądy nie są w ogóle akceptowane i wyrażają swoje prawo do wolności słowa w sposób histeryczny. Tu trzeba umiejętnie ważyć między liberalnymi przywilejami a skądinąd słusznym postulatem ograniczania w sferze publicznej tak zwanej mowy nienawiści. Ja opowiadam się za liberalną ogładą i za wychowywaniem do obywatelskości, czyli do postawy, w której obywatele uczą się występować w sferze publicznej bez miotania obelg, bez wściekłości i wrzasku.

Kultura zawsze jest jakąś formą represji, małej i dużej, a więc poprawności.
Oczywiście, nie ma kultury bez represji. A język pozornie można najłatwiej nareperować. Teoria pp głosi, że w języku są pokłady zła, które trzeba i można wyeliminować. Mężczyzna, nazywając kobietę choćby kobitką, może nie zdawać sobie sprawy, że to lekceważące, choć dziś trudno już w to uwierzyć. Zwolennicy politycznej poprawności dowodzą, że język jest tak skonstruowany, że odzwierciedlają się w nim wszystkie nierówności, tymczasem  użytkownik języka ma wrażenie, że używa go na sposób przezroczysty. Tak nie jest. Język rzadko kiedy bywa neutralny. Dlatego niezbędnym elementem liberalnej ogłady jest uświadomienie sobie, że język także potrafi ranić: to się nazywa symboliczną przemocą, często nie mniej bolesną niż przemoc realna.

Nieuchronnie jednak pojawia się kwestia granic: represji dozwolonej i koniecznej, która jednak może stać się niepotrzebną opresją. Nie tak dawno w Stanach prezydent Obama nazwał przewodniczącą sądu najwyższego najurodziwszym sędzią, z jakim kiedykolwiek miał do czynienia. Uwaga sama w sobie zupełnie niewinna, u nas przeszłaby raczej niezauważona, a we Francji pewnie uznano by ją za komplement, nawet tamtejsze feministki by się nie oburzyły. Tam natomiast oburzyli się wszyscy, nawet konserwatyści uznali uwagę za seksistowską. W Stanach zatem pp potrafi stać się narzędziem kolejnej opresji. Oto dowód, że nie ma takiej doktryny, nawet szlachetnej, której ludzkość nie potrafiłaby obrócić w pretekst do terroru.

Po zamachu w Bostonie w „Wall Street Journal” znalazłem taką informację: „Policja nie powinna powstrzymywać się od obserwowania grup muzułmanów i imigrantów tylko dlatego, że to politycznie niepoprawne”.
Można istotnie zabrnąć tak daleko, że w ogóle nie będzie można powiedzieć nic, wypowiedzieć żadnego społecznego niepokoju, roszczenia – nawet wobec zwolenników radykalnego islamu, których normy stoją w jawnej sprzeczności z prawem liberalnym. Anglicy, którzy na co dzień borykają się z tym problemem, bronią się przed naporem opresyjnej poprawności dzięki swojemu poczuciu humoru. Dzięki wrodzonej ironii potrafią z wdziękiem używać stereotypów w sposób, który nie rani bezpośrednio. Ale kiedy w ogóle nie można odwołać się do stereotypu, to nie można też zażartować. Żart umiera, nie ma żartów w sferze publicznej określonej wyłącznie przez polityczną poprawność stosowaną z absolutnie purytańską powagą. Obama niewinnie zażartował i obiekt jego niewinnego żartu poczuł się natychmiast głęboko urażony.

Żart czasami bardzo zawstydza, więc upokarza…
Dobry żart jest skomplikowaną grą społeczną, Anglikom jakoś to się udaje. Mam wrażenie, że potrafią robić to z wdziękiem, że oparli się surowej purytańskiej mentalności, która nas nadmiernie dyscyplinuje.

A jak to zjawisko widzisz w Polsce?
Jesteśmy w tej kwestii daleko za Stanami, nawet za Francją. A Francja jest chyba najmniej politycznie poprawnym krajem zachodnim. Niektórzy nasi politycy, którzy chcieliby nawiązać kontakt z Europą, postrzegają polityczną poprawność jako wymóg dostosowania się do standardu cywilizacyjnego – z czym jak najbardziej się zgadzam. Tymczasem inna grupa polityków jest przekonana, że w ten sposób „sprzedajemy się” obcej kulturze i rzekomo wyzbywamy tradycyjnych polskich swobód sarmackich, wchodzą w tę grę na zasadzie buntu, piętnując i wyśmiewając polityczno-poprawnościowe zachowania „lemingów”. Kiedy więc nazywa się panią Muchę ministrą, jak zażyczyło sobie nasze lobby feministyczne, żartują sobie z tego w sposób niewybredny i świadomie łamią pewne tabu. Mówią tym samym: tu jest Polska, tu się mówi inaczej, tu się mówi, jak kto chce. W Polsce polityczna poprawność przyjęła się zatem jako wyobrażenie pewnego standardu cywilizacji, który jest przez elitarną mniejszość traktowany jako swój, już głęboko uwewnętrzniony, przez większość jednak odbierany jako obcy. PiS cały czas mówi o terrorze politycznej poprawności, tak samo cała rzesza prawicowych publicystów, dla których jest on tożsamy z obcym wpływem zachodniego liberalizmu.

Ale ta poprawność do nas przyszła bocznymi drzwiami, zadomawia się, nawet ci, którzy się buntują, częściowo jej ulegają…
Według prawicy to „Gazeta Wyborcza” narzuciła polskiemu społeczeństwu polityczną poprawność jako obcy standard cywilizacji zachodniej, a nie polskiej. Prawica chciałaby pełnej restytucji przywilejów sarmackich (oni to nazywają prawdziwą wolnością republikańską), gdzie każdy chlapie, co mu ślina na język przyniesie. Tak pojęty „republikanizm” ma się nijak do liberalizmu: to rzeczywiście dwa różne światy.

Antygejowska wypowiedź Wałęsy, kontrowersyjne wypowiedzi Joanny Szczepkowskiej były jednak ostro komentowane.
Wałęsa wyraził się wyjątkowo głupio i, niestety, to nie była tylko kwestia wyrażenia się: on rzeczywiście tak myśli. Inna sprawa, kiedy za drażniącymi wyrażeniami nie musi koniecznie stać pogardliwy pogląd. Na przykład prości ludzie często używali pobłażliwego określenia „żydek”, ale w filmie „W ciemności” Agnieszki Holland główny bohater, który ryzykuje życie dla ocalenia Żydów w kanałach, nazywa ich właśnie – z dumą – „swoimi żydkami”. I wtedy już nie sposób rzucić w niego kamieniem, choć z punktu widzenia dogmatycznej politycznej poprawności popełnia on grzech nad grzechy. Samo zło. A tymczasem jego czyny są dobre.

Z Żydami nie ma żartów, bo był Holokaust. Jak po latach wracam do powieści Żeromskiego i Prusa, to właśnie na tle naszych nowych czasów jestem w szoku, jak w ich języku funkcjonują słowa „Żyd” i „żydek”. To byli szlachetni ludzie, wolni od uprzedzeń, ale w języku odbija się duch czasu, który, jak się potem okazało, zmierzał w kierunku Holokaustu…
To prawda. Ja jednak jestem przeciwna poprawnościowemu lustrowaniu tych nieszczęsnych białych martwych mężczyzn – ustawy nie mogą działać wstecz! Wytwarza to nieprzyjemne poczucie purytańskiej wyższości. Dlatego przytoczyłam przykład sprawiedliwego, którego postanowiła uhonorować Agnieszka Holland, bo choć mówił on wątpliwym językiem, to jednak nie przejął się antysemickim „duchem czasu”, a nawet odważnie się mu przeciwstawił. Naprawdę czyny są ważniejsze od języka. Polityczna poprawność potrafi także maskować naszą całkowitą polityczną bierność, a nawet obojętność. Możemy mówić doskonale wycyzelowanym językiem i jednocześnie nie robić dla naszych bliźnich absolutnie nic dobrego. Tu się przypomina przestroga św. Pawła: „Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący”. Leopold Socha nie mówił politycznie poprawnym językiem dzisiejszych purytańskich aniołów, ale za to był dobrym człowiekiem. Dla mnie to ważniejsze.

Porównaj publiczną rozmowę, ale też te przy stole w Polsce i na Zachodzie…
W polskiej tradycji mówi się bardziej otwarcie. Nasza konwersacja jest w porównaniu z purytańską żywiołowa i substancjalna, dużo się dzieje. A ideał politycznej poprawności to najlepiej nic nie mówić. Nie możesz nic mocnego powiedzieć o kobietach, o mężczyznach, nic o chrześcijanach, nic o żydach, muzułmanach.

Kiedy wylatujesz z Polski do Anglii, zmieniasz sposób mówienia?
Jest tylko jedna sprawa, gdzie się cenzuruję, to mówienie o islamie. W Polsce nie obawiam się powiedzieć wprost, co myślę o tej religii, mówię, że jej nie lubię (skandaliczny stosunek do kobiet, antyliberalizm). Dla mnie islam oznacza zniewolenie, co obce naszej mentalności. Ale gdybym w Anglii coś takiego powiedziała na zajęciach, następnego dnia zawezwałby mnie rektor. A tak naprawdę myślę, że nie ma idealnej metody wykorzeniania zła z jakichkolwiek relacji międzyludzkich, trzeba po prostu zachować zdrowy rozsądek i umiar.

Agata Bielik-Robson, ur. w 1966 r.; polska filozofka zajmująca się filozofią podmiotowości, postsekularyzymem, myślą judaistyczną oraz wpływem psychoanalizy i formacji romantycznej na filozofię. Pracuje na Wydziale Teologii Uniwersytetu w Nottingham oraz w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN, wykłada w Collegium Civitas, Szkole Nauk Społecznych i Ośrodku Studiów Amerykańskich UW. Członek stowarzyszenia naukowego Collegium Invisibile.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Moda i uroda

Modowa kampania przeciw homofobii

Równość i różnorodność ludzi, ich stylów życia i postaw  to kluczowe wartości marki. Wierzymy, że moda może być nie tylko sposobem na wyrażenie siebie, ale również narzędziem uświadamiającym istnienie problemów społecznych - mówi Dawid Pożoga z Zalando.  (Fot. Zuza Krajewska/materiały prasowe Zalando)
Równość i różnorodność ludzi, ich stylów życia i postaw to kluczowe wartości marki. Wierzymy, że moda może być nie tylko sposobem na wyrażenie siebie, ale również narzędziem uświadamiającym istnienie problemów społecznych - mówi Dawid Pożoga z Zalando. (Fot. Zuza Krajewska/materiały prasowe Zalando)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Projekt “Historie ukryte w ubraniach” to wspólna akcja Zalando, organizacji pozarządowej “Kampania Przeciw Homofobii” (KPH) oraz polskiej marki MISBHV. Jej celem jest pokazanie prawdziwych historii osób LGBTQIA+, które doświadczyły przemocy ze względu na swoją orientację seksualną.

Pogłębiająca się homofobia oraz przyzwolenie niektórych polityków na agresję wobec osób ze społeczności LGBTQIA+ sprawiły, że ich  sytuacja w Polsce  ulega w ostatnim czasie znacznemu pogorszeniu. Potwierdza to ostatni raport KPH (“Sytuacja społeczna osób LGBTA w Polsce”), według którego nawet 70% osób LGBTA doświadczyło przemocy. Co więcej, tylko 4% skrzywdzonych zgłosiło te napaści organom ścigania.

“To niezwykle ważne, by szeroko rozpoznawalne marki, takie jak Zalando, angażowały się w kampanie społeczne i mówiły głośno o problemach, jakie nękają nasze społeczeństwo”, mówi Jakub Lendzion z Kampanii Przeciw Homofobii. “W ten sposób marki mogą dotrzeć do szerokiego grona odbiorców i zmotywować ich do wsparcia przeróżnych celów, takich jak dążenie do równości, a do osiągnięcia tego celu niezbędna jest profesjonalna pomoc prawna. Tylko poprzez zgłoszenie sprawy na policję jesteśmy w stanie dotrzeć do sprawcy przestępstwa i uruchomić aparat sprawiedliwości. Dzięki zgłoszonym i udokumentowanym przestępstwom będziemy w stanie przeprowadzić efektywne działania prawne na szczeblu lokalnym i międzynarodowym.”

Kampania “Historie ukryte w ubraniach” to pięć modowych projektów powstałych z ubrań, które zostały uszkodzone wskutek aktów przemocy dokonanych na osobach LGBTQIA+. Zniszczone części garderoby dostały nowe życie, a ich nowe wcielenie  to symbol zmiany, tolerancji i walki z homofobią. Zdjęcia kampanii zostały wykonane przez fotografkę Zuzę Krajewską, która w przeszłości angażowała się w inicjatywy społeczne takie jak Vote Together, #sexedPL czy Surplus.

[galeria]

Częścią kampanii jest film w reżyserii Mikołaja Sadowskiego, wykonany przez operatora filmowego Igora Połaniewicza. Przedstawia on historie bohaterów kampanii oraz proces projektowania na nowo uszkodzonych ubrań.

 

  1. Styl Życia

Jesteśmy tacy sami

(Fot.: Elli Goldstein - Instagram @guccibeauty; po prawej - zdjęcie z kampanii Tommy Hilfiger Adaptive, materiały prasowe)
(Fot.: Elli Goldstein - Instagram @guccibeauty; po prawej - zdjęcie z kampanii Tommy Hilfiger Adaptive, materiały prasowe)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Tommy Hilfiger stworzył kolekcję dla osób z niepełnosprawnościami, a w najnowszej kampanii Gucci Beauty występuje Ellie Goldstein - modelka z zespołem Downa.

Elli Goldstein ma 18 lat i od dziecka marzyła, by zostać modelką. Już w wieku 15 lat zaczęło się spełniać jej marzenie - nawiązała współpracę z Zebedee Management. To specjalistyczna agencja modelingowa zajmująca się promocją osób z niepełnosprawnościami, oraz tymi, których wygląd nie mieści się w obowiązującym aktualnie kanonie piękna.

"Talent i piękno nie dbają o to, ile masz nóg i jaki się urodziłeś” - takie motto przyświeca twórcom agencji.

W tym roku Elli Goldstein została jedną z twarzy kampanii maskary Gucci Beauty „L’Obscur”. „Piękno istnieje w każdej osobie” - powiedział  David PD Hyde, fotograf, który robił zdjęcia do tej kampanii.

 

 

Na uwagę zasługuje również nowa kolekcja Tommy Hilfiger Adaptive. 

Ponad miliard osób na całym świecie żyje z różnymi niepełnosprawnościami. Dla wielu z nich prosta czynność jaką jest ubranie się, stanowi prawdziwe wyzwanie. Ten fakt oraz osobiste doświadczenia Tommy’ego Hilfigera, który wychowuje dzieci ze spektrum autyzmu, sprawiły, że  marka postanowiła stworzyć kolekcję, która może dać dzieciom i dorosłym z niepełnosprawnością większą swobodę, ale też dodać pewności siebie.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Ubrania z linii Adaptive mają wiele funkcjonalnych rozwiązań. np: magnetyczne zapięcia, suwaki o dłuższych uchwytach, szerokie mankiety umożliwiają noszenie spodni razem z ortezą, protezą czy gipsem, ubrania zaprojektowane dla osób poruszających się na wózkach posiadają krótszy przód i dłuższy tył, by zapobiegać podwijaniu i zapewniać komfort w pozycji siedzącej. Regulowane ramiączka, elastyczne pasy i szeroko rozpinane dekolty ułatwiają zakładanie i zdejmowanie ubrań.W produktach usunięto także uwierające kieszenie i szwy. 

„Jako rodzic dzieci o specjalnych potrzebach, dobrze wiem, jak wiele może znaczyć taka kolekcja - mówi Tommy Hilfiger. Pomoże dzieciom i dorosłym z niepełnosprawnością poczuć się niezależnie – i świetnie ze sobą”.

  1. Psychologia

Jesteśmy różni, ale równi. Jak przezwyciężyć barierę obcości?

Spróbujmy cieszyć się i wzbogacać naszą różnorodnością! (Fot. iStock)
Spróbujmy cieszyć się i wzbogacać naszą różnorodnością! (Fot. iStock)
- Wszyscy jesteśmy tacy sami. Ważne jest współczucie, współodczuwanie; zrozumienie, że wszyscy chcemy być spełnieni, szczęśliwi, uznani przez innych, szanowani. Każdy ma prawo być tutaj i żyć obok nas; być naszym sąsiadem. Możemy cieszyć się i wzbogacać różnorodnością – mówi Tanna Jakubowicz-Mount.

Radość z różnorodności, tak się łatwo mówi. Jednak by cieszyć się różnorodnością świata, potrzebujemy wielkiej otwartości. Na ogół lubimy podobnych do siebie. Inni nas niepokoją.
Postrzegamy ich jako obcych i czujemy się zagrożeni. Naruszają nasze poczucie tożsamości, a to wywołuje lęk. Nie wiemy, czego się spodziewać. Od lat w wielu miejscach na świecie pracuję z ludźmi różnych wyznań, tradycji duchowych i kulturowych. Prowadzę spotkania otwarte na Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie. Spotykamy się w kręgu ludzi, którzy mówią różnymi językami, są na różnych ścieżkach życia, inaczej myślą, wyglądają, inaczej się modlą, zachowują, wierzą w coś innego. Chodzi nam o to, aby przezwyciężyć barierę obcości i prawdziwie się spotkać, ponieważ wiele napięć i konfliktów w świecie związanych jest z obcymi, z tymi, których nie rozumiemy i których się boimy. Najtrudniej rozbroić stereotypy, ponieważ są mocno utrwalone, przekazywane z pokolenia na pokolenie; w Polsce szczególnie te dotyczące Żydów, Cyganów, Rosjan, Niemców, ludzi o innej orientacji seksualnej. To jest problem na skalę globalną, ponieważ narasta poczucie zagrożenia spowodowane kryzysem ekonomicznym, duchowym, humanitarnym. Świat staje się nieprzewidywalny, więc łatwo uruchamia się lęk o biologiczne przetrwanie. A wtedy narastają konflikty związane z obcymi. To znany mechanizm – kanalizujemy swój lęk i nienawiść w niechęci do innych.

To „oni” zabierają nam pracę i przestrzeń życiową.
Co przecież nie jest prawdą, ponieważ „obcy” na ogół przyjmują najgorszą pracę w niechcianych zawodach. Jednak lęk tak działa: to „oni” rozpanoszą się, narzucą nam swoje obyczaje, których nie chcemy. Rozpoznajemy też mechanizm projekcji: im jest nam trudniej ze sobą, im bardziej jesteśmy niepogodzeni z różnymi częściami siebie, tym bardziej będziemy niechętni, a nawet wrodzy w stosunku do innych. Jeśli kogoś nienawidzę, to może znaczyć, że nie chcę widzieć mojego bólu, upokorzenia czy gniewu odbitego w jego oczach. Nie cierpię obcych, ponieważ nie chcę cierpieć z powodu obcego w sobie. Często mamy w sobie skrzywdzone dziecko, ofiarę, kogoś, kto podlegał opresji, na przykład wychował się w rodzinie dysfunkcyjnej. To dziecko usiłuje się jakoś bronić, opracowuje sobie strategię przetrwania, żeby się nie dać; jest pełne napięcia, gotowe do obrony. Czuje się zagrożone i broni się, atakując. Ofiara staje się oprawcą, kimś, kto jest agresywny, używa przemocy. Wytwarza się bardzo silny konflikt wewnętrzny między ofiarą a oprawcą. Jeśli tego nie rozpoznaję, wtedy złość i nienawiść projektuję na innych, oni stają się moimi wrogami, tarczą mojej niechęci do siebie.

Odrzucamy innych, ponieważ nie chcemy spotkać się z kimś nieznanym, obcym w sobie?
Zwraca na to uwagę mój ulubiony filozof, benedyktyn David Steindl-Rast: Dopóki nie spotkamy obcego w sobie, nie rozpoznamy go, nie zaakceptujemy jako części naszego człowieczeństwa, nie będziemy w stanie spotkać się z obcymi na drogach życia.

Przekraczanie lęku przed obcym zaczyna się więc od pogodzenia się ze sobą.
Tak, od odnalezienia pojednania w sercu między różnymi częściami nas, które są w konflikcie. Ja to nazywam alchemią miłości, bo tylko miłość ma moc uzdrowienia i scalenia naszego wnętrza. Ktoś o niskim poczuciu własnej wartości, kto czuje się upokorzony, wykluczony, odrzucony, chętnie szuka gorszego od siebie, Żyda, Murzyna, Cygana, żeby poczuć się lepiej. Na takiej właśnie projekcji Hitler zbudował swoją potęgę. Wykorzystał frustrację, napięcie, lęk, upokorzenie ludzi; podniósł ich z kolan, mówiąc, że są nadludźmi. Zbudował fałszywe poczucie mocy, godności, przynależności do większej całości: „Jestem silnym członkiem grupy, która ma wroga, obcego, innego, i określony plan działania, aby wroga zniszczyć”. Okopanie się na silnych pozycjach religijnych i narodowych, znalezienie wspólnego wroga daje poczucie ulgi i złudnej mocy. Prowadzi do konfliktów i wojen. Brunatna fala przemocy wraca w obecnym kryzysie i jest niebezpieczna. Na szczęście napływa druga fala, którą nazywam błękitną falą odradzania się wartości bliskich wszystkim tradycjom duchowym, takich jak szacunek dla inności, współodczuwanie i miłość.

Najbardziej przerażające wydają się konflikty na tle religijnym. Pragniemy, aby Bóg był ponad podziałami, a to się nie udaje.
Religia, która jest pozbawiona ducha, kostnieje i staje się fundamentalizmem. W imię religii dokonano największych zbrodni. To już nie jest religia – to trzymanie się kanonu, dogmatów, kodu porozumiewania się. Ktoś, kto wyznaje inną religię, niejako podważa, kwestionuje naszą wiarę: „Jakim prawem wierzy w nie wiadomo kogo? Istnieje tylko nasz Bóg. Tylko nasz jest jedyny i prawdziwy. Co oni tam odprawiają między sobą? To mi zagraża. To mnie uraża. Podważa moją tożsamość. Jestem u siebie. To mój kraj. Polska. Tutaj dziewięćdziesiąt kilka procent ludzi to katolicy. Niepotrzebni nam obcy”. W takiej postawie jest pogarda; my jesteśmy lepsi, oni są gorsi. Na ogół szerokim łukiem omijamy bezdomnych, żebraków. Nie chcemy ich widzieć, spotykać się z nimi. Podobnie ludzi starych. Nie chcemy spotykać się ze swoją starością. Boimy się przemijania i śmierci. Nie chcemy tego cierpienia. To wszystko jest ze sfery cienia, mroczne, napiętnowane. Wydobyte na światło dzienne budzi odrazę, niechęć, nienawiść. Niechęć do starych, chorych i ułomnych odzwierciedla odrzucone i wyparte części nas samych.

Gdy więc pojawia się lęk przed innym, dobrze byłoby zadać sobie kilka pytań. Na przykład: czego boję się w sobie?
Czego nie chcę widzieć, czuć? Jakie części siebie zepchnęłam do piwnicy mojego domu? Chodzi o to, aby te odrzucone, wykluczone części siebie zaprosić do domu naszego serca, zaprowadzić do jasnego salonu i zapytać, czego potrzebują? Nakarmić, utulić to wszystko w nas, co zostało skazane na wygnanie. Uznać swoją inność; jestem dzieckiem wszechświata i tak jak wszyscy mam prawo tu być. Wtedy zyskujemy przestrzeń, aby uważnie wysłuchać obcego, innego, nie oceniać, nie szukać winnych. Uważnie słuchając, odkrywamy, że na poziomie serca, uczuć wszyscy jesteśmy tacy sami. Serce to współczucie, współodczuwanie; zrozumienie, że wszyscy chcemy być spełnieni, szczęśliwi, uznani przez innych, szanowani. Każdy ma prawo być tutaj i żyć obok nas; być naszym sąsiadem. Możemy cieszyć się i wzbogacać różnorodnością. Widzimy, że inni ludzie mają takie wartości, które mogą być dla nas ważne. Odkrywamy, że inny to ja, moje lustro, w którym widzę całe spektrum mojego człowieczeństwa. Każdy z nas jest szczególny i niepowtarzalny, a jednocześnie jesteśmy tożsami w swojej istocie, utkani z tej samej energii światła i miłości, istniejącej u podłoża wszelkiego życia. Mogę czerpać z obfitości świata, ze wszystkich barw tęczy. Nelson Mandela mówił o tym, że jesteśmy narodami tęczy; Indianie mówią, że jesteśmy ludźmi białymi, czerwonymi, czarnymi, żółtymi, którzy kiedyś spotkają się razem pod ogromnym Drzewem Życia. Warto pamiętać, że tęcza to rozszczepione spektrum białego światła. W gruncie rzeczy jesteśmy światłem w różnych kolorach. Jesteśmy jednością.

Przez wiele lat przyjeżdżał do Polski mistrz zen Kwong Roshi. Miał w zwyczaju odwiedzać opactwo benedyktynów w Lubiniu i ojca Jana M. Berezę. Siadali w kręgu z innymi medytującymi. Mówili, że na głębokim poziomie nie ma różnic. Odnajdujemy tam te same pytania: Kim jestem? Po co tutaj jestem? Do czego jestem stworzona? Jakie jest moje przeznaczenie? Duchowość zaczyna się w sercu, które otwiera się na siebie i na innych, obejmuje wszystkie odrębności, całą różnorodność świata.

Tanna Jakubowicz-Mount – od 40 lat pracuje jako psychoterapeutka. Reprezentuje Psychologię Transpersonalną (4-ta siła w psychologii), która obejmuje badaniami cały rozwój człowieka włącznie ze sferą duchową. Sensem jej działania jest tworzenie przestrzeni pojednania człowieka z samym sobą, z innymi ludźmi i całą ziemską wspólnotą.

  1. Styl Życia

Karolina Hamer: „Niepełnosprawność nie jest najważniejszą cząstką mnie”

Karolina Hamer, pływaczka, medalistka mistrzostw świata i Europy. (Fot. Radosław Kaźmierczak)
Karolina Hamer, pływaczka, medalistka mistrzostw świata i Europy. (Fot. Radosław Kaźmierczak)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Człowiek to człowiek. Miłość to miłość. Nie godzę się na żadną dyskryminację – mówi Karolina Hamer, biseksualna paraolimpijka. Uparta, szczera, odważna, walczy o prawa osób z niepełnosprawnościami, o systemowe rozwiązania i tolerancję. 1 lipca, w formie e-booka, ukaże się jej książka „Niezatapialna”.

Sport. Jak pojawił się w pani życiu?
Miałam cztery lata i pierwsze pływackie kroki robiłam przy moim tacie. Często jeździliśmy nad jakieś jeziora, na baseny i od razu było widać, że woda to jest mój żywioł. Dawała mi poczucie wolności, nie czułam w niej ograniczeń!  Wychodziłam z wody dopiero, jak robiłam się sina. Pamiętam, jak mama mówiła: „Karolina, tylko nie wypływaj na głębokie”, a ja po dwóch sekundach właśnie tam byłam. W końcu trafiłam do sekcji pływackiej. Miałam wtedy 17 lat.

Późno.
Tak. Ale po trzech miesiącach treningów zostałam medalistką. Wszystko przypadkiem. Ówczesny chłopak mojej siostry powiedział mi, że istnieje sekcja pływacka dla osób z niepełnosprawnościami. Poszłam, popływałam półtorej godziny żabką, trenerzy byli właściwie w szoku. Po trzech miesiącach pojechałam na pierwsze zawody – mistrzostwa Polski juniorów, zdobyłam tam brązowy medal. Potem po trzech latach trenowania dostałam się do kadry. Sport był ze mną od zawsze. Pamiętam, że jako dziewczynka oglądałam igrzyska olimpijskie w Seulu i najważniejsze było dla mnie, czy pan/pani dość dużych gabarytów podniesie ciężar, czy nie.

Z pani książki dowiedziałem się, że pani, osoba z niepełnosprawnością, chodziła do klasy sportowej.
Tak. Teoretycznie zaczynałam od siatkówki. Nie uczestniczyłam jednak aktywnie w lekcjach wychowania fizycznego. Patrzyłam na kolegów i koleżanki. To było prawdziwe przechytrzenie systemu. Moją pierwszą prawdziwą miłością sportową była koszykówka NBA – krańcowe zawodowstwo. Myślę, że z tego się wziął taki mój pęd do progresywnego myślenia, pęd do profesjonalizmu: „Będę zmieniać rzeczywistość” i „teraz będzie po mojemu”. Sport nauczył mnie też techniki „padłaś – powstań”.

I to było najważniejsze?
Zawsze najważniejsze było to poczucie wolności w wodzie, ucieczki od problemów, wolna, spokojna głowa w trakcie treningów. I to poczucie, że każdy sezon jest nową szansą. Czasem się śmieję, że jestem specjalistką od wstawania po upadkach. Kiedy patrzę z perspektywy czasu, kiedy robię podsumowania, to chyba właśnie to jest dla mnie najfajniejsze w sporcie: hartuje, wyrabia charakter i zostawia świadomość, że życie składa się ze wzlotów i upadków, że jak coś jest nie halo, to najważniejsze, żeby się po tym podnieść.

Kiedy pani upadła?
Upadałam i powstawałam wielokrotnie. Moje życie to prawdziwy rollercoaster. To bezpardonowa walka o życie po swojemu – wbrew wszystkiemu. Gdy przegrywałam zawody, a medal był na wyciągnięcie ręki, gdy zmarła moja mama. To dzięki tym upadkom jestem niezatapialna – tak brzmi zresztą tytuł książki.

Rodzice, tata przede wszystkim, wcale zachwyceni tymi sportowymi aspiracjami i planami dotyczącymi sportu nie byli.
Tata jest bardzo pragmatycznym i stąpającym twardo po ziemi człowiekiem. I prawdopodobnie czuł niepokój związany z tym, że sport niesie ze sobą niewiadomą. Bo przecież nie od razu wiadomo, czy się komuś uda, czy nie, czym skończy się ten wielki podejmowany wysiłek.

Martwił się o to, czy zdobędzie pani zawód, o pani przyszłość.
No i ja sobie wybrałam taką, a nie inną. Najważniejsza dla mnie jest własna droga. Rodzice naturalnie się o mnie martwili od samego początku, przecież kiedy się urodziłam, przez komplikacje podczas porodu (lekarz odmówił mamie cesarskiego cięcia) miałam nie chodzić, nie mówić, miałam być roślinką. Ten początkowy etap usprawniania, rehabilitacja i progres to zasługa mojej mamy. Ona była prawdziwą wojowniczką, na takiej wojnie z rzeczywistością. Widziałam i jeszcze bardziej dotarło to do mnie po niedawnej śmierci mamy, ile wysiłku to wszystko kosztowało – żeby doprowadzić do tego, żebym mogła realizować swoje marzenia.

Co oprócz uporu i wojowniczości odziedziczyła pani po mamie?
Ciepło, chęć niesienia pomocy innym, poczucie, że jestem na świecie po coś i że mogę zrobić coś dobrego.

A co dla rodziców było pani zdaniem najtrudniejsze? Oprócz tego lęku o pani przyszłość?
Przemoc systemowa. Tak to nazywam. Rodziny osób z niepełnosprawnościami przez 30 lat odczuwały to, że Polska jest w tyle, jeśli chodzi o systemowe wsparcie takich osób. Cały mechanizm radzenia sobie, wsparcia był na barkach rodziców, rodzin i uznawano to za normę. Taka codzienność osoby z niepełnosprawnością naprawdę bywa niełatwa.

Co to jest „mała solidarność”?
Kiedy system zawodzi, możemy wspierać siebie nawzajem, możemy być otwarci, tolerancyjni, dawać przykład. Mała solidarność zaczyna się wówczas, kiedy przestajemy zajmować się własnym tyłkiem,  a widzimy coś szerzej. Dla mnie taka solidarność wiąże się też z pewnego rodzaju wrażliwością. Osoby, które widzą, że świat jest piękny, zróżnicowany, i stają w jego obronie, są jak Avengersi, a nawet Avengerki, bohaterki, które ratują świat.

Sport nauczył mnie techniki 'padłaś-powstań'. Upadałam i powstawałam wielokrotnie. Moje życie to rollercoaster. (Fot. Radosław Kaźmierczak) Sport nauczył mnie techniki "padłaś-powstań". Upadałam i powstawałam wielokrotnie. Moje życie to rollercoaster. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Ale odniosłem wrażenie, czytając książkę pani i Karoliny Domagalskiej, że ta mała solidarność nie jest tylko czymś pozytywnym. Bo to jest taka mała solidarność wykazywana wobec osób z niepełnosprawnościami przez ich znajomych, kolegów, sąsiadów, która niejako w codzienności zastępuje rozwiązania systemowe. Przeciwstawiała pani te dwie sfery.
Oczywiście. To powinno, rzecz jasna, współgrać. Jest wspaniałą rzeczą, że ludzie są dobrzy, że chcą pomagać, potrafią rozumieć innych, nie dyskryminować, czuć się współodpowiedzialnymi, kształtować rzeczywistość. Obok tego, jako część całości, powinny być jednak przyjmowane rozwiązania systemowe, dające osobom z niepełnosprawnościami podmiotowość, decyzyjność i – co za tym idzie – szanse. Szanse na wolność w decydowaniu o własnym życiu. To dlatego tak ważny był dla mnie protest osób z niepełnosprawnościami, bo podczas niego nastąpiła obywatelska pobudka: nie będziemy już spychani butem pod powierzchnię. Ważne też jest, żeby osoby z niepełnosprawnościami zyskały konkretne twarze, bo często dzieje się tak, że pozostają pod jakimś przykryciem statystyk – o, niby jest lepiej, bo więcej środków. A ja pytam: „Gdzie w przestrzeni publicznej osoby z niepełnosprawnościami? Dlaczego jest ich tak mało na ulicach, w polityce, w sztuce? Gdzie są prawnicy czy prawniczki z niepełnosprawnościami? Aktorzy i aktorki? Przecież statystycznie powinni być, prawda?”.

Równe szanse…
To złożona kwestia. W 2012 roku Polska ratyfikowała konwencję ONZ dotyczącą praw osób z niepełnosprawnościami i tam jest wpisane prawo do niezależnego, samodzielnego życia, do edukacji, do rynku pracy, do decydowania o sobie i swoim ciele. W Polsce pracuje tylko jedna czwarta osób z niepełnosprawnościami – osób w tzw. wieku produkcyjnym. Oczywiście, istotne jest również to, by takie osoby uwierzyły, że mogą pracować, by stworzyć im takie warunki – normalne warunki – by bez lęku i jakiegoś rzucania się w przepaść mogły żyć w sposób najbardziej zbliżony do tego, w jaki chcą, i by mogły wykorzystywać swój potencjał, wykonywać jak najwięcej zawodów. To jest podmiotowość.

Może zawsze w jakiejś mierze jako ideał – utopijna.
Nie. To jest kwestia równości obywatelskiej. Chodzi o to, by te prawa były naprawdę równe dla wszystkich niezależnie od tego, czy jestem osobą z niepełnosprawnością, czy nie, czy jestem kobietą, czy mężczyzną. Cała książka opowiada właściwie o dążeniu do spełnienia marzeń z punktem wyjścia w równości: zdaję sobie sprawę, że jestem kobietą z niepełnosprawnością, ale ta niepełnosprawność nie jest najważniejszą cząstką mnie. I dlatego bywa, że się buntuję przeciwko temu, że – trochę tak jak teraz – rozmawiam z kimś sobie godzinę o niepełnosprawności. A są przecież inne tematy.

OK. Tylko że książkę pani napisała o sporcie paraolimpijskim i swojej z nim przygodzie. Napisała pani, że moc jest dawana przez autentyczność. Czym jest ta autentyczność?
To podążanie swoją drogą wbrew wszystkiemu, wbrew ograniczeniom, które są, ale nie muszą człowieka definiować. Coś, co naprawdę mam w sobie, to „prawdziwe ja” zawsze daje moc. Chcę być aktorką – robię wszystko, by nią być. Chcę być prawniczką – zmierzam do tego. Chcę być sportowczynią – będę. Choć, oczywiście, w sporcie paraolimpijskim, bo to kwestia fizyczności. Ale już o prawniku nikt nie powie „niepełnosprawny prawnik”, tylko dobry lub zły.

Równe szanse. Możliwość wyboru.
Tak! Bardzo często osoby z niepełnosprawnościami mają tyle do ogarnięcia we własnym zakresie – chodzi mi o to „łatanie systemu”, że ich potencjał jest hamowany albo nie do końca ujawniany. O to właśnie chodzi, gdy mówię, że osoby z niepełnosprawnościami są definiowane…

…przede wszystkim jako osoby z niepełnosprawnościami.
Dokładnie. Bywa, że ta niepełnosprawność jest pewną nadsprawnością: funkcjonujesz w świecie, w którym nic nie jest do ciebie dostosowane. I musisz się wykazać naprawdę specjalnymi zdolnościami, sprawnością, żeby w tym świecie żyć, działać, rozwijać się. W świecie, w którym większość ludzi byłaby osobami z niepełnosprawnościami, i świat byłby do nich „dostosowany”, osoby sprawne miałyby kłopoty, prawda? Wszystko jest relatywne. Mam wrażenie, że jesteśmy w przededniu rewolucji polegającej na tym, że ludzie to zrozumieją.

Zrozumieli, gdy ogłosiła pani światu, że jest biseksualna? Erotyka, seks osób z niepełnosprawnościami w przestrzeni publicznej stanowią jakieś tabu.
Są dwie płaszczyzny możliwych odpowiedzi. Po pierwsze, jestem zahartowana, mam w sobie dużo akceptacji, osobiście nie dotyka mnie żaden hejt. Skądinąd niemal go nie było, otrzymywałam wiele słów wsparcia. Natomiast druga odpowiedź brzmi następująco: nie godzę się na żadne strefy wolne od LGBT, bo przecież to proste – wykluczanie kogokolwiek ze względu na niezależne od niego rzeczy jest złe. Miłość to miłość. Człowiek to człowiek. Po prostu. Polska jest dla wszystkich. Powiedziałabym, że mam takie cztery dary, które bywają związane z wykluczeniem: jestem sportowczynią, osobą z niepełnosprawnością, jestem kobietą i jestem biseksualna.

Siła złego na jednego.
[Śmiech]. Nie! To naprawdę dary, zalety! Nie obciążenia.

Karolina Hamer wspólnie z Karoliną Domagalską napisała książkę „Niezatapialna”, wyd. W.A.B Karolina Hamer wspólnie z Karoliną Domagalską napisała książkę „Niezatapialna”, wyd. W.A.B

  1. Zwierciadło poleca

„Kolor skóry to nie przestępstwo" - fotoreportaż z antyrasistowskich protestów w Nowym Jorku

(Fot. Aneta Radziejowska)
(Fot. Aneta Radziejowska)
Zobacz galerię 14 Zdjęć
Od 30 maja w USA trwają demonstracje i protesty po śmierci George'a Floyda, który przez 9 minut dusił się przez klęczącego na nim białego policjanta.

Protesty organizuje walczące z rasizmem i uprzedzeniami rasowymi stowarzyszenie Black Lives Matter. Organizacja powstała w 2014 roku, kiedy nowojorska policja udusiła w trakcie zatrzymania podejrzanego o handel papierosami Afroamerykanina Erica Garnera. 

W trakcie aktualnie rozlewających się po kraju zamieszek i protestów przeciwko brutalności policji i rasizmowi zginęło już kilkanaście osób, a tysiące trafiły do aresztu.