Robert Choiński - Czekała 10 lat na wielki sukces. Dwa dni przed premierą przełomowej płyty odkryła zdradę partnera
00:00
14:23
Przez lata była jedną z tych artystek, o których mówi się, że „są na dobrej drodze do sukcesu”. Miała wiernych fanów, ale brakowało jej utworu, który pozwoliłby jej opuścić internetową niszę. Gdy jednak ten moment wreszcie nadszedł, prywatne życie Slayyyter legło w gruzach. Zaledwie dwa dni przed premierą albumu „Worst Girl in America” odkryła, że partner zdradził ją w jej własnym domu. Jak się wkrótce miało okazać, to właśnie ten wydany w cieniu osobistej traumy krążek odmienił jej karierę na zawsze.
Slayyyter, a właściwie Catherine Grace Garner, pochodzi z Kirkwood, przedmieścia St. Louis w stanie Missouri. Choć jej pierwsze imię to Catherine, od dzieciństwa posługiwała się drugim imieniem, Grace. Jej matka ma polskie korzenie i jest pobożną katoliczką. Przyszła gwiazda dorastała z dala od wielkiego świata muzyki. Była typową dziewczyną z amerykańskiej prowincji. Nie miała ani branżowych znajomości, ani tym bardziej pieniędzy, które pozwoliłyby jej spokojnie rozwijać karierę.
Muzyka od początku była jednak jej wielką pasją. Wychowywała się przy dźwiękach Beatlesów, Beach Boysów i Michaela Jacksona, a później zachwyciła się Lady Gagą oraz Beyoncé. Namiętnie oglądała nagrania z ich koncertów, zapamiętywała choreografie i interesowała się nie tylko piosenkami, lecz także kostiumami, teledyskami i całym uniwersum budowanym wokół artystów.
Fot. Alexa Zeliger
Ważnym miejscem stał się dla niej internet. Na Tumblrze Slayyyter znalazła przestrzeń, w której mogła rozwijać własną estetykę. Fascynowały ją Lana Del Rey, Charli XCX, M.I.A. i eksperymentalna elektronika. Z tych inspiracji stopniowo powstawał jej charakterystyczny styl łączący electropop, taneczne brzmienia i hyperpop z nostalgią za przełomem lat 2000. i 2010. Po około roku studiów na University of Missouri porzuciła uczelnię i postawiła na muzykę. Pracowała między innymi w recepcji salonu fryzjerskiego, a tworzeniem utworów zajmowała się samodzielnie, w domowych warunkach.
W 2018 roku Slayyyter zaczęła publikować muzykę niezależnie, między innymi na SoundCloudzie. Jej wczesne utwory przyciągały słuchaczy bez wsparcia dużej wytwórni. W 2019 roku wydała debiutancki mixtape zatytułowany po prostu „Slayyyter”. Później przyszedł album „Troubled Paradise” z 2021 roku oraz „Starfucker”, który ukazał się dwa lata później. Była rozpoznawalna w internetowych kręgach, ale nie przekładało się to na stabilność, o której marzyła. – Czuję, że zawsze byłam na przedmieściach sławy. Nie jestem tam do końca, ale też nie na tyle daleko, żeby zupełnie zniknąć – opisywała swoją pozycję w rozmowie z „The Hollywood Reporter”.
Była rozpoznawalna w internetowych kręgach, ale to wciąż nie było to, o czym od zawsze marzyła. Koncertowała, rozwijała kolejne projekty i zdobywała coraz bardziej oddanych fanów. Występowała także u boku Charli XCX i Tove Lo, a później Keshy. Z każdym rokiem miała więcej doświadczenia, lecz niekoniecznie więcej powodów, by czuć się stabilnie. Za kulisami kariery, która z zewnątrz mogła wyglądać obiecująco, kryły się poważne finansowe obawy. Artystka topiła oszczędności w kolejne trasy koncertowe i kostiumy, nie widząc z tego żadnych realnych zysków. Pochodziła z ubogiej rodziny i przez całą karierę nie miała żadnej poduszki finansowej.
– Nie miałam żadnego bezpieczeństwa finansowego – przyznawała, dodając, że wydawaniu kolejnych albumów zawsze towarzyszyła nadzieja, że wreszcie przyniosą upragnioną stabilność.
Z czasem zwyczajnie zaczęła się zastanawiać, czy warto nadal walczyć o miejsce w branży, która zdaje się nie dostrzegać jej potencjału.
Przygotowania do trzeciego albumu studyjnego przypadły na moment szczególnego zwątpienia. Slayyyter miała za sobą niemal dekadę pracy, a mimo to wciąż słyszała określenie „wschodząca gwiazda”. W końcu zaczęło jej ono ciążyć.
– Nie chcę mieć 33 lat i wciąż być nazywana artystką, która dopiero się wybija – mówiła w wywiadzie dla pisma „Euphoria”.
Zastanawiała się nawet nad rzuceniem muzyki, powrotem do Missouri i zajęciem się zupełnie czymś innym. Muzyka i teledyski były całym jej sercem, ale w pewnym momencie człowiek zaczyna się zastanawiać, o co właściwie walczy. Sama pasja nie rozwiązywała problemów ani nie gwarantowała przełomu. Ostatecznie postanowiła jednak zaryzykować po raz ostatni. Zdecydowała się nagrać najmocniejszą płytę, na jaką ją stać i dać z siebie absolutnie wszystko. Wychodziła z założenia, że jeśli nic z tego nie wyjdzie, to przynajmniej stworzy dzieło, z którego będzie dumna.
Fot. mat. prasowe Sony Music
Tak właśnie powstało „Worst Girl in America”, wydane 27 marca 2026 roku pod skrzydłami Columbia Records. Album okazał się punktem zwrotnym i to nie tylko ze względu na rozgłos, jaki zyskał. Po raz pierwszy w karierze Slayyyter poczuła, że całkowicie odrzuca presję dopasowywania się do oczekiwań rynku.
– Po raz pierwszy nie obchodziło mnie pisanie hitu – przyznawała.
Przestała przejmować się radiowymi standardami czy długością piosenek dyktowaną przez algorytmy TikToka. Jeśli miała ochotę nagrać sześciominutowy utwór, po prostu to robiła. Zamiast kalkulować, postawiła na absolutną wolność. Elektronika mieszała się tu z punkiem, a taneczna energia z frustracją i niepokojem. Inspiracji szukała we własnej młodości. Chciała tworzyć muzykę przypominającą utwory z epoki iPoda, czyli takie, które kiedyś pobierało się z iTunes, zanim na dobre przyjął się streaming. Wśród jej kluczowych punktów odniesienia znalazły się Crystal Castles, Ladytron, Gorillaz oraz album „Yeezus” Kanye Westa.
Równie ważną rolę odgrywała warstwa wizualna. Slayyyter sama reżyserowała swoje teledyski, dbając o to, by były pełnoprawną częścią większej opowieści, a nie tylko dodatkiem do piosenek. Nie potrzebowała gigantycznych budżetów. Liczył się mocny pomysł i klimat. Osobiste znaczenie miał także sam tytuł płyty. „Worst Girl in America” wywodził się z ironicznego określenia, jakim znajomi ze skaterskiego środowiska żartobliwie ją nazywali, gdy po imprezie zdarzyło jej się przesadzić z alkoholem. Z czasem fraza ta nabrała jednak głębszego sensu. Stała się odzwierciedleniem jej gniewu, buntu i poczucia niedopasowania w branży, w której przez lata czuła się lekceważona i traktowana jak „wieczna debiutantka”.
Wszystko wskazywało na to, że rok 2026 wreszcie przyniesie upragniony przełom. Płyta zbierała świetne opinie, a przed artystką stał występ na Coachelli, jednym z najważniejszych festiwali muzycznych na świecie. Wreszcie miała szansę zaprezentować się wielkiej publiczności i udowodnić swoją pozycję w branży. Właśnie wtedy, w momencie największego zawodowego triumfu, jej życie prywatne legło w gruzach. Zaledwie dwa dni przed premierą „Worst Girl in America” Slayyyter odkryła, że jej partner – utalentowany producent i muzyk – zdradził ją w jej własnym domu, podczas gdy ona przebywała w Los Angeles, dopinając próby do Coachelli.
– To przedziwne uczucie, kiedy w karierze dzieją się najlepsze rzeczy w twoim życiu, a prywatnie wszystko wokół ciebie jednocześnie się rozpada – wspominała po czasie na łamach „The Hollywood Reporter”.
Fot. Kait Muro
Z zewnątrz wszystko wyglądało świetnie. Gratulacje, nowe możliwości, rosnące zainteresowanie. W środku artystka przeżywała jednak stratę i rozczarowanie, które utrudniały jej cieszenie się tym, na co tak długo pracowała. Rozstanie oznaczało również konieczność nagłej zmiany życiowych planów i wyjazdu z Nowego Jorku. Z jednej strony mierzyła się z osobistym dramatem, z drugiej musiała stanąć w błysku reflektorów i odpowiadać na zachwyty branży. Nie zamierzała jednak udawać, że spektakularny sukces leczy złamane serce.
– Nawet jeśli wszyscy wokół mówią ci, że to ty wygrałaś, w środku wciąż czujesz się upokorzona i po prostu smutna – wyznała gorzko.
Trudne przeżycia szybko znalazły jednak swoje ujście w twórczości. Slayyyter przekuła gniew i ból w muzykę, a najważniejszym owocem tego procesu stał się utwór „Brand New Chanels”. Piosenka powstała jako bezpośrednia odpowiedź i zaprzeczenie numeru „Beat Up Chanels” z albumu „Worst Girl in America”. Tym razem artystka odrzuciła jednak pozę dziewczyny, która bawi się na przekór całemu światu. Postawiła na absolutną szczerość. Bolesny, osobisty kontekst nadał piosence autentyczność.
Utwór natychmiast zaczął żyć własnym życiem w sieci i przyniósł artystce historyczny przełom – zadebiutował na 98. miejscu listy Billboard Hot 100, stając się jej pierwszym w karierze singlem na tej prestiżowej liście. Choć piosenka nie utrzymała się na zestawieniu długo, dla samej Slayyyter znacznie ważniejsza okazała się reakcja publiczności. Podczas koncertów ze wzruszeniem obserwowała fanów, którzy płakali, śpiewając z nią słowa „Brand New Chanels”. Było to dla niej zupełnie nowe doświadczenie. Jak sama przyznała, świadomość, że jej własna trauma pomogła innym przepracować trudne emocje, dała jej satysfakcję, której nie da się przeliczyć na żadne liczby odtworzeń czy pozycje na listach przebojów. – Jest w tej smutnej piosence coś przedziwnie pełnego nadziei – podsumowała.
Przełom przyszedł szybciej, niż sama mogła przypuszczać. Jej występ na festiwalu Coachella w 2026 roku okazał się kluczowym punktem w dotychczasowej karierze. Slayyyter pojawiła się na scenie przy wybrzmiewających dźwiękach „Dance…”, w kowbojskim kapeluszu, dżinsowych szortach i z paczką papierosów wystających z kieszeni. Ten wizerunek idealnie łączył prowincjonalną nonszalancję z wyrazistą, przemyślaną estetyką.
Sama określała swoje sceniczne alter ego mianem „wiejskiej baletnicy”. Efekty tego występu przerosły najśmielsze oczekiwania. W trakcie drugiego weekendu Coachelli liczba odtworzeń jej muzyki na Spotify wzrosła o niewiarygodne 380 procent. Lawina ruszyła. Kolejne zaproszenia na flagowe festiwale, w tym Governors Ball oraz Lollapaloozę, jednoznacznie potwierdziły, że zachwyty nad artystką dawno wyszły poza krąg jej dotychczasowej, internetowej bazy fanów. – Dzięki temu, jak entuzjastycznie ludzie zareagowali na ten album, wreszcie czuję, że zyskałam pełną wolność twórczą – przyznawała z ulgą.
Fot. mat. prasowe Sony Music
Nie oznacza to jednak, że Slayyyter marzy o karierze skrojonej według tradycyjnego szablonu gwiazdy pop. Choć darzy ogromnym szacunkiem topowych artystów, sama wciąż nie czuje się częścią tego świata.
– Dziś nadal nie uważam się za gwiazdę popu – podkreślała szczerze.
W październiku 2026 roku artystka oficjalnie zapowiedziała swój kolejny projekt. Album „Worst Man in America” jest bezpośrednią, „siostrzaną” kontynuacją jej przełomowej płyty. Obok znanych już „Brand New Chanels”, „Crank 2” i najnowszego singla „i think he’s got a girl” znajdziemy tam sześć zupełnie nowych kompozycji. O ile „Worst Girl in America” stanowiło bilans jej bolesnych doświadczeń sprzed życiowego przełomu, o tyle nowa płyta ma być bezkompromisowym zapisem tego, co wydarzyło się chwilę później.
– Czułam, że mam jeszcze tak wiele do powiedzenia – wyjaśniała swoją decyzję o natychmiastowym powrocie do studia, zamiast odcinania kuponów i skupiania się wyłącznie na trasi koncertowej.
Po dekadzie spędzonej na obrzeżach popkultury, Slayyyter wreszcie stanęła w samym jej centrum. Sama nie waha się nazywać obecnego etapu prawdziwym odrodzeniem. Choć jej droga na szczyt wymagała znacznie więcej cierpliwości i wyrzeczeń, niż mogłaby sugerować pozorna, nagła popularność w sieci, dziś wreszcie ma poczucie pełnej sprawczości. To ona i tylko ona decyduje, jak napisze kolejny rozdział swojej historii.
Album „Worst Man in America” ukaże się 4 grudnia 2026 roku nakładem Columbia Records. Slayyyter wystąpi w Polsce 24 października 2026 roku w warszawskim klubie Palladium w ramach europejskiej części trasy WOR$T GIRL IN THE WORLD TOUR.