1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak ocenić i wzmacniać swoje talenty? Pomocny test Gallupa

Jak ocenić i wzmacniać swoje talenty? Pomocny test Gallupa

Jeżeli nie wiemy nic o swoich talentach albo je wypieramy,
to tak, jakbyśmy działali przeciwko sobie. (Fot. Getty Images)
Jeżeli nie wiemy nic o swoich talentach albo je wypieramy, to tak, jakbyśmy działali przeciwko sobie. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Na odkrycie swojego potencjału nigdy nie jest za późno. Nigdy nie jest też za wcześnie, bo im szybciej zidentyfikujemy nasze naturalne predyspozycje, tym lepiej. Zaoszczędzimy sobie wtedy wielu frustracji, napięć, rozczarowań, a nawet chorób. I poczujemy ogromną ulgę. Jak przy zmianie butów. Bo w dobrze dopasowanych – swoich, nie cudzych – idzie się wartko, nie czując ciężaru wędrówki.

 

Zagaduję ludzi, z którymi mam ostatnio kontakt: – Piszę o talentach, ciekawi mnie, czy jesteśmy ich świadomi. Ty jesteś? Co uważasz za swój talent?

Anna, lekarka, lat 42, odpowiada wymijająco: – Nie nazwałabym tego talentem, ale ulubionym zajęciem, które zresztą nieźle mi wychodzi. Mówią o mnie: „Najlepsza lekarka wśród tenisistek i najlepsza tenisistka wśród lekarzy”, bo na wszystkich turniejach organizowanych w moim środowisku przechodzę do finału. Tak, tenis mi się udał.

Barbara, nauczycielka, 39 lat, stara się podejść do sprawy poważnie: – Nie jestem jakoś szczególnie utalentowana, po prostu lubię śpiewać. Ale śpiewać każdy lubi. Kiedyś udzielałam się w chórze parafialnym, teraz śpiewanie i w ogóle muzykę wykorzystuję w pracy z dzieciakami, podśpiewuję sobie też w domu. Piosenkarką jednak nie zostanę, nie ten głos, nie ten artystyczny kaliber.

Błażej, menedżer w firmie telekomunikacyjnej, obraca pytanie w żart: – Majsterklepkowanie to talent? Bo to mój przypadek. Umiem naprawić pralkę, zmienić uszczelką w kranie, zajrzeć do silnika auta, przybić gwóźdź. Ale żadnych artystycznych zdolności nie mam. Słoń nadepnął mi na ucho, malarz to jestem co najwyżej pokojowy, nie tańczę, nie recytuję. Kiepsko trafiłaś.

Ilustracja Fernando Botero Ilustracja Fernando Botero

Odpuść kontrolę

Wszystkie pozostałe głosy brzmiały podobnie: „Talent? Jaki talent?”. Ten mają nieliczni. Muzycy, malarze, pisarze, tancerze, aktorzy, sportowcy, kucharze. Talent to dar boży. Wyjątkowa umiejętność. Na ogół artystyczna. Coś, co wychodzi nam najlepiej. Ewentualnie to, co uda się zbudować, pracując w pocie czoła nad wyrugowaniem słabości. Tu przywoływano często przykład szefa, który przeszedł drogę od pucybuta i zbudował przywództwo, przepracowując swoje ograniczenia. Gdy sugerowałam, że każdy ma jakiś talent, słyszałam: „No nie, to gruba przesada”.

Takie podejście do naszych mocnych stron to pokłosie edukacji bazującej na błędach, wychowania opartego na karach i powszechnego przekonania, że trzeba pokonywać słabości, a nie wzmacniać siłę. Tymczasem zupełnie inaczej podchodzi do człowieka psychologia pozytywna z jej twórcą, znanym amerykańskim psychologiem, profesorem Martinem Seligmanem z University of Pennsylvania na czele. To głównie za jego sprawą zmienił się w psychologii fokus z badań nad negatywnymi i patologicznymi aspektami życia (lęki, stres, depresja) na akcent pozytywny: zaczęto badać kreatywność, inteligencję emocjonalną, szczęście, mocne strony człowieka. Zamiast odwoływać się do naszych braków, zaczęto bazować na naszym potencjale. Instytut Gallupa poszedł dalej – przez lata badał tajemnice sukcesu kadry menedżerskiej wielkich firm i stworzył słynny test Gallupa, testy neuronalne określające nasze wiodące cechy. Marcus Buckingham i Donald O. Clifton, badacze Instytutu, opisali potem swoje wnioski w książce „Teraz odkryj swoje silne strony”.

Psycholożka Aneta Pietrzak: – Okazało się, że nie potwierdza się to, o czym można przeczytać w podręcznikach biznesu, czyli że menedżerowie potrafią skutecznie kierować firmą dzięki swojej charyzmie, decyzyjności, umiejętności delegowania zadań. To wszystko, owszem, jest przydatne w biznesie, ale to skutek, a nie przyczyna.

– Skutek czego? – dopytuję.

– Tego, że owi szefowie wykorzystują swoje mocne strony – odpowiada psycholożka. – Badacze Gallupa doszli do wniosku, że ludzie zawdzięczają swój sukces i związane z nim dobre samopoczucie nie temu, że pochodzą z ustosunkowanej rodziny, że zrobili ileś certyfikatów albo że zaharowują się na śmierć. Z ich badań wyszło, że prawdziwy, czyli dający szczęście sukces, przychodzi wtedy, kiedy człowiek uruchamia to, co ma w sobie najsilniejszego. Dodam od siebie – i kiedy jest tego świadomy. Uważam bowiem, że bardzo ważna jest świadomość swoich mocnych stron, tak jak ważne jest odpuszczenie sobie pracy na wadach, słabych stronach. Bo nie da się zbudować niczego trwale wartościowego na strachu i słabościach.

Psycholożka tłumaczy to na przykładzie ze swojej praktyki. Pyta klientkę (może to pytanie też do ciebie, Czytelniczko i Czytelniku): „Jaka jest twoja największa wada?”. Ta odpowiada: „To, że jestem leniwa, że mi się nie chce”. „Wyobraź sobie – proponuje psycholożka – że próbujesz tę wadę przezwyciężyć. Co więc robisz? Używasz kontroli, ciągle i ciągle. Ale jak masz słabszy dzień, to kontrolowanie ci nie wychodzi. Jesteś więc sfrustrowana, spada twoje poczucie własnej wartości (bo obwiniasz się z powodu lenistwa). Zatem cały wysiłek włożony w kontrolowanie się idzie na marne!”.

– Jeżeli odpuścimy sobie kontrolę słabości – mówi psycholożka – a zajmiemy się swoimi talentami, to na efekty nie trzeba będzie długo czekać.

Ilustracja Fernando Botero Ilustracja Fernando Botero

W poszukiwaniu straconej siły

Co to jednak znaczy: talent? Żadna z pytanych przeze mnie osób nie uznała, że to cecha czy sposób myślenia. Tymczasem Katarzyna Bieleniewicz, certyfikowana trenerka Gallupa, wyjaśnia: – Talenty to naturalnie powtarzające się wzorce myślenia, odczuwania czy zachowania, które mogą być produktywnie wykorzystane. Czyli nasze predyspozycje, z którymi przychodzimy na świat.

Aneta Pietrzak: – Według teorii Gallupa wszystko zaczyna się w mózgu, w naszym systemie neuronalnym. Proszę sobie wyobrazić mózg dziecka w łonie matki. Z jakiegoś powodu już na tym etapie rozwoju pewne połączenia neuronalne w mózgu robią się wyraźniejsze. I to dlatego rodzimy się z określonymi predyspozycjami i już jako dzieci chętniej robimy to, co przychodzi nam z łatwością. To, oczywiście, mocno uproszczony opis tego, co się dzieje w naszym mózgu, ale z grubsza opisuje ów „powtarzający się wzorzec”, który powstaje w naszej unikatowej siatce neuronalnej.

Według Gallupa istnieją 34 talenty (np.: odpowiedzialność, komunikatywność, rozwaga, analityczność), pogrupowane w cztery obszary aktywności: wykonywanie, wpływanie, budowanie relacji, myślenie strategiczne. U każdego człowieka występują w innym nasileniu.

Katarzyna Bieleniewicz: – Testy Gallupa są właśnie po to, żeby określić, które z naszych cech są dominujące. Kluczowa okazuje się pierwsza piątka. Ale samo ich odkrycie niczego nie załatwia. To, czy dane talenty wspomagają nas w życiu i pracy, zależy od tego, co z nimi zrobimy, czy w nie zainwestujemy. Bo często bywa tak, że leżą głęboko zakopane, nieużywane.

Psychologowie zauważają, że akurat małe dzieci doskonale wiedzą, co jest ich siłą, ale potem tę wiedzę często niweczą szkoła, rodzice, społeczeństwo. Dlatego ważne jest, żeby nie wtłaczać dziecka w utarte schematy, ale pozwolić mu robić to, co lubi. Pomyślmy o tym właśnie teraz, u progu nowego roku szkolnego, kiedy planujemy mu różne zajęcia. Czy na pewno ma ćwiczyć to, co trenuje syn sąsiadki? Czy musi koniecznie chodzić na balet, skoro woli gotować?

My, dorośli, często skutecznie zapomnieliśmy (wyparliśmy) wiedzę o nas samych. Ale nic straconego. Możemy ją sobie przypomnieć, sięgając po różnego rodzaju testy: testy Gallupa, Hogana, testy psychologiczne (są też dla dzieci i młodzieży).

Aneta Pietrzak: – Statystycznie rzecz ujmując, Polska jest krajem, w którym częściej niż gdzie indziej na świecie w badaniu testem Gallupa wyłania się talent zwany odkrywczością. Okazuje się, że jako populacja jesteśmy bardzo kreatywni. Umiemy z przysłowiowego sznurka zrobić helikopter, ale ten talent może się objawiać w bardziej prozaicznych sytuacjach: znienacka wpadają goście, a my otwieramy lodówkę i potrafimy wykombinować coś z niczego. Zauważyłam też, że wśród osób ze środowisk buddyjskich powszechnym talentem jest współzależność, choć do końca nie wiadomo, czy wzmacnia tę cechę medytowanie i przebywanie w tej społeczności, czy odwrotnie: to owa społeczność przyciąga podobnych do siebie ludzi.

Ciemna i jasna strona mocy

Postanawiam się przetestować. Można to zrobić przez Internet, za opłatą, dostępna jest wersja polska testów Gallupa. Trzeba odpowiedzieć na 177 pytań, a właściwie zakreślić jedno stwierdzenie z pary przeciwstawnych: Np.:  „Czytam uważnie instrukcje” i „lubię natychmiast rozpoczynać pracę”; „Jestem dobrym trenerem” i „jestem dobrym szefem”. Wybieramy, który z opisów jest nam bliższy, i szybko (na odpowiedź mamy 20 s) przechodzimy do następnych. Po mniej więcej godzinie dostaję raport, który przypomina piramidę. Na górze znajduje się pięć dominujących cech, to mój potencjał. Najważniejsza – empatia. Tego akurat się spodziewałam, bo mam intuicję do ludzi, a nawet nieznajomi chętnie mi się zwierzają. Ale sądziłam, że moją siłą okaże się też racjonalność, analityczność, w końcu z jakiegoś powodu wybrałam klasę matematyczno-fizyczną, a liczby to moja ulubiona kraina. Dlatego jestem zaskoczona, że kolejne moje atuty to: rozwijanie innych, współzależność, elastyczność, bliskość, zgodność. Większość z nich dotyczy relacji! Tymczasem zawód, który wybrałam, polega w dużej mierze na samotnej pracy. Muszę więc te wyniki poważnie przemyśleć.

Aneta Pietrzak: – Każdy z talentów ma swoją jasną i ciemną stronę. Jeżeli korzystamy z talentów w umiejętny sposób, to jesteśmy na dobrej drodze do realizacji siebie, do lepszego funkcjonowania w codziennym życiu, nie tylko wtedy, kiedy rozwijamy karierę zawodową. Natomiast jeżeli nic o swoich talentach nie wiemy albo je wypieramy, to w pewnym sensie działamy przeciwko sobie. W moim zestawie pięciu najwyżej punktowanych cech jest empatia, czyli bardzo duża wrażliwość, pozwalająca wyczuć, w jakim stanie emocjonalnym jest ktoś, z kim przebywam, czasem nawet bardziej niż on sam. Podobnie jak każdy empata – czuję to zawsze, ponieważ emocje są moim sposobem doświadczania świata. Osobom o mniejszej sensytywności jest trudniej zidentyfikować swoje emocje, niektórzy więc mówią, że niczego nie czują albo po prostu nie potrafią tego nazwać. Drugą stroną empatii jest to, że nie zawsze wiadomo, co zrobić z tymi cudzymi emocjami: reagować, nie reagować? Jeśli tak, to jak?

Psycholożka podkreśla, że nie ma talentów pozytywnych i negatywnych, każdy talent jest zasobem, natomiast problemem jest ich nierozpoznanie, wypieranie lub nieumiejętne się nim posługiwanie. Weźmy przykład empatii: empata wchodzi do autobusu i czuje emocje ludzi, ale nie potrafi odróżnić tych własnych od cudzych, nie nauczył się mechanizmu działania empatii. Wysiada więc z autobusu nabuzowany lub smutny, ale nie ma pojęcia dlaczego.

– Dla mnie przez jakiś czas empatia też była zmorą – przyznaje Aneta Pietrzak. – Gdy zaczęłam pracować jako psycholożka, śniło mi się, że zalewają mnie fale, że się topię. W taki sposób odchorowywałam trudne rozmowy z moimi pierwszymi klientami. Dopiero moja superwizorka uświadomiła mi, że jako empatka wyczuwam emocje ludzi, z którymi pracuję, a następnie je przejmuję.

Co można zrobić z tą świadomością?

– Potraktować jako informację, która pomoże odróżnić, które emocje są moje, a które nie – odpowiada psycholożka. – I nimi zarządzić. Załóżmy, że przychodzi do mnie ktoś  zdenerwowany, a ja jako empatka natychmiast to wyczuwam. I jeśli wiem o tym, to mogę spróbować stworzyć taką atmosferę, żeby ten ktoś poczuł się lepiej, bo fajnie by było, gdyby rozmowa przebiegła w dobrej atmosferze. Gdybym sama nie była w dobrej formie danego dnia, mogę też takie spotkanie skrócić, żeby nie dopuścić do przekroczenia mojej granicy i nie wejść w grę osoby, która w swojej złości prawdopodobnie będzie mnie prowokować. Z empatami problem jest taki, że gdy widzą człowieka w dole, to automatycznie wchodzą w jego buty i utożsamiają się z jego stanem emocjonalnym. Uważam, że to bardzo szkodliwe. Nie da się pomóc komuś, kto jest zdołowany, jeśli samemu się jest w dole. Nie muszę „schodzić” do kogoś, kto jest w kiepskim nastroju. Mogę powiedzieć: „Widzę, że źle się czujesz”, i jeśli jestem gotowa pomóc, raczej zrzucam linę, by sam się po niej wspiął, zamiast robić to za niego.

Ilustracja Fernando Botero Ilustracja Fernando Botero

Pozwolić sobie na siebie

Teoria talentów neuronalnych może wydawać się deterministyczna. Bo co mogę poradzić na to, że jestem empatką, choć wolałabym np. być pryncypialna? Na niewiele zda się ćwiczenie pryncypialności. Podobnie jak wielkich efektów nie przyniesie ćwiczenie empatii przez kogoś, kto ma tę cechę w niewielkim stopniu rozwiniętą. Czy to nie ograniczające? – pytam Anetę Pietrzak.

– Na talenty można patrzeć deterministycznie, a można jak na swój potencjał. Ale po co tak naprawdę pani ćwiczenie pryncypialności? To przypomina sytuację, w której ma pani na koncie milion dolarów i o tym nie wie, więc tyra za marne grosze. Gallup twierdzi, że może pani zaharowywać się na śmierć, żeby osiągnąć coś, co jest niezgodne z pani talentami neuronalnymi, i nigdy nie będzie pani tak w tym dobra, jakby pani była, gdyby zajęła się czymś, co jest z tymi talentami zgodne.

Szansa na to, że spotkamy kogoś, kto będzie miał takie same talenty jak my, jest jedna na 33 mln.
A jeżeli ktoś chce wziąć swoją cechę dominującą w ryzy, bo mu przeszkadza?  – Przeszkadza, bo źle z niej korzysta. Dobrze wykorzystane talenty zawsze pomagają – twierdzi psycholożka. – Badania pokazują, że uwzględnianie swoich mocnych stron wpływa na sukces w około 80 proc. Dlatego warto w końcu odkryć, że ma się ten milion na koncie. Takie odkrycie zawsze jest bezcenne. Ale co człowiek zrobi z tą świadomością siebie, to już inna sprawa. Bo nie każdy jest gotowy w danym momencie życia wziąć za to odkrycie odpowiedzialność. Optymalnie byłoby dokonać go w dzieciństwie i wykorzystać do wyboru drogi życiowej. Ale rodzice, często nieświadomie, uczą dziecko zaprzeczania sobie, wierząc, że robią dobrze. Sądzę jednak, że przynajmniej część dzieci jest na tyle silna, by w pewnym momencie zawalczyć o prawo do bycia sobą. Często na tym właśnie polega inicjacja w dorosłość.

Na ogół jednak poznajemy prawdę o sobie około czterdziestki, gdy przechodzimy kryzys wieku dojrzałego. Niektórzy zmieniają wtedy całkiem swoje życie, a inni, którzy decydują się zostać tam, gdzie są, dzięki pracy ze swoim potencjałem zauważają, że dużo łatwiej się im pracuje, lżej żyje. Od tej chwili przestają się biczować, że coś jest z nimi nie tak. I dają sobie zgodę na siebie takimi, jacy są.

Pewna menedżerka w dużej korporacji miała nieustanne problemy z prowadzeniem harmonogramów, zebrań, nienawidziła tabelek, sprawozdań. Ta praca ją nudziła, a nawet budziła w niej agresję. Zrobiła testy neuronalne i okazało się, że jej kluczowym  talentem jest elastyczność. Czyli że potrzebuje dynamiki, ruchu, że genialnie sprawdza się w rozwiązywaniu problemów, w zarządzaniu kryzysami, bo bardzo szybko reaguje na zmieniające się realia. Dla niej planowanie, nawet na dwa dni naprzód, to koszmar.

– Taki ktoś nigdy dobrze nie nauczy się planowania, choćby go torturowano. Nie będzie też czuł się spełniony w narzuconej roli – mówi Aneta Pietrzak. – Owa menedżerka założyła swoją firmę, zajmuje się doradztwem w kryzysie. Ktoś wcześniej niedobrze ją zrekrutował. Źle na tym wyszła i ona, i firma. Obliczono, że zatrudnienie niewłaściwego pracownika to dla firmy ogromne koszty: jego pensja pomnożona przez półtora roku. Nie wyobrażam sobie, żeby osoba z dominującym talentem focus, czyli skoncentrowana na celu, a dodatkowo bez żadnych talentów związanych z budowaniem relacji, była dobra w pracy z ludźmi. Ale już w zarządzaniu np. procesami technologicznymi może być bardzo skuteczna.

Każdy jest unikalny

Aneta Pietrzak pracowała ostatnio z mężczyzną o silnym talencie command (dowodzenie), który chciał odpokutować swoją przestępczą przeszłość, pracując w domu opieki. Ta praca ogromnie go jednak frustrowała, choć zdobył odpowiednie kwalifikacje i bardzo się starał. Poganiał ją, żeby szybko poradziła mu, co ma robić. Praca z talentami uświadomiła mu, że ciężkie doświadczenia życiowe nie muszą być ograniczeniem. Teraz pracuje z trudną młodzieżą, co daje mu satysfakcję, a młodzież go uwielbia.

Katarzyna Bieleniewicz: – Odkrycie swojego potencjału przynosi same korzyści: Po pierwsze, pomaga w lepszej komunikacji zarówno w pracy, w relacjach  rodziców i dzieci, jak i między partnerami. Bo poznając swoje (ale i współpracownika, dziecka, partnera) mocne i słabe strony, wiemy, czego się spodziewać, oczekiwać, a co odpuszczać. Jakich używać słów, argumentów, bo do każdego przemawia co innego. Po drugie, mocne strony uświadamiają nam, że każdy jest wyjątkowy, ma swój unikalny styl, więc nie trzeba powielać czyichś pomysłów na życie, porównywać się do innych. Ta prawda jest dla wielu kobiet uwalniająca, buduje ich poczucie własnej wartości, siłę. Po trzecie, poznanie swoich talentów zwiększa nie tylko naszą efektywność, produktywność, ale także przyjemność z tego, co robimy, bo robimy przecież to, co przychodzi nam z łatwością, w czym jesteśmy najlepsi. Czwarta korzyść – to, że odkrywając nasze mocne strony, poznajemy też nasze ograniczenia, obszary do przepracowania albo odpuszczenia. I jeszcze jedna – znajomość siebie pozwala nam lepiej dobierać ludzi, z którymi nam po drodze, zarówno w pracy, przyjaźni, jak i miłości. Szansa na to, że spotkamy kogoś, kto będzie miał takie same talenty jak my, jest jedna na 33 mln. Dlatego dobierając się w pary, budując zespoły czy biznes, fajnie jest szukać kogoś, kto uzupełni nam to, czego nie mamy, a my uzupełnimy mu to, czego on nie ma. I w ten sposób wszyscy skorzystamy z tej pięknej różnorodności.

Aneta Pietrzak: – Metod na odkrycie swojego potencjału jest wiele, we wszystkich chodzi o jedno: o odpowiedź na pytanie, kim tak naprawdę jestem. Wrażliwcem, typem przywódcy, czy może człowiekiem do rozwiązywania trudnych spraw? Spełniam się w osiąganiu celów czy w pracy z ludźmi? Gdy tego się dowiemy, dobrze jest zrobić krok następny: zastanowić się, czy znajduję się w miejscu, w którym chcę być. I krok trzeci: podjąć decyzję, jak tę wiedzę wykorzystać. Najgorsze, co możemy zrobić, to zaprzeczyć temu, kim naprawdę jesteśmy. Jeżeli istnieje coś takiego jak grzech, to na pewno to jest grzech ciężki.

 

Fernando Botero, ur. w 1932 r. w Medellin kolumbijski artysta, malarz i rzeźbiarz, karykaturzysta. Zanim zaczął malować, chodził do szkoły matadorów. Po przeprowadzce do Nowego Jorku rozwinął swój styl zwany „boterismo”, słynący z korpulentnych kształtów przedstawianych postaci. Jego rzeźby zdobią ulice takich miast jak Nowy Jork, Paryż czy Barcelona. Fernando Botero, ur. w 1932 r. w Medellin kolumbijski artysta, malarz i rzeźbiarz, karykaturzysta. Zanim zaczął malować, chodził do szkoły matadorów. Po przeprowadzce do Nowego Jorku rozwinął swój styl zwany „boterismo”, słynący z korpulentnych kształtów przedstawianych postaci. Jego rzeźby zdobią ulice takich miast jak Nowy Jork, Paryż czy Barcelona.

 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Storytelling - słuchanie i opowiadanie historii ma zbawienny wpływ na nasze zdrowie psychiczne

Badania naukowe potwierdzają, że słuchanie i opowiadanie historii ma zbawienny wpływ na nasze zdrowie psychiczne, nie tylko w przypadku kojących baśni i romantycznych legend, ale także, jeśli nie przede wszystkim, w wypadku relacjonowania prawdziwych zdarzeń z naszego życia. (Fot. iStock)
Badania naukowe potwierdzają, że słuchanie i opowiadanie historii ma zbawienny wpływ na nasze zdrowie psychiczne, nie tylko w przypadku kojących baśni i romantycznych legend, ale także, jeśli nie przede wszystkim, w wypadku relacjonowania prawdziwych zdarzeń z naszego życia. (Fot. iStock)
Storytelling jest dziś ważnym trendem w edukacji i elementem marketingu, wykorzystywanym do budowania świadomości marki. Przede wszystkim jednak to doskonały sposób na powrót do korzeni, dobra metoda na stres, a nawet alternatywa dla psychoterapii. O tym, że słowa mają moc, z arteterapeutką Charlie Kesem rozmawia Julia Wollner.

Izrael jest przez wielu uważany za główne centrum storytellingu. W miejscowości Giwatajim pod Tel Awiwem każdej jesieni odbywa się głośny International Storytelling Festival, zaliczany do największych tego typu imprez na świecie; rozkwitają stacje radiowe, na antenie których przez całą dobę emitowane są tylko prawdziwe historie słuchaczy, a na małe i duże przyjęcia zaprasza się zawodowych opowiadaczy, którzy nie tylko dostarczą gościom rozrywki, ale też zainspirują i skłonią do refleksji. Izraelskie rodziny wynajmują pisarzy, którzy za opłatą spisują opowieści i wspomnienia najstarszych członków, a młodsze pokolenia tłumnie zapisują się na kursy zwane „retell your story”, mające – poprzez grupową pracę nad opowiadaniem swojej historii – pomóc spojrzeć na własną biografię z nowej perspektywy, docenić swoje mocne strony, a przeżyte trudności przekuć we wzbogacające doświadczenia. O moc prawdziwych historii pytam pochodzącą z Londynu, a mieszkającą w Tel Awiwie Charlie Kesem.

Etymologicznie rzecz biorąc, „storytelling” to po prostu opowiadanie historii. Kryje się w nim chyba jednak jakiś sekret, skoro przyciąga tak wielu ludzi, a niektórzy, jak ty, postanawiają zająć się nim zawodowo.
Zawsze uwielbiałam teatr, studiowałam arteterapię i szukałam sposobu na to, by połączyć działania kreatywne z pomaganiem ludziom. Nauka w szkole storytellingu oraz udział w licznych londyńskich wydarzeniach z nim związanych pokazały mi, że dzielenie się historią ma w sobie wielką moc, często pomaga w transformacji. Ważnym doświadczeniem było też dla mnie załamanie, które przeszłam – w takich momentach storytelling nierzadko daje podobne rezultaty jak sesja terapeutyczna, choć działa oczywiście na innej zasadzie. Sztuka opowiadania historii, jeszcze do niedawna trochę zapomniana, rozkwita na nowo, a powód wydaje mi się bardzo prosty: ludzie tego potrzebują.

Ale przecież rozmaite historie bombardują nas ze wszystkich stron. Słyszymy je w pracy, od znajomych, w mediach, w reklamach, czytamy je na Facebooku… Gdziekolwiek odwrócimy głowę, ktoś próbuje nam coś opowiedzieć, przekazać jakieś informacje o sobie…
Ja, mówiąc o storytellingu, nie mam na myśli marketingu ani mediów społecznościowych – odnoszę się do umiejętności słuchania i nawiązywania relacji. To ona jest tu kluczem. Za dowód niech posłużą nam badania, w których okazało się, że odtwarzanie nagrania, na którym ktoś opowiada swoją historię, nie daje tego samego rezultatu – właśnie dlatego, że w storytellingu najważniejsza jest bezpośrednia relacja, jaka tworzy się między dwoma osobami: słuchaczem i opowiadającym.

Wszyscy jesteśmy w pewnym stopniu samotni i potrzebujemy zbliżyć się do innych. Jak mawiała jedna z moich nauczycielek, opowiadanie historii pozwala znaleźć plemiennych towarzyszy. To bardzo prawdziwe stwierdzenie: gdy podzielisz się swoją historią, ludzie chcą o niej z tobą rozmawiać, zadają pytania. To, co ci się przydarzyło, zostaje w pewnym sensie powitane, przyjęte, zaakceptowane, a ty nie jesteś z tym już sam. Być może jeszcze ważniejszy jest proces słuchania, bo podczas niego dokonuje się w nas jakiś rodzaj wewnętrznego poruszenia, które może prowadzić do zmiany.

Jako artystka i jako człowiek szukam możliwości nawiązania nici prawdziwego, szczerego porozumienia – takiego, które pozwala odkryć się przed drugim człowiekiem, pokazać, kim naprawdę jesteśmy. Ta nić bardzo pięknie przędzie się w storytellingu: zarówno w historiach prawdziwych, jak w tradycyjnych opowiadaniach takich jak podania i baśnie, które także są bardzo istotne w mojej pracy.

Ty, Angielka mieszkająca w Izraelu, podkreśliłaś, że mówiąc o storytellingu, nie odnosisz się do działań marketingowych, zaś ja, wpisawszy to hasło w polską wyszukiwarkę internetową, znajduję głównie rezultaty związane z brandingiem. Czy myślisz, że różne nacje są w różnym stopniu skłonne do dzielenia się swoimi przeżyciami i doświadczeniami?
Nie, nie sądzę, aby tak było. Kiedy uczyłam się w International School of Storytelling w Forest Row, na zajęcia uczęszczałam z ludźmi z całego świata, z różnych grup wiekowych. Każdy z nich postanowił poświęcić trzy miesiące życia, aby przyjechać do tego zakątka Anglii i ukończyć kurs. Musi być ku temu jakiś powód. Moim zdaniem jest nim fakt, że każdy z nas, bez względu na kulturę i pochodzenie, potrzebuje spotkania z drugim człowiekiem. Oczywiście, powodów izraelskiej popularności storytellingu można szukać w tradycji żydowskiej, w jej związku z cyklicznością natury, z bliskowschodnim ukochaniem wspólnoty. Analogicznie zrobić można z kulturą celtycką i faktem, jak bardzo storytelling pokochali Anglicy. Tak naprawdę jednak to, co leży u podstaw storytellingu, obecne jest w każdej kulturze i właściwe wszystkim ludziom bez wyjątku. Zanim powstała telewizja i Internet, w każdym zakątku globu siadaliśmy przy ogniu, aby rozmawiać i słuchać mędrców, którzy dzielili się swoją wiedzą. Dziś po prostu na nowo odkrywamy radość tego rytuału.

Nie widzisz różnic związanych z pochodzeniem, a jak jest z wiekiem? Czy młode pokolenie, które nie pamięta czasów sprzed telewizji i Internetu, ma do storytellingu inne podejście?
Odpowiedź znowu jest przecząca, bo, jak cały czas podkreślam, łączy nas wszystkich ta sama ludzka potrzeba. Ludzie starsi też bywają uzależnieni od technologii i im także bywa ciężko skoncentrować się i słuchać. Ten problem jest dziś niezależny od wieku.

A przecież w storytellingu podstawą jest właśnie słuchanie…
Jeden z moich nauczycieli mówił wręcz, że Bóg nie bez powodu dał nam jedną buzię, ale dwoje uszu!

Wieczory zwane True Stories Nights, które organizujesz, obejmują występy siedmiu osób – w tym zawodowców i ludzi zupełnie niezwiązanych ze storytellingiem – którzy przez siedem minut dzielą się swoją historią z publicznością. Za każdym razem inny jest temat przewodni spotkania, który służy za punkt wyjścia dla wszystkich opowieści.
Tak, i niezwykłe jest, że robią to z własnej, nieprzymuszonej woli. Nigdy nie musiałam nikogo namawiać do występu; informuję tylko o takiej możliwości. Jeśli poczują, że nadszedł dla nich właściwy moment, mogą przyjąć moje zaproszenie. Niektórych zresztą nawet nie zapraszałam – znaleźli mnie sami, z przekonaniem, że mają coś istotnego do wyjawienia światu. Wierzę, że każdy ma historię do opowiedzenia. Prostą lub zawiłą, smutną lub zabawną. Historie są w każdej komórce naszego ciała, w każdym wspomnieniu, w każdym kroku, który czynimy, w każdym mrugnięciu okiem.

Bez problemu wyobrażam sobie opowiedzenie jakiejś zabawnej anegdoty w siedem minut, ale nie jestem przekonana, czy w tak krótkim czasie można zrelacjonować załamanie nerwowe albo jakieś inne trudne lub przełomowe doświadczenie.
Zdziwiłabyś się, jak wiele powiedzieć można nawet w dwie minuty! Określenie ram czasowych opowieści jest ważne nie tylko ze względu na publiczność, szczególnie, jeśli jest to początek ich doświadczeń ze storytellingiem. Stanowi także bardzo ważne ćwiczenie dla opowiadającego. Ograniczenie czasowe, które sobie narzuca, pozwala skupić się na tym, co w historii było i jest najważniejsze; na tym, co chce się z niej pamiętać; na tym wreszcie, co dzięki nam mają z niej zapamiętać – i nauczyć się! – nasi słuchacze. Jest to przy tym bardzo twórczy proces, bo nad historią pracuje się jak nad dziełem sztuki, modelując ją i nadając jej formę.

Nie obawiasz się czasem, że praca z ludzkimi emocjami może być niebezpieczna? Nie jesteś przecież psychologiem ani psychiatrą, a podejrzewam, że ludzie niejednokrotnie przychodzą do ciebie z historiami pełnymi dramatów, bólu i łez.
Na pewno jest to dla mnie wyzwanie, jak również coś, co wymaga wielkiej wrażliwości i uważności. Bez wątpienia pomaga mi wiedza wyniesiona ze studiów arteterapeutycznych oraz doświadczenie pracy z grupami w ciągu wielu lat.

Jedną z umiejętności, którą staram się przekazać uczestnikom moich warsztatów, jest opowiadanie historii w sposób, który pozwala im nad nią zapanować. Nawet wówczas, gdy opowiadamy historię bardzo bolesną, nie musimy po raz kolejny przeżywać traumy. Pomocna jest świadomość, że znamy dokładnie zarówno początek tej historii, jak i zakończenie; mamy do dyspozycji wspomniane siedem minut, w ramach których możemy się wzruszać czy złościć, jednocześnie zdając sobie sprawę, że ograniczają nas pewne ramy. Dzięki temu możemy poczuć się panami naszej historii. Skupienie się na wyborze odpowiednich środków wyrazu także pomaga przenieść punkt ciężkości – z emocjonalnego zaangażowania w historię na jej aspekt artystyczny. Myślę też, że każdy opowiadający zawsze doskonale wie, czy jest gotowy do podzielenia się swoją historią. Trzeba tylko wsłuchać się w siebie i odnaleźć swój głos. Oczywiście istotne jest, by organizator spotkania, a więc w tym przypadku ja, klarownie wytyczył granice.

Taka jest właśnie twoja rola?
Zapraszając ludzi do udziału w moich wieczorach, zawsze dokładnie tłumaczę, jaką mają formę. Najpierw spotykamy się jeden na jeden, wysłuchuję ich historii w cztery oczy i podpowiadam, jak się nią podzielić z publicznością. Ostateczna decyzja leży po stronie opowiadającego. Daję jasno do zrozumienia, że nie jestem terapeutą, choć oczywiście, w razie konieczności staram się pomóc, jak tylko mogę. Jedna z moich koleżanek w Anglii, która organizuje podobne spotkania, rozdawała na zakończenie ulotki z numerami specjalistów mogących zaoferować pomoc. To jeden z przykładów drobnych gestów, które czasem robią wielką różnicę. Warto jednak podkreślić, że storytelling pozwala zetknąć się z historiami bardzo różnorodnymi, nie tylko smutnymi. Dotykamy całego wachlarza emocji. Bez względu na to, czy są one pozytywne, czy nie, zawsze, bez wyjątku, dziękuję opowiadającemu za podzielenie się historią. Nie jest to pusty frazes. Bardzo zależy mi na tym, żeby ludzie czuli się docenieni.

Czy masz jakieś sugestie dla polskich czytelników mających mniejszy dostęp do wydarzeń związanych ze storytellingiem, a pragnących przyjrzeć się bliżej temu procesowi?
Po prostu spotkajcie się w większym lub mniejszym gronie, usiądźcie i zacznijcie rozmawiać, utworzywszy krąg. Za jakiś czas powtórzcie to znów! Zwróćcie uwagę na to, jakie historie was poruszają, jaki przekaz jest dla was istotny, jaki rodzaj komunikacji sprawia wam najwięcej satysfakcji.

Storytelling daje radość, uzdrawia, bawi, pozytywnie wpływa na poczucie własnej wartości i na pewność siebie. Pozwala uczyć się od ludzi różnych od nas, ale jeszcze bardziej – pokazuje nam, że w gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy tacy sami.

Kilka faktów i badań na temat storytellingu

Według badań przeprowadzonych na Uniwersytecie Harvarda opowieści wykraczające poza suchą relację faktów powodują większe zaangażowanie słuchacza, ponieważ oddziałują na obie półkule mózgowe – lewą aktywujemy już poprzez samo omówienie wydarzeń, prawą dopiero poprzez wzbudzenie emocji. Dobrze opowiedziana historia zostaje przez odbiorcę lepiej zapamiętana. Ma to niebagatelne znaczenie w procesie nauczania – zarówno najmłodszych, którym opowiadamy bajki, by przekazać im podstawowe prawdy o życiu, jak i całkiem dorosłych – tzw. metoda narracyjna doskonale sprawdza się np. w nauce języków obcych. Z podobnych względów storytelling jest także doskonałym narzędziem marketingowym – specjaliści w tej dziedzinie doskonale wiedzą, że rozpoznawalność marki oraz prawdopodobieństwo utożsamienia się z nią przez klienta zależy właśnie od ciekawej historii, która za nią stoi.

W niektórych krajach, jak Wielka Brytania, USA oraz Izrael prężnie działają stacjonarne szkoły opowiadania historii; można znaleźć kursy o różnych stopniach intensywności i zaawansowania, zaś spotkania, podczas których słucha się nawzajem swoich opowieści, należą do najbardziej lubianych form spędzania czasu. Pozwalają pośmiać się i wzruszyć, porozmawiać i pomilczeć. W naszej obrazkowej cywilizacji stanowią prawdziwy powrót do kultury słowa – głównego narzędzia komunikacji, właściwego tylko i wyłącznie człowiekowi.

Badania naukowe potwierdzają, że słuchanie i opowiadanie historii ma zbawienny wpływ na nasze zdrowie psychiczne, nie tylko w przypadku kojących baśni i romantycznych legend, ale także, jeśli nie przede wszystkim, w wypadku relacjonowania prawdziwych zdarzeń z naszego życia. Jak mawia jeden z czołowych specjalistów w dziedzinie, dr Gary Irwin-Kenyon, dzieje się tak dlatego, że każdy z nas jest jednocześnie narratorem, redaktorem, bohaterem i czytelnikiem swojej opowieści, a przy tym tylko jednym z autorów – na naszą opowieść wpływa przecież każde spotkanie, rozmowa, wymiana doświadczeń z innymi ludźmi, którzy tym samym współtworzą naszą historię. Dzięki interakcji z nimi poprawiamy zdolności komunikacyjne, a nasza kreatywność wzrasta. Wymiana historii pozwala nam budować tożsamość, stymuluje ciekawość i zapał do życia, poprawia pamięć, uspokaja. Pozwala doceniać to, co w życiu istotne i dobre, budząc tym samym wdzięczność oraz poczucie celu. Słuchając opowieści innych, przeżywamy zarówno ich bolączki, jak i radości, a więc poszerzamy wachlarz swoich życiowych doświadczeń, dzieląc się zaś swoją historią, rozliczamy się z przeszłością, wybieramy sposób myślenia o niej i robimy miejsce na nowe przeżycia. Czerpiemy z tego, co już było, otwierając się na to, co dopiero nadejdzie. Wybierając odpowiednie środki wyrazu, wpływamy na to, co już jest za nami, aby bardziej świadomie przeżyć przyszłość.

  1. Psychologia

Przyjrzyj się swojej samoocenie – 10 wskazówek

Jak poprawić swoją samoocenę? - Jeśli zaniżona samoocena nie jest u ciebie dużym problemem, możesz popracować z nią sama. Jeżeli jednak czujesz, że mocno cię ogranicza, warto skorzystać z pomocy eksperta. (fot. iStock)
Jak poprawić swoją samoocenę? - Jeśli zaniżona samoocena nie jest u ciebie dużym problemem, możesz popracować z nią sama. Jeżeli jednak czujesz, że mocno cię ogranicza, warto skorzystać z pomocy eksperta. (fot. iStock)
Gdy pracujemy nad samooceną, odpowiadamy sobie na pytania: „Kim jestem?”, „Jak się z tym czuję?”. Niska samoocena oznacza negatywną ocenę siebie i płynące z tego złe samopoczucie. Jak to zmienić?

Źle się oceniamy zazwyczaj wtedy, gdy zraniona została nasza wrażliwość. Ktoś nas skrytykował, obraził, zawstydził, przestraszył, obwinił. I teraz my, w sposób często podświadomy, cały czas źle się z tym czujemy, bo cudzą opinię, czyjeś emocje wzięliśmy za własne. Teraz działamy jak automat, odtwarzając dawne sytuacje, bo wyparte emocje domagają się uwolnienia. Jeśli tego nie podejmujemy, nie uzdrawiamy tych emocji, zachowujemy się autodestrukcyjnie. Praca nad stłumionymi emocjami wymaga ukierunkowanej pracy wewnętrznej i często potrzebna jest tutaj pomoc psychoterapeuty... Co można zrobić samemu? Jak wpłynąć na podniesienie swojej samooceny?

1. Bądź świadomy swoich emocji i nastrojów. Zidentyfikuj swoje lęki, smutki, gniew.

2. Opiekuj się sobą. Rób to, co dla ciebie dobre. Jeśli czujesz, że potrzebne jest ci na przykład towarzystwo ludzi, wyjdź do nich. Jeśli dokucza ci nadwaga, zajmij się swoją dietą i sportem. Jeśli boisz się czegoś, sprawdź dlaczego tak się dzieje i podejmij wyzwanie.

3. Zidentyfikuj wyzwalacze niskiej samooceny. Zastanów się kto i kiedy skrytykował cię i przypomnij sobie jak cię to zabolało. Następnie odpowiedź sobie na pytanie, jakie dzisiaj ponosisz tego konsekwencje. Czego nie robisz, czego się nie podejmujesz z tego powodu?

4. Zmień zachowania. Kiedy czujesz, że niska samoocena hamuje cię lub popycha do zachowań, które nie są dla ciebie dobre (na przykład unikanie ludzi bądź roszczenia w relacjach) – zatrzymaj się. Skorzystaj z technik relaksacji, medytacji, ćwiczeń oddechowych. One cię zdystansują do uczuć, które dzisiaj są już nieaktualne. Przestaniesz działać pod wpływem dawnych impulsów. To pozwoli ci podjąć nowe zachowania.

5. Rozwijaj nowe umiejętności. Jeśli na przykład bardzo lękasz się samotności, bo ktoś cię kiedyś opuścił, ćwicz rozkoszowanie się swoim towarzystwem, ćwicz bycie samej. To może boleć na początku, potem jednak pojawi się poczucie własnej mocy. Gdy się boisz ciemności, zgaś światło a zobaczysz, że wcale nie jest tak ciemno.

6. Wyrażaj uczucia. Lękasz się czegoś? - Powiedz o tym. Szczere, jasne wyznanie, np.: „Jestem nieśmiała” lub „Boję się, że mi się nie uda, bo to dla mnie nowe”, otworzy serca tych, którzy zechcą ci pomóc.

7. Myśl opcjonalnie. Przekonania typu - to już koniec, albo - albo, nie ma wyjścia - zwykle są bezpodstawne. Zawsze jest trzecie wyjście i często ono właśnie jest dla nas najkorzystniejsze. Ćwicz się w elastyczności, myśl w odcieniach szarości.

8. Powiedz „nie”. Tym, którzy cię ograniczają, tym, z którymi się nie zgadzasz. Powiedz „nie” fałszowi wokół ciebie, nadużyciom, temu, z czym chcesz się pożegnać.

9. Bądź w kontakcie ze swoim ciałem. Wszystkie emocje są w ciele. Poprzez praktykę uważności możesz je rozszyfrowywać i twórczo wykorzystywać. Złość popchnie cię do działania a smutek otworzy na radość.

10. Bądź otwarty. Otwórz zmysły na to, co do ciebie dociera. Słowa ludzi, zdania przeczytane w książkach. Badaj co w związku z nimi czujesz. To, co z tobą „rezonuje”, jest ważne.

  1. Psychologia

Test Myers-Briggs - 16 typów osobowości

Tekst osobowości (MBTI) okazał się narzędziem umożliwiającym lepsze poznanie siebie. (Fot. iStock)
Tekst osobowości (MBTI) okazał się narzędziem umożliwiającym lepsze poznanie siebie. (Fot. iStock)
Amerykanki, Isabel Briggs Myers i jej matka, Katherine Katharine Cook Briggs zafascynowane teorią Carla G. Junga opisaną w książce „Typy psychologiczne” postanowiły przyjrzeć się jej bliżej a następnie rozszerzyć ją i stworzyć test, który umożliwia sprawdzenie z jakim wyposażeniem przyszliśmy na świat. Test Myers-Briggs to jedno z najpopularniejszych narzędzi służących do oceny osobowości.

W teorii Junga rozróżnia się dwa typy postawy psychicznej: ekstrawertyczną i introwertyczną. Ekstrawersja oznacza tendencję do kierowania energii w stronę obiektów zewnętrznych (ludzi, zdarzeń, itd.), a introwersja to kierowanie jej do swojego wewnętrznego świata (nasze refleksje, przemyślenia, itd.).

Poza postawą psychiczną Jung wyróżnił jeszcze cztery podstawowe funkcje psychiczne, zaliczą się do nich: percepcję, intuicję, uczucie i myślenie.

Funkcje te występują w postaci dwóch par przeciwieństw. Dwie z nich są racjonalne (uczucie i myślenie), dwie irracjonalne (percepcja i intuicja). Jeżeli jedna z tych funkcji dominuje w naszej świadomości (np. myślenie) wtedy ta przeciwna do niej (uczucia) jest stłumiona i będzie przejawiać się w naszej podświadomości.

Matka i córka rozszerzyły teorię swojego „idola”, a następnie wykorzystały ją w praktyce. Opracowany przez nie test osobowości pierwotnie służył jako klucz do dobrego samopoczucia i szczęścia dzieci. Jednak ostatecznie, po kolejnych badaniach, okazał się narzędziem umożliwiającym lepsze poznanie siebie dzięki któremu człowiek ma szansę, by osiągnąć w życiu sukces.

Według Myers i Briggs różnice w ludzkim zachowaniu można opisać poprzez cztery wymiary:

1. ekstrawersja (E, ang. extraversion) vs. introwersja (I, ang.introversion). Każdy z nas ma w sobie zarówno ekstrawersję, jak i introwersję. Jednak zawsze występuje większa tendencja w kierunku jednej z nich.

2. poznanie (S, ang.sensing) vs. intuicja (N, ang. intuition). To wymiar, który odnosi się do dwóch sposobów wchodzenia w interakcję z tym, co nas otacza.

3. myślenie (T, ang. thinking) vs. odczuwanie (F, ang. feeling). Ten wymiar dostarcza danych dotyczących tego, w jaki sposób podejmujemy decyzje. Niektóre osoby robią to w oparciu o logikę, inne na bazie emocji.

4. osądzanie (J, ang. judging) vs. obserwacja (P, ang. perceiving). Tu chodzi o poziom elastyczności w osądzaniu ludzi i zdarzeń.

W wyniku przeprowadzonego testu każdy człowiek uzyskuje swój kod złożony z serii czterech. Zatem mamy szesnaście możliwych kombinacji, z których każda oznacza inny typ osobowości: administrator (ESTJ), adwokat (ESFJ), animator (ESTP), artysta (ISFP), doradca (ENFJ), dyrektor (ENTJ), entuzjasta (ENFP), idealista (INFP), innowator (ENTP), inspektor (ISTJ), logik (INTP), mentor (INFJ), opiekun (ISFJ), praktyk (ISTP), prezenter (ESFP) oraz strateg (INTJ).

Animator czy doradca?

1. Administrator

To człowiek odpowiedzialny, lojalny i bardzo pracowity. Ma dużo energii i nie ma problemu z podejmowaniem decyzji. Lubi porządek, stabilizację, poczucie bezpieczeństwa i przejrzyste zasady. Jeżeli coś mówi, to zawsze bardzo konkretnie i rzeczowo. Kieruje się w życiu logiką, jest racjonalny i praktyczny. Obdarzony bardzo „pojemnym” umysłem, jest w stanie przyswoić setki szczegółowych danych. Sam zawsze świetnie zorganizowany, nie lubi ludzi leniwych, którzy stoją w miejscu. Jest obsesyjnie wierny swoim przekonaniom i zasadom, w które wierzy. Potrafi mówić o nich w zdecydowany sposób, wyraża krytyczne opinie, przez co czasem nieświadomie rani innych.

2. Adwokat

To osoba dobrze zorganizowana i energiczna. Adwokat ma duże poczucie odpowiedzialności, jest sumienny. Cechują go serdeczność i życzliwość wobec innych. To dusza towarzystwa. Ceni sobie harmonię. Nie lubi konfliktów. Bez problemu dostrzega ludzkie uczucia, emocje oraz potrzeby. Jest wyczulony na niesprawiedliwość i cudzą krzywdę. Szczerze interesuje się problemami innych i potrafi czerpać przyjemność z pomagania. Jednak dbając o potrzeby wszystkich dookoła, często zapomina o swoich własnych. Ma tendencję do wyręczania innych. Łatwo nim manipulować.

3. Animator

Wszędzie go pełno. Animator jest energiczny, aktywny i przedsiębiorczy. Działa za dwoje. Lubi towarzystwo innych, potrafi się nim cieszyć. Jest spontaniczny, elastyczny i otwarty na zmiany. Inspiruje i inicjuje, niemal każdego potrafi zmotywować do działania. Logiczny, racjonalny i niezwykle pragmatyczny. Realista. Miewa trudności z organizacją i planowaniem. Jest impulsywny. Zdarza mu się najpierw coś zrobić, a dopiero potem pomyśleć.

4. Artysta

Bardzo wrażliwy, twórczy i oryginalny. Esteta ze zdolnościami artystycznymi. Lubi być niezależny, kieruje się własnym systemem wartości i nie ulega presji. Optymistyczny i pozytywnie nastawiony do życia, umie cieszyć się chwilą. Czerpie radość z pomagania innym. Nie przepada za teoretycznymi rozważaniami, bo chce tworzyć rzeczywistość, a nie o niej rozprawiać. Ma kłopoty z wyrażaniem pragnień oraz potrzeb.

5. Doradca

Błyskotliwy, uprzejmy i zawsze taktowny. Radość daje mu bezinteresowne działanie na rzecz innych. Potrafi dobrze wpływać na życie innych osób, inspiruje, odkrywa ich potencjał‚ i dodaje wiary we własne siły. Emanuje ciepłem i przyciąga do siebie wszystkich. Bywa łatwowierny i ma tendencję do patrzenia na świat przez różowe okulary. Skoncentrowany na innych, zapomina o sobie i swoich potrzebach.

6. Dyrektor

To osoba niezależna, bardzo aktywna i zdecydowana. Przy tym racjonalna i twórcza. Dostrzega wiele perspektyw, potrafi przewidywać przyszłe konsekwencje działań. To optymista ze zdrowym poczuciem własnej wartości. Potrafi szybko przekształcać teorię w konkretne działania. Jest wizjonerem, mentorem, lubi organizować pracę. To urodzony przywódca. Ma silną osobowość, która często onieśmiela ludzi i powoduje ich dystans.

7. Entuzjasta

Urodzony optymista. Cieszy się życiem, lubi myśleć o przyszłości. Dynamiczny, błyskotliwy i twórczy. Bardzo lubi przebywać z ludźmi, potrafi budować głębokie, autentyczne relacje. Jest bardzo ciepły, serdeczny, okazuje emocje. Źle znosi krytykę. Entuzjasta ma w sobie empatię. Potrafi innych inspirować, działa tak, że jego entuzjazm udziela się wszystkim dookoła. Dobrze czuje się będąc w centrum wydarzeń. Elastyczny, potrafi improwizować. Łatwo się rozprasza i wciąż sięga po nowe, przy okazji ma problemy z doprowadzaniem spraw do końca.

8. Idealista

Bardzo wrażliwy i twórczy. Potrzebuje trzymać się swoich wartości. Zainteresowany duchowością, przejmuje się problemami całego świata i innych ludzi. Bardzo ważne są dla niego harmonia i równowaga. Jest romantykiem, potrafi okazywać uczucia, sam także potrzebuje czułości i ciepła. Potrafi bezbłędnie odczytywać motywacje i uczucia innych ludzi. Buduje zdrowe, głębokie i trwałe relacje. W konfliktowych sytuacjach czuje się bardzo niekomfortowo. Nie jest odporny na stres i krytykę.

9. Innowator

Jest pomysłowy i niezależny, energiczny i przedsiębiorczy. To człowiek czynu, lubi być w centrum zdarzeń, lubi działać i zabierać się za sprawy i problemy, które wydają się niemożliwe do zrealizowania i pokonania. Ciekawy świata, chętnie ryzykuje, nie potrafi czekać. Jest zawsze otwarty na nowe pomysły, eksperymentuje. Zauważa rozmaite związki i powiązania między zdarzeniami i wybiega myślami w przyszłość. Jest komunikatywny i pewny siebie. Ma skłonność do przeceniania własnych możliwości, nie potrafi doprowadzić zaczętych spraw do końca.

10. Inspektor

Człowiek na którego zawsze można liczyć. Jest poukładany, bardzo punktualny, słowny i odpowiedzialny. Myśli logicznie. Bywa chłodny i poważny. Ceni sobie przede wszystkim stabilizację, spokój i porządek. Nie lubi zmian, potrzebuje jasnych i czytelnych zasad. Pracowity i cierpliwy, kończy to, co zaczyna. Jest perfekcjonistą, potrzebuje mieć nad wszystkim kontrolę. Rzadko kogoś chwali. Nie docenia także wagi uczuć i emocji innych ludzi.

11. Logik

To osoba bardzo twórcza, ma mnóstwo oryginalnych pomysłów. Lubi rozwiązywać problemy, szczególnie te natury teoretycznej. Ma analityczny umysł, jest błyskotliwy, precyzyjny i dociekliwy. W mig wychwytuje wszelkie niespójności, niekonsekwencje. Logik lubi być niezależny, raczej nie ma i nie uznaje autorytetów. Jest tolerancyjny wobec innych i bardzo otwarty na wyzwania. Czasem zagłębia się w swoim wewnętrznym świecie i traci kontakt z tym zewnętrznym.

12. Mentor

Jest twórczy, bardzo wrażliwy, ma tendencję do wybiegania w przyszłość, dostrzega w niej szanse, których nie widzą inni. To idealista skupiony przede wszystkim na pomaganiu innym. Sumienny i odpowiedzialny, a jednocześnie szalenie uprzejmy, troskliwy, życzliwy i przyjacielski. Stara się rozumieć mechanizmy, które rządzą innymi ludźmi i szerzej światem. Jest świetnym słuchaczem i wnikliwym obserwatorem. Ma w sobie wiele empatii, często kieruje się intuicją, ale ufa też innym ludziom. Mentor potrafi doskonale czytać uczucia i emocje. Nie lubi wdawać się w konflikty, niezbyt dobrze znosi krytykę.

13. Opiekun

To człowiek bardzo lojalny, oddany, życzliwy, ciepły i skromny. Można mu zaufać. Na pierwszym miejscu zawsze stawia innych ludzi, ma ogromne pokłady empatii, dostrzega potrzeby, kłopoty wszystkich dookoła, chce im pomoc. Opiekun jest doskonale zorganizowany i bardzo odpowiedzialny. Ponadto jest nieprawdopodobnie cierpliwy, pracowity i wytrwały, wszystko, co zaczyna potrafi doprowadzić do końca. Dostrzega i zapamiętuje detale. Ceni sobie spokój, stabilizację i przyjazne relacje z innymi. Potrafi „odczytywać” ludzi, źle znosi konflikty i krytykę. Niestety bywa wykorzystywany przez innych.

14. Praktyk

To osoba bardzo pozytywnie nastawiona do życia. Praktyk jest ostrożny, zdystansowany i niezależny. Wiernie trzyma się swoich zasad, jest sceptyczny wobec zewnętrznych norm. Jego uwagi nie zajmują rozważania dotyczące przyszłości. Woli działać natychmiast i zajmować się konkretnymi problemami. Szybko odnajduje się w nowych miejscach i sytuacjach. Lubi ryzykować. Zachowuje zimną krew w obliczu zagrożenia. Z natury jest małomówny przez co bywa nierozumiany przez innych.

15. Prezenter

Człowiek bardzo otwarty, optymista pełen energii. Umie cieszyć się życiem i dobrze się bawić. Jest praktyczny, ale jednocześnie potrafi być spontaniczny i elastyczny. Nie boi się zmian, lubi je, lubi też nowe doświadczenia i wyzwania. Źle znosi samotność i rutynę. Najlepiej czuje się, kiedy jest w centrum uwagi. Ma wrodzone zdolności aktorskie, potrafi innych przekonywać do siebie, wzbudzać w nich entuzjazm i zainteresowanie. Skupia się na tym, co tu i teraz, nie wybiega za bardzo w przyszłość. Ma kłopoty z przewidywaniem konsekwencji swoich działań.

16. Strateg

To indywidualista, osoba niezależna, ma bardzo dużo energii i pomysłów. Strateg jest twórczy, inni widzą jego pewność siebie i kompetencje, ale on sam jest mocno zdystansowany. Na każdą sprawę potrafi spojrzeć z wielu perspektyw. Lubi doskonalić swoje umiejętności i porządkować wszystko wokół. Jest świetnie zorganizowany, bardzo odpowiedzialny, ale jednocześnie krytyczny i wymagający. Stabilny emocjonalnie, ciężko wyprowadzić go z równowagi. Jednak ma trudność z odczytywaniem uczuć i emocji innych ludzi.

  1. Psychologia

Jak w codziennym życiu wykorzystywać swoje mocne strony? 5 wskazówek

Z sił charakteru warto nie tylko korzystać, ale i zadbać o to, żeby poznali je nasi bliscy i przełożeni. (Fot. iStock)
Z sił charakteru warto nie tylko korzystać, ale i zadbać o to, żeby poznali je nasi bliscy i przełożeni. (Fot. iStock)
Zamiast skupiać się na słabościach, lepiej doskonalić swoje mocne strony. Psycholog pozytywny Jolanta Burke radzi, jak korzystać z nich w codziennym życiu.

Martin E. Seligman, były prezes Amerykańskiego Związku Psychologów i twórca nurtu Psychologii Pozytywnej, napisał katalog 24 sił charakteru, które można przyporządkować sześciu cnotom: odwadze, humanitaryzmowi, umiarowi, mądrości i wiedzy, sprawiedliwości i transcendencji. Badania wskazują, że już sama świadomość swoich sił charakteru wpływa na tymczasową redukcję objawów depresji i poprawia samopoczucie aż do dwóch miesięcy. Ale jeśli chcesz zachować dobry humor na dłużej, postaraj się stale ich używać. Podobno już jeden taki dzień potrafi „zapracować” na kolejne 6 miesięcy. Wyobraź więc sobie, na jak długo poprawisz sobie samopoczucie, jeśli będziesz korzystać ze swoich sił codziennie!

Jak to zrobić?

Jeśli tak jak moja znajoma Marta masz dwójkę cudownych dzieci, to pewnie znasz koszmar codziennego szykowania się do przedszkola czy do szkoły: „Mamo, chcę być dziś Spidermanem!” – krzyczy Tomek. „Skoro Tomek będzie Spidermanem, to ja chcę być księżniczką” – postanawia Marysia. A to dopiero początek pertraktacji…

Christopher Peterson, psycholog z Uniwersytetu w Michigan, radzi, by w takich momentach, zwłaszcza gdy czujesz, że za chwilę stracisz cierpliwość, zastanowić się, która z twoich sił charakteru może okazać się pomocna w załagodzeniu konfliktu.

Co więc zrobiła Marta? Jedną z jej sił jest duchowość, co oznacza, że wierzy w siłę wyższą i przeznaczenie. Postanowiła jej użyć. Gdy następnego ranka Tomek i Marysia znowu zaczęli swoją sprzeczkę, pomyślała o tym, że jej zadaniem jest wychowanie tych wspaniałych, choć czasem męczących maluchów na dobrych ludzi, którzy będą szanować i cierpliwie słuchać innych. Ale by osiągnąć ten cel i dać im dobry przykład, ona też musi nad tym popracować. Jak tylko o tym pomyślała, przeszła jej złość, a w jej miejsce pojawił się uśmiech. I zaczęła przekomarzać się z Marysią i Tomkiem. Co więcej, postanowiła, że w adekwatny sposób będzie starała sobie poradzić ze stresującą sytuacją w pracy.

Zalety, nie wady

Z sił charakteru warto nie tylko korzystać, ale i zadbać o to, żeby poznali je nasi bliscy i przełożeni. Badania wskazują, że wydajność pracowników wzrasta o 36,4 proc., gdy szefowie w umiejętny sposób zarządzają ich potencjałem i korzystają z ich walorów.

Mój inny znajomy, Andrzej, ciągle się spóźnia do pracy. Jego szef wie jednak, że główną siłą charakteru podwładnego jest miłość. Andrzej jest sympatyczny i troskliwy, sprawia, że inni czują się ważni i zaopiekowani. Dlatego szef przymyka oko na jego spóźnienia, zamiast tego dopinguje go do tworzenia pozytywnych relacji z klientami.

Te same badania pokazały też, że wydajność pracowników spada o 26,8 proc, gdy ich szefowie koncentrują się na uwypuklaniu ich słabości. Zachęcanie podwładnych do doskonalenia mocnych stron nie tylko polepsza wyniki całego zespołu, ale też zwiększa satysfakcję z pracy i zadowolenie z życia.

Kilka prostych recept

1. Co tydzień planuj, w jaki sposób będziesz korzystać ze swoich sił charakteru przez następne 7 dni.
Jeśli twoją siłą jest docenianie piękna i doskonałości, zaplanuj np. wycieczkę do galerii sztuki, kup bilet do opery, zmień wystrój swojego pokoju albo idź do parku i podziwiaj piękno przyrody.

2. Utwórz drzewo genealogiczne sił charakteru swojej rodziny.
Powieś je w widocznym miejscu, tak, by każdy poznał siły bliskich i dopingował do ich używania.

3. Jeśli stoi przed tobą ważne zadanie w pracy czy życiu prywatnym lub problem, z którym musisz sobie poradzić, pomyśl, które z twoich sił charakteru mogą okazać się w tym pomocne.

4. Jeśli miałeś ciężki dzień, usiądź przy kubku gorącej herbaty i zastanów się, jakich sił charakteru dzisiaj użyłeś, żeby poradzić sobie z przeciwnościami losu.
Pomyśl też, jakich innych sił możesz użyć w przyszłości, kiedy podobna sytuacja się powtórzy. Porozmawiaj o tym z bliskimi i posłuchaj ich opinii i sugestii.

5. Razem z partnerem czy partnerką wybierzcie się na „randkę sił charakteru”.
Jeśli siłą jednego z was jest ciekawość, odwiedźcie na przykład nową restaurację w okolicy. A jeśli dzielność – w następnym tygodniu wybierzcie się np. na paintball.

  1. Psychologia

Mindfulness na trudne czasy. Rozmowa z Zuzanną Ziomecką, trenerką uważności

Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce
Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce "Wyspa spokoju. Jak mindfulness pomaga w trudnych sytuacjach" trenerka Zuzanna Ziomecka. (Fot. Michał Wargin)
Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z naszego życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W dzisiejszych czasach to rzecz bezcenna. Zuzanna Ziomecka tłumaczy, jak praktyka mindfulness może pomóc również w podejmowaniu trudnych decyzji.

W swojej najnowszej książce piszesz, że paradoksalnie praktyka mindfulness przygotowała cię na falę niespodziewanych zdarzeń: nagłą utratę pracy i śmierć ukochanej babci. Sądzisz, że bez tego nie dałabyś sobie wtedy rady?
Nie wiem, czy nie dałabym sobie rady, ale na pewno dałabym sobie radę gorzej. Mindfulness pomaga, bo buduje mentalną formę. Tak samo jak budujemy kondycję fizyczną po to, by kiedy ucieknie nam autobus, móc go szybciej dogonić, zamiast zaczynać ćwiczyć dopiero na przystanku, gdy on już odjeżdża. Z mindfulness jest bardzo podobnie. To praktyka, która wzmacnia odporność psychiczną i zapobiega temu, by rozmaite życiowe problemy wzbudzały w nas bardzo destrukcyjną reakcję.

Ja doświadczyłam tego podczas masażu dźwiękiem. Wprowadził mnie w stan tak wielkiego spokoju, że wszystko, co potem spadło na mnie w ciągu dnia, przyjmowałam z anielską cierpliwością, a zwykle takie sytuacje wytrącały mnie z równowagi. Mindfulness powoduje, że w ogóle nie dochodzi do wzburzenia czy po prostu powrót do równowagi jest szybszy?
To zależy. Reakcja stresowa zwykle dodaje nam dużo energii do działania – walki lub ucieczki – ale żeby to zrobić, musimy ją skądś zabrać. Ośrodek, który ponosi podczas stresu największą stratę, to nowoczesna część mózgu zwana korą przedczołową. W stresie tracimy dostęp do tego obszaru, a to on jest odpowiedzialny za nasze najważniejsze kompetencje, wiedzę i umiejętności. W nim mieści się pamięć, zdolność do sprawnego komunikowania, umiejętność analizy, kreatywność, uczenie się, empatia... I nagle ciach, stres nam to zabiera. Utrzymanie dobrej „formy uważnościowej” poprzez regularną praktykę powoduje, że ta reakcja odpala się rzadziej albo w mniejszej skali, czyli nie tracimy rozumu w obliczu stresu. Są jednak takie sytuacje losowe, których nie sposób nie przeżywać. Gdy dzieje się coś, co przewraca nasze życie do góry nogami, jak śmierć kogoś bliskiego, choroba czy choćby właśnie utrata pracy – na to nie ma magicznego pstryczka.

Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W takim stanie nie reagujemy automatycznie, czyli nie wchodzimy w utrate koleiny, które sprawiają, że zachowujemy się tak, że później żałujemy. A stres albo nie pojawia się wcale, albo pojawia się, ale jesteśmy w stanie go lepiej opanować.

Opowiedz o swojej osobistej historii z mindfulness. Jak rozumiem, wszystko zaczęło się w 2013 roku, a czynnikiem zapalnym był artykuł w „Przekroju”, który wtedy prowadziłaś, na temat tego, jak radzą sobie ze stresem wizjonerzy z Doliny Krzemowej.
Nasz artykuł w „Przekroju” był pierwszym dużym tekstem w ogólnokrajowych mediach na temat mindfulness. Napisała go dziennikarka z działu nauki, która była bardzo zainteresowana tym, w jaki sposób ćwiczenia mentalne wpływają na organizację i strukturę mózgu. Faktycznie wtedy najgłośniej i najczęściej mówili o tym przedsiębiorcy z Doliny Krzemowej, którzy pracowali nad ważnymi innowacjami pod ogromną presją czasu. Śledziłam ich poczynania i odwoływania do praktyki uważności od jakiegoś czasu w magazynach, którymi byłam wtedy zafascynowana, jak „Wired” czy „Fast Company”. To były pisma, które traktowały przedsiębiorców i start-uperów niczym gwiazdy rocka. A hasło „mindfulness” przewijało się nagminnie. Intrygowało mnie więc od dawna, ale dopiero tekst w „Przekroju” pomógł mi lepiej zrozumieć, czym owo mindfulness jest. Poza inspiracją czerpaną od innych, bardzo lubię rozumieć, jak coś działa. To mi daje dużą motywację. Dlatego moja książka jest pełna wyjaśnień naukowych oraz historii praktyków.

Mamy masę dowodów na to, że dzięki praktykowaniu uważności ciało migdałowate w mózgu zmniejsza swoją objętość i staje się mniej reaktywne na zdarzenia stresowe. Mamy też dowody na to, że praktycy mindfulness podejmują bardziej świadome i lepszej jakości decyzje. Mamy nawet dowody na to, że lepiej radzą sobie z konfliktami w rodzinie, związkach czy pracy. Tych badań jest ponad sześć i pół tysiąca. W książce zebrałam 12 historii z życia różnych osób pokazujących, że to nie są wnioski oderwane od rzeczywistości, tylko prawdziwe zmiany, których można doświadczyć w życiu codziennym i w trudnych momentach.

Czyli nie bez powodu panuje opinia, że medytacja, a zwłaszcza medytacja mindfulness, która wydaje się najłatwiejsza „w obsłudze”, jest dziś lekarstwem na wszystkie bolączki.
Nie jest! Nie! Mindfulness nie rozwiązuje żadnego problemu, ale w obliczu każdego pomoże ci lepiej poradzić sobie z sobą. Problem nie zniknie, ale ty będziesz silniejsza, bardziej opanowana, mądrzejsza. W tym sensie jest pomocny we wszystkich trudnych i zwykłych okolicznościach, bo daje kontakt ze sobą, pokazuje wyraźnie, co się dzieje i pozwala działać świadomie i rozsądnie, zamiast impulsywnie i odruchowo.

Najbardziej ze wszystkich korzyści, o których piszesz, zainteresowała mnie pomoc w podejmowaniu decyzji. Jest kilka powodów, dla których bywa to dla nas trudne. Po pierwsze, nie wiemy, jakie będą ich skutki, więc wyrzucamy sobie po czasie, że podjęliśmy złą decyzję, że mogliśmy kogoś spytać albo że za szybko zareagowaliśmy. Mindfulness sprawia, że podejmujemy lepsze decyzje czy że nie mamy do siebie potem o nie pretensji?
Magia tkwi w samym procesie, bo na to mamy wpływ. Możemy pracować nad uważnym podejmowaniem decyzji, co jest trochę inną rzeczą niż jej konsekwencje. To, co się wydarzy potem, zależy od wielu czynników, nie do końca takich, które kontrolujemy.

Jak w tym procesie może nam pomóc uważność?
Może nam dać przekonanie, że nie pominęliśmy niczego ważnego w rozważaniach, nie zachowaliśmy się pochopnie i że decyzja, którą podjęliśmy, nie jest oderwana od tego, kim jesteśmy i do czego zmierzamy w życiu. To są najważniejsze kwestie, które warto wziąć po uwagę przy dokonywaniu trudnych wyborów. I one nie są dla nas dostępne, gdy włącza się napięcie i poczucie presji czasu, które odbierają nam cierpliwość. Mamy wtedy potrzebę, by działać szybko. Dlaczego? By rozładować nagromadzoną w ciele energię, którą stres nam dostarcza. Dlatego tak trudno jest słuchać innych oraz siebie, gdy jesteśmy zdenerwowani. Trudno się skupić, zdystansować, pomyśleć, bo ciało przede wszystkim łaknie działania. Jakiegokolwiek działania.

Regularna praktyka uważności przywraca cierpliwość – pozwala spokojnie się zastanowić, dać sobie czas i przestrzeń na to, by obejrzeć sprawę z różnych stron. Te różne strony to na przykład sprawdzenie, jak ludzie, którym ufam, a którzy nie są dokładnie tacy jak ja, widzą tę sprawę. Nasze postrzeganie rzeczywistości jest biologicznie dość wąskie i ograniczone. Dlatego im więcej mądrych i zaufanych osób powie nam, jak one to widzą, tym szerszy obraz zobaczymy.

Druga rzecz, która jest bardzo wartościowa, to słuchanie trzewi albo inaczej: brzucha, albo jeszcze inaczej: intuicji, które ja rozumiem jako dostęp do naszych wcześniejszych doświadczeń. Wszystkie są zapisane w specjalnym „katalogu”, do którego nie mamy świadomego dostępu. Jest tylko jedno połączenie z nim i ten kabelek biegnie do ciała, nie do świadomego umysłu. Kiedy w tym katalogu dochodzi do rozpoznania pozytywnego wzorca np. „O, to jest podobne do fajnej sytuacji, której kiedyś doświadczyłam”, to ciało reaguje radością na wybór, który przypomina tamten z przeszłości. W drugą stronę to działa tak samo – jeśli podobny wybór w przeszłości skończył się dla nas źle, to ciało będzie mówiło: „Nie, nie tędy droga”. Intuicja jest bardzo pomocnym źródłem informacji.Kłopot w tym, że nie działa, kiedy mamy do czynienia z sytuacją, z którą nie mamy wcześniejszych doświadczeń. Wtedy nie pojawiają się sygnały od intuicji, tylko zwykłe lęki czy pragnienia, które nie zawsze są dobrymi doradcami. Uważność pomaga zatrzymać się i zauważyć takie sygnały z ciała oraz stwarza sposobność, by odczytać, co mogą oznaczać.

Ostatnia rzecz, jaką daje mindfulness, to przestrzeń do przemyśleń bardziej osobistych. Związanych z tym, co ja chcę osiągnąć w życiu, kim chcę być i jakie są moje wartości. Bo dokładnie ten sam wybór u kogoś innego może skutkować odwrotną decyzją niż u mnie, i nadal być dobrym wyborem. Każdy z nas trochę inaczej nawiguje przez życie i do czegoś innego zmierza. Kiedy to wszystko rozpatrzymy, to właściwie nie będziemy musieli podejmować już żadnej decyzji. Ona sama się podejmuje, bo wszystko stanie się jasne. To piękny moment. I okazuje się, że najlepsze, co musisz zrobić, by wybrać właściwie dla siebie, to posiedzieć w ciszy.

Zachęcasz też do poszukania zdania, które określa naszą misję, czegoś w rodzaju życiowego motta, do którego możemy się odwołać w trakcie podejmowania decyzji.
Nie nazwałabym tego mottem, bo to słowo kojarzy mi się z cytatem z kalendarza ściennego czy ze szkolnego zeszytu. Długo zresztą szukałam słowa, by określić, co mam na myśli. Po angielsku jest idealne – purpose, które można przetłumaczyć jako powołanie lub sens twojego życia. I faktycznie jest tak, że jeśli mamy ułożone, odkryte i zdefiniowane, do czego w życiu dążymy, to trudne decyzje stają się o wiele łatwiejsze do podjęcia.

Jednym z przekleństw naszych czasów jest mnogość wyboru. Mamy tyle możliwości. Możemy mieszkać praktycznie w każdym miejscu na świecie, robić wszystko, o czym marzymy, bo stosunkowo łatwo jest się przebranżowić. Do tego jest tyle mężczyzn i kobiet, z którymi moglibyśmy być, tyle przepisów na to, co moglibyśmy ugotować... Jeżeli nie mamy swojego azymutu, swojej gwiazdy północnej, według której nawigujemy w życiu, to zaczynamy hasać od Sasa do Lasa. Być może ostatecznie wylądujemy w fajnym miejscu i z fajną osobą, a może nie. Bez znalezienia swojego sensu w życiu, oddajemy wszystko w ręce losu.

W pandemii musimy podjąć mnóstwo decyzji, które kiedyś wydawały się proste. Dokąd pojechać z dziećmi na wakacje? Czy odwiedzić rodziców? Dziś nie wiemy, czy to bezpieczne dla nich i dla nas. Żyjemy w trudnych czasach i do tego dochodzą jeszcze trudne okoliczności. Jak sobie z tym radzić?
Ostatni rozdział mojej książki jest chyba dla mnie najważniejszy, bo traktuje o trudnościach, na które nie mamy wpływu; o problemach, których naszymi decyzjami czy zachowaniami nie jesteśmy w stanie rozwiązać. Pandemia jest dobrym przykładem.

Jedną z najgłębszych zmian, jakie mindfulness oferuje praktykom, jest umiejętność bycia w niepewności. Jakie to teraz ważne, prawda? Nigdy nie byliśmy w obliczu tak wielkiego znaku zapytania jak teraz, gdy niepokój jest ukryty pod właściwie każdą decyzją. Zgoda na „nie wiem” powoduje, że jesteśmy w stanie znaleźć spokój mimo niepewności. Może się wydawać, że jedno wyklucza drugie, bo niepokój i trudne emocje, jak strach, gniew czy smutek, mają tendencję do dominowania naszego doświadczenia. Nie lubimy ich, powodują cierpienie i bardzo trudno z nimi funkcjonować. Praktyka mindfulness sprawia, że te stany stają się mniej bolesne. One cały czas są, ale obok nich jest też spokój, opanowanie i świadomość, że to minie. Bo główna obserwacja na temat tego, jaka jest rzeczywistość, jest właśnie taka: wszystko jest ulotne, zmienne. Myśl, którą mam i która w tej chwili wydaje się taka pilna, też zniknie. I to samo dotyczy emocji. Nawet te najbardziej bolesne też w końcu znikają. Ta świadomość daje siłę i odwagę, by je znosić, bez histerycznej próby pozbycia się ich natychmiast. Uważność pomaga dźwigać, jest dodatkową parą rąk, które cię podtrzymują, gdy jest ci źle i czujesz, że już nie dajesz rady.

Kiedy patrzysz się na siebie sprzed dziesięciu lat i na siebie teraz – jaką największą zmianę dostrzegasz?
Jest jedna rzecz, która wychodzi na prowadzenie, rzecz z poziomu meta. Ja kiedyś byłam pusherką, czyli osobą, która ciągle popycha rzeczy do przodu. Miałam poczucie, że muszę ciągle wymuszać na rzeczywistości wysłuchanie mnie albo wzięcie pod uwagę mojej perspektywy. Więc wywierałam nacisk: na ludzi, na szklane sufity, na rozmaite ściany i mury. Dzięki mindfulness zauważyłam, że ta tendencja, która – jak uważałam – służyła mi zawodowo, stała się moją cechą charakteru. Często narzucałam swoją wolę, a nawet wymuszałam różne rzeczy – w moich relacjach z partnerem, z dziećmi, ale też z rzeczywistością. Bo kiedy sobie coś wymyśliłam, to za wszelką cenę chciałam to zrealizować. Nie zwracałam uwagi na to, czy to jest potrzebne, czy ktoś jest tym w ogóle zainteresowany. Zrobiłam w życiu tyle rzeczy, których nikt nie potrzebował, tylko dlatego, że mi się podobały! Wiele razy waliłam głową w mur, nie widząc, że obok są drzwi. Teraz działam inaczej. Staram się wkładać energię w rzeczy, które są potrzebne, i słuchać tego, co do mnie wraca. To bardzo wiele zmienia. Dziś często dostaję informację zwrotną: „To było dla mnie ważne, coś mi dało”. Czuję się w lepszym kontakcie z rzeczywistością i ludźmi wokół mnie. I napędza mnie nadzieja, że robię rzeczy, które są nie tylko dobre dla mnie, ale też dla świata.

Nie jesteś już pusherem, a kim?
Tancerką. Nawet moja działalność gospodarcza tak się nazywa. „Zuzanna Ziomecka tańczy”.

Zuzanna Ziomecka, dziennikarka i trenerka specjalizująca się w rozwoju zdolności przywódczych. Jest wiceprezesem Polskiego Instytutu Mindfulness oraz dyrektorem w WellCome Institute, gdzie tworzy autorskie programy rozwojowe dla międzynarodowych firm. Wcześniej prowadziła i redagowała takie projekty, jak „Aktivist”, „Gaga” czy „Przekrój”.