Alina Gutek - Marta Kuligowska nie boi się syndromu pustego gniazda. „Nie mogę się tego momentu doczekać!”. Dlaczego po 50. zaczyna najlepszy etap życia?
00:00
20:27
Zaczynała jako dziennikarka już w liceum. I nic dziwnego, bo ma do tego zawodu predyspozycje oraz znak szczególny – niski tembr głosu. Rozmawiamy w przełomowym momencie jej życia: w 25-lecie TVN24, gdzie pracuje od… 25 lat, tuż po maturze jej bliźniaków i niedługo po przeprowadzce do wymarzonego mieszkania. Marta Kuligowska zapewnia: Nigdy nie czułam się tak dobrze sama ze sobą, jak teraz.
- Marta Kuligowska od 25 lat pracuje w TVN24. Zaczynała jednak w radiu, a o wyborze dziennikarskiej drogi w dużej mierze zdecydował jej charakterystyczny, niski głos.
- Przez 12 lat wstawała do pracy o czwartej rano. Dzięki temu mogła spędzać popołudnia z dziećmi, nawet jeśli oznaczało to rezygnację z niektórych zawodowych możliwości.
- Dziennikarka podkreśla, jak wiele zawdzięcza mamie, babci i siostrom. To od kobiet w rodzinie nauczyła się odwagi, samodzielności i wiary we własne możliwości.
- Dziś ma 50 lat, jej bliźnięta zdały maturę, a ona przeprowadziła się do wymarzonego mieszkania. „Mam jednak takie poczucie, że odzyskuję swoje życie. Teraz ja!” – mówi.
Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 09/2026.
Alina Gutek: Coś mi się wydaje, że lubi pani zmiany.
Marta Kuligowska: Moje życie to ciągłe zmiany, choć od 25 lat mam tę samą pracę i od 20 lat tego samego partnera, ojca moich dzieci. Ale tak, lubię zmiany [śmiech].
Pomyślałam, że gdyby pani zmian nie lubiła, to by się pani nie przeprowadziła z podwarszawskiej małej miejscowości do centrum Warszawy. Teraz trend jest odwrotny. To był dobry krok?
O tak, to krok milowy w moim życiu, tak naprawdę powrót do życia. Od dawna marzyłam, żeby mieszkać w starej kamienicy na Ochocie, Żoliborzu lub Mokotowie. Jestem dziewczyną z blokowiska, wychowałam się na Bródnie, na 10. piętrze, świetnie wspominam tamte czasy. Całe moje życie to Warszawa. Tu chodziłam do szkół, do muzeów, do kina, w tym do mojego ukochanego Muranowa, wcześniej też do Skarpy. Mieszkałam w różnych miejscach: na Ursynowie, Mokotowie, w Śródmieściu, pierwsze swoje mieszkanie kupiłam na Powiślu.
To co panią wypchnęło poza miasto?
Po urodzeniu dzieci postanowiliśmy zamieszkać blisko rodziców mojego partnera pod Warszawą. Śmieję się, że zgodziłam się w szoku poporodowym.
Mam wspaniałych teściów, to nie o nich tu chodzi, bo mieszkanie blisko rodziców jest super, zwłaszcza przy małych dzieciach, kiedy pomoc życzliwych dziadków okazuje się bezcenna. Jak zapewniał mnie partner, przyjechaliśmy na chwilę. A zostaliśmy 15 lat. Wylądowałam pod miastem, choć nigdy do tego podmiejskiego życia się nie przekonałam.
Ma ono oczywiście dużo plusów, szczególnie, kiedy dzieci są małe i mogą się bawić w ogrodzie, jest gdzie spacerować. Kontakt z naturą bardzo sobie cenię. Gdy jednak po roku wróciłam do pracy, miałam wrażenie, że cały czas stoję w korkach. Strasznie mi to ciążyło, tym bardziej że potem trzeba było wozić dzieci do szkół i na różne zajęcia w Warszawie. Mój partner powtarzał: „Przekonasz się”. Ale się nie przekonałam.
I gdy dzieci poszły do wymarzonych liceów, co oznaczało godzinny dojazd wukadką, powiedziałam: „Dosyć, nie może być tak, że wszyscy tracimy tyle czasu. A poza tym chcę mieszkać w Warszawie, szum miasta mnie uspokaja”. Było więc trzy do jednego. Rok zajęło mi znalezienie mieszkania. I mam teraz takie, jak chciałam: w starej kamienicy na Ochocie, przy parku.
Jest pani stała w uczuciach do telewizji, a telewizja jest stała w uczuciach do pani. Ale plany były przecież inne. Chciała pani tworzyć filmy, produkować, pracować na planie. Co więc sprawiło, że skręciła pani w kierunku dziennikarstwa? Może głos? Bo wystarczy, że się pani odezwie, a już przykuwa uwagę.
Moje dzieci mówią: „Mamo, jak o coś prosisz, to tak, jakbyś wydawała polecenia, wszyscy stają na baczność” [śmiech]. Przez całe liceum marzyłam, że będę robić filmy. Uważałam jednak, że mam za mało talentu, żeby zdawać na reżyserię, ale kino zawsze kochałam i w tym kierunku chciałam iść. Moje życie po prostu inaczej się ułożyło. W 1997 roku Wojciech Mann z Krzysztofem Materną i Janem Chojnackim zakładali Radio Pogoda. Moja mama przeczytała ogłoszenie w „Gazecie Wyborczej”, że szukają młodych ludzi do pracy. Wysłałam CV, zostałam zaproszona na rozmowę, przeszłam trzyetapowy casting i tak trafiłam od razu na antenę.
Już wtedy, na pierwszej rozmowie, Krzysztof Materna zapytał mnie, czy dużo palę, bo domniemanie było takie, że na niski głos pracuje się zimnym alkoholem i paleniem. A ja w ogóle nie paliłam, nauczyłam się palić, na szczęście na krótko, w radiu.
Dostałam więc poważną pracę, etat. To był wspaniały okres w moim życiu – pracowałam po południu, rano chodziłam na pokazy prasowe, miałam czas na kulturę, imprezy.
Czyli tak – moja przygoda z dziennikarstwem zaczęła się od głosu. Radio Pogoda było pierwszym moim dorosłym miejscem pracy, ale w Radiu Józef – katolickim, które potem zamieniło się w Plus – pracowałam już w liceum. Moim ówczesnym szefem był ksiądz Rafał Markowski, teraz biskup, brat Grzegorza Markowskiego z Perfectu. Miałam wtedy 17 lat i prowadziłam w soboty audycję „Filmowskaz”, podzieloną na różne bloki, na przykład: „O premierze w eterze”, „Co dobrego oprócz tego”, sama wymyślałam te nazwy. Prowadziłam też cykl „Historia kina w odcinkach”, w rocznicę stulecia kina.
Ksiądz Rafał mówił: „Jak kiedyś zrobisz karierę, to pamiętaj, gdzie zaczynałaś – w Radiu Józef.” Dlatego o tym mówię.
To teraz już wiadomo, dlaczego to się tak potoczyło…
Wsiąkłam w radio na długo. Potem przyszła propozycja z TVN, do programu „Wizjer”. Podobno Edward Miszczak usłyszał mnie w samochodzie na stacji benzynowej. Na castingu zdziwienie, bo zapraszali osobę z dojrzałym głosem, a przyszła 22-letnia dziewczyna. Ale mnie przyjęli. Pracowałam i w radiu, i w telewizji. Byłam młoda, zachłanna, chciałam godzić te dwie prace. I godziłam tak długo, aż zasnęłam na ułamek sekundy za kółkiem, i rozbiłam moje nowe auto, miało miesiąc. Stwierdziłam, że trzeba się skupić na jednym. Potem dostałam propozycję pracy w nowo powstałym TVN24. Nie było wtedy telewizji stricte informacyjnej, żadnego kanału z newsami całą dobę, taka telewizja wydawała się abstrakcyjna.
Zostałam zatrudniona 1 kwietnia 2001 roku, w prima aprilis, brzmi jak żart, ale żartem nie jest. Pamiętam kartony, kable, wszystko w powijakach, cała redakcja mieściła się w trzech pokojach. Żartowano, że Mariusz Walter robi telewizję dla pięciu osób, w tym czterech swoich kolegów. Takie były początki, a opowieść brzmi jak wspomnienia weterana.
Zaczynała pani od porannego pasma „Wstajesz i wiesz”. Miała pani wtedy małe dzieci.
Przez 12 lat wstawałam o czwartej rano, to było bardzo trudne, ale też strategiczne z punktu widzenia rodzica, bo pozwalało mi godzić bycie matką obecną z pracą. Dzięki temu, że kończyłam o 10.30 – co wszyscy widzą, ale nie widzą, o której się zaczyna – mogłam być z dziećmi, gdy wracały ze szkoły, wozić je na zajęcia, czekać na tych wszystkich piłkach, szermierkach, karate, tańcach. Otrzymywałam inne propozycje, ale zawsze powtarzałam: mam dwójkę małych dzieci, chcę być z nimi. Dla mnie to było bardzo ważne.
Nawet jeśli jakiś tramwaj z napisem „kariera” mi odjechał (nie wiem, czy tak było), to wiedziałam, że jedno z rodziców musi być obecne, żadna babcia mamy nie zastąpi. I uważam, że było warto. A tramwaj – myślę, że nie odjechał, tylko jedzie dalej.
Praca w telewizji to życie na widoku. Bywa uciążliwe?
Nie, to w ogóle nie jest uciążliwe. Szalenie mi miło, gdy ludzie mnie poznają, dość często się z tym spotykam. Nie czuję się jednak jak gwiazda, nie śledzą mnie paparazzi, nie jestem skandalistką. Prowadzę program informacyjny. Może brzemię popularności czują gwiazdy rocka czy osoby, o których pisze się na portalach plotkarskich, ja spotykam się z życzliwością.
Nie spada na panią odium politycznych podziałów?
Nie. Mierzę się z poważną materią i myślę, że ludzie to cenią.
Jako telewizja towarzyszymy im w newralgicznych, czasem przełomowych momentach naszej historii, więc traktują nas trochę jak kogoś bliskiego, kogo znają. Popularność nie jest więc czymś, co mi ciąży. Wprost przeciwnie – gdy idę do urzędu, sklepu, ludzie podchodzą, chcą się czymś ze mną podzielić. To miłe. Jako dostarczycielka newsów do domów ludzi czuję się trochę jak ich domownik.
Bardziej mi ciąży odpowiedzialność za to, co przekazuję. Nie mogę zawieść widzów, którzy oczekują, że będę dobrze przygotowana, świetnie zorientowana. Dlatego nie mogę dać się zaskoczyć. I kiedy wybucha konflikt na Bliskim Wschodzie, to czytam wszystko, co dotyczy tego regionu i Ameryki. Jak jest mundial, to muszę stać się specjalistką od piłki. Oczywiście mamy do pomocy różnych ekspertów, ale musimy wiedzieć, o czym mówimy.
Interesuje się pani prywatnie polityką?
Zdecydowanie tak. Gdy jesteśmy na wakacjach, to lubię czytać newsy i co chwilę podekscytowana coś przekazuję rodzinie, na co dzieci mówią: „Mamo, nie jesteś w pracy”. Polityka to dla mnie najlepszy serial.
Czego panią nauczyła praca w telewizji: odwagi, odporności na stres?
Praca w telewizji pokazuje mi na każdym kroku ulotność życia, że sytuacja w ciągu sekundy, godziny, jednego dnia może się diametralnie zmienić i na świecie, i w życiu każdego z nas. Powtarzamy w redakcji w trakcie programu: „Nie rozprężajmy się, jeszcze nie koniec”.
Kiedy coś się wydarza i wchodzimy w tryb programu specjalnego, nikt nie pyta, czy jesteś przygotowana, czy coś umiesz, tylko trzeba być gotowym na wszystko. Tego więc nauczyła mnie ta praca.
A czy odporności na stres? Wydaje mi się, że bez odporności na stres, bez pewnych cech psychofizycznych, w ogóle nie można jej wykonywać. My musimy pokazać informacje przy pomocy obrazu. Codziennie robimy więc małe kino.
Teraz prowadzi pani wieczorny program „Polska i świat”. Jak wygląda pani dzień?
Program zaczyna się o 21.00. O 10 rano jest kolegium, potem mam przerwę, w redakcji jestem od 16.30. Rozmawiamy z wydawcą i reporterami o tematach, które planujemy, co jest ważne, na co zwrócić uwagę widza, ale sytuacja bywa dynamiczna i czasem pod koniec dnia wszystko się zmienia.
Panią chyba bardzo nakręca adrenalina.
O, tak! Bardzo lubię programy specjalne, nigdy wtedy nie wiadomo, co się wydarzy. Ale adrenalinę napędza we mnie też uważność na to, żeby nie powiedzieć nieprawdy, żeby nie dać się nabrać na fake news. Konflikt na Bliskim Wschodzie pokazał, ile filmików wygenerowanych przez AI obiegło internet. W TVN24 nie ścigamy się na newsy z innymi redakcjami, nie musimy podawać ich jako pierwsi.
Największe wyzwanie i zadanie dziennikarzy polega dzisiaj na tym, żeby oddzielić fałsz od prawdy. To, że ktoś szeruje jakiegoś newsa, nie znaczy, że jest on faktem, nie możemy bezkrytycznie wrzucać go na antenę. Zawsze najpierw wszystko sprawdzamy w co najmniej dwóch źródłach.
Rzetelne dziennikarstwo na tym właśnie polega. Świat jest dzisiaj taki, że nie można już nikomu ufać na słowo, nigdy nie wiemy, czy to, co oglądamy w sieci, jest prawdą, czy wygenerowanym tworem. I z tym się wiąże obecnie największa nasza, dziennikarzy, odpowiedzialność.
Pracuje pani teraz niby w tym samym miejscu, ale tak naprawdę w zupełnie innym niż kiedyś. I świat, o którym robi pani programy, też jest inny.
Nie ma nudy, nie jesteśmy tacy jak 25 lat temu. Nawet moje przejście z porannego pasma na wieczorne było jak zmiana miejsca pracy, radykalne. Poznałam nowych ludzi, z którymi rano się nie spotykałam, bo się mijaliśmy, ja kończyłam, gdy oni zaczynali. Ma pani rację: to samo miejsce, ale całkiem inne. I za to też kocham to, co robię.
TVN24 stoi silnymi kobietami.
Zdecydowanie.
Pani też postrzegana jest jako ta silna.
Moja siła na pewno wzięła się z silnych kobiet: z mamy, babci, która w maju skończyla 95 lat. Moja rodzina to mocne kobiety.
Babcia ma trzy córki, czyli mama ma dwie siostry, ja też mam dwie super siostry: Agnieszkę, młodszą o dwa lata, i Marysię, młodszą o 13 lat. Mama zawsze nam powtarzała, że jesteśmy wspaniałe, atrakcyjne, odważne, że mamy się nie bać, że jest z nas dumna.
Ale była przy tym wymagająca. Przejęłam jej zasadę: kochaj i wymagaj. Na pewno moje dzieci uważają, że ich rodzice są zbyt wymagający, ale ja też tak kiedyś uważałam. Siłę wyssałam więc z mlekiem matki.
Mama ma coś wspólnego z dziennikarstwem?
Nie, była główną księgową, teraz jest na emeryturze. Dużo pracowała, pokazywała nam, że zawsze można sobie poradzić.
No właśnie, w wychowaniu najważniejszy jest własny przykład.
Ale słowami też można zbudować człowieka, szczególnie dziecko, jeśli się je pozytywnie wzmacnia. Znam historie wielu kobiet, którym bliskie kobiety podcięły skrzydła, bo uważały, że są niewystarczające. Mimo że mama budowała nasze poczucie wartości, mnie też czasami wydaje się, że jestem niewystarczająca. Gdyby mama mnie nie wzmacniała, pewnie nie umiałabym iść przez życie. Dzięki niej mam poczucie, że zawsze sobie poradzę. Powtarzała: „Pamiętaj, żeby mieć swoje pieniądze, uwierz w siebie, poradzisz sobie, pomożemy ci”.
A tata?
Tata pracował w FSO, zaradny, pracowity, ale, niestety, wcześnie zaczął chorować, pierwszy udar miał tuż po czterdziestce, co pokrzyżowało jego plany zawodowe.
Dostała pani z domu w pakiecie miłość i trudności. To z punktu widzenia odporności na życie dobre połączenie?
Nie miałam wyboru, ale myślę, że tak. To ważna lekcja. Nie zawsze wszystko idzie łatwo i gładko.
Ma pani 50 lat, dzieci zdały maturę. Jaki to moment w pani życiu?
Absolutnie najlepszy. Spełniłam wielkie marzenie, czyli zamieszkałam w wymarzonym miejscu, wiem, jak chcę, żeby wyglądało moje mieszkanie i moje życie. Hucznie świętowałam pięćdziesiątkę, w gronie przyjaciół, z tańcami do białego rana. Mam wspaniałą rodzinę, kochane siostry, Marysia ma dwójkę dzieci: czteroletniego Stasia i sześcioletnią Mariankę. Uwielbiam z nimi przebywać. I jak ich rodzice gdzieś wychodzą, a ja mam czas, to jadę się nimi opiekować. Marysia zostawała z moimi dziećmi, gdy były małe, teraz albo moje dzieci przyjeżdżają jej pomóc, albo ja.
Jak czuje się pani teraz ze sobą, ze swoim ciałem?
Dobrze, i nie chodzi tylko o wagę. Trenuję dwa razy w tygodniu siłowo, dwa razy w tygodniu też biegam. Odpowiednia waga ma znaczenie, lubię być szczuplejsza niż grubsza, ale mam w szafie ubrania w trzech rozmiarach, bo z tym u mnie bywa różnie. Teraz akurat jestem na fali szczupłości.
Ćwiczę siłowo, bo czytałam, że ma to duży wpływ, szczególnie u kobiet w moim wieku, nie tylko na mózg, ale i na kości. Nie głodzę się, bo kocham jeść, ćwiczę też po to, żeby jeść. Ale tak naprawdę już nie przejmuję się wyglądem.
To znaczy dbam o siebie, ale przestałam się na co dzień malować. Robię to tylko w pracy. Jeżeli gdzieś wychodzę, to zaznaczam usta na czerwono. Nie analizuję każdej zmarszczki, mam dystans do siebie o wiele większy, niż jak miałam 30, 40 lat. Ja się po prostu teraz o wiele bardziej lubię. Mam taki własny projekt w głowie, że chciałabym bardzo długo żyć. Może zabrzmi to infantylnie – ale życie jest naprawdę piękne, chciałabym jak najdłużej je konsumować, być jak najdłużej sprawną. Mamy inspirujące przykłady wielu wspaniałych kobiet – Ewa Woydyłło, Urszula Dudziak.
A dieta?
Dbam o zdrowe jedzenie, w ogóle nie piję alkoholu, uważam, że to trucizna. Poza tym wypite wieczorem wino źle wygląda rankiem na twarzy. Ja już swoje wypiłam, z moim temperamentem nie potrzebuję alkoholu, żeby się dobrze bawić.
Nie boi się pani syndromu pustego gniazda?
Nie mogę się tego momentu doczekać! Może jak się pojawi, to będę inaczej mówić, na pewno będę to przeżywać, ale na razie jestem tym podekscytowana. Hela i Franek chcą studiować w Polsce, więc trochę jeszcze z nami pomieszkają.
Zaczynam życie od nowa, tylko w tym samym składzie, bo mam tego samego partnera, dzieci, które za chwilę ruszają w świat. Mam jednak takie poczucie, że odzyskuję swoje życie. Teraz ja! Mogę się sobą zająć, ćwiczyć, zaangażować w sprawy, na które przez lata nie miałam czasu. Powiedziałam im: gotuję tylko do matury. I jak zapowiedziałam, tak zrobiłam. Przez wszystkie szkolne lata w domu codziennie był obiad. Teraz sami sobie gotują, umieją przecież.
Dlaczego partner, a nie mąż?
Paweł długo szukał odpowiedniego pierścionka z odpowiednim kamieniem [śmiech]. Późny ślub ma co najmniej jeden pozytywny aspekt: dzieci są dorosłe, więc mogą zostać naszymi świadkami. I jakie to romantyczne! Zobaczymy, co nam przyszłość przyniesie. Ślub na 20. rocznicę związku brzmi pięknie. Ale formalnie mamy wszystko notarialnie zapisane – jestem nie tylko romantyczna, ale i praktyczna.
Może pomogło to, że nie pracujecie w tej samej branży?
Nie wiem, może. Paweł ma studio fotograficzne Pin-Up i palarnię kawy Czarna fala. Myślę, że łączy nas życie, dzieci, rodzina, pasja, zainteresowania, sposób patrzenia na życie i spędzania wolnego czasu. Lubimy się, spieramy się i żyjemy tak już prawie 20 lat. Mówimy nawzajem do swoich rodziców: „mamo, tato”, więc ślub raczej niczego nie zmieni, ale pewne rzeczy ułatwi. Ze ślubem czy bez mam poczucie, tak z ręką na sercu, że przeżywam najlepszy moment życia. Jestem zdrowa, aktywna, spełniona, dzieci zdały maturę. Nie wiem, jak potoczy im się życie, ale ze spokojem patrzę w ich przyszłość. Poradzą sobie. Są mądre, samodzielne, zaradne. Jestem bardzo ciekawa, co będzie dalej…
Marta Kuligowska, dziennikarka telewizyjna i radiowa. Prowadzi wieczorne pasmo TVN24 „Polska i świat”. Mama bliźniąt: Heleny i Franciszka.