Ida Marszałek - „Pragniemy zostać zauważeni” – Monika Sabina Kwiatkowska o epidemii samotności i roli, która zmieniła jej życie
00:00
13:55
„Dość długo w filmie, a może tym bardziej w teatrze, aktorkom trudno było o zniuansowane, bogate role. Te długo były zarezerwowane dla mężczyzn. Kasia jest bohaterką, która stoi w sprzeczności z tym, do czego jesteśmy przyzwyczajeni” – powiedziała mi Monika Sabina Kwiatkowska na festiwalu w Wenecji, na moment przed światową premierą „Cudzych rzeczy”, gdzie wcieliła się w rolę Kasi. Kobiety plądrującej mieszkania w warszawskich blokach, która odkrywa, że w jednym z lokali popełniono samobójstwo i nawiązuje zaskakującą więź ze zmarłym oraz jego rodziną. Film w reżyserii Grzegorza Dębowskiego wziął udział w konkursowej sekcji Orizzonti i otrzymał prestiżową nagrodę Bisato d'Oro za najlepszy scenariusz. Teraz walczy o nagrodę w Konkursie Międzynarodowym na 42. Warszawskim Festiwalu Filmowym.
Ida Marszałek: Na co dzień jesteś aktorką sceniczną, deski teatru opuściłaś na razie dwukrotnie i wyłącznie dla Grzegorza Dębowskiego.
Monika Sabina Kwiatkowska: Ja w ogóle nie miałam planów związanych z filmem. Plan to może miał dla mnie ktoś tam u góry. Tak naprawdę patrząc wstecz coraz trudniej uwierzyć mi w przypadki. Myślę, że z Grzegorzem to my po prostu mieliśmy się spotkać. Znaleźliśmy się wzajemnie w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. Czasami droga prowadzi cię do pewnego momentu, pewnej osoby, która otwiera cię na nowe i pozwala tworzyć dalej, w nieco innym kierunku.
Jak się spotkaliście?
Wysłał zaproszenie na casting do teatru w Supraślu, w którym gram na co dzień. To właściwie był mój pierwszy casting do filmu. Byłam wcześniej na jednym do jakiejś reklamy, zaraz po szkole teatralnej i powiedziałam sobie, że nigdy więcej. Pamiętam to jako dość nieprzyjemne doświadczenie, miałam wtedy wrażenie, jakby zostały podeptane wszelkie wartości, w które wierzyłam. Stwierdziłam, że to nie moje, że ja tak nie potrafię. Myślę, że po prostu źle trafiłam i w ten sposób na wiele lat zniechęciłam się do castingów. Wolałam grać w niszowym, eksperymentalnym teatrze i to zapewniało mi wystarczający pokarm. Grzegorz pojawił się dokładnie w momencie, gdy pierwszy raz od dawna byłam gotowa spróbować czegoś innego. Jak przyszłam na casting, od razu coś zaskoczyło. Po kilku dniach Grzegorz zadzwonił z propozycją roli.
Nie jest to typowe, by reżyser jeździł po Polsce w poszukiwaniu świeżych twarzy.
Zrobił sobie taką wycieczkę, by odkryć aktorów nieznanych. Powyciągał nas z naszych norek. I dzięki temu ma teraz bardzo dużą bazę. Wielu jest zdolnych artystów, którzy niekoniecznie chcą bawić się w wielki świat filmowy, ale z wciągnięcia ich do tego świata może wyniknąć coś nieoczekiwanie dobrego.
Biorąc pod uwagę, że właśnie rozmawiamy na festiwalu w Wenecji, w twoim przypadku mowa o tym największym z filmowych światów.
Wciąż się w nim odnajduję i chyba radzę sobie coraz lepiej. Szaleństwo zaczęło się w zasadzie już przy pierwszym filmie Grzegorza „Tyle co nic” [2023], w którym zagrałam rolę Ireny. Nagle okazało się, że mamy nominację i jedziemy wszyscy do Gdyni, na premierę. Film otrzymał sporo nagród, a ja wtedy nie do końca mogłam w to wszystko uwierzyć. A teraz drugi film, główna rola i Wenecja. Mogłoby się wydawać, że pokonałam pewną drogę na skróty, chociaż oczywiście na moje doświadczenie zawodowe pracowałam długo i intensywnie.
Chciałabyś iść dalej tą drogą?
Tak, poczułam wielką pasję do filmu. Na ten moment czuję, że w teatrze doszłam do pewnej ściany i mam potrzebę odpoczynku od sceny. Praca na planie jest zupełnie inna i biorąc pod uwagę moje predyspozycje mocno mi odpowiada. Jako aktorka lubię operować na minimalistycznych środkach wyrazu, skupiać się na wewnętrznym świecie postaci. W teatrze ten rodzaj pracy nie zawsze daje dobry efekt, bo widownia nie jest w stanie dostrzec aż tylu niuansów. Ja akurat mam to szczęście, że gram w małym teatrze, gdzie widownia liczy 50 miejsc, jestem blisko publiczności, ale ludzkie oko nie rejestruje wszystkiego. Kamera to co innego, jest blisko i łapie każdy najmniejszy ruch, zmianę mimiki. I to jest piękne. Chciałabym, żeby kolejna rola była dla mnie wyzwaniem. Nigdy nie traktowałam sławy, czy pieniędzy jako wartości nadrzędnych, wolę czuć, że to, co robię, ma jakieś większe znaczenie. Tylko wtedy ma to dla mnie sens.
Monika Sabina Kwiatkowska w filmie „Cudze rzeczy” (Fot. materiały prasowe)
Porozmawiajmy więc o sprawczości roli Kasi w „Cudzych rzeczach”. Nie dość, że to film z kobiecą bohaterką, to jeszcze jest to bohaterka z marginesu społecznego, która zajmuje się okradaniem mieszkań.
Do tego ma bardzo rozbudowany wewnętrzny świat. Dość długo w filmie, a może tym bardziej w teatrze, aktorkom trudno było o zniuansowane, bogate role. Te długo były zarezerwowane dla mężczyzn. Kasia jest bohaterką, która stoi w sprzeczności z tym, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Kradnie rzeczy, a później także tożsamość, a przy tym nie jest pozbawiona głębokiej wrażliwości. Przechodzi skomplikowaną wewnętrzną przemianę. Z osoby całkowicie zależnej od swojego przemocowego partnera, takiej, która nie wierzy, że jest w stanie poradzić sobie sama, zmienia się w osobę w pełni sił. Walka o przetrwanie, sytuacja graniczna ujawnia jej prawdziwy potencjał i wyjątkowe umiejętności. Okazuje się, że jest przebiegła, inteligentna. I że daje sobie radę.
Zmienia się też fizycznie.
Z partnerem, który nieustannie ją podważa, mówi, jaka jest głupia i beznadziejna, chodzi zestresowana, skurczona. Potem się prostuje.
Metamorfoza Kasi dokonuje się również poprzez jej codzienny uniform. Różnica jest subtelna: nowy płaszcz, torebka, spięcie włosów klamrą. Uświadamia nam, że otoczenie jest bardzo czułe na wygląd fizyczny.
Przy budowaniu roli zawsze zwracam uwagę na kostium i lubię być zaangażowana w proces ubierania postaci. Kiedy trzeba było wybrać buty dla Kasi, Magda Sekrecka, kostiumografka, zaproponowała mi jedną parę. Wyglądała wiarygodnie, ale podczas noszenia skrzypiała. Więc od razu powiedziałam: „ona jest złodziejką, nie może mieć skrzypiących butów”. Miałam takie jedne do biegania, do zajechania. Stare, wygodne, przede wszystkim ciche i stwierdziłam, że one będą idealne. Ostatecznie zagrałam w moich prywatnych butach.
Ubranie to sposób komunikacji ze światem. Kiedy w teatrze zakładam kostium, natychmiast staję się kimś innym. Na co dzień też każdy z nas się przebiera i gra jakąś rolę. Zależnie od okoliczności, nakładamy odpowiednie maski. Ja zazwyczaj noszę jeansy i koszulę, a tutaj, w Wenecji zakładam coś, czego może na co dzień bym nie ubrała. Wkładam sukienkę, dopasowuję się do jakiejś konwencji, ale też bardzo lubię te przebieranki. Uważam, że to, czy ktoś się ubiera na czarno, na czerwono, czy biało ma znaczenie – każdy kolor coś niesie. Kasia ma być szara, jak szczur w kanale, żeby się nie wyróżniać, żeby nie było jej widać. Później stopniowo pozwala sobie na coraz większą widoczność. Kupuje botki na obcasie. To, jakie ma buty, jak się porusza, dokąd zmierza, jaki ma cel, było dla mnie kluczowe. Nowe ubranie sprawia, że patrzymy z nowej perspektywy.
„Cudze rzeczy” nie są filmem oczywistym w polskiej kinematografii. To kino społeczne, które przywodzi na myśl twórczość Koreańczyków: Lee Chang-donga i Bong Joon Ho.
Jak dla mnie Grzegorz Dębowski ma też coś z Kieślowskiego. Jest bardzo dobrym obserwatorem, wrażliwym na bolączki społeczne. Ale fakt, jest zafascynowany kinem koreańskim, ciężko temu zaprzeczyć. Nawiązania do „Parasite” od razu rzuciły mi się w oczy. Rozmawiałam z nim o tym i wszystkie zbieżności były jak najbardziej świadome. Moja bohaterka właściwie zachowuje się jak tytułowy pasożyt, tak jak u Bong Joon Ho widać też klarowny podział na warstwy społeczne. Grzegorz próbował zresztą przemycić jakieś koreańskie akcenty – w jednej ze scen jem zupkę w proszku (śmiech). „Cudze rzeczy” zakwalifikowały się na festiwal filmowy w Korei, więc jedno z jego marzeń już się spełniło!
W stylu koreańskim jest też krytyka kapitalistycznego systemu. „Cudze rzeczy” pokazują, jak bezwzględne są współczesne warunki mieszkaniowe. Najemcy muszą w zasadzie wygrać casting, żeby w ogóle mieć prawo do spania w czterech ścianach i słono za to płacą. Posiadanie dachu nad głową stało się luksusem.
Gdybym nie dzieliła kosztów z mężem, sądzę, że sama nie dałabym rady opłacić rachunków. Dopiero we dwójkę, jesteśmy w stanie jakoś funkcjonować i żyć. Podziwiam kobiety, które dają radę same. Zwłaszcza w dużych miastach jest to niewyobrażalne. W filmie Kasia może odetchnąć pełną piersią dopiero, gdy w wyniku przekrętu wchodzi w posiadanie mieszkania. Jej podstawowe potrzeby zostają zaspokojone, a ona po raz pierwszy od dawna ma poczucie bezpieczeństwa i wolności. W jej głowie pojawia się luz i może pomyśleć o czymś więcej. By tak naprawdę cieszyć się życiem.
Odzywają się w niej pokłady wrażliwości, które wcześniej, podczas walki o elementarne środki do życia, nie mogły dojść do głosu.
W filmie nie znalazło się nic na temat dzieciństwa Kasi, jednak początkowo scenariusz zakładał kilka takich scen mówiących o jej przeszłości i to była moja baza, od której mogłam się odbić, resztę dobudowałam sama. Dzięki temu łatwiej było mi usprawiedliwić jej oszustwa i kradzieże. Wiedziałam, że jest taka, jaka jest, może nie tyle z wyboru, co z konieczności lub okoliczności. Zło nie bierze się znikąd.
Monika Sabina Kwiatkowska w filmie „Cudze rzeczy” (Fot. materiały prasowe)
Wspomniałaś wcześniej o Kieślowskim i myślę, że jednym z punktów wspólnych między nim, a Grzegorzem Dębowskim jest to, w jaki sposób portretują samotność człowieka.
Dla mnie to jest przede wszystkim film o tym, jak bardzo jesteśmy samotni. Mijamy się w codziennej powierzchowności, a tak naprawdę rozpaczliwie pragniemy zostać zauważeni, zaopiekowani, wysłuchani. Stąd wynika potrzeba tworzenia i odbierania sztuki. To ona pozwala nam się dotknąć i zobaczyć. Kiedy czytam wiersze wiem, że tam po drugiej stronie ktoś mnie rozumie.
Kasia z „Cudzych rzeczy” doświadcza momentu zrozumienia w miejscu zupełnie nieoczekiwanym. Gdy podszywa się pod partnerkę Piotra, właściciela mieszkania, który popełnił samobójstwo. Na początku przekrętu zależy jej na wartościach materialnych, później już tylko na rodzinie nieboszczyka.
I jest to relacja oparta na wzajemności. Oni dają jej bliskość, której jej zawsze brakowało. A ona przynosi im ukojenie, wypełnia lukę, którą pozostawił po sobie Piotr. Pomaga rodzinie przejść przez żałobę, jest pewnego rodzaju medium. Zastępuje nieobecnego brata, męża, syna. Zabiera innym tyle rzeczy, ale ostatecznie wyrównuje rachunki. Bycie dla kogoś tu i teraz, całkowita i bezwarunkowa akceptacja drugiej osoby, ma największą wagę w systemie wartości.
Myślę, że paradoksalnie „Cudze rzeczy” opowiadają o najczystszej formie miłości.
Miłości, która wydarza się poza tym, co materialne. Ale to wcale nie czyni jej mniej realną. Kasia i Piotr spotykają się w innym wymiarze. Ona poznaje go poprzez rzeczy, które po sobie zostawił. Jego mieszkanie, bibeloty z dzieciństwa. Jego zapach pozostawiony na pościeli. Przybliża się do niego poprzez rozmowy z kolejnymi członkami rodziny. W pewien sposób, to właśnie on ją do nich wysyła, trochę jakby był jej aniołem stróżem. Bardzo mnie wzruszyło, że Kasia daje sobie prawo do miłości natchnionej. Tak różnej od czysto pragmatycznego przywiązania, do którego przyzwyczaił ją związek z dotychczasowym partnerem. I chciałabym, żeby ta nadzieja była przesłaniem płynącym z „Cudzych rzeczy” .
Monika Sabina Kwiatkowska, aktorka teatralna i filmowa, wokalistka, absolwentka Akademii Teatralnej w Białymstoku, laureatka festiwali poezji śpiewanej i piosenki literackiej. Przez lata związana z Teatrem Wierszalin, współtwórczyni niezależnego Teatru Latarnia. Nominowana w Gdyni za rolę w głośnym filmie „Tyle co nic”; w 2026 zagrała główną rolę w „Cudzych rzeczach”, pokazanych w konkursie Orizzonti w Wenecji, filmie wyróżnionym nagrodą Bisato d’Oro.