fbpx

Kogo obchodzi globalne ocieplenie?!

Corbis


Czy energooszczędne żarówki i samochody zużywające mniej paliwa kupujemy dlatego, że interesuje nas los naszej planety? E tam. Chodzi tylko o pieniądze. Ekologię mamy w nosie. Dlaczego naszym mózgom tak trudno się zazielenić?

Oczywiście fajnie jest uważać się za eko – przejść się po deptaku z modną ekotorbą czy zrobić zakupy w lanserskim butiku z ubraniami tylko z bawełny fair trade. Na modzie eko wyrastają kolejni celebryci, a rynek z entuzjazmem kręci się wokół zielonego hyzia zachodniego świata. No, ale bądźmy ze sobą szczerzy: kto czyta artykuły o globalnym ociepleniu, topnieniu lodowców i emisji gazów cieplarnianych!? Powstrzymajcie ziewnięcie i sprawdźcie, dlaczego nasze mózgi z uporem godnym lepszej sprawy bronią się przed ekologiczną propagandą.

Intencje dwutlenku węgla

– Wyobraźmy sobie sytuację – mówi prowokacyjnie Daniel Gilbert, psycholog społeczny z Uniwersytetu Harvarda – w której globalne ocieplenie jest nam narzucone przez tyrana. Albo stoi za nim upodobanie pewnej grupy ludzi do jedzenia małych kotów. Czy w takiej sytuacji wciąż byłoby dla nas letnim tematem? Problem w tym, że kwestie związane z klimatem w zgrabny sposób omijają w naszym mózgu wszystkie mechanizmy alarmowe, które są wspólne całemu ludzkiemu gatunkowi i powstały na drodze ewolucji, by ułatwić nam przetrwanie.

Żebyśmy zaczęli traktować poważnie globalne ocieplenie, musiałoby mieć po prostu jakąś ludzką cechę. To bowiem, co nas naprawdę przeraża, to działanie intencjonalne. A takie wykazują jedynie ludzie (no dobrze, zwierzęta też). Dlatego właśnie znacznie bardziej boimy się epidemii wąglika (na którego nie umarła w ostatnim czasie chyba żadna osoba) niż epidemii grypy, która co roku zbiera spore żniwo. Wąglikiem bowiem ktoś musiałby nas zarazić celowo, grypę zaś łapiemy przypadkiem. Wniosek? Ponieważ nie ma jak się przed nią bronić, nie ma co zawracać nią sobie głowy. Z tych samych przyczyn obawiamy się raczej terrorystów niż kwaśnych deszczy.

Globalne ocieplenie nie snuje planów pozabijania nas wszystkich przez rozciągnięcie nad światem dziury ozonowej. I na tym polega problem. Jego „nieożywioność” usypia nasze zainteresowanie.
Rzecz druga. Nie brzydzimy się zmian klimatycznych. Nie irytują nas one, nie burzą naszych moralnych przekonań. Nie wzbudzają strachu, wstrętu, złości. By je zrozumieć, trzeba do nich podejść racjonalnie i rozumowo. Tymczasem to emocje, a nie racjonalny osąd, rządzą, instynktem samozachowawczym. Wyewoluowały właśnie po to, byśmy mogli szybko i bez zastanowienia podejmować decyzje w sytuacjach, w których robi się niebezpiecznie. Strach każe nam walczyć lub uciekać. Złość skłania do większego ryzyka, smutek – do refleksji. Obrzydzenie ratuje przed pakowaniem się w sytuacje zagrażające życiu takie jak zatrucie starym mięsem. Z tego powodu pewnie lepiej by było, gdyby globalne ocieplenie wywoływali zjadacze kociąt lub tyrani, a nie emisja dwutlenku węgla. No bo jakie emocje może wywoływać dwutlenek?

Czysty zysk

Daniel Gilbert wyróżnia jeszcze jedną cechę, której globalne ocieplenie z pewnością nie ma: gwałtowność. Bo dobrze, lękamy się zjawisk przyrodniczych – ale jakich? Wybuchów wulkanów, trzęsień ziemi, tsunami. Nieprzewidywalnych. Takich, które w jednej chwili sieją strach i zniszczenie. A ocieplenie? No cóż. Postępuje. Pomału, stopniowo, niezauważalnie. I być może ugotuje nas w naszej beztrosce niczym żabę w pomału podgrzewanej wodzie. Gdyby chciano wrzucić nas od razu do wrzątku, z pewnością dalibyśmy dyla. Jak każde zwierzę człowiek nauczony został reagować na bliskie zagrożenia, a nie na takie, których efekty odczuje za dziesiątki lat. To samo dotyczy zysków. Gdyby walkę z globalnym ociepleniem przedstawić nam w kategorii doraźnych korzyści, z pewnością znalazłaby ona więcej entuzjastów.

Przyjrzyjmy się tutaj nam samym. Z badań CBOS przeprowadzonych rok temu wynika, że Polacy dbają o klimat, gdy im się to opłaca tu i teraz. Ekonomia, a nie ideologia zmienia nasze postawy. I choć uważamy, że zmiany klimatu to poważny problem, i deklarujemy chęć przeciwdziałania niekorzystnym zjawiskom, w praktyce ograniczamy się do używania energooszczędnych urządzeń AGD i żarówek. Staramy się też zużywać mało wody. Zwłaszcza jeśli płacimy za wywóz szamba z własnej kieszeni. Podejmujemy działania proekologiczne tylko wtedy, kiedy wiąże się to z oszczędnością dla domowego budżetu. Na przykład jedna trzecia spośród badanych przez CBOS deklarowała, że przy wyborze marki samochodu brała pod uwagę zużycie paliwa przez dane auto. Tylko dla niewielkiej części ważna była też emisja dwutlenku węgla.

I choć u nas badania tego typu to pewna nowość, na świecie z dużą uwagą analizuje się reguły funkcjonujące w umyśle, którym podlega ekomyślenie. Amerykański rząd, zmartwiony gnuśnością swych obywateli w kwestii ochrony środowiska, powołał na przykład do życia poważną instytucję naukową, która zajmie się analizowaniem oportunistycznych umysłów. Nazywa się ona Center for Research on Environmental Decisions (CRED). Czy uda jej się zmienić nasz sposób myślenia o klimacie? Raczej nie. Być może jednak nauczy polityków, jak mówić, by nas tym przejąć. Do tego czasu kwestia protokołu z Kioto wywoływać będzie w opinii publicznej jedynie ziewnięcie.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze