1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Relacje
  4. >
  5. Miłość przeżywa dziś kryzys. „Coraz łatwiej rezygnujemy z relacji, bo przecież gdzieś obok może istnieć ktoś bardziej dopasowany”

Miłość przeżywa dziś kryzys. „Coraz łatwiej rezygnujemy z relacji, bo przecież gdzieś obok może istnieć ktoś bardziej dopasowany”

Dodaj w Google
Dodaj w Google
(Ilustracja: Magdalena Pankiewicz)
(Ilustracja: Magdalena Pankiewicz)

Odsłuchaj artykuł

Izabela Nowakowska-Teofilak - Miłość przeżywa dziś kryzys. „Coraz łatwiej rezygnujemy z relacji, bo przecież gdzieś obok może istnieć ktoś bardziej dopasowany”

00:00 24:52
15s
0,5 x
15s
Szukamy jej w aplikacjach, na warsztatach samorozwoju i w mediach społecznościowych, ale uparcie nie nadchodzi. A jeśli już się pojawia, często okazuje się krucha, niedopasowana i rozczarowująca. Czy rzeczywiście – jak sugeruje prof. Tomasz Szlendak w tytule swojej książki – miłość nie istnieje? A może po prostu przechodzi najbardziej bolesną transformację w historii?

Spis treści:

  1. Dlaczego dziś tak trudno znaleźć miłość? Paradoks zbyt dużego wyboru
  2. Czy sama miłość wystarczy, żeby stworzyć szczęśliwy związek?
  3. Kryzys w związku nie zawsze oznacza koniec miłości
  4. Narcyz, toksyk, borderline. Czy zbyt łatwo diagnozujemy swoich partnerów?
  5. Bliskość i niezależność w związku. Jak pogodzić dwie różne potrzeby?

Tekst pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 10/2026.

Jeszcze nigdy nie rozmawialiśmy o miłości tak dużo jak dziś. Nie mieliśmy też do dyspozycji tylu narzędzi, które miałyby pomóc nam stworzyć szczęśliwy związek. Podcasty o relacjach, terapie par, kanały w mediach społecznościowych, na których eksperci tłumaczą, jak rozpoznać styl przywiązania, wyznaczać granice, komunikować potrzeby i odróżnić zdrową relację od toksycznej. Znamy pojęcia, których nasi rodzice nigdy nie słyszeli: gaslighting, love bombing, trauma bonding, red flags. Paradoks polega na tym, że im więcej wiemy o relacjach, tym częściej mówimy o kryzysie miłości.

Statystyki pokazują rosnącą liczbę rozwodów i coraz późniejsze decyzje o małżeństwie. Przybywa osób żyjących samotnie, a randkowanie – zamiast ekscytować – dla wielu staje się źródłem zmęczenia i frustracji. Czy rzeczywiście żyjemy w czasach końca miłości?

– Ludzie nie stracili umiejętności kochania. Zmieniły się natomiast warunki, w których próbujemy budować bliskie relacje. Współczesny związek musi dziś sprostać oczekiwaniom, jakich wcześniej wobec niego nie stawiano. Nie przeżywamy kryzysu samego uczucia, lecz kryzys wyobrażeń o tym, czym miłość powinna być i jakie funkcje ma spełniać – mówi doktor nauk medycznych Robert Kowalczyk, psycholog i seksuolog kliniczny, współautor książki „Całe szczęście to kryzys”, która ukazuje się we wrześniu. Do podobnego wniosku dochodzi socjolog i profesor Tomasz Szlendak. We wspomnianej książce „Miłość nie istnieje” nie neguje istnienia uczuć, pokazuje natomiast, że to, co potocznie nazywamy miłością romantyczną, jest w dużym stopniu zjawiskiem społecznym – kulturowym scenariuszem, którego uczymy się od dzieciństwa.

autopromocja
750x300_srodtekst_artykul.webp

(Ilustracja: Magdalena Pankiewicz) (Ilustracja: Magdalena Pankiewicz)

Od najmłodszych lat słyszymy tę samą historię. Gdzieś na świecie istnieje „ta jedyna” albo „ten jedyny”. Spotkanie jest kwestią czasu, zakochanie przychodzi nagle i nieoczekiwanie, a prawdziwa miłość pokonuje wszystkie przeszkody. Bajki kończą się ślubem, komedie romantyczne pocałunkiem, a piosenki przekonują, że wystarczy odnaleźć drugą połówkę, by życie nabrało sensu. Ten scenariusz wydaje się naturalny, ale – jak przypomina Szlendak – jest stosunkowo młody. Romantyczna miłość jako główny powód zawierania małżeństw upowszechniła się dopiero w XX wieku. Wcześniej związki opierały się na względach ekonomicznych, społecznych czy rodzinnych. Miłość oczywiście mogła się pojawić, ale nie była warunkiem koniecznym.

– Jeszcze dwa, trzy pokolenia temu partnerzy częściej pozostawali razem z powodu ograniczonych możliwości wyboru, zależności finansowych czy wartości, które skłaniały do podtrzymywania związku mimo przeszkód. Dziś sytuacja wygląda inaczej. Zmiany społeczne i gospodarcze, a także rosnąca niezależność finansowa kobiet sprawiły, że pozostawanie w niesatysfakcjonującej relacji nie jest już jedynym wyjściem.

Coraz więcej kobiet pracuje, jest w stanie samodzielnie się utrzymać i, jak pokazują statystyki, to właśnie one częściej niż mężczyźni składają pozwy o rozwód. To nie znaczy, że podejmują pochopne decyzje, ale w obliczu poważnych i długotrwałych problemów łatwiej im zakończyć związek, kiedy wiedzą, że są w stanie samodzielnie sobie poradzić – zauważa doktor habilitowana Katarzyna Waszyńska, psycholożka, seksuolożka kliniczna, która wspólnie z Robertem Kowalczykiem przygląda się relacjom w książce „Całe szczęście to kryzys”.

Rosną też nasze oczekiwania wobec partnera, który ma być jednocześnie najlepszym przyjacielem, kochankiem, współrodzicem, powiernikiem, wsparciem emocjonalnym, inspiracją do rozwoju, kompanem podróży, partnerem finansowym i osobą, przy której nie przestaniemy czuć motyli w brzuchu nawet po 20 latach wspólnego życia.

– Chcemy, by jeden człowiek zaspokajał niemal wszystkie nasze potrzeby. A im więcej funkcji przypisujemy relacji, tym łatwiej uznać, że skoro jedna z nich zawodzi, zawodzi cały związek – zauważa Robert Kowalczyk. I właśnie wtedy często pojawia się kryzys. Nie wynika on jednak z wygaśnięcia uczuć, lecz z rozziewu między naszymi wyobrażeniami na temat miłości a rzeczywistością. Nadal próbujemy przeżywać ją według wzorców, które ukształtowały się dekady temu, choć świat zdążył się radykalnie zmienić. Zmieniły się role kobiet i mężczyzn, sposób pracy, model rodziny, seksualność i komunikacja. Trudno więc oczekiwać, że jedyną sferą życia, która pozostanie niezmienna, będzie miłość.

Dlaczego dziś tak trudno znaleźć miłość? Paradoks zbyt dużego wyboru

Dawny romantyczny scenariusz opierał się na przekonaniu, że istnieje jeden właściwy sposób budowania relacji. Dzisiaj takich modeli jest wiele. Małżeństwo, związki nieformalne, życie w pojedynkę, relacje na odległość, rodziny patchworkowe, świadoma bezdzietność – wszystkie te formy współistnieją, a żadna nie ma już statusu jedynej oczywistej drogi.

– To ogromny zysk, bo większa wolność oznacza przecież możliwość wyboru życia bardziej zgodnego z własnymi potrzebami. Ale każda wolność ma swoją cenę. Kiedyś odpowiedzi były gotowe. Role społeczne – choć często ograniczające – były jasno określone. Dziś niemal każdą decyzję musimy podjąć sami.

Sami ustalamy, czym dla nas jest wierność, jak dzielić obowiązki, czy chcemy mieć dzieci, jak rozumiemy partnerstwo, ile niezależności potrzebujemy i gdzie przebiegają granice kompromisu. Nigdy wcześniej nie mieliśmy tylu możliwości – mówi Katarzyna Waszyńska. Nagle okazało się, że wbrew oczekiwaniom wolność nie usuwa problemów, trudno natomiast o gotowe rozwiązania zawarte w tradycji, religii czy normach społecznych. Coraz uważniej analizujemy więc wybór odpowiedniego partnera, bo po raz pierwszy w historii tak wiele zależy od naszych własnych decyzji. A do tego dochodzi ogrom możliwości.

– Jeszcze 20 lat temu krąg potencjalnych partnerów był ograniczony. Ludzie poznawali się w pracy, na studiach, przez znajomych, podczas wakacji czy rodzinnych uroczystości – zauważa Katarzyna Waszyńska. Dziś w aplikacjach randkowych możemy przeglądać tysiące propozycji.

W efekcie coraz więcej osób mówi o zmęczeniu randkowaniem. Psychologowie opisują nowe zjawiska: dating fatigue, ghosting, breadcrumbing, benching. Powstają poradniki uczące, jak przetrwać w świecie aplikacji randkowych.

– Współczesne relacje coraz częściej przypominają rynek niż spontaniczne spotkanie dwojga ludzi. Aplikacje randkowe nauczyły nas traktować potencjalnych partnerów jak katalog możliwości. Przeglądamy ich profile niemal tak samo, jak przegląda się produkty w sklepach internetowych. Przesunięcie w lewo, przesunięcie w prawo, kolejna opcja, kolejny wybór. Warto pamiętać, że model biznesowy takich aplikacji nie polega na tym, by jak najszybciej doprowadzić nas do trwałego związku. Ich celem jest przede wszystkim utrzymanie naszej uwagi jak najdłużej, bo właśnie na czasie spędzonym w aplikacji zarabiają. To nie teoria spiskowa, lecz sposób działania ekonomii uwagi – mówi Robert Kowalczyk.

Bo choć technologia dała nam iluzję nieskończonych możliwości, to psychologia pokazuje, że człowiek słabo funkcjonuje w świecie nieograniczonego wyboru. – Dawniej ludzie częściej pytali: „Jak stworzyć dobry związek z tą osobą?”. Dzisiaj znacznie częściej zastanawiają się: „Czy to na pewno właściwa osoba?”. Pierwsze pytanie zakłada odpowiedzialność za budowanie relacji. Drugie koncentruje się na nieustannej ocenie partnera – zauważa Kowalczyk.

Coraz łatwiej rezygnujemy też z relacji, bo przecież gdzieś obok może istnieć ktoś bardziej dopasowany.

– A media społecznościowe dodatkowo wzmacniają ten mechanizm. Nie porównujemy już wyłącznie swoich związków z relacjami znajomych. Porównujemy je z tysiącami starannie wyselekcjonowanych obrazów cudzej codzienności – dodaje Katarzyna Waszyńska. Zdjęcia zaręczyn na Santorini. Romantyczne weekendy. Kolacje przy świecach. Rocznice. Uśmiechnięte dzieci. Każde takie zdjęcie jest jedynie fragmentem rzeczywistości. Nasz mózg interpretuje je jednak jako całość. Zaczynamy wierzyć, że inni naprawdę żyją bez konfliktów, rozczarowań i kryzysów. Psychologowie od lat zwracają uwagę, że porównania społeczne należą do najskuteczniejszych sposobów obniżania satysfakcji z własnego życia. Dotyczy to również miłości.

– Im częściej oglądamy cudze „najlepsze momenty”, tym łatwiej uznać własną codzienność za niewystarczającą. Problem polega na tym, że prawdziwa bliskość rodzi się właśnie w tej codzienności, podczas rozmów po ciężkim dniu, wspólnego gotowania, opieki nad chorym dzieckiem, pogodzenia się po kłótni czy zwykłego milczenia, które nie krępuje. Takie chwile rzadko trafiają na Instagram, a przecież z nich zbudowana jest większość życia – zauważa Waszyńska.

Czy sama miłość wystarczy, żeby stworzyć szczęśliwy związek?

Choć nadal mamy w pamięci jej bajkowy obraz, to przestaliśmy wierzyć w to, że miłość wystarczy, aby zbudować trwały związek. Do niedawna zakochanie było początkiem drogi prowadzącej niemal automatycznie do kolejnych etapów wspólnego życia. Dziś może być jedynie pięknym epizodem, jak w przywołanym przez Tomasza Szlendaka filmie „Dziewczyny”, gdzie zauroczeni sobą bohaterowie spędzają razem upojne 48 godzin, po czym rozchodzą się, każde do swojego życia, jak gdyby nic się nie stało.

„Żadnego przedtem, żadnego potem” – pisze Szlendak i zauważa, że uczucie, które pojawia się między dwojgiem ludzi, przestało pełnić funkcję społecznej obietnicy. Nie gwarantuje już wspólnej przyszłości.

Widać to nawet w języku, którym opisujemy relacje. Mówimy o „pracy nad związkiem”, „dopasowaniu wartości”, „gotowości emocjonalnej”, „dojrzałości”, „umiejętności komunikacji”. Miłość została wpisana w projekt, który wymaga nieustannego zarządzania.

Czy to źle? Niekoniecznie. Psychologia od lat pokazuje przecież, że trwały związek rzeczywiście potrzebuje czegoś więcej niż chemii zakochania. Niezbędna jest też umiejętność rozmowy, rozwiązywania konfliktów, wzajemnego szacunku i gotowości do zmiany.

– Problem pojawia się wtedy, gdy zaczynamy traktować bliską relację jako kolejny obszar życia, który wymaga nieustannego monitorowania i optymalizacji – tłumaczy Robert Kowalczyk. – Jeśli bez przerwy sprawdzamy, czy nasza relacja jest wystarczająco udana, romantyczna albo satysfakcjonująca, skupiamy się na wyniku i pomiarze, zamiast po prostu być w tej relacji. To trochę tak, jakby przez całe życie nosić holter i co chwilę sprawdzać, czy serce pracuje prawidłowo. Przyglądanie się sobie bywa potrzebne i rozwojowe, ale tylko wtedy, gdy pozwala zrobić kolejny krok, a nie zatrzymuje się na etapie nieustannej analizy. To samo dotyczy związków.

Miłość nie daje się sprowadzić do wskaźników ani zmierzyć liczbą gestów. Jest doświadczeniem, które wymaga obecności, a nie ciągłej ewaluacji.

Im bardziej idealizujemy partnerstwo, tym mniej miejsca zostawiamy na zwyczajność, na nudę, różnice, rozczarowanie. A przecież w każdym trwałym związku wcześniej czy później przychodzi moment, w którym iluzje ustępują miejsca rzeczywistości. To naturalny etap budowania dojrzałej więzi.

Kryzys w związku nie zawsze oznacza koniec miłości

– Kiedy pojawia się pierwszy poważny konflikt, wiele osób zadaje sobie pytanie: czy to już koniec? Zastanawiamy się, czy oddaliliśmy się od siebie za bardzo, czy uczucie już wygasło, a może od początku wybraliśmy niewłaściwą osobę? Rzadko przychodzi nam do głowy, że być może właśnie teraz nasz związek zaczyna naprawdę dojrzewać? – zauważa Katarzyna Waszyńska.

Choć współczesna kultura nauczyła nas traktować kryzys jak dowód porażki, z psychologicznego punktu widzenia jest on naturalnym etapem każdej bliskiej relacji. Brzmi to niemal paradoksalnie, bo przecież od dziecka słyszymy, że prawdziwa miłość pokona wszystko, że jeśli dwoje ludzi naprawdę się kocha, porozumienie przychodzi samo, a trudności są jedynie chwilowym zakłóceniem harmonii.

– To jeden z najtrwalszych mitów romantycznej kultury – podkreśla Waszyńska. – W rzeczywistości rzadko istnieją relacje pozbawione konfliktów, są takie, które nauczyły się przez nie przechodzić. Psychologia rozwojowa od dawna pokazuje, że każdy trwały związek ma różne etapy. Zakochanie, które na początku wydaje się tak intensywne, jest stanem biologicznie ograniczonym w czasie. Mózg funkcjonuje wtedy inaczej, jesteśmy bardziej skłonni idealizować partnera, pomijać jego wady i koncentrować się na tym, co nas zachwyca.

To piękny stan, ale prędzej czy później codzienność upomina się o swoje prawa, pojawiają się obowiązki, zmęczenie, dzieci, problemy finansowe, choroby, presja zawodowa. I nagle okazuje się, że osoba, którą jeszcze niedawno widzieliśmy niemal wyłącznie w romantycznym świetle, jest zwyczajnym człowiekiem. Ma swoje ograniczenia, słabości, lęki, złe dni. To właśnie ten moment wiele par interpretuje jako utratę miłości. Katarzyna Waszyńska i Robert Kowalczyk proponują jednak inne spojrzenie – to nie uczucie się kończy, tylko iluzja.

Miłość romantyczna opiera się w dużej mierze na wyobrażeniu drugiej osoby. Kochamy nie tylko człowieka, którego spotykamy, ale także historię, którą wokół niego budujemy. Dopowiadamy intencje, projektujemy marzenia, uzupełniamy luki własnymi pragnieniami. Dopiero codzienność sprawia, że fantazja spotyka się z rzeczywistością. Niektórzy psychologowie mówią wręcz, że pierwszy poważny kryzys jest momentem narodzin prawdziwego związku.

Dopóki wszystko układa się idealnie, niewiele wiemy o sobie nawzajem. Nie mamy pojęcia, jak partner reaguje na porażkę, jak przeżywa stratę, jak radzi sobie z bezradnością, jak zachowuje się wtedy, gdy jest zmęczony, zawiedziony albo przestraszony. To właśnie kryzys odsłania człowieka.

I jednocześnie odsłania nas samych, bo konflikty niezwykle rzadko dotyczą wyłącznie tego, o co się kłócimy. Sprzeczka o bałagan w domu może być w rzeczywistości wołaniem o zauważenie. Milczenie po kolejnej awanturze często nie oznacza braku uczuć, lecz lęk przed odrzuceniem.

– Kryzys nie jest czymś, co przychodzi z zewnątrz i niszczy relację. Najczęściej ujawnia jedynie to, co od dawna domagało się uwagi. W tym sensie działa trochę jak gorączka. Nie jest chorobą, tylko sygnałem, że organizm próbuje sobie z czymś poradzić – przekonuje Katarzyna Waszyńska. Problem polega na tym, że żyjemy w świecie natychmiastowych rozwiązań. Gdy psuje się telefon, kupujemy nowy. Gdy znudzi nam się serial, wybieramy kolejny. I coraz częściej podobną logikę nieświadomie przenosimy na relacje.

Psychologowie ostrzegają przed takim myśleniem. Nie dlatego, że każdy związek należy ratować za wszelką cenę, bo są relacje, w których występuje przemoc, destrukcyjne, krzywdzące. Z nich trzeba odchodzić. Jednak ogromna część kryzysów nie wynika z braku miłości, ale z tego, że dwoje ludzi próbuje nauczyć się być razem na nowym etapie życia. To wymaga odwagi, bo z jednej strony łatwiej jest zakończyć relację, niż zgodzić się na to, że miłość – jeśli ma przetrwać – będzie musiała wielokrotnie zmieniać swoją formę.

Narcyz, toksyk, borderline. Czy zbyt łatwo diagnozujemy swoich partnerów?

Łatwy dostęp do wiedzy psychologicznej to ogromna wartość, ale też coraz częściej pojawiają się pytania, czy nie płacimy za to pewnej ceny. Kosztem na przykład jest to, że zamiast starać się zrozumieć konflikt, szukamy czerwonych flag.

Mówimy o potrzebie akceptacji własnych emocji, a coraz rzadziej potrafimy akceptować emocje pojawiające się w związku: niepokój, irytację, rozczarowanie, tęsknotę za samotnością.

W kulturze romantycznej takie uczucia wydają się podejrzane – skoro naprawdę kochamy, nie powinniśmy ich doświadczać. Coraz łatwiej stawiamy więc diagnozy: narcyz, toksyk, manipulator, borderline.

– Za sygnał ostrzegawczy uznaje się dziś czasem nieśmiałość, brak spontaniczności, trudność z mówieniem o uczuciach, nadmierną ostrożność, a nawet fakt, że ktoś odpisuje na wiadomości dopiero po kilku godzinach. Coraz łatwiej mylimy niedojrzałość z odmiennością, a odmienność z zagrożeniem.

Tymczasem psychologia nie miała nas przecież nauczyć unikania ludzi, którzy różnią się od nas. Miała pomóc budować relacje bardziej świadomie, bez prostych etykiet, za to ze świadomością złożoności ludzkiego doświadczenia. Prawdziwe relacje są niejednoznaczne.

Człowiek może wycofać się z rozmowy nie dlatego, że ma unikający styl przywiązania, ale dlatego, że właśnie stracił pracę i nie potrafi o tym mówić. Ktoś może potrzebować samotności, bo jest skrajnie przeciążony, albo reagować złością, ponieważ od miesięcy czuje się niewysłuchany.

Żadna z tych sytuacji nie usprawiedliwia krzywdzenia drugiej osoby, ale między złością a agresją czy przemocą istnieje duża różnica – mówi Katarzyna Waszyńska. A Robert Kowalczyk zwraca uwagę na fakt, że każdy związek jest spotkaniem dwóch historii. Dwóch systemów rodzinnych, sposobów przeżywania emocji, odmiennych doświadczeń miłości. Nie istnieje partner pozbawiony zranień, człowiek, który nigdy nie reaguje lękiem, złością czy wycofaniem. Pytanie nie brzmi: „Czy ktoś ma trudności?”. Tylko: „Czy potrafi je zauważyć i wziąć za nie odpowiedzialność?”. To zasadnicza różnica.

W kulturze szybkich diagnoz łatwo zapomnieć, że rozwój psychiczny nie polega na eliminowaniu wszystkich słabości, ale na nauczeniu się życia z nimi. Podobnie jest ze związkiem.

– Mam wrażenie, że jednym z najrzadszych doświadczeń we współczesnych relacjach staje się ciekawość. Nie ta powierzchowna, obecna na początku znajomości, ale głęboka ciekawość drugiego człowieka. Zamiast pytać: „Co jest z tobą nie tak?”, można zapytać: „Co sprawiło, że właśnie tak reagujesz?” – mówi Robert Kowalczyk. Bo dojrzałe związki powstają tam, gdzie wiedza spotyka się z uważnością, a zamiast stawiać diagnozy, partnerzy nadal chcą zadawać sobie pytania. Największym zagrożeniem dla współczesnej miłości jest przekonanie, że już wszystko o sobie wiemy.

Bliskość i niezależność w związku. Jak pogodzić dwie różne potrzeby?

Współczesna kultura mocno promuje ideę samodzielności i samowystarczalności. Z jednej strony pragniemy mieć osobę, do której zadzwonimy w środku nocy, z którą będziemy świętować sukcesy i dzielić codzienność, z drugiej jednak boimy się utraty niezależności, nie chcemy rezygnować z własnych pasji, z kariery, przyjaciół, czasu tylko dla siebie, z możliwości decydowania o własnym życiu.

Nigdy wcześniej te potrzeby nie musiały ze sobą tak intensywnie konkurować. Dawniej małżeństwo oznaczało wejście w określony model życia. Oczywiście miał on wiele ograniczeń, szczególnie dla kobiet, ale dawał również poczucie przewidywalności. – Dzisiaj role negocjuje się niemal od początku. Kto zostaje z dzieckiem? Kto robi zakupy? Czy każde z nas ma mieć osobne konto? Ile czasu spędzamy razem? Czy wyjazd z przyjaciółmi bez partnera jest czymś naturalnym? Jak często potrzebujemy samotności? Nie istnieją już gotowe odpowiedzi, każda para tworzy własne – mówi Katarzyna Waszyńska.

Tomasz Szlendak zauważa, że ponieważ współczesne relacje coraz częściej funkcjonują poza dawnymi społecznymi scenariuszami, nie możemy już powiedzieć: „Tak po prostu się robi”, musimy odpowiedzieć sobie na znacznie trudniejsze pytanie: „Jak chcemy żyć?”, a to bardzo często prowadzi do konfliktów, bo nawet ludzie, którzy kochają się szczerze, mogą mieć zupełnie różne wyobrażenia o wspólnym życiu.

Jedna osoba potrzebuje codziennej bliskości. Druga – większej przestrzeni. Ona chce spontaniczności. On bezpieczeństwa. – Jednym z najczęstszych źródeł kryzysów nie jest zła wola partnerów, ale zderzenie dwóch odmiennych sposobów przeżywania bliskości – twierdzi Katarzyna Waszyńska i tłumaczy, że problem zaczyna się wtedy, gdy różnicę interpretujemy jako zagrożenie.

Jeśli partner potrzebuje chwili samotności, łatwo pomyśleć: „Oddala się ode mnie”. Chce częściej spędzać czas razem? Można to odebrać jako próbę ograniczenia swojej wolności. Tak rodzi się błędne koło.

Im bardziej jedna strona szuka bliskości, tym mocniej druga próbuje odzyskać przestrzeń. Im bardziej druga się wycofuje, tym silniejszy staje się lęk pierwszej. Oboje cierpią, mają poczucie, że nie są rozumiani. A przecież w gruncie rzeczy walczą o to samo – poczucie bezpieczeństwa. Tyle że każde z nich próbuje osiągnąć je w inny sposób.

Zdaniem Tomasza Szlendaka prawdziwa bliskość wymaga jednocześnie dwóch pozornie sprzecznych rzeczy: umiejętności bycia razem i umiejętności bycia osobno. Najtrwalsze związki tworzą partnerzy, którzy nie są do siebie podobni, ci, którzy nauczyli się rozmawiać o swoich różnicach, zanim stały się one źródłem wzajemnych pretensji. Miłość nigdy nie była sztuką wyboru idealnej osoby. Była sztuką pozostawania w dialogu z drugim człowiekiem i z samym sobą. Nie przeżywamy dziś końca uczucia, po prostu pozbywamy się złudzeń, że istnieje jeden przepis na szczęśliwy związek. To dobra wiadomość, bo skoro nie ma jednego scenariusza, możemy napisać własny – taki, który nie będzie przypominał romantycznej komedii ani instagramowego kadru, lecz wytrzyma szarą codzienność.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE