W księgarni zobaczyłem „Dzieci z Bullerbyn”. Okładka i rysunki identyczne jak w wydaniu, które czytałem w szkole podstawowej. Kupiłem. I czytam. I dochodzę do wniosku, że będę musiał jeszcze długo żyć, żeby po raz drugi przeczytać wszystkie książki.
Felieton pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 09/2026.
Lato, punkt gastronomiczny nad morzem, mama mówi do dziecka patrzącego we frytki: „A keczup musisz sobie wyobrazić”. Może to był żart, może keczup był za drogi, a może po prostu zabrakło? Nigdy nie wyobrażałem sobie keczupu. Ale wyobrażałem sobie pomarańcze, bo do Soliny docierały bardzo rzadko. No i takie to były czasy, że trzeba sobie było nieraz wyobrazić kotlet mielony albo czekoladę. I wtedy, w ramach ogólnonarodowej akcji pobudzania wyobraźni, wymyślono kotlet jajeczny i ziemniaczany oraz wyrób czekoladopodobny. Jadło się coś o smaku słodkiej mąki ziemniaczanej, a wyobrażało, że to czekolada.
W księgarni zobaczyłem „Dzieci z Bullerbyn”. Okładka i rysunki identyczne jak w wydaniu, które czytałem w szkole podstawowej. Kupiłem. I czytam. I dochodzę do wniosku, że będę musiał jeszcze długo żyć, żeby po raz drugi przeczytać wszystkie książki. I zrozumieć.
Do „Dzieci z Bullerbyn” zaczynam dorastać. Wzruszam się tak bardzo może dlatego, że dzieciństwo spędziłem w polskim odpowiedniku Bullerbyn. W Solinie było nas trochę więcej niż sześcioro, ale nie dużo więcej.
Z ponownej lektury „Dzieci z Bullerbyn” wyciągam taki wniosek, że powinno się po 50 latach obowiązkowo wracać do książek z dzieciństwa i wprowadzać w życie zawarte w nich mądrości. W rozdziale „Moje najprzyjemniejsze urodziny” Lisa wspomina: „Obudziłam się wcześnie. Mieszkałam wtedy jeszcze we wspólnym pokoju z Lassem i Bossem. Moje łóżko trzeszczy, więc wierciłam się w nim i przewracałam wiele, wiele razy, żeby trzeszczało jak najgłośniej i żeby chłopcy się obudzili. Nie mogłam na nich zawołać, bo gdy się ma urodziny, trzeba udawać, że się śpi, aż inni przyjdą składać życzenia (…). Trzeszczałam tak przeraźliwie łóżkiem, że w końcu Bosse obudził się (…)”. Zastosuję. Już w październiku, w imieniny.
Będę udawał, że śpię, do momentu, kiedy ktoś przyjdzie złożyć życzenia. Trzeba tylko wcześniej podsunąć ten fragment „Dzieci z Bullerbyn” do przeczytania całej rodzinie, żeby się domyślili, o co chodzi. Żeby się nie okazało, że śpię dwa dni z rzędu, a tu nikomu nie wpada do głowy, że ja po prostu czekam na życzenia.
W razie czego zacznę trzeszczeć. Ale to, że trzeszczę, nikogo już w domu nie dziwi. Więc chyba nie wszystkie patenty z książek dla dzieci da się zastosować w dorosłym życiu. Ale wracać do tych książek warto. Pomyślałem o tym, kiedy zobaczyłem plakat promujący akcję „Tata też czyta”. Taki był napis na górze plakatu, poniżej rysunek taty i dwójki dzieci czytających wspólnie książkę, a w dolnej części tekst: „Bo czytanie rozwija mózg”. Żeby nie było wątpliwości – zarówno mózg dziecka, jak i taty. Myślę, że czytanie może nawet bardziej rozwijać niż wyobrażanie sobie keczupu. Chociaż zaraz – a może to jest też jakiś sposób na pobudzanie wyobraźni i promowanie zdrowego stylu życia? Nie tylko u dzieci. Na przykład w ramach akcji „Tata nie tyje”, pan doktor mówi: „To od teraz papierosy, alkohol, tłuste jedzenie i słodycze może pan sobie już tylko wyobrażać”.
Szwagier jest szybszy. W tym tygodniu już przeczytał „Rogasia z Doliny Roztoki”, „Co słonko widziało?” i „Porwanie w Tiutiurlistanie”. Teraz jest na etapie końca podstawówki i początku szkoły średniej – zabrał się za dokańczanie „Pana Tadeusza”. Ale nie dokańczanie czytania, tylko wymyślanie własnego zakończenia, bo tamto, napisane przez Mickiewicza, średnio mu się podobało. Wymyślamy razem:
I ja tam z gośćmi byłem, miód i wino piłem / A com widział i słyszał, w księgi umieściłem / Hrabia przy Telimenie, Gerwazy przy mieczu / Oj, będą sobie jutro wyobrażać keczup.
Artur Andrus, Mistrz Mowy Polskiej, dziennikarz, poeta, autor piosenek.