Śpiewała o globalnych kryzysach, pisała protest songi, a dziś, jak mówi, kieruje reflektor na siebie. Jednocześnie nie przestaje działać, by zmieniać branżę muzyczną – na taką, która lepiej traktuje kobiety i talenty w nierównej walce z algorytmem. Misia Furtak właśnie wydała nową, świetną płytę „Otuchy”.
- Misia Furtak powróciła z albumem „Otuchy”, na którym po raz pierwszy tak mocno skupia się na własnych doświadczeniach. Impulsem do jego powstania były problemy zdrowotne.
- Choroba zmusiła ją do zwolnienia tempa i przewartościowania wielu spraw. „Nie chcę działać za wszelką cenę” – przyznaje artystka.
- Wokalistka zwraca uwagę na nierówności w branży muzycznej. Jej zdaniem sukces nie zawsze zależy od talentu, a ogromną rolę odgrywają pieniądze przeznaczone na promocję.
- Misia Furtak od lat angażuje się w działania na rzecz kobiet w muzyce. Jak zauważa, sytuacja się poprawia, ale prawdziwa zmiana wymaga większej obecności kobiet na stanowiskach kierowniczych.
Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 10/2026.
Angelika Kucińska: Śpiewasz na nowym albumie: „Nawet nie udam, że nie boję się, ale spadochron mam. Mogę skakać, co mi tam”. Co jest dzisiaj twoim spadochronem?
Misia Furtak: Ludzie, którym ufam, moje sieci wsparcia. Małe rytuały i system funkcjonowania, który sobie zbudowałam. To daje mi poczucie bezpieczeństwa i pewność, że miękko wyląduję.
Potrzebowałaś przerwy od muzyki, żeby ten spadochron sobie stworzyć?
Chyba potrzebowałam przerwy po prostu, od wszystkiego. Ale mimo to nie przestałam pracować. Brałam gościnnie udział w różnych projektach, natomiast żeby napisać coś swojego, musiałam przeprocesować wszystko, co się we mnie wtedy działo. Mam papiery na to, że to najlepszy dla mnie system pracy. Brzmi jak żart, bo to niby oczywiste przy procesie twórczym, ale z testu talentów Gallupa wyszło mi, że najlepiej pracuję, gdy mam do tego totalną, bezwzględną przestrzeń.
Ludzie myślą, że znikam, a ja potrzebuję się na chwilę schować, żeby pomysły się wyklarowały, treści wykluły. Każda płyta tego ode mnie wymagała, ale nowa najbardziej, bo jest introspektywna. Trzeba było odciąć się od wszelkich zaszumiaczy, żeby złapać lepszą łączność z sobą.
A kiedy ta płyta się zaczęła w tobie? Co to był za moment?
Cztery lata temu, gdy zaczęłam mieć problemy ze zdrowiem. Najpierw, już w końcu pandemii, zachorowałam na COVID, który się przedłużał i przyniósł komplikacje. Potem pojawiły się dodatkowe neurologiczne objawy. I jeszcze kolejne. Byłam długo diagnozowana, musiałam wracać na badania, leżeć w szpitalu. Zdałam sobie sprawę, że piosenki, które zaczęłam pisać, i rzeczy, które się ze mną dzieją, to nie mogą być dwie odrębne rzeczywistości. Tlił się temat, ale nie wiedziałam, jak go ugryźć.
Na początku chorowania dużo się w tobie dzieje. Jest lęk, jest niezgoda, nie potrafisz odnaleźć się w nowej sytuacji. Nie rozumiesz, że ty masz jakąś agendę, ale twoje ciało ma swoją i one się wykluczają. Szukałam języka, którym opowiem o tej drodze.
Zabawne, bo zanim zaczęłam się borykać ze zdrowiem, chciałam napisać piosenkę o ciele. Zatytułowałam ją wstępnie „Gniazdo” i miała być o traktowaniu ciała jako domu, w którym mieszkasz. Nie miałam pojęcia, że chwilę później będę negocjować z własnym ciałem i na nowo się w nim urządzać.
Żyjesz intensywnie – koncertujesz, prowadzisz program mentorski, angażujesz się w działania aktywistyczne. Jak reaguje taka osoba na sygnały od ciała, które domaga się, żeby leżeć?
Stawia opór. Zanim odpuściłam, szukałam jakichś wytrychów. Że może ze szpitala będę pracować. Rzeczywistość szybko weryfikuje takie pomysły. Musisz się poddać. Każdy, kto przeszedł nawet drobny zabieg wymagający rekonwalescencji czy złapał kontuzję i nie mógł chodzić, wie, jak to jest, gdy coś blokuje ci normalność. Trzeba wziąć trzy głębokie wdechy i uczyć się życia w nowej sytuacji. To nie jest łatwe. Sama się wciąż zapominam. Poczuję się lepiej i wracam do starego tempa. Dopiero gdy zaczynam się spalać, przypominam sobie, że dawne metody nie działają w kontekście, który się zmienił. To codzienna praca, żeby trzymać się tych nowo wypracowanych ścieżek i nie cisnąć.
To może być całkiem pozytywna zmiana w relacji z własnym ciałem czy podejściu do pracy.
Dostałam przymusowy pretekst, żeby się naprawdę spotkać z samą sobą. Przebudowałam relacje, w których byłam. Podjęłam decyzje, których bym nie podjęła, gdyby nie choroba.
Mam wrażenie, że wcześniej mocniej operowałam kliszami. Wierzyłam, że rzeczy trzeba robić w określony sposób, bo tylko taki działa. A co się stanie, gdy spróbujesz inaczej? Może też zadziała? To doświadczenie paradoksalnie wniosło wiele dobrego do mojego życia.
Kiedy jakiś czas temu powiedziałaś mi, że płyta będzie się nazywać „Otuchy”, wyobraziłam sobie ten album jako kojący i pluszowy. A tymczasem nowe piosenki bywają kategoryczne, jest siła w tych zawołaniach z tytułów: „Cała naprzód”, „Przed siebie”, „Nie bój się”.
Zapisałam proces, w którym byłam. Oswajanie się z kryzysem. Zasoby mam ograniczone, okoliczności są, jakie są, ale coś dam radę zrobić, więc cała naprzód. W tym wszystkim jest też dużo niepewności. Mnie otuchę przynosi fakt, że tę płytę udało się skończyć. Dla innych otuchą może być świadomość, że nie są sami w swoim kryzysie. Poczucie osamotnienia w trudnej sytuacji jest bardzo częste. Albo myślimy, że to nasza wina. Że nie dajemy rady. Że nie potrafimy rozwiązać problemu. A na Instagramie przecież wszyscy sobie ze wszystkim świetnie radzą.
Masz siłę, żeby grać koncerty?
Tak, teraz mam. Ale mój głos się zmienił. W końcu to też część mojego ciała. Kiedy mówię o niepewności, to nawet nie mam na myśli bardzo pesymistycznych scenariuszy, tylko zupełnie obiektywny fakt, że nie wiesz, co się wydarzy. Gdy w jednym roku trzy razy leżysz w szpitalu, bo lekarze nie wiedzą, co ci dolega i przedłuża się diagnostyka, musisz ostrożnie zarządzać energią, po prostu. Tkwiłam w znaku zapytania.
Zawsze miałam wrażenie, że bardzo dobrze funkcjonujesz w niepewnych sytuacjach. Że oswoiłaś brak stabilizacji.
Ciekawe, że tak to z zewnątrz wygląda. Ja czuję, że zawsze mi to ciążyło. Dlatego zresztą napisałam program edukacyjno-inkubacyjny dla osób twórczych w punkcie zwrotnym. Właśnie z intencją uwspólniania tego uczucia ciężaru. Wiem, że to powszechne w naszym środowisku, a wcześniej myślałam, że to moja jednostkowa wina.
Fajnie, że z zewnątrz wygląda to tak, że jestem skuteczna, pracuję, daję radę, ale zawsze towarzyszyło mi poczucie, że muszę wiecznie przeciągać linę. Tryb walki, ciągły.
Kiedy mi teraz mówisz, że sobie oswoiłam tę rzeczywistość, to sama się zastanawiam: może to dobrze? Może to świadczy o mojej determinacji, wytrwałości?
Nie poddajesz się.
Nie, ale też coraz częściej zadaję sobie pytanie, jaki jest koszt. Nie chcę działać za wszelką cenę. Robię rzeczy, które są w moim zasięgu. Zresztą wiesz, super, że polscy artyści mogą wyprzedawać stadiony, to rozwija branżę, ale to nie znaczy, że to jest droga dla wszystkich. Kiedy słyszę od młodych twórców, że ktoś im powiedział, że rynek weryfikuje talent, bo ludzie cię kupią albo nie, szlag mnie trafia.
Bo jak porównać kogoś, kto wchodzi na rynek z własnym, ciężko zaoszczędzonym budżetem promocyjnym w wysokości pięciu tysięcy złotych z kimś, kto może wydać sto tysięcy z budżetu wytwórni?
Rynek trzyma z tym, kto wpompuje więcej w promocję, bo musisz się przebić przez algorytm. I oczywiście nawet milionowe budżety nie gwarantują, że świat pokocha danego artystę, ale przynajmniej taka osoba ma szansę na to, że słuchacze będą mogli ją faktycznie zweryfikować.
Można wygrać z algorytmem?
A ja wiem? To miłe, że podejrzewasz mnie, że mam te wszystkie odpowiedzi. Chętnie jednak zrobiłabym burzę mózgów z artystami i artystkami środka, którzy jak ja nie mają pół miliona na promocję nowej płyty. Jestem ciekawa, jak sobie radzą. Jakie są ich doświadczenia. I czy mają swoje pomysły na to, jak przebudowywać rynek.
Ty kilka lat temu upomniałaś się o większy wpływ. Przyszłaś i powiedziałaś: hej, panowie, pora przestawić parę puzzli, bo ten układ nie działa.
Z naciskiem na „hej, panowie” [śmiech]. Bo to, że działałam z Keychange [międzynarodowa inicjatywa i ruch społeczny założony w 2017 roku, który dąży do osiągnięcia pełnej równości płci i różnorodności w przemysłach muzycznych – przyp. red.], mocno ustawiło mi azymut na temat inkluzywności i widoczności m.in. kobiet w branży muzycznej. Ale generalnie widzę, w jak wielu miejscach system jest niesprawiedliwy i gdzie można go uszczelnić. Temu służą te wszystkie moje inicjatywy edukacyjne, mentoringi, aktywizm. Najfajniej byłoby działać i od dołu, i od góry, żeby zmiany systemowe mogły napędzać działania oddolne i vice versa. Ale robię tyle, ile jest w moim zasięgu.
Na czym w praktyce polega program?
Pracujemy na kilku poziomach, a celem jest wgląd w siebie, ustalenie potrzeb, wartości, schematów działania, blokad. Podczas indywidualnych spotkań z mentorem lub tutorem, na ścieżce strategiczno-rozwojowej i wreszcie podczas pracy z psychologiem. Kiedyś wytwórnie płytowe robiły artist development, taką opiekę strategiczną nad rozwojem artysty i jego kariery. Tego już nie ma. Program może wypełniać tę lukę.
Ludzie wychodzą od nas z poczuciem wzmocnienia i z wiedzą biznesową, ale też z informacją, że nie są beznadziejni, jeśli nie potrafią poruszać się po branżowej planszy. Po prostu ta plansza jest naprawdę trudna. To nie ty zrobiłaś coś źle, to system nie działa, jak należy i trzeba znaleźć na niego jakiś sposób.
Twoja aktywistyczna działalność w branży muzycznej zaczęła się od wspomnianej współpracy z międzynarodową organizacją Keychange kilka lat temu. Keychange działa na rzecz sprawiedliwej, równej reprezentacji kobiet i osób niebinarnych w przemyśle muzycznym. Widzisz zmianę w tym obszarze?
Tak. Świadomość jest większa. Nie mierzę parytetu na festiwalach, ale widać większą obecność dziewczyn w programach. Głębsza zmiana wymaga jednak, żeby kobiety częściej zajmowały kierownicze stanowiska. Tego jeszcze nie ma. Ale widać zmianę perspektywy, też u samych kobiet. Na początku dziewczyny były nastawione na walkę, a tu trzeba współpracy. Na osi po jednej stronie masz toksycznych mężczyzn, a po drugiej niewidzialne kobiety i chodzi o to, żeby się spotkać pośrodku. Współpracować. Wspierać.
Twoje zaangażowanie, także w ekologiczną inicjatywę Music Declares Emergency, odbijało się w muzyce, którą nagrywałaś. Płyta „Co przyjdzie?” była wyrazem troski o świat, „Wybory” – krytyki wobec rzeczywistości politycznej w Polsce. A introspektywne „Otuchy”?
Wcześniej myślałam, że muszę się skupić na tych dużych tematach, wartościach, sprawiedliwości społecznej. Aż zobaczyłam, że mogę być w świecie i w sobie. Nie udaję, że rzeczywistość na zewnątrz nie istnieje, ale na nowej płycie kieruję światło reflektora na siebie. I zmieniam skalę. Zawężam spektrum. Śpiewałam o sprawach globalnych, potem o Polsce. Zajmowałam się pozycją kobiet w muzyce, mówiłam o proekologicznych praktykach, których branża muzyczna potrzebuje. A teraz korzystam z osobistych doświadczeń i wspieram osoby twórcze w rozwoju zawodowym. To mi daje poczucie sprawczości.
W jednej z nowych piosenek śpiewasz o strachu – boisz się, że nie napiszesz już nic, co da coś ludziom słuchającym twojej muzyki, ale i przyniesie coś tobie. Czego ty potrzebujesz od muzyki?
Poczucia sensu. Pewności, że nie muszę się kompletnie naginać i zmieniać, bo mogę pisać o sprawach, które są dla mnie autentycznie ważne.
Śpiewasz też: „Boję się przedwczesnej emerytury, garsonka, katafalk i pa”. Ubawiła mnie ta linijka, bo przecież w twoim przypadku to byłaby jakaś ekstra vintage garsonka, a katafalk stanąłby na Placu Zbawiciela.
Wspaniałe! No hit! Kiedy to pisałam, siedziałam sobie bardzo rozgoszczona w lęku, że przyjdzie do pisania, a ja nie będę miała nic do powiedzenia, że ludzie przestaną mnie słuchać, więc trzeba będzie pójść do pracy w biurze, na stanowisku o nazwie sklejonej z niepasujących do siebie wyrazów i chodzić codziennie w garsonce. Do tego spływałyby na mnie kolejne diagnozy medyczne, więc leżałabym na katafalku i czekała na wieczny odpoczynek. Ale ty zobaczyłaś w tym kawałku tekstu taki piękny kolor. Leżę w super ciuchach, pachnę i z katafalku zarządzam? To wręcz brzmi jak coś, na co warto czekać.
Misia Furtak, właśc. Michalina Aleksandra Furtak. Kompozytorka, autorka, wokalistka i basistka, laureatka Paszportu Polityki z zespołem très.b w kategorii muzyka popularna (2012) i Fryderyka w kategorii debiut roku (2014). Jej najnowszy album „Otuchy” ukazał się 18 września.