Są takie miejsca, w których patrzysz na mapę i zastanawiasz się, gdzie pojechać jutro, bo jeszcze tyle zostało do odkrycia. 546 kilometrów tras, cztery duże obszary narciarskie, lodowiec Hintertux, strome zjazdy, długie trasy i niezliczone możliwości dla tych, którzy lubią być w ruchu. Zillertal ma wszystko, czego potrzebują aktywni. A kiedy ciało mówi „dość”, zaczyna się: sauna, basen, dobre jedzenie i après-ski. Bo w tej dolinie sport i przyjemność zdecydowanie grają do jednej bramki.
„Gdzie dziś jedziemy?” Dla narciarzy w dolinie Zillertal odpowiedź na to pytanie może być największym problemem każdego dnia. 546 kilometrów tras i 181 wyciągów oznacza, że podczas tygodniowego pobytu możesz za każdym razem zjeżdżać inną trasą, w innej dolinie. I nie ma znaczenia, czy jeździsz na nartach dobrze, czy dopiero zaczynasz. Region wyróżnia się ogromna różnorodnością stoków: od szerokich i łagodnych dla początkujących, przez wymagające czerwone oraz czarne trasy, aż po tereny dla tych, którzy lubią sprawdzać swoje możliwości poza trasami. A wszystko na jeden superskipass Zillertaler, który obejmuje aż cztery duże obszary: Hochzillertal–Hochfügen–Spieljoch, Zillertal Arena, Mayrhofner Bergbahnen oraz Ski & Glacier World Zillertal 3000 w tym Hintertux.
Nic dziwnego, że ten ogromny alpejki region ten od lat jest jednym z częściej wybieranych przez Polaków, dla których narty to pasja, sportowe wyzwanie i ważna część życia. Sama należę do wielkich fanek tej doliny i uwielbiam tam wracać. Wprawdzie z wiekiem coraz mocniej doceniam klimat i spokój kameralnych ośrodków z tarasami widokowymi na cappuccino oraz ciepły basem, jednak skala możliwości w Zillertal za każdym razem robi na mnie ogromne wrażenie, cieszy i motywuje do sportowych wyzwań.
Fot. ©AndiFrank/materiały prasowe
Fot. ©AndiFrank/ materiały prasowe.
Na i pod lodowcem
Lodowiec Hintertux jest jednym z najbardziej charakterystycznych miejsc całego regionu. To jedyny całoroczny ośrodek narciarski w Austrii, dzięki któremu śnieg i możliwość jazdy na deskach są tu dostępne także poza sezonem zimowym.
Na wysokości ponad 3000 m n.p.m. szybko zapomina się, że jest się stosunkowo blisko cywilizacji i łatwo poczuć jakby się było na innej planecie. Jest wysoko, jasno i przestrzennie. Przy dobrych warunkach pogodowych góry wyglądają tak, jakby ktoś zwiększył kontrast w aparacie. To zawsze robi na mnie wrażenie, daje przyjemny oddech oraz pierwszy urlopowy zastrzyk endorfin. Kolejne porcje hormonów szczęścia można poczuć podczas zjazdów.
Fot. ©AndiFrank/materiały prasowe
Jeśli jesteś dobrym narciarzem i zdecydujesz się zjechać Harakiri, poczujesz nie tylko sportową satysfakcję, ale to również niezły trening mindfulness. Na jednej z bardziej stromych tras narciarskich nie masz szans myśleć ani o tym, co było, ani o tym co będzie, koncentrujesz się tylko na tym co jest teraz i jak pokonać kolejne metry trasy, której nachylenie sięga nawet 78 proc. To wbrew pozorom całkiem dobry odpoczynek - mózg jest zadowolony, kiedy jesteś tylko tu i teraz.
Mniej ekstremalnym, ale równie ciekawym wyzwaniem są długie zjazdy. W Hintertux można pokonać trasę liczącą nawet około 12 kilometrów, prowadzącą z lodowca aż do doliny. Oczywiście nie trzeba od razu mierzyć się z nią w całości – w Zillertal jest mnóstwo możliwości, by wybierać dłuższe lub krótsze warianty, zależnie od kondycji, umiejętności i ochoty na sportowe wyzwanie. Ja lubię te momenty, kiedy kolejne kilometry mijają, a palące nogi zaczynają przypominać, że narciarstwo jest jednak całkiem poważną dyscypliną sportu. Nawet jeśli przez większą część wyjazdu niespiesznie i kontemplacyjnie po prostu przemieszczamy się po górach.
Oczywiście Hintertux nie jest wyłącznie dla wyczynowców. Dużo szerokich i łagodnych tras oraz nowoczesna infrastruktura sprawiają, że jest tu również wielu początkujących, którzy w krótkim czasie robią ogromne postępy łapiąc narciarskiego bakcyla. Można więc przyjechać tu z całą rodziną, albo grupą, w której każdy jeździ na innym poziomie, i wszyscy są zadowoleni.
Warto wiedzieć, że sam lodowiec jest imponującym „żywym” tworem: jego lód ma miejscami nawet 120 metrów grubości, a najstarszy lód liczy około 1000 lat. Pod lodowcem kryje się jeszcze jedna niezwykłość, którą odkryłam podczas ostatniego pobytu – Spannagelhöhle, największa jaskinia Tyrolu i jedna z największych jaskiń Alp Centralnych. Jej zbadany system ma około 13 kilometrów długości, a podczas standardowego zwiedzania można przejść około 500 metrów. To także najwyżej położona jaskinia pokazowa w Europie.
Oprócz zwiedzania można w niej doświadczyć czegoś zupełnie niezwykłego. W jednej z niewielkich jaskiniowych „komnat” odbywają się sesje relaksacyjne „Auszeit” z dźwiękami gongów i mis. Kładę się w hamaku, zostaję przykryta kocem i po chwili zaczynam delikatnie kołysać się w półmroku rozświetlonym świecami led. Jest w tym coś niemal nierzeczywistego – wiszę w przestrzeni, kilkaset metrów pod lodowcem, który jeszcze przed chwilą przemierzałam na nartach.
Temperatura, półmrok i przede wszystkim niezwykła akustyka jaskini sprawiają, że bardzo szybko tracę poczucie miejsca i czasu. Zostaje tylko dźwięk. Fale gongów nie tyle słyszę, ile czuję – przechodzą przez ciało, rezonują w nim i stopniowo wyciszają myśli. Przejmująca cisza pomiędzy kolejnymi dźwiękami jest równie ważna jak same gongi. To jedno z najbardziej niezwykłych doświadczeń relaksacyjnych, jakich kiedykolwiek doświadczyłam. I chyba pierwszy raz zdarzyło mi się odpoczywać tak głęboko… pod lodowcem.
Legendarne Apres-ski
Głośne „Sweet Caroline”, z chóralnym „ho, ho, ho” śpiewanym przez kilkaset osób, sprawiło, że trudno było nie dołączyć. Nawet się nie obejrzałam, kiedy razem z tłumem podskakiwałam na parkiecie – w butach narciarskich, oczywiście. I do dziś nie wiem, jak to działa. Jeszcze kilkadziesiąt minut wcześniej, zjeżdżając ostatnią trasą, marzyłam tylko o tym, żeby zanurzyć się w ciepłym basenie albo zaliczyć drzemkę pod kołdrą. Tymczasem energia bawiących się, tańczących i śpiewających ludzi sprawiła, że w cudowny sposób przestałam czuć zmęczenie i kilometry w nogach.
Fot.©northlight_creative/materiały prasowe
To właśnie jest siła tyrolskiego après-ski – narty nie kończą się wraz z ostatnim zjazdem. W Hintertux ich naturalnym przedłużeniem są spotkania przy muzyce, wspólne śpiewanie, taniec i imprezy, które potrafią przeciągnąć narciarski dzień o kilka godzin. Jednym z najbardziej znanych miejsc w Hintertux jest Hohenhaus Tenne, gdzie regularnie odbywają się après-ski z DJ-ami i koncertami na żywo. Muzyka jest zresztą mocno wpisana w charakter całego regionu – w kalendarzu Hintertux znajdziemy zarówno regularne imprezy après-ski, jak i większe wydarzenia muzyczne, takie jak Hintertuxer Gletscher Open Air.
I chyba właśnie dlatego après-ski jest tu tak lubiane. Nie chodzi wyłącznie o imprezę, ale o przedłużenie narciarskiego doświadczenia – o moment, kiedy ludzie, którzy przez cały dzień mijali się na stokach, nagle spotykają się w jednym miejscu i wspólnie celebrują sportowy wypoczynek. Narty są sportem indywidualnym, ale après-ski zamienia je w doświadczenie wspólnotowe. Można być zmęczonym, można mieć obolałe nogi, ale kiedy zaczyna się muzyka, jakoś wszyscy dostają drugą porcję energii.
Hochzillertal. Mniej rozmachu, więcej jazdy
Hochzillertal–Kaltenbach, połączony z Hochfügen i Spieljoch, to przykład zupełnie innego ośrodka, który warto odwiedzić w ramach Superskipass Zillertaler. To bardziej kameralny region, otoczonych lasami i równie ambitny narciarsko. 90,7 km tras: 29,7 km niebieskich, 41,3 km czerwonych i 14,6 km czarnych. Najwyżej wyciągi zabierają narciarzy na około 2377 m n.p.m. Ośrodek ma 39 wyciągów i dwie trasy prowadzące do doliny.
To miejsce, które szczególnie dobrze sprawdza się wtedy, kiedy przyjeżdżamy po prostu pojeździć rekreacyjnie. Trasy są dobrze przygotowane, różnorodne, a dzięki dużej liczbie czerwonych odcinków można przez wiele godzin bez stresu ćwiczyć technikę i szukać coraz lepszej linii zjazdu.
Hochzillertal jest też jednym z tych miejsc, w których po kilku godzinach przestajesz patrzeć na mapę, a zaczynasz jeździć intuicyjnie, bo obszar jest do ogarnięcia bez ciągłego zerkania na mapę. A wtedy narciarstwo robi się bardzo przyjemne.
Fot. ©level26-kopia/materiały prasowe
Narty – odpoczynek dla ciała i mózgu
Wybierając się do Zillertal, można mieć pewność, że narciarsko i sportowo znajdzie się tu coś dla siebie – niezależnie od poziomu zaawansowania. Ale po kilku godzinach na stoku równie ważne jest to, co dzieje się po odpięciu nart.
Après-ski z tańcem, śpiewem i muzyką na żywo to doskonały wellness dla mózgu. Ciało będzie jednak zadowolone z czegoś zupełnie innego: leżaka w cieple, basenu, sauny i chwili ciszy w strefie wellness. I właśnie dlatego alpejskie spa tak dobrze komponuje się z narciarstwem.
Fot. ©ThermeFügen/ materiały prasowe
Fot. ©ThermeFügen/ materiały prasowe.
Dla mnie narty nigdy nie były tylko jazdą na deskach i zaliczaniem kolejnych trudności, choć wyraźnie włącza się we mnie duch sportowy. Równie ważne są jedzenie, spotkania, muzyka, sauna, woda, sen i regeneracja. Lubię ten rytm: najpierw wysiłek, wysokość, zimno i adrenalina, potem ciepło, woda, sauna i odpoczynek. To dwie strony tego samego doświadczenia – ruch i bezruch, energia i wyciszenie, wysiłek i przyjemność. Jedno sprawia, że jeszcze bardziej doceniamy drugie.