1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Miała +15 dioptrii, wciąż wykładała na Sorbonie, a w domu skrupulatnie prowadziła „dziennik dziecka”. Maria Skłodowska-Curie, jakiej być może jeszcze nie znasz

Miała +15 dioptrii, wciąż wykładała na Sorbonie, a w domu skrupulatnie prowadziła „dziennik dziecka”. Maria Skłodowska-Curie, jakiej być może jeszcze nie znasz

Dodaj w Google
Dodaj w Google
(Fot. BE&W Agencja Fotograficzna)
(Fot. BE&W Agencja Fotograficzna)
Jako jedyna kobieta w historii otrzymała dwa Noble. Stała się symbolem heroicznej pracy i naukowej determinacji. W najnowszej biografii Angeliki Kuźniak poznajemy Marię Skłodowską-Curie bliżej także jako żonę, matkę, kochankę i rebeliantkę, która nie bała się przekraczać granic swojej epoki.

Spis treści:

  1. Maria Skłodowska-Curie: choroba nie powstrzymała jej przed pracą
  2. Maria Skłodowska-Curie prywatnie. Jaka była jako żona i matka?
  3. Maria Skłodowska-Curie nie lubiła sławy. „Sława więcej zawstydza, niż cieszy”
  4. Cena za niezależność

Fragment artykułu. Całość znajdziesz w miesięczniku „Zwierciadło” 11/2026, który jest już w sprzedaży.

Maria Skłodowska-Curie: choroba nie powstrzymała jej przed pracą

„Moje oczy są bardzo osłabione i pewnie już wielkiego pożytku z nich nie będzie. Co do uszu, to dokucza mi szum prawie nieustanny, a przynajmniej bardzo silny” – pisała Maria pod koniec swojego życia do siostry Bronisławy Dłuskiej, prosząc, by nikomu nie mówiła o tych objawach.

– Słabość ją drażniła. Miała +15 dioptrii, ale nie było to dla niej powodem, by rezygnować z pracy. Nadal kierowała Katedrą Fizyki Ogólnej na Sorbonie i dwa razy w tygodniu wykładała. Znała każdy stopień prowadzący na katedrę, więc pokonywała je bez pomocy, choć studentów niemal już nie widziała. Na co dzień nosiła okulary o grubych szkłach, przy czytaniu dodatkowo używała lupy. Przez ulicę prowadziła ją pod ramię zawsze któraś z córek… Mam w sobie dużo czułości dla ludzi starszych, może dlatego tak bardzo porusza mnie Maria pod koniec jej życia – wyznaje Angelika Kuźniak.

Maria Skłodowska-Curie prywatnie. Jaka była jako żona i matka?

Nie przestaje być wybitną uczoną, kiedy cierpi po śmierci męża, ponownie się zakochuje czy popełnia błędy. Skłodowska-Curie była silna, odważna i skrupulatna, ale też niecierpliwa, apodyktyczna, czasem krucha. – Właśnie te sprzeczności są interesujące. I być może dzięki nim lepiej rozumiemy również jej pracę, upór i cenę, jaką za nie płaciła. Nie zależało mi na „uczłowieczaniu pomnika”, tylko na pokazaniu całego człowieka – mówi pisarka i reporterka, której książka pozwala nam spojrzeć na Marię przez pryzmat jej najbliższych relacji.

autopromocja
1200x300_strona glowna.webp

Maria Skłodowska-Curie z mężem Piotrem Curie w laboratorium (1896). (Fot. ullstein bild Dtl./Contributor/Getty Images) Maria Skłodowska-Curie z mężem Piotrem Curie w laboratorium (1896). (Fot. ullstein bild Dtl./Contributor/Getty Images)

Autorka sięga po listy i zapiski, dzięki którym bohaterka może mówić własnym głosem. Szczególnie przejmujący jest „dziennik żałobny”, który Maria zaczęła pisać 11 dni po śmierci ukochanego Piotra Curie. Na 28 stronach zwraca się bezpośrednio do zmarłego męża: „Piotrze, ja nie mogę, ja nie chcę tego wszystkiego znieść. Dalsze życie jest niemożliwe [...]. W głębi duszy czuję, że to wszystko rzeczywiście się stało i zachowuję się jak ktoś, kto próbuje oszukać samego siebie, z marnym zresztą skutkiem”.

Również z osobistych zapisków i listów wyłania się obraz Marii jako matki. Godziła ogromne zaangażowanie w pracę naukową z wychowaniem córek najlepiej, jak potrafiła.

– Korzystała z pomocy innych, zatrudniała opiekunki do dzieci. Po śmierci Piotra zdarzało jej się wracać z pracy tak zmęczoną, że mdlała. A jednocześnie bardzo pilnowała, żeby być obecna w życiu córek. Znajdowała czas na wspólne spacery, wycieczki rowerowe, pływanie. Pół godziny dziennie przeznaczały na gimnastykę, w ogrodzie kazała ustawić poprzeczkę z trapezem, kółkami i liną. Zimą były łyżwy i narty. Jesienią dom pachniał konfiturami, które smażyło się według jej wskazówek. Kiedy urodziła Irenę, zaczęła prowadzić „dziennik dziecka”. Zapisywała jej wagę, przyrost dzienny, tygodniowy, miesięczny, odnotowywała kolejne etapy rozwoju. Po urodzeniu Ewy zeszyt podzieliła na dwie części. Mierzyła nawet obwód głowy dziewczynek.

Każda z córek zapamiętała dzieciństwo inaczej. Ewa powtarzała, że matka zawsze była „poza domem” i swojego dzieciństwa nie nazywała szczęśliwym. Irena wspominała spacery z matką w parku i to, że odprowadzała ją do szkoły – opowiada Angelika Kuźniak.

Starsza córka, która dzieliła z matką pasję do matematyki i chemii, z czasem stała się dla Marii przyjaciółką i partnerką naukową. W listach, obok ciepłych słów, wymieniały się zadaniami matematycznymi. U Ewy, młodszej córki, Maria podziwiała wrażliwość. Była dumna, kiedy Ignacy Paderewski dostrzegł jej talent pianistyczny.

„Moja kochana – pisała do niej w liście – lubię myśleć, że widzisz piękne rzeczy i potrafisz dostrzec ich piękno! Obyś zawsze była w tym niezwykłym stanie łaski i odczuwania mocy wrażeń, jakie daje przyroda, które są zdrowsze i bardziej kojące niż tyle innych! Wiem, że samo racjonalne podejście nie wystarcza i że trzeba obudzić w sobie pokłady wrażliwości, gdyż nasze wewnętrzne niepokoje, sprzeczności ukrywają przed nami dobrodziejstwa, jakie daje prosta kontemplacja piękna świata”.

Maria Skłodowska-Curie nie lubiła sławy. „Sława więcej zawstydza, niż cieszy”

Popularność jej nie cieszyła. Nie udzielała wywiadów na temat spraw prywatnych, nie zamierzała rozdawać autografów. Chciała mówić wyłącznie o pracy naukowej, nie o sobie.

– Fizykochemiczka Alicja Dorabialska, która praktykowała w jej paryskim laboratorium, wspominała, że Maria „bała się sławy”. Uważała, że „sława więcej zawstydza, niż cieszy”. Nie znosiła fotografów, źle czuła się w tłumie. Świetnie widać to podczas jej pierwszej podróży do Stanów Zjednoczonych. Kiedy 11 maja 1921 roku transatlantyk Olympic wpływał do Nowego Jorku, na nadbrzeżu od kilku godzin czekali dziennikarze i fotoreporterzy. Maria schowała się w kabinie i nie chciała wyjść. Córki bały się, że matka zemdleje. Nigdy wcześniej nie brała udziału w konferencjach. Zwykle przygotowywała oświadczenie, które rozdawano dziennikarzom. W Nowym Jorku po długich namowach w końcu się zgodziła – opowiada Kuźniak.

Cena za niezależność

Jednak o tym, co prasa potrafi zrobić z cudzym życiem, przekonała się na własnej skórze, kiedy wybuchł skandal wokół jej romansu z Paulem Langevinem. Pod domem noblistki zbierały się tłumy. Wybijano kamieniami szyby, krzyczano: „Precz ze złodziejką mężów!”. Langevina przedstawiano jako ofiarę romansu, Marię – jako kobietę, która rozbija rodzinę. Nasuwają się więc pytania: czy mężczyznom uchodziło wtedy więcej niż kobietom? Czy byli oceniani według różnych miar? I wreszcie – czy aż tak wiele zmieniło się od tamtych czasów?

– Paul Langevin był żonatym mężczyzną, Maria – wdową, a mimo to właśnie ją przedstawiano jako uwodzicielkę rozbijającą rodzinę, „złodziejkę mężów”, cudzoziemkę.

To Maria stała się obiektem zbiorowej nienawiści. Sam język ówczesnej prasy wiele pokazuje. W jednym z artykułów porównuje się Marię do madame de Brinvilliers, słynnej siedemnastowiecznej trucicielki, która zabiła ojca i dwóch braci. Została skazana na śmierć i ścięta, a jej ciało spalono. Według autora artykułu Maria zastąpiła retorty probówkami, a trucizny dręczeniem psychicznym. Różnica miała być niewielka, bo „profil przestępczyni jest identyczny”. Pisano o „lubieżnej starej trucicielce”, która oczarowała swojego kochanka, „chłopca laboratoryjnego”, a następnie metodycznie zamęczyła jego żonę.

Ta „stara trucicielka” miała wtedy 44 lata i była od Langevina starsza zaledwie o pięć lat – komentuje autorka książki o naukowczyni.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE