„Mam swój protokół jedzenia. Moje ADHD widać, słychać i czuć” - mówi Cezary Smorszczewski w podcaście „Soft power”. Czy skuteczny biznesmen to przede wszystkim człowiek, który umie dostrzec okazję tam, gdzie inni widzą katastrofę? Czy odmowy uczą więcej niż sukcesy? Co napędza go po 60-tce, skoro biologicznie ma 42 lata?
W biznesie łatwo opowiadać o spektakularnych zwycięstwach. Trudniej mówić o drodze, na której trzeba przyjąć kilkanaście czy kilkadziesiąt odmów, zanim ktokolwiek da nam szansę. Tymczasem właśnie w takich momentach ujawnia się sposób myślenia, który odróżnia ludzi gotowych budować coś własnego od tych, którzy wycofują się przy pierwszej przeszkodzie.
Sylwia Sitkowska pyta Cezarego Smorszczewskiego, jak można znieść dwadzieścia czy trzydzieści kolejnych odmów. Odpowiedź biznesmena prowadzi do historii o przyjacielu, który zaproponował mu wspólne założenie banku. Pomysł brzmiał jak wyjęty z „Ziemi obiecanej”: skoro żaden z nich nie miał kapitału, mieli połączyć siły i stworzyć coś, czego wcześniej nie było.
To opowieść nie tylko o przedsiębiorczości, ale również o umiejętności dostrzegania możliwości tam, gdzie inni widzą brak zasobów. Zdaniem Smorszczewskiego ludzie sukcesu rozumieją asymetrię wiedzy: wiedzą, że nie wszyscy dysponują tymi samymi informacjami, doświadczeniem i umiejętnością oceny sytuacji. Przewaga nie zawsze polega więc na posiadaniu większych pieniędzy. Czasem ważniejsze jest to, że wcześniej dostrzeżemy coś, czego inni jeszcze nie widzą.
Nie oznacza to jednak, że każda decyzja okaże się trafna. Amerykanie mają na to określenie „falling forward” – upadanie w taki sposób, by mimo potknięcia przesuwać się do przodu. Smorszczewski przywołuje tę zasadę jako sposób myślenia, w którym niepowodzenie nie musi oznaczać końca drogi. Może stać się kolejnym doświadczeniem, pod warunkiem że nie pozwolimy, by strach przed następną próbą odebrał nam zdolność działania.
Kryzys kojarzy się z niepewnością, utratą kontroli i koniecznością ratowania tego, co jeszcze można uratować. Dla części przedsiębiorców jest jednak również momentem, w którym zmienia się układ sił, a dotychczasowe reguły przestają obowiązywać. Magdalena Kuszewska pyta gościa „Soft power”, jak zarabia się na kryzysach.
Smorszczewski przywołuje słynną maksymę przypisywaną Rockefellerowi, według której największe pieniądze można zarobić wtedy, gdy na ulicach leje się krew. Nie chodzi jednak wyłącznie o bezwzględność czy wykorzystywanie cudzych nieszczęść. Istotą jest zdolność rozpoznania, jak zmieniają się potrzeby ludzi, kiedy świat wokół nich staje się nieprzewidywalny.
Biznesmen odwołuje się również do Stanisława Wokulskiego z „Lalki” Bolesława Prusa. Bohater powieści potrafił dostrzec szansę w sytuacji, w której inni nie widzieli niczego szczególnego: dobry chleb mógł stać się poszukiwanym towarem dla żołnierzy. Podobnie w czasie kryzysu zmienia się struktura popytu. Jak zauważa Smorszczewski, dobra luksusowe również mogą znajdować nabywców, nawet gdy gospodarka przechodzi trudny okres.
Warunkiem jest jednak przygotowanie. Nie wystarczy czekać na okazję, trzeba mieć zdolność reagowania, podejmowania decyzji i zaakceptowania tego, że nie wszystkie okażą się właściwe. Wielu ludzi paraliżuje strach przed porażką, przez co nie podejmują ryzyka nawet wtedy, gdy mają realną szansę na powodzenie.
To ważna lekcja także poza światem finansów. Nie każda zmiana musi oznaczać katastrofę, a niepewność nie zawsze jest sygnałem, by się wycofać. Czasem warto zadać sobie pytanie nie tylko o to, co możemy stracić, lecz także o to, czego nie zyskamy, jeśli nie spróbujemy.
Zanim pojawiły się biznesowe decyzje i wielkie projekty, był Białystok. Pytany przez Sylwię Sitkowską o to, czego nauczyło go Podlasie, Smorszczewski odpowiada bez ogródek: bić się. Przywołuje przy tym postać Michała Wołodyjowskiego i zasadę, że jeśli inni nie będą się nas bali, mogą zacząć się z nas śmiać.
Za tą deklaracją kryje się historia dziecięcych bójek i złamanego nosa. Smorszczewski wspomina, że nos miał złamany cztery razy, a trzykrotnie sam go sobie nastawił, bo bał się wrócić do domu. Dopiero za czwartym razem potrzebna była pomoc laryngologa.
To anegdota opowiedziana z charakterystyczną dla biznesmena bezpośredniością, ale można dostrzec w niej również coś więcej niż opowieść o twardym charakterze. Dorastanie w środowisku, w którym trzeba było umieć się bronić, mogło nauczyć go reagowania pod presją i nieustępowania przy pierwszej trudności. Nie oznacza to, że agresja jest warunkiem sukcesu. Warto jednak zastanowić się, jak wczesne doświadczenia wpływają na nasz późniejszy sposób podejmowania ryzyka, budowania relacji i radzenia sobie z konfliktem.
Jednocześnie Smorszczewski daleki jest od przekonania, że człowiek może przygotować się na wszystko. Przyznaje, że istnieją doświadczenia, które potrafią złamać nawet osoby uchodzące za wyjątkowo silne. „Nie ma ludzi niewzruszalnych” – mówi, przypominając, że nikt nie dysponuje nieograniczoną odpornością psychiczną.
To zdanie szczególnie mocno wybrzmiewa w świecie, w którym od liderów oczekuje się nieustannej pewności siebie, skuteczności i gotowości do działania. Wizerunek człowieka, który zawsze wie, co zrobić, bywa atrakcyjny, ale nie oddaje całej prawdy o ludzkiej kondycji. Siła nie polega na tym, że nic nas nie rusza. Polega raczej na tym, że potrafimy rozpoznać własne ograniczenia i znaleźć sposób, by się po trudnych doświadczeniach podnieść.
W biznesie liczą się kompetencje, informacje i kapitał. Ale jest jeszcze coś, czego nie da się łatwo wpisać do arkusza kalkulacyjnego: relacje. Ich wartość nie zawsze ujawnia się od razu, a ludzie, których spotykamy na początku drogi, mogą odegrać ważną rolę wiele lat później.
Smorszczewski zwraca uwagę, że nigdy nie wiadomo, co okaże się przydatne ani która znajomość przetrwa próbę czasu. Dlatego radzi, by angażować się w to, co robimy tu i teraz, i budować relacje bez założenia, że natychmiast przyniosą konkretną korzyść. W przyszłości mogą okazać się ważniejsze, niż dziś przypuszczamy.
W jego opowieści pojawia się też osobisty wątek: pierwszą żonę poznał na studiach, a oświadczył się jej już po pięciu minutach. To historia, która może zaskakiwać w świecie, gdzie decyzje analizuje się w nieskończoność, a ryzyko próbuje się wyeliminować z każdego obszaru życia.
Nie każdą decyzję da się jednak podjąć na podstawie kompletnej wiedzy. Czasami trzeba zaufać intuicji, czasami dać sobie czas, a czasami zaakceptować, że nie istnieje rozwiązanie pozbawione niepewności. Z perspektywy psychologicznej ciekawe jest właśnie to napięcie między potrzebą kontroli a gotowością do wejścia w nieznane.
W rozmowie z Sylwią Sitkowską i Magdaleną Kuszewską Smorszczewski zachęca do myślenia o własnej drodze w dłuższej perspektywie. Nie wszystko, co robimy dzisiaj, musi przynosić natychmiastowy rezultat. Doświadczenia, znajomości i umiejętności mogą zyskać wartość dopiero wtedy, gdy znajdziemy się w sytuacji, w której okażą się potrzebne.
W kulturze sukcesu długie godziny pracy wciąż bywają traktowane jak dowód zaangażowania. Im bardziej napięty kalendarz, tym łatwiej uwierzyć, że robimy coś ważnego. Smorszczewski opowiada jednak, że szukał pracy, w której mógłby pracować zaledwie dwie i pół godziny dziennie – i taką znalazł.
Ta deklaracja brzmi przewrotnie, zwłaszcza w zestawieniu z jego wspomnieniami o okresach intensywnej aktywności zawodowej. Jak przyznaje, zdarzało mu się zaczynać pracę o siódmej rano i kończyć dopiero o dwudziestej pierwszej. Długie godziny nie są jednak same w sobie dowodem efektywności, podobnie jak skrócenie czasu pracy nie musi oznaczać mniejszych ambicji.
Pytanie brzmi: czy rzeczywiście mierzymy wartość pracy liczbą godzin spędzonych przy biurku, czy raczej jej efektami? I czy potrafimy odróżnić wysiłek, który prowadzi do celu, od aktywności, która jedynie daje nam poczucie, że nieustannie nad czymś pracujemy?
Smorszczewski nie przedstawia jednej recepty dla wszystkich. Jego doświadczenie pokazuje raczej, że wraz z kolejnymi etapami życia mogą zmieniać się nasze priorytety. Po sześćdziesiątych urodzinach postanowił, że będzie robił sześć nietypowych rzeczy. Sam pomysł jest pretekstem do zastanowienia się, czy wiek rzeczywiście powinien wyznaczać granice naszych planów, czy może stać się okazją do eksperymentowania z własnymi przyzwyczajeniami.
Nie chodzi o to, by każdy porzucił dotychczasową pracę i zaczął życie od nowa. Warto jednak sprawdzić, czy codzienny sposób funkcjonowania nadal nam służy. Być może nie potrzebujemy kolejnego celu do odhaczenia, lecz większej swobody w decydowaniu, na co przeznaczamy czas i energię.
Smorszczewski określa swoje najważniejsze motywatory jako „trzy S” albo „cztery S”. W jego wersji są to seks, sen, sport i sukces. Ten zestaw mówi sporo o podejściu do życia, w którym ambicja zawodowa nie musi wykluczać przyjemności, sprawności fizycznej ani troski o organizm.
Jednocześnie biznesmen przyznaje, że ze snem jest u niego najtrudniej. Wspomina o intensywnych okresach pracy i przekonaniu, że potrafi funkcjonować po zaledwie czterech czy pięciu godzinach snu. Jak mówi, odkrył u siebie wariant genetyczny, który ma pozwalać mu na pełną regenerację mimo krótkiego odpoczynku.
Takie doświadczenie nie powinno jednak stawać się uniwersalną wskazówką. Potrzeba snu jest indywidualna, ale przekonanie o wyjątkowej odporności nie zastępuje rzetelnej oceny stanu zdrowia. To, że ktoś dobrze funkcjonuje przy krótszym śnie, nie oznacza, że podobny model będzie bezpieczny dla innych.
Smorszczewski opowiada także o swoim ADHD, które – jak ujmuje to obrazowo – widać, słychać i czuć. Mówi o monitorowaniu różnych parametrów organizmu, w tym zmienności rytmu zatokowego serca (HRV) i markerów stanu zapalnego. Interesuje go, co pomiary mogą powiedzieć o kondycji ciała i potencjalnych zagrożeniach zdrowotnych, także związanych z chorobami neurodegeneracyjnymi.
Takie podejście wpisuje się w coraz popularniejszy nurt monitorowania zdrowia i szukania sposobów na dłuższe zachowanie sprawności. Warto jednak pamiętać, że pojedyncze parametry nie pozwalają samodzielnie przewidzieć, czy u konkretnej osoby rozwinie się choroba Alzheimera lub demencja. Dane mogą być pomocne, ale ich znaczenie zależy od kontekstu, a interpretację niepokojących wyników należy pozostawić specjalistom.
Jednym z obszarów, w których Smorszczewski wprowadził własne zasady, jest odżywianie. Opisuje swój protokół jedzenia: zaczyna posiłek od zielonych warzyw i błonnika, następnie sięga po białko i tłuszcz, a na końcu – zamiast deseru, który kiedyś jadł – wybiera kromkę chleba z oliwą.
Taki sposób komponowania posiłku odwołuje się do zainteresowania kolejnością spożywania produktów i jej możliwym wpływem na odpowiedź glikemiczną. Obecność warzyw i błonnika w diecie jest korzystnym elementem zdrowego odżywiania, choć efekty konkretnego protokołu zależą od całego jadłospisu, stanu zdrowia i indywidualnych potrzeb. Nie istnieje jeden zestaw zasad, który będzie optymalny dla każdego.
Ważniejsza od ślepego naśladowania cudzej rutyny może być umiejętność obserwowania własnego organizmu i świadomego podejmowania decyzji. Smorszczewski pokazuje, że dbałość o zdrowie może stać się częścią codziennego systemu działania, podobnie jak planowanie pracy czy zarządzanie ryzykiem.
W jego podejściu można dostrzec charakterystyczną dla przedsiębiorcy potrzebę mierzenia, sprawdzania i szukania zależności. Ciało staje się kolejnym obszarem, w którym można eksperymentować, wyciągać wnioski i wprowadzać zmiany. Granica pojawia się wtedy, gdy dane zaczynają zastępować zdrowy rozsądek, a optymalizacja staje się celem samym w sobie.
W rozmowie o sukcesie łatwo szukać jednej zasady, która wyjaśni wszystko: odpowiedniego nastawienia, konkretnej strategii albo wyjątkowej cechy charakteru. Smorszczewski proponuje jednak podejście znacznie mniej kategoryczne. „Nie ma słowa »nigdy« i »zawsze«” – podkreśla.
To zdanie można odczytać jako zachętę do elastyczności. Człowiek, który chce się rozwijać, musi dopuszczać możliwość, że zmieni zdanie, nauczy się czegoś nowego albo zrewiduje przekonania, które dotychczas wydawały mu się oczywiste. Dotyczy to zarówno biznesu, jak i relacji, zdrowia czy sposobu myślenia o własnej przyszłości.
Nie każda porażka prowadzi do sukcesu, nie każda odważna decyzja jest dobra i nie każdy kryzys przynosi okazję. Ale brak gwarancji nie oznacza, że należy zrezygnować z działania. Ważne, by umieć oceniać sytuację, wyciągać wnioski i nie przywiązywać się bez reszty do jednego scenariusza.
Właśnie w tym miejscu spotykają się dwa światy obecne w podcaście „Soft power”: psychologia i biznes. Pierwszy pomaga zrozumieć, dlaczego reagujemy na stres, czego się boimy i jak budujemy odporność. Drugi pokazuje, że decyzje trzeba podejmować również wtedy, gdy nie mamy pełnej wiedzy ani pewności powodzenia.
Rozmowa Sylwii Sitkowskiej i Magdaleny Kuszewskiej z Cezarym Smorszczewskim nie jest więc wyłącznie opowieścią o zarabianiu pieniędzy czy osiąganiu kolejnych celów. To także historia o tym, jak zmienia się nasze podejście do ryzyka, pracy i własnych możliwości. Bo nawet jeśli doświadczenie uczy nas, jak częściej lądować na cztery łapy, nie daje gwarancji, że nigdy nie upadniemy. A świadomość własnej kruchości może być równie ważna jak ambicja, która każe nam próbować jeszcze raz.